niedziela, 31 marca 2013

Apteka dobrego samopoczucia Ziołolecznictwo dla kobiet Sassa Marosi

„Apteka dobrego samopoczucia uczy praktycznego stosowania ziół przy bólach menstruacyjnych, w okresie ciąży, karmienia piersią czy osłabienia organizmu. W książce znajdują się również wskazówki, jakie zioła stosować na kaszel i przeziębienie oraz w co powinna być wyposażona domowa apteczka”

I faktycznie tak jest. W książce znajdziemy dużo ciekawych informacji o których szczególnie kobiety powinny wiedzieć, a w niewielu miejscach można znaleźć takie informacje.

Książka Apteka dobrego samopoczucia składa się z czterech rozdziałów.
I. Uzdrowicielki/znachorki 
 W tym rozdziale znajdziemy informacje na temat ziół, które poprawią nasze samopoczucie, oczyszczą nasz organizm, odtrują do, zapewnią nam spokojny sen i nocny wypoczynek. Jeśli mamy problemy z odpornością, często łapie nas przeziębienie, kaszel, mamy problemy z żołądkiem- w tym rozdziale znajdziemy informacje o ziołach, które sprawią, że łatwiej będzie się nam wyleczyć lub zapobiec niepożądanym efektom.

 II Akuszerki/położne 
Ten rozdział poświęcony jest ziołom tylko lub głównie dla kobiet. Szczególnie dla tych, które karmią piersią, są w ciąży lub mają trudne i bolesne miesiączki.

III Zielarki
To taki mały kurs magii. W rozdziale o zielarkach znajdziemy informacje o legendarnych ziołach czarodziejskich (skąd, po co i jak), magicznych maściach z ziół oraz o ziołach psiankowatych
"Niektóre gatunki są uprawiane jako warzywa, np. ziemniak, pomidor. Wiele gatunków jest silnie trujących, a jednocześnie cenionych w lecznictwie. Niektóre gatunki są uprawiane jako używki, np. tytoń szlachetny"1

Tyle o teorii. A jak jest w praktyce?

Książka Apteka dobrego samopoczucia bazuje na farmakognozji. 
"Farmakognozja jest dziedziną wiedzy przyrodniczej, wchodzącej w zakres nauk farmaceutycznych, zajmującą się surowcami naturalnymi i ich składnikami chemicznymi, które wykazują właściwości biologiczne mające zastosowanie w lecznictwie."2

Ziołolecznictwo dla kobiet to książka o roślinach, które szczególnie oddziałują na żeński organizm.

„Mitologia germańska podaje, że bóg Odyn, wyruszając na poszukiwanie ziół leczniczych, przebrał się za kobietę, gdyż wkraczał na teren tajemnej kobiecej wiedzy”.
W książce znajdziemy przepisy na herbatki, kąpiele, olejki,  wytłumaczenie jakie zioło w jaki sposób działa na organizm. Co ważne, w książce znajdziemy wyraźnie zaznaczone informacje, które zioła mogą nam zaszkodzić w szczególnych okresach jak ciąża czy karmienie piersią. Niewiele osób wie, że niektóre rośliny mają działanie poronne. Warto to wiedzieć gdy jesteśmy w ciąży, a przeziębienie chcemy leczyć herbatkami zamiast antybiotykiem.

Jakie zioła na nas działają? Czujesz, że potrzebujesz oczyszczenia i odtrucia organizmu? Specjalnie dla Ciebie, pod Twoim oknem może rosnąć:  wilżyna, jałowiec, nagietek, perz, brusznica, mniszek, pietruszka, mącznica, brzoza, ostropest, pokrzywa. Czy znałaś je wszystkie?
Potrzebujesz snu i wypoczynku? Zaufaj takim ziołom jak lawenda, chmiel, kozłek, dziurawiec, melisa
Chcesz wzmocnić swój organizm? Pomoże Ci w tym: dziewanna, prawoślaz, imbir, kwiat lipy, szałwia, głóg, rozmaryn, tymianek, dzika róża
Jesteś ciekawa, za posiadanie jakich ziół nazywano kogoś czarownicą? Były to między innymi: szałwia, mandragora, jemioła, pokrzyk wilcza jagoda, lulek czarny, buławinka czerwona.

Przykładowe opis ziela:
Korzeń pochrzyny
Stosuje się: korzeń
występujeL ameryka północna
czas zbioru: jesienią
główne związki: sapominy, steroidalne, fitosterole, alkaloidy, garbniki, skrobia
działanie: spazmolityczne, przeciwzapalne, przeciwbólowe, antyreumatyczne, napotne, moczopędne jako progesteron, przy stanach zapalnych jajników i macicy, dolegliwościach związanych z klimakterium, bólach menstruacyjnych i porodowych
Uwaga: przeciwwskazany w czasie ciąży
Apteka dobrego samopoczucia Ziołolecznictwo dla kobiet, Sassa Marosi, wydawnictwo M

Za książkę dziękuję



 
1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Psiankowate

2. http://www.farmakognozja.farmacja.pl/far_gnoz.html

piątek, 22 marca 2013

Królowa Śniegu Hans Christian Andersen

"Pośród wielkiego miasta, gdzie jest tyle domów i tyle ludzi, że nie ma dość miejsca, aby każdy miał swój mały ogródek, i dlatego większości ludzi musi wystarczyć doniczka z kwiatami, mieszkało dwoje biednych dzieci, które miały jednak ogród trochę większy niż doniczka. Nie byli bratem i siostrą, ale kochali się jak rodzeństwo. Ich rodzice mieszkali w dwóch domach, przedzielonych wąską uliczką, w dwóch izdebkach na poddaszu; dachy domów stykały się prawie ze sobą; tuż obok rynny w każdym domu widniało małe okienko, wystarczyło tylko przeskoczyć przez rynnę i już można było przejść z jednego okna do drugiego.
[...]



W zimie kończyła się ta przyjemność, okna były często zupełnie zamarznięte; ale wtedy dzieci ogrzewały przy piecu miedziaki i przykładały je do zamarzniętych szyb, tak że robiła się świetna dziurka do patrzenia, taka okrągła, okrągła; przez tę dziurkę patrzało kochane, miłe oko, przy każdym oknie jedno; byli to chłopczyk i dziewczynka. Chłopczyk nazywał się Kay, a dziewczynka Gerda. W lecie wystarczył jeden krok, i już byli razem, ale w zimie musieli wchodzić na tyle schodów i schodzić z tylu schodów, a na dworze padał śnieg."

Pamiętacie bajkę "Królowa śniegu"? Ja szczerze mówiąc już zapomniałam jej treść. Pamiętałam, że był Kay i była Gerda i oczywiście zła Królowa, ale poza tym nie pamiętałam niczego. Czasami miło jest wrócić do starych pięknych czasów dzieciństwa, gdy głównym problemem był wybór bajki na dobranoc. Podobno cała Polska czyta dzieciom. Czytam i ja. Chwilowo sobie, ale jak każdy jestem czasem dzieckiem, więc czytając sobie od czasu do czasu bajki czuję się usprawiedliwiona. Tym razem do czasów dzieciństwa wróciłam dzięki wydawnictwu M. I bardzo się z tego cieszę. Nie tylko z tego, że mogłam sobie przeczytać tę bajkę (bo można ją znaleźć w kilku wersjach na różnych stronach) ale dlatego, że moja biblioteczka wzbogaciła się w przepiękne wydanie bajki, które kiedyś z radością będzie czytać moje dziecko. Takich wydań bajek już nie tworzą. Albo są tworzone bardzo rzadko, bo kto by się w książeczce dla dzieci przejmował twardą okładką, grubym śliskim papierem i przepięknymi ilustracjami. Przecież dziecko w kilka minut książkę upaćka czekoladą, zostawi ślady swojego uzębienia i obślini. A jednak gdybym miała do wyboru kilka wydań książki, to w miarę możliwości wybrałabym to ładne i trwałe. Taka właśnie jest ta książka. W twardej oprawie, z pięknymi ilustracjami Vladyslava Yerko (tu można obejrzeć próbkę jest twórczości), wydrukowanej na porządnej jakości papierze. Aż miło się ją czyta.

Całej treści bajki opowiadać nie będę, bo ogólny zarys zna każdy, a kto, tak jak ja, nie pamięta szczegółów powinien wrócić na chwilę do lat młodości i odświeżyć nieco swoją znajomości literatury dla najmłodszych.

W książkach dla najmłodszych uwielbiam prostotę przekazu. Przyjaciele Kay i Gerda żyli sobie szczęśliwi do dla, w którym do oka Kaya nie wpadł odłamek zwierciadła, który zmienił jego sposób patrzenia na świat. Z grzecznego i miłego chłopca Kay zmienił się okrutnego bachora. Jakby tego było mało zaufał pięknej, acz obcej kobiecie i odjechał z nią. Gerda, jako wierna przyjaciółka, nie bacząc na czyhające na nią niebezpieczeństwa wyrusza na poszukiwania przyjaciela...

W takich bajkach zawarte jest wszystko co najważniejsze dla dzieci i tak naprawdę i dla dorosłych, choć w zupełnie innym świecie, oddartym z niewinności, często o tym zapominamy.



Królowa Śniegu, Hans Christian Andersen, wydawnictwo M, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 18 marca 2013

Kwiaty na poddaszu Virginia Cleo Andrews

Właśnie wpisałam w google hasło "Kwiaty na poddaszu" aby znaleźć okładkę do recenzji. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że książka ta została napisana w 1979 roku, a w 1987 nakręcono film na jej podstawie. Byłam zszokowana! Przecież gdy czytałam książkę, to miałam wrażenie, że to całkowicie współczesna autorka. Mając na myśli współczesną myślałam o takiej, co napisała książkę ze dwa-trzy lata temu. A tu taka niespodzianka. Nie spodziewałam się. Czasami w takich sytuacjach mam wrażenie, że czytam o wiele za mało, a moja wiedza dotycząca literatury jest malutka.

Wracając do samej książki. Strasznie mnie korci, żeby zrobić kilka spoilerów, bo w głębi serca wierzę, że wiele osób już tę książkę ma za sobą i nie zrobię im nieprzyjemnej niespodzianki.

Dollangagnerowie. Szczęśliwa, sześcioosobowa rodzina. Christopher i Corrine, szczęśliwi rodzice czworga dzieci: 
Cathy, Chris, Cory i Carrie to ich najukochańsze skarby. Nie brakuje im niczego. Czyż życie nie jest piękne?  Niestety nic co piękne nie może trwać wiecznie. Pewnego dnia ojciec rodziny nie dociera na własne przyjęcie urodzinowe. Ginie w wypadku. Cała rodzina jest zrozpaczona.  Jakby nieszczęść było zbyt mało okazuje się, że rodzina Dollangagnerów żyła od dawna ponad stan. Przyczyną były przyzwyczajenia Corrine i jej zamiłowanie do bogactwa. Gdy Corrine dowiaduje się, że wszystko co posiadają muszą sprzedać aby spłacić długi postanawia napisać do dawno niewidzianych rodziców. Ci zgadzają się przygarnąć córkę. Właśnie. Córkę. Nie córkę z dziećmi. Dollangagnerowie jadą do rodzinnej posiadłości Corrine. Na miejscu okazuje się, że jej ojciec, dziadek dzieci, nie wie o ich istnieniu i nie może się dowiedzieć. Na szczęście leży on na łożu śmierci, więc ukrywanie się nie potrwa długo. Najwyżej kilka dni. W tym czasie córka wejdzie w łaski ojca i znajdzie swoje miejsce w testamencie. Gdyby tylko plany Corrine się spełniły...
Rodzeństwo zostaje zamknięte na poddaszu. Spędza tam wiele miesięcy. Bez słońca, widoku nieba, trawy, przyjaciół, rodziny. Ich własna matka  jakby się od nich oddalała. Z dnia na dzień coraz rzadziej do nich przychodzi, coraz rzadziej patrzy na swoje dzieci. Cathy i Chris mogą to jakoś przełknąć. Gorzej jest z bliźniakami Corym i Carrie. Oni nie potrafią zrozumieć, dlaczego ich matka już ich nie kocha. Gdyby tego wszystkiego było mało, dziećmi "opiekuje się" ich babka, która szczerze ich nienawidzi i uważa, że są dziełem szatana. Dlaczego? Co dzieje się w tym domu i jaką tajemnicę skrywają dorośli?
Kwiaty na poddaszu to bardzo interesująca, ale też niełatwa książka. Niełatwa, ponieważ porusza bardzo trudne tematy. Tematy, w którymi nie spotykamy się często w literaturze. W życiu realnym coś takiego wywołałoby skandal. Rozpisywałyby się o tym wszystkie
 gazety, trąbiono by o tym we wszystkich wydaniach wiadomości. Czasami podobne tematy pojawiają się w prasie i zawsze wzbudzają ból, współczucie, nienawiść, obrzydzenie. Takie uczucia może też wzbudzać książka. Czytelnik razem z Cathy (narratorką książki) odkrywa życie i tajemnice mrocznego domu. Poznaje siebie, towarzyszy, własne ciało, potrzeby, namiętności, słabości. Odkrywa wszystko co najgorsze i najlepsze.

Teraz pora obejrzeć film. Podobno jest słaby, ale i tak chcę zaryzykować. A książkę polecam.


Kwiaty na poddaszu, Virginia Cleo Andrews, Świat Książki, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu
 

wtorek, 12 marca 2013

Kobiety Kaddafiego Annick Cojean

Muammar al-Kaddafi. Słyszał o nim każdy. Nie ma chyba na świecie osoby pełnoletniej, która by nie słyszała tego nazwiska. Przywódca Libii, polityk, pułkownik. Człowiek "uduchowiony", mówiący o sile Boga. Tyle w teorii. A jaki był wódz w praktyce?

Tego możemy się dowiedzieć z książki Kobiety Kaddafiego Annick Cojean. Książka ta składa się z dwóch głównych części: Opowieść Sorai oraz Śledztwo dziennikarsie. Ja skupię się na tej części, która mną wstrząsnęła. Na historii dziewczynki, która miała okazję dowiedzieć się, kim był Kaddafi na co dzień.









Soraya urodziła się w 1989 roku. Dokładniej 17 lutego. Data ta stała się później dla wszystkich Libijczyków bardzo ważna. Dla Sorai była ona ważna od początku. Soraya była bardzo ładną dziewczynką, dobrą uczennicą. Być może któraś z tych rzeczy miała wpływ na jej późniejsze życie. Pewnego dnia, podczas szkolnej uroczystości, została ona zauważona przez wodza. Przez Wodza! Chociaż rodzice Sorai nie byli zwolennikami Kaddafiego, to dziewczynka poczuła się doceniona i zaszczycona. Ludzie Kaddafiego zabierają szczęściarę na osobiste spotkanie Muammarem. Nie jest ono jednak takie, o jakim dziecko marzyło. Od tego dnia Soraya jest codziennie gwałcona, poniżana, bita. Tak wygląda jej nowe "wymarzone" życie. Nie może spotykać się z rodziną, nie może o sobie decydować. O tym, jak będzie wyglądać jej kolejny dzień, jej kolejna noc, decyduje Kaddafi i jego humor. A dobrego humoru wódz nie Kobiety Kaddafiego, Annick Cojean, Prószyński i S-ka, 2013miewa często. Soraya codziennie coraz słabsza. Czy uda jej się przeżyć przygodę z tym człowiekiem?

Skoro powstała książka, to Soraya przeżyła. Jednak to, o czym opowiedziała autorce książki jest koszmarne, wstrętne i niewyobrażalne. Nie miałam pojęcia, że ludzie mogą być takimi zwierzętami. Nie miałam pojęcia, że mogą posuwać się do takich rzeczy o których mówi główna bohaterka książki. Nie mogę pojąć, jak z ofiary stała się dla swoich bliskich oprawcą. Nie mogę wreszcie pojąć, dlaczego nikt nie mówił i nie mówi o Kobietach Kaddafiego.

Książka ta jest tylko dla osób o mocnych nerwach. Nie polecam jej osobom wrażliwym. Czytając tę opowieść możecie się załamać. Ja sama musiałam zrobić sobie dłuższą przerwę między częścią pierwszą a drugą bo musiałam to, co przeczytałam przetrawić.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu




niedziela, 24 lutego 2013

Gaumardżos Anna Dziewit-Meller Marcin Meller

"To jest Gruzja! Pełna smaków, zapachów, wyjątkowej muzyki, iście bajkowych krajobrazów, niezwykłych i życzliwych ludzi, niezliczonych anegdot towarzyskich. W tą niezwykłą podróż zabierają nas autorzy Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller. Opowiadają jak podróżowali od gór po morskie wybrzeża, biesiadowali podczas tradycyjnych uczt, rozmawiali o radościach i kłopotach..."

Gruzja zawsze kojarzyła mi się z dobrym winem i dobrym jedzeniem. A jeśli wino i jedzenie są dobre, to ludzie również muszą być wspaniali. Postanowiłam to sprawdzić słuchając zapisków Marcina Mellera i jego żony Anny z wypraw do Gruzji. Okazało się, że miałam rację. Ich opowieści, spostrzeżenia... wszystko wskazuje na to, że Gruzja to niesamowity kraj z cudownymi mieszkańcami. Gościnnymi, szczerymi, kochającymi życie.

Z opowieści Marcina i Ani dowiemy się wielu ciekawych rzeczy: jak powinna wyglądać porządna biesiada, co oznacza dla Gruzinów przyjaźń, gdzie najlepiej omawiać wszystkie sprawy, ile trwa w Gruzji godzina, jak wygląda podróżowanie z Gruzinami w praktyce, co to znaczy miłość po gruzińsku. Wszystkie te zapiski są fascynujące. Jest jednak jedno "ale". Bardzo dla mnie ważne. Tej książki nie da się słuchać bez dłuższych przerw. (i tu rada dla wszystkich autorów książek: to, że potrafisz pisać nie oznacza, że potrafisz czytać). Książki słuchało się koszmarnie. Głos Marcina Mellera jest, niestety, nie do zniesienia. Miałam wrażenie jakbym słuchała wypoconego wypracowania dukanego przez ucznia, który pierwszy raz zobaczył niewyraźnie napisany tekst. Do tego fatalna dykcja i jakby wada wymowy. Części CZYTANE przez Marcina były jak wykład z filozofii czytany ze starego kajecika przez znudzonego profesora. Jak można coś takiego zrobić własnej książce! Przecież on powinien opowiadać o swoich przygodach z zapałem i fascynacją, a nie czytać jakby chciał powiedzieć "Długo jeszcze?". Części czytane przez Anię "wyglądają" o niebo lepiej, ale po pewnym czasie jej głos zaczyna nużyć, a lektor nie może męczyć słuchacza. To niedopuszczalne. Poza tym (tu ukłon w stronę P. Fronczewskiego) nieważne czy lektor czyta części męskie czy żeńskie- czytelnikowi ma to się nie rzucać " w oczy". To powinno przelatywać gdzieś obok, a w głowie powinny zostać wydarzenia, a nie głos lektora. I tego mi zabrakło u Ani. Gdy czytała coś, co przytrafiło się Marcinowi, miałam wrażenie sztuczności. Słyszę głos kobiety wymawiającej męskie końcówki. Musiałam zrobić sobie kilka dłuższych przerw aby to przetrwać, a i tak do końca nie wiedziałam czy dam radę. W pewnym momencie miałam nadzieję, że ten rozdział jest tym ostatnim.

Nie mam nic przeciwko książce, bo wspomnienia w niej opowiedziane są cudowne. Zazdroszczę autorom ich wypraw, przygód i przyjaciół. Niestety w tym przypadku audiobook okazał się niewypałem. Może gdyby rolę lektora powierzono komuś innemu...

Gaumardżos, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Świat Książki, 2011

Za egzemplarz dziękuję





Jeśli sami macie ochotę sprawdzić, jak słucha się Gaumardżos zapraszam tutaj

Tym, którzy są zafascynowani Gruzją i tym, którzy dopiero chcieliby się czegoś ciekawego dowiedzieć polecam tę stronę.

wtorek, 19 lutego 2013

Celebryci i śmierć Nora Roberts (J.D. Robb)

 "Celebryci i śmierć" to 35 książka z serii "In Death" Nory Roberts, piszącej pod pseudonimem J.D. Robb, której główną bohaterką jest porucznik Eve Dallas.

Eva doczekała się filmu o perypetiach swoich i Peabody. Nie jest tym faktem zachwycona, ale co zrobić? Gdy zostaje zaproszona na plan filmowy, czuje się dziwnie. Aktorka grająca Eve jest do niej bliźniaczo podobna. Nawet ruchy ma podobne, co strasznie denerwuje panią porucznik. Cała szopka związana z filmem ją wkurza. Zupełnie innego zdania jest Peabody, która jest zachwycona "swoim" występem w filmie, mniej jednak podoba jej się odtwórczyni "jej" roli K.T. Harris, która jest wyniosła oraz opryskliwa. Zauważa to również Eve.

Po ukończeniu zdjęć do filmu Eve pozostaje tylko pojawić się na przyjęciu i praktycznie będzie miała to wszystko z głowy. Niestety podczas przyjęcia K.T. Harris zostaje znaleziona martwa. Komu mogło zależeć na pozbyciu się wkurzającej aktorki? Chyba wszystkim razem i każdemu z osobna. Śmierć aktorki to również doskonały sposób na wypromowanie filmu. Podejrzani są wszyscy, którzy byli na przyjęciu. A każdy z nich ma wiele do ukrycia. Sama Eve ponownie czuje się dziwnie. Będzie musiała poprowadzić śledztwo, jest jednym ze świadków wydarzenia, a na dodatek każde spojrzenie na K.T. Harris przypomina jej o Peabody. To będzie strasznie dziwne.

Od pierwszego zetknięcia z Norą Roberts bardzo ją polubiłam. Kiedy pisze romanse, są one idealne. Gdy zabiera się za książkę obyczajową czyta się ją z przyjemnością. Gdy Nora sięga po pióro jako J.D. Robb z góry wiem, że nie będę zawiedziona. To będzie kryminał na dobrym poziomie.

Chociaż "Celebryci i śmierć" to już 35 książka o Eve Dallas, czytelnik nie czuje znużenia główną bohaterką. Najwyraźniej nie czuje go również autorka, ponieważ książkę czyta się świetnie, można ją połknąć w ciągu jednego popołudnia. Dziwi mnie, że J.D. Robb ma jeszcze pomysły na fabułę i bohaterów. I jedno i drugie nadal jest na bardzo wysokim poziomie.

Do książki przyczepić się chyba nie sposób. Nie znalazłam niczego, na co mogłabym narzekać. Są zwroty akcji, są ciekawi bohaterowie, są nieoklepane dialogi, ciekawy pomysł na fabułę. Można powiedzieć: książka idealna. Prawie. Zastanawia mnie, jak to możliwe, aby główna bohaterka, Eve Dallas mogła prowadzić śledztwo w sprawie, w której jest świadkiem, w sprawie, w której występuje prywatnie. Jak może szukać mordercy osoby, której nie lubiła, która ją wkurzała i sama miała ochotę strzelić jej w łeb?

Jeśli ktoś lubi kryminały - polecam. Jeśli ktoś zna tylko romantyczną stronę Nory Roberts- polecam. Jeśli ktoś zdążył już polubić Eve Dallas- polecam. Nie polecam tylko tym, którzy uważają, że tylko Agatha Christie potrafi stworzyć dobry kryminał. Nora Roberts jest dobra, ale Agathy Christie nie pobije nigdy.


Nora Roberts (J.D. Robb), Celebryci i śmierć,  Prószyński, 2012


recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

poniedziałek, 11 lutego 2013

Byłem ziemniaczanym oligarchą John Mole

John Mole wśród dzikich plemion. Tak naprawdę to nie wśród dzikich plemion lecz wśród Rosjan, ale dla Anglika Rosja okazała się miejscem naprawdę dzikim, o czym można przekonać się w książce „Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować”.

„Szykuje się Coś Wielkiego” te słowa zawsze wypowiadał John, gdy wpadał mu do głowy jakiś super hiper pomysł. I tym razem coś takiego powiedział, ale nie w swoim zacisznym domu w Anglii, lecz w odległej Rosji, męcząc się w saunie z nowym znajomym. Z czym kojarzy Ci się Rosja? Kawiorem? Z wódką? Kapustą? Kaszą? A może dobrą literaturą? Dobrze, ale nie o tym pomyślał John. Rosja kojarzy mu się z… ziemniakami. Więc może stworzyć sieć restauracji, które cieszą się powodzeniem w Anglii? Pieczone ziemniaki z dodatkami na przykład. Oczywiście na modłę rosyjską, a nie angielską. „Znaczit, nie ma najmniejszych szans” mówi Misza, a Jonh już wie, że jeśli coś jest super, to jest do d…, a jeśli się nie da, znaczy że się da i pomysł jest trafiony! Jest tylko mały problem. „Sprzedawać ziemniaki Rosjanom? A może śnieg Eskimosom? Nie jeździ się z samowarem do Tuły”.

John Mole postanowił spróbować. Czy mu się udało i czy znana w całej Rosji „Kroszka Kartoszka” to własność Johna Mole? Sprawdźcie.

„Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować” to jedna z fajniejszych książek, które ostatnio czytałam. Być może dlatego, że dotyczy Rosji? A może dlatego, że autor i bohater zarazem jest człowiekiem, który potrafi cudownie opowiadać? I to, i to. „Byłem ziemniaczanym oligarchą” to bardzo ciekawa i optymistyczna (chyba) opowieść o próbie zorganizowania biznesu w nowej Rosji. Nie wszystko da się jednak załatwić za pomocą uśmiechu, wiedzy i dobrych pomysłów. Czasem trzeba dać łapówkę, czasem poznać przyjaciela przyjaciół, a czasem kombinować jak koń pod górkę. Najczęściej trzeba jednak robić to wszystko jednocześnie, ponieważ to jest Rosja właśnie. Innym system myślenia, inne poglądy, przyzwyczajenia, „tradycja”. Tam wszystko jest inne. Inne, a zarazem przyciągające.

Masz wrażenie, że w Polsce załatwienie czegoś graniczy z cudem? Że Polska to kraj absurdów? Że aby do czegoś dojść musimy wykazać się sprytem i kombinatorstwem? Jeśli tak, spróbuj czasem załatwić coś w Rosji.

Czytając książkę czułam, że jej autor zakochał się w Rosji dokładnie tak jak ja. W jej charakterze, mieszkańcach. Chociaż ich sposób myślenia może się wydawać dziwny, to nie sposób ich nie pokochać.


John Mole, Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować, Carta Blanca, 2012


recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

wtorek, 5 lutego 2013

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn James Canon

Mariquita, 15 listopada 1992 "Dzień, w którym zniknęli mężczyźni". Niedziela, taka jak wszystkie od iluś lat. Zaczęła się tak samo jak setki innych, lecz inaczej skończyła. W słoneczny dzień wkroczyli do miasta partyzanci mówiąc, że szukają chętnych do walki z Kolumbijczykami. Chętnych nie było, więc znaleźli ich sami. Ci, którzy nie chcieli "dobrowolnie" się przyłączyć, zginęli. W Mariquice zostali tylko dwaj mężczyźni. Ksiądz i nastolatek, który został przez matkę ukryty pod damskimi fatałaszkami. Miasto bez mężczyzn, gdzieś na kolumbijskim zadupiu. Budynki skazane na zagładę, mieszkańcy na śmierć głodową.

Nie wszyscy mają jednak ochotę umierać. Żyć ma ochotę na przykład wdowa po sierżancie policji- Rosalba. Widząc, że "nicnierobienie" nie poprawi sytuacji miasta. Gdy wojsko przyjeżdża oszacować straty Rosalba najgłośniej domaga się pomocy, na co wojskowi mianują ją naczelniczką.  Co wyniknie z jej zarządzania miastem? Czy Mariquita ma szansę na przetrwanie? W jakiej formie?

 Przyznam się szczerze, że rzadko sięgam po "egzotyczną" literaturę. A powieść kolumbijska jest dla mnie zdecydowanie egzotyczna. Cieszę się jednak, że tytuł i streszczenie książki mnie przyciągnęły. Naprawdę nie żałuję. Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn to debiut Jamesa Canona. Bardzo udany debiut. Książka jest niebanalna i bardzo ciekawa. Tematyka nieoklepana, bohaterowie nietuzinkowi. Czego chcieć więcej? 

W książce Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn poruszane są bardzo ciekawe zagadnienia. Jednym z nich jest samowystarczalność kobiet, możliwość przetrwania w świecie bez mężczyzn. Trochę mi to przypomniało Seksmisję z tą różnicą, że tutaj kobiety zostały zmuszone do bycia samowystarczalnymi i brakowało im mężczyzn. Nauczyły się uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, dbać o siebie, nauczyły się nawet kochać z sobą. Nie zmieniło to jednak faktu, że świadomie bądź nie, tęskniły za głupimi chłopami, którzy poza dziećmi i siniakami nic im nie dali. 

Tym, którzy nie czytali książki zdradzę pewną tajemnicę. Mariquita przetrwała. Nie jest to jednak najważniejsze. Ważne jest w jaki sposób to się stało, jakie zmiany musiały nastąpić w mieści i jego mieszkańcach. Jak poszczególnie mieszkanki miasteczka ulegały tej przemianie. Nie jest ważny efekt końcowy, lecz sposób w jaki do niego doszło. I właśnie dla tej drogi przez mękę warto sięgnąć po książkę. Warto sprawdzić, ile wart jest człowiek, ile może osiągnąć, jakie przemiany mogą w nim zachodzić gdy jest do czegoś zmuszony. 

 Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Canon, Świat Książki, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pierogi nie tylko po polsku Alina Stradcka

"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na kremówki” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię kremówek”? Kremówki są pycha!"

Ja bym to zmieniła na
"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na pierogi” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię Pierogów”? Pierogi są pycha!"
Bo czy jest ktoś, kto nie lubi pierogów? Chyba nie. Z mięsem, ruskie, z kapustą, grzybami, z owocami, szpinakiem... pycha. Każdy lubi pierogi. Czy jednak nasza kuchnia musi się ograniczać do kilku rodzajów pierogów? Co nowego może nam zaproponować Alina Stradcka w książce Pierogi nie tylko po polsku?


Miałam nadzieję, że dużo. Że zobaczę tam takie zdjęcia przy których zacznie mi ślinka spływać po brodzie i przy pierwszej możliwej okazji wypróbuję przepisy na pierogi o których wcześniej nie słyszałam. A tutaj? Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to to, że ja jem moimi gałkami, a tutaj nie mam czego jeść. Zdjęć mało, a te które są nie powalają na kolana. A szkoda, bo co by nie mówić, to Kasia nabiera chęci patrząc na daną potrawę. Tutaj niestety muszę wybierać na ślepo. No ale przecież książka kucharska to nie tylko zdjęcia ale też przepisy. A raczej głównie przepisy, a zdjęcia są na dokładkę.

Z żalem muszę powiedzieć, że liczyłam na coś więcej. Na dużo więcej jeśli mam. Bo przecież pierogi to nie tylko trzy rodzaje wiejskich, z różnymi kawałkami mięsa w środku, na słodko, ruskie, z kaszą gryczaną czy też wegetariańskie. Na szczęście oprócz tradycyjnych pierogów jest też część druga poświęcona tym smażonym.  A tam są na przykład "Empanadas". Tylko co to znaczy? Po wpisaniu w wyszukiwarkę znalazłam informację o tym, że to
 "rogalik, pierożek. Nadziewane najczęściej mięsnym farszem z warzywami lub serem. Smażone w oleju lub pieczone na blasze. Do ich zrobienia można wykorzystywać ciasto podobne do ciasta francuskiego, pierogowego lub chlebowego. Występują w różnych odmianach, zależnie od kraju i regionu (istnieje np. kilkanaście ich odmian w Argentynie). Są popularnym daniem w Ameryce Południowej, szczególnie w Argentynie i Chile."


 Tylko dlaczego ja się tego dowiaduję z internetu a nie od autorki? Czy tak trudno by było wrzucić tych kilka informacji?
Każdy przepis wygląda tak, jak ten na zdjęciu obok (pierogi babcine na słodko). Czasami są dodawane informacje "warto wiedzieć" typu "Gdyby ciasto okazało się zbyt twarde, dolać kilka łyżek mleka". A ja bym chciała być poprowadzona przez autora za rękę, albo żeby mi chociaż ręką pokazał którędy mam iść a nie dał mapę i powiedział "powodzenia". A tak się czuję. Jak zagubiony turysta. Wsadzono mnie do JAKIEGOŚ samolotu. Poleciałam GDZIEŚ, dostałam JAKĄŚ mapę i mam sobie radzić. Nie wiem gdzie jestem, dlaczego mam robić tak a nie inaczej. Z przepisu na Empanadas nie wynika nawet jakie ciasto nam wyjdzie. Zwykłe? A'la francuskie? Chlebowe? A różnica jest, prawda? To chyba pierwsza książka kucharska ŚK na której się zawiodłam. W łepetynę bym strzeliła zarówno autorkę jak i kogoś, kto czuwał nad projektem. Z żalu. Bo miałam nadzieję, że wycieczkę po pierogowym świecie a dostałam 25 przepisów na różne warianty tego, co znam. Co za różnica jakie mięso wsadzę do pieroga? To dalej pierogi z mięsem, a ja chciałam czegoś innego. Nie powiem, będę pewnie czasami zaglądać do książki przy robieniu obiadu, ale to nie będzie mój przewodnik w kuchni.

Pierogi nie tylko po polsku, Alina Stradcka, Świat książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu





piątek, 25 stycznia 2013

Synesis 10 krem do ciała Contra Zima

Czy zimą twoje ciało jest przesuszone? Masz spierzchnięte dłonie? Jeśli tak, to najprawdopodobniej używasz złych kosmetyków. Warto spróbować kremu Synesis Contra Zima.

Czym różni się on od innych? Przede wszystkim tym, że jest naturalny i ekologiczny. Do tej pory stosowałam różne kremy i balsamy, ale na ekologiczny nigdy się nie skusiłam. Ma też wiele składników aktywnych tj. oliwka europejska, olej arganowy, palma sabałowa, olej ryżowy, głóg jednoszyjkowy, kasztanowiec, ekstrakt z ziela Pięciornika Gęsiego, hialuronian sodu, octan tokoferylu oraz olej z rozmarynu. Znajdziemy też w nim witaminę PP i E oraz srebrnik. Czy taka mnogość składników czyni cuda?

Synesis 10 krem do ciała Contra Zima ma pojemność 100 ml i kosztuje 90 zł. Posiada ładne pudełko, co spodoba się osobom ceniącym estetykę. Po odkręceniu wieczk,a może czekać nas niemiła niespodzianka. Krem ma specyficzny, choć na szczęście niezbyt intensywny zapach. Wszystko przez jego skład. Mamy tam dużo ziół, a żadnych sztucznych substancji zapachowych.

Krem ma delikatną konsystencję, jest przyjemny dla skóry. Wprawdzie trochę topornie się rozsmarowuje, ale za to szybko się wchłania, co ma dla mnie duże znaczenie. Pozostawia również na ciele delikatną tłustą powłokę, która jak mniemam, ma chronić nasze ciało. Przy aplikacji trzeba wmasowywać krem z umiarem, ponieważ zbyt duża jego ilość lub zbyt długie smarowanie sprawia, że krem zaczyna się trochę wałkować. Na szczęście, nie zauważyłam na ubraniach plam, więc te mankamenty nie są aż tak ważne. Wydaje mi się również, że krem jest wydatny, więc powinien wystarczyć na całą zimę.

Szczerze mówiąc nigdy nie stosowałam drogich kremów do ciała. Synesis 10 krem do ciała Contra Zima kosztuje prawie 100 zł, więc nie należy do tanich. Wydaje mi się jednak, że jeśli mamy problemy z ciałem, to lepiej zapobiegać niż leczyć. Zapobieganie zawsze jest tańsze, nawet, gdy na początku trzeba w to zainwestować.
Tekst opublikowany na dlalejdis.pl