Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

A jeśli ciernie Virginia C. Andrews

Pamiętacie jeszcze rodzinę Dollangangerów? Ja w natłoku spraw prawie o nich zapomniałam.  Poznaliśmy ich w książce Kwiaty na poddaszu w której poznaliśmy młodych Cathy i Chris wychowujących się w ukrytym pokoju na poddaszu. W Płatkach na wietrze rodzeństwo, już wolne, próbowało sobie ułożyć życie w domu doktora Paula. Co się z nimi dzieje teraz?

Trzecia książka to opowieść Jory'ego i Barta. I chociaż Jory i Bart to dzieci, powieść nie jest napisane dziecinnym językiem. Być może chłopcy są nad wiek dojrzali.

Cathy i Chris mieszkają w małym domku i żyją jak małżeństwo. Paul nie żyje. Chłopcy rosną nieświadomi historii rodziny. Jory jest chłopcem cichym i grzecznym, Bart to diabeł wcielony. Jory jest utalentowany (po ojcu i matce), Bart to mała pokraka. Gdzie nie pójdzie to coś sobie zrobi. Dni płyną w miarę spokojnie do momentu, gdy przyjaciółka Cathy osieroca śliczną dziewczynkę. Bohaterka z sobie tylko znanych przyczyn zgadza się zająć wychowaniem małej, pięknej niczym aniołek,Cindy. Nie wszyscy są zadowoleni z obecności dziecka, ale nikt nie podejrzewa, że dziewczynka może być w wielkim niebezpieczeństwie. Bart nie akceptuje bowiem obecności małej z zazdrości o matkę i jej uczucia wobec reszty domowników.

Jakby kłopotów było mało, do domu sąsiadującego z domem bohaterów wprowadza się tajemnicza kobieta w towarzystwie starszego mężczyzny Johna Amosa. Ponieważ najlepiej smakują rzeczy zakazane, Bart rozpoczyna wycieczki do sąsiedniego domu. Poznaje starszą panią, która od pierwszego spotkania zdaje się darzyć go uczuciem. Chłopiec czując się opuszczony i niekochany w domu, szybko zaczyna się czuć dobrze w domu kobiety która go ubóstwia. Któregoś dnia Bart dostaje od Johna Amosa, lokaja kobiety, pamiętnik. Ma go czytać w tajemnicy i nikomu nic o nim nie mówić. Jest to pamiętnik niejakiego Malcolma. Zarówno zapiski Malcolma jak i opowieści i kazania Amosa mają na Barta bardzo zły wpływ. Dowiaduje się on o prawdziwym życiu Cathy i Chrisa, zaczyna uważać matkę za dziwkę i jeszcze bardziej nienawidzi małej Cindy. Czy przypominacie sobie z poprzednich części książki, kim był Malcolm?



Tak, to dziadek Cathy. A tajemnicza kobieta w sąsiednim domu to jej matka. Jak się zakończy ten tom? Jakie zamiary mają sąsiedzi wobec rodziny Dollangangerów?

Kolejna książka trzyma poziom. Często tak jest, że w którymś momencie autor zaczyna odcinać kupony od sukcesu, bohaterowie żyją dla samego istnienia i kolejnych dolarów na koncie twórcy.  Andrews na szczęście trzyma poziom. Akcja jest ciekawa, bohaterowie się rozwijają, nie wieje nudą. Ciekawe jest również to, że w każdym z tomów to inny bohater opowiada historię. Taki zabieg bardzo mi się podoba. Co tu dużo mówić. Pierwszy tom sprawił, że zakochałam się w tej rodzinie i jej historii. Drugi utwierdził mnie w tym. Przy trzecim moje uczucia nie zmieniają się. Warto przeczytać wszystkie książki z tej serii.

A jeśli ciernie, Virginia C. Andrews, Świat książki, 2012


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat książki

piątek, 12 kwietnia 2013

Płatki na wietrze Virginia C Andrews

Rodzinę Dollangangerów poznaliście już tutaj. Kwiaty na poddaszu zakończyły się na ucieczce rodzeństwa z więzienia jakie zgotowała im własna matka. Uciekają już jednak nie we czwórkę, a we trójkę. Cory umarł. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie przeczytaliście poprzedniej części, to nie będę Wam psuć "niespodzianki". 


Cathy, Chris i Carrie uciekają autobusem. Gdy opuszczają stan w którym mieszkali czują ulgę, lecz coraz bardziej zaczynają się bać. Carrie źle się czuje, jest słaba, wymiotuje. Cathy i Chris podejrzewają co jest przyczyną, lecz nie mogą nic zrobić. Z pomocą przychodzi im niespodziewanie jadąca z nimi niema Murzynka, Henrietta. Wymusza na kierowcy zmianę trasy i "zawozi" ich do swojego pracodawcy, doktora Paula. Chociaż Cathy i Chris śmiertelnie boją się o swoje bezpieczeństwo stopniowo zaczynają ufać lekarzowi- dzięki temu Carrie przeżywa. Jest jednak bardzo słaba, a życie na poddaszu i podawanie trucizny poczyniło nieodwracalne zmiany w jej organizmie.

Dzięki jakimś siłom wyższym Paul proponuje dzieciom gościnę, a one się zgadzają. Zdaje się, że teraz może być już tylko lepiej. Rodzeństwo ma bezpieczny dom, opiekę lekarską. Cathy może zacząć chodzić na lekcje baletu, a Chris uczyć się. Wszystko, aby spełnić swoje marzenia. Tylko Carrie ciągle jest nieszczęśliwa. Nie ma przyjaciół, przez swój wygląd jest odpychana. Cathy przeżywa nawet swoją pierwszą (?) miłość, a później drugą. I nie jest w stanie zdecydować na kim zależy jej bardziej. Obok ciągle znajduje się Chris, który chyba tylko Cathy jest w stanie kochać. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów?

Trudno jest opisywać książkę nie ujawniając jej treści, nie psując innym przyjemności odkrywania losów bohaterów. A jest co odkrywać. Naprawdę..

Już Kwiaty na poddaszu mnie zafascynowały i naprawdę wciągnęły. Płatki na wietrze trzymają poziom poprzedniej części.  Książka ma akcję, jest dopracowany pomysł, są wyraziści bohaterowie. Wreszcie są tajemnice, mroczna przeszłość, następne problemy. Virginia C Andrews trzyma poziom. Nie zniechęciła się, nie starała się odcinać kuponów od poprzedniej części. Miała nowe pomysły, nie zapomniała jednak o tym, co napisała wcześniej. Naprawdę cudo.

Mimo tego, że tematyka nadal należy do trudnych, książka jest cudowna i świetnie się ją czyta. To takie książki powinny być lekturami. Jest w niej wszystko, z czym człowiek może się zetknąć. Nie ma za to patosu, zdrowasiek, mesjanizmu.


p.s. Obejrzałam film Kwiaty na poddaszu. Był tak słaby, że chyba nawet nie napiszę recenzji.



Płatki na wietrze, Virginia C Andrews, Świat Książki, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki

piątek, 22 marca 2013

Królowa Śniegu Hans Christian Andersen

"Pośród wielkiego miasta, gdzie jest tyle domów i tyle ludzi, że nie ma dość miejsca, aby każdy miał swój mały ogródek, i dlatego większości ludzi musi wystarczyć doniczka z kwiatami, mieszkało dwoje biednych dzieci, które miały jednak ogród trochę większy niż doniczka. Nie byli bratem i siostrą, ale kochali się jak rodzeństwo. Ich rodzice mieszkali w dwóch domach, przedzielonych wąską uliczką, w dwóch izdebkach na poddaszu; dachy domów stykały się prawie ze sobą; tuż obok rynny w każdym domu widniało małe okienko, wystarczyło tylko przeskoczyć przez rynnę i już można było przejść z jednego okna do drugiego.
[...]



W zimie kończyła się ta przyjemność, okna były często zupełnie zamarznięte; ale wtedy dzieci ogrzewały przy piecu miedziaki i przykładały je do zamarzniętych szyb, tak że robiła się świetna dziurka do patrzenia, taka okrągła, okrągła; przez tę dziurkę patrzało kochane, miłe oko, przy każdym oknie jedno; byli to chłopczyk i dziewczynka. Chłopczyk nazywał się Kay, a dziewczynka Gerda. W lecie wystarczył jeden krok, i już byli razem, ale w zimie musieli wchodzić na tyle schodów i schodzić z tylu schodów, a na dworze padał śnieg."

Pamiętacie bajkę "Królowa śniegu"? Ja szczerze mówiąc już zapomniałam jej treść. Pamiętałam, że był Kay i była Gerda i oczywiście zła Królowa, ale poza tym nie pamiętałam niczego. Czasami miło jest wrócić do starych pięknych czasów dzieciństwa, gdy głównym problemem był wybór bajki na dobranoc. Podobno cała Polska czyta dzieciom. Czytam i ja. Chwilowo sobie, ale jak każdy jestem czasem dzieckiem, więc czytając sobie od czasu do czasu bajki czuję się usprawiedliwiona. Tym razem do czasów dzieciństwa wróciłam dzięki wydawnictwu M. I bardzo się z tego cieszę. Nie tylko z tego, że mogłam sobie przeczytać tę bajkę (bo można ją znaleźć w kilku wersjach na różnych stronach) ale dlatego, że moja biblioteczka wzbogaciła się w przepiękne wydanie bajki, które kiedyś z radością będzie czytać moje dziecko. Takich wydań bajek już nie tworzą. Albo są tworzone bardzo rzadko, bo kto by się w książeczce dla dzieci przejmował twardą okładką, grubym śliskim papierem i przepięknymi ilustracjami. Przecież dziecko w kilka minut książkę upaćka czekoladą, zostawi ślady swojego uzębienia i obślini. A jednak gdybym miała do wyboru kilka wydań książki, to w miarę możliwości wybrałabym to ładne i trwałe. Taka właśnie jest ta książka. W twardej oprawie, z pięknymi ilustracjami Vladyslava Yerko (tu można obejrzeć próbkę jest twórczości), wydrukowanej na porządnej jakości papierze. Aż miło się ją czyta.

Całej treści bajki opowiadać nie będę, bo ogólny zarys zna każdy, a kto, tak jak ja, nie pamięta szczegółów powinien wrócić na chwilę do lat młodości i odświeżyć nieco swoją znajomości literatury dla najmłodszych.

W książkach dla najmłodszych uwielbiam prostotę przekazu. Przyjaciele Kay i Gerda żyli sobie szczęśliwi do dla, w którym do oka Kaya nie wpadł odłamek zwierciadła, który zmienił jego sposób patrzenia na świat. Z grzecznego i miłego chłopca Kay zmienił się okrutnego bachora. Jakby tego było mało zaufał pięknej, acz obcej kobiecie i odjechał z nią. Gerda, jako wierna przyjaciółka, nie bacząc na czyhające na nią niebezpieczeństwa wyrusza na poszukiwania przyjaciela...

W takich bajkach zawarte jest wszystko co najważniejsze dla dzieci i tak naprawdę i dla dorosłych, choć w zupełnie innym świecie, oddartym z niewinności, często o tym zapominamy.



Królowa Śniegu, Hans Christian Andersen, wydawnictwo M, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 18 marca 2013

Kwiaty na poddaszu Virginia Cleo Andrews

Właśnie wpisałam w google hasło "Kwiaty na poddaszu" aby znaleźć okładkę do recenzji. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że książka ta została napisana w 1979 roku, a w 1987 nakręcono film na jej podstawie. Byłam zszokowana! Przecież gdy czytałam książkę, to miałam wrażenie, że to całkowicie współczesna autorka. Mając na myśli współczesną myślałam o takiej, co napisała książkę ze dwa-trzy lata temu. A tu taka niespodzianka. Nie spodziewałam się. Czasami w takich sytuacjach mam wrażenie, że czytam o wiele za mało, a moja wiedza dotycząca literatury jest malutka.

Wracając do samej książki. Strasznie mnie korci, żeby zrobić kilka spoilerów, bo w głębi serca wierzę, że wiele osób już tę książkę ma za sobą i nie zrobię im nieprzyjemnej niespodzianki.

Dollangagnerowie. Szczęśliwa, sześcioosobowa rodzina. Christopher i Corrine, szczęśliwi rodzice czworga dzieci: 
Cathy, Chris, Cory i Carrie to ich najukochańsze skarby. Nie brakuje im niczego. Czyż życie nie jest piękne?  Niestety nic co piękne nie może trwać wiecznie. Pewnego dnia ojciec rodziny nie dociera na własne przyjęcie urodzinowe. Ginie w wypadku. Cała rodzina jest zrozpaczona.  Jakby nieszczęść było zbyt mało okazuje się, że rodzina Dollangagnerów żyła od dawna ponad stan. Przyczyną były przyzwyczajenia Corrine i jej zamiłowanie do bogactwa. Gdy Corrine dowiaduje się, że wszystko co posiadają muszą sprzedać aby spłacić długi postanawia napisać do dawno niewidzianych rodziców. Ci zgadzają się przygarnąć córkę. Właśnie. Córkę. Nie córkę z dziećmi. Dollangagnerowie jadą do rodzinnej posiadłości Corrine. Na miejscu okazuje się, że jej ojciec, dziadek dzieci, nie wie o ich istnieniu i nie może się dowiedzieć. Na szczęście leży on na łożu śmierci, więc ukrywanie się nie potrwa długo. Najwyżej kilka dni. W tym czasie córka wejdzie w łaski ojca i znajdzie swoje miejsce w testamencie. Gdyby tylko plany Corrine się spełniły...
Rodzeństwo zostaje zamknięte na poddaszu. Spędza tam wiele miesięcy. Bez słońca, widoku nieba, trawy, przyjaciół, rodziny. Ich własna matka  jakby się od nich oddalała. Z dnia na dzień coraz rzadziej do nich przychodzi, coraz rzadziej patrzy na swoje dzieci. Cathy i Chris mogą to jakoś przełknąć. Gorzej jest z bliźniakami Corym i Carrie. Oni nie potrafią zrozumieć, dlaczego ich matka już ich nie kocha. Gdyby tego wszystkiego było mało, dziećmi "opiekuje się" ich babka, która szczerze ich nienawidzi i uważa, że są dziełem szatana. Dlaczego? Co dzieje się w tym domu i jaką tajemnicę skrywają dorośli?
Kwiaty na poddaszu to bardzo interesująca, ale też niełatwa książka. Niełatwa, ponieważ porusza bardzo trudne tematy. Tematy, w którymi nie spotykamy się często w literaturze. W życiu realnym coś takiego wywołałoby skandal. Rozpisywałyby się o tym wszystkie
 gazety, trąbiono by o tym we wszystkich wydaniach wiadomości. Czasami podobne tematy pojawiają się w prasie i zawsze wzbudzają ból, współczucie, nienawiść, obrzydzenie. Takie uczucia może też wzbudzać książka. Czytelnik razem z Cathy (narratorką książki) odkrywa życie i tajemnice mrocznego domu. Poznaje siebie, towarzyszy, własne ciało, potrzeby, namiętności, słabości. Odkrywa wszystko co najgorsze i najlepsze.

Teraz pora obejrzeć film. Podobno jest słaby, ale i tak chcę zaryzykować. A książkę polecam.


Kwiaty na poddaszu, Virginia Cleo Andrews, Świat Książki, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu
 

wtorek, 19 lutego 2013

Celebryci i śmierć Nora Roberts (J.D. Robb)

 "Celebryci i śmierć" to 35 książka z serii "In Death" Nory Roberts, piszącej pod pseudonimem J.D. Robb, której główną bohaterką jest porucznik Eve Dallas.

Eva doczekała się filmu o perypetiach swoich i Peabody. Nie jest tym faktem zachwycona, ale co zrobić? Gdy zostaje zaproszona na plan filmowy, czuje się dziwnie. Aktorka grająca Eve jest do niej bliźniaczo podobna. Nawet ruchy ma podobne, co strasznie denerwuje panią porucznik. Cała szopka związana z filmem ją wkurza. Zupełnie innego zdania jest Peabody, która jest zachwycona "swoim" występem w filmie, mniej jednak podoba jej się odtwórczyni "jej" roli K.T. Harris, która jest wyniosła oraz opryskliwa. Zauważa to również Eve.

Po ukończeniu zdjęć do filmu Eve pozostaje tylko pojawić się na przyjęciu i praktycznie będzie miała to wszystko z głowy. Niestety podczas przyjęcia K.T. Harris zostaje znaleziona martwa. Komu mogło zależeć na pozbyciu się wkurzającej aktorki? Chyba wszystkim razem i każdemu z osobna. Śmierć aktorki to również doskonały sposób na wypromowanie filmu. Podejrzani są wszyscy, którzy byli na przyjęciu. A każdy z nich ma wiele do ukrycia. Sama Eve ponownie czuje się dziwnie. Będzie musiała poprowadzić śledztwo, jest jednym ze świadków wydarzenia, a na dodatek każde spojrzenie na K.T. Harris przypomina jej o Peabody. To będzie strasznie dziwne.

Od pierwszego zetknięcia z Norą Roberts bardzo ją polubiłam. Kiedy pisze romanse, są one idealne. Gdy zabiera się za książkę obyczajową czyta się ją z przyjemnością. Gdy Nora sięga po pióro jako J.D. Robb z góry wiem, że nie będę zawiedziona. To będzie kryminał na dobrym poziomie.

Chociaż "Celebryci i śmierć" to już 35 książka o Eve Dallas, czytelnik nie czuje znużenia główną bohaterką. Najwyraźniej nie czuje go również autorka, ponieważ książkę czyta się świetnie, można ją połknąć w ciągu jednego popołudnia. Dziwi mnie, że J.D. Robb ma jeszcze pomysły na fabułę i bohaterów. I jedno i drugie nadal jest na bardzo wysokim poziomie.

Do książki przyczepić się chyba nie sposób. Nie znalazłam niczego, na co mogłabym narzekać. Są zwroty akcji, są ciekawi bohaterowie, są nieoklepane dialogi, ciekawy pomysł na fabułę. Można powiedzieć: książka idealna. Prawie. Zastanawia mnie, jak to możliwe, aby główna bohaterka, Eve Dallas mogła prowadzić śledztwo w sprawie, w której jest świadkiem, w sprawie, w której występuje prywatnie. Jak może szukać mordercy osoby, której nie lubiła, która ją wkurzała i sama miała ochotę strzelić jej w łeb?

Jeśli ktoś lubi kryminały - polecam. Jeśli ktoś zna tylko romantyczną stronę Nory Roberts- polecam. Jeśli ktoś zdążył już polubić Eve Dallas- polecam. Nie polecam tylko tym, którzy uważają, że tylko Agatha Christie potrafi stworzyć dobry kryminał. Nora Roberts jest dobra, ale Agathy Christie nie pobije nigdy.


Nora Roberts (J.D. Robb), Celebryci i śmierć,  Prószyński, 2012


recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

poniedziałek, 11 lutego 2013

Byłem ziemniaczanym oligarchą John Mole

John Mole wśród dzikich plemion. Tak naprawdę to nie wśród dzikich plemion lecz wśród Rosjan, ale dla Anglika Rosja okazała się miejscem naprawdę dzikim, o czym można przekonać się w książce „Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować”.

„Szykuje się Coś Wielkiego” te słowa zawsze wypowiadał John, gdy wpadał mu do głowy jakiś super hiper pomysł. I tym razem coś takiego powiedział, ale nie w swoim zacisznym domu w Anglii, lecz w odległej Rosji, męcząc się w saunie z nowym znajomym. Z czym kojarzy Ci się Rosja? Kawiorem? Z wódką? Kapustą? Kaszą? A może dobrą literaturą? Dobrze, ale nie o tym pomyślał John. Rosja kojarzy mu się z… ziemniakami. Więc może stworzyć sieć restauracji, które cieszą się powodzeniem w Anglii? Pieczone ziemniaki z dodatkami na przykład. Oczywiście na modłę rosyjską, a nie angielską. „Znaczit, nie ma najmniejszych szans” mówi Misza, a Jonh już wie, że jeśli coś jest super, to jest do d…, a jeśli się nie da, znaczy że się da i pomysł jest trafiony! Jest tylko mały problem. „Sprzedawać ziemniaki Rosjanom? A może śnieg Eskimosom? Nie jeździ się z samowarem do Tuły”.

John Mole postanowił spróbować. Czy mu się udało i czy znana w całej Rosji „Kroszka Kartoszka” to własność Johna Mole? Sprawdźcie.

„Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować” to jedna z fajniejszych książek, które ostatnio czytałam. Być może dlatego, że dotyczy Rosji? A może dlatego, że autor i bohater zarazem jest człowiekiem, który potrafi cudownie opowiadać? I to, i to. „Byłem ziemniaczanym oligarchą” to bardzo ciekawa i optymistyczna (chyba) opowieść o próbie zorganizowania biznesu w nowej Rosji. Nie wszystko da się jednak załatwić za pomocą uśmiechu, wiedzy i dobrych pomysłów. Czasem trzeba dać łapówkę, czasem poznać przyjaciela przyjaciół, a czasem kombinować jak koń pod górkę. Najczęściej trzeba jednak robić to wszystko jednocześnie, ponieważ to jest Rosja właśnie. Innym system myślenia, inne poglądy, przyzwyczajenia, „tradycja”. Tam wszystko jest inne. Inne, a zarazem przyciągające.

Masz wrażenie, że w Polsce załatwienie czegoś graniczy z cudem? Że Polska to kraj absurdów? Że aby do czegoś dojść musimy wykazać się sprytem i kombinatorstwem? Jeśli tak, spróbuj czasem załatwić coś w Rosji.

Czytając książkę czułam, że jej autor zakochał się w Rosji dokładnie tak jak ja. W jej charakterze, mieszkańcach. Chociaż ich sposób myślenia może się wydawać dziwny, to nie sposób ich nie pokochać.


John Mole, Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować, Carta Blanca, 2012


recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

wtorek, 5 lutego 2013

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn James Canon

Mariquita, 15 listopada 1992 "Dzień, w którym zniknęli mężczyźni". Niedziela, taka jak wszystkie od iluś lat. Zaczęła się tak samo jak setki innych, lecz inaczej skończyła. W słoneczny dzień wkroczyli do miasta partyzanci mówiąc, że szukają chętnych do walki z Kolumbijczykami. Chętnych nie było, więc znaleźli ich sami. Ci, którzy nie chcieli "dobrowolnie" się przyłączyć, zginęli. W Mariquice zostali tylko dwaj mężczyźni. Ksiądz i nastolatek, który został przez matkę ukryty pod damskimi fatałaszkami. Miasto bez mężczyzn, gdzieś na kolumbijskim zadupiu. Budynki skazane na zagładę, mieszkańcy na śmierć głodową.

Nie wszyscy mają jednak ochotę umierać. Żyć ma ochotę na przykład wdowa po sierżancie policji- Rosalba. Widząc, że "nicnierobienie" nie poprawi sytuacji miasta. Gdy wojsko przyjeżdża oszacować straty Rosalba najgłośniej domaga się pomocy, na co wojskowi mianują ją naczelniczką.  Co wyniknie z jej zarządzania miastem? Czy Mariquita ma szansę na przetrwanie? W jakiej formie?

 Przyznam się szczerze, że rzadko sięgam po "egzotyczną" literaturę. A powieść kolumbijska jest dla mnie zdecydowanie egzotyczna. Cieszę się jednak, że tytuł i streszczenie książki mnie przyciągnęły. Naprawdę nie żałuję. Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn to debiut Jamesa Canona. Bardzo udany debiut. Książka jest niebanalna i bardzo ciekawa. Tematyka nieoklepana, bohaterowie nietuzinkowi. Czego chcieć więcej? 

W książce Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn poruszane są bardzo ciekawe zagadnienia. Jednym z nich jest samowystarczalność kobiet, możliwość przetrwania w świecie bez mężczyzn. Trochę mi to przypomniało Seksmisję z tą różnicą, że tutaj kobiety zostały zmuszone do bycia samowystarczalnymi i brakowało im mężczyzn. Nauczyły się uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, dbać o siebie, nauczyły się nawet kochać z sobą. Nie zmieniło to jednak faktu, że świadomie bądź nie, tęskniły za głupimi chłopami, którzy poza dziećmi i siniakami nic im nie dali. 

Tym, którzy nie czytali książki zdradzę pewną tajemnicę. Mariquita przetrwała. Nie jest to jednak najważniejsze. Ważne jest w jaki sposób to się stało, jakie zmiany musiały nastąpić w mieści i jego mieszkańcach. Jak poszczególnie mieszkanki miasteczka ulegały tej przemianie. Nie jest ważny efekt końcowy, lecz sposób w jaki do niego doszło. I właśnie dla tej drogi przez mękę warto sięgnąć po książkę. Warto sprawdzić, ile wart jest człowiek, ile może osiągnąć, jakie przemiany mogą w nim zachodzić gdy jest do czegoś zmuszony. 

 Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Canon, Świat Książki, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pierogi nie tylko po polsku Alina Stradcka

"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na kremówki” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię kremówek”? Kremówki są pycha!"

Ja bym to zmieniła na
"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na pierogi” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię Pierogów”? Pierogi są pycha!"
Bo czy jest ktoś, kto nie lubi pierogów? Chyba nie. Z mięsem, ruskie, z kapustą, grzybami, z owocami, szpinakiem... pycha. Każdy lubi pierogi. Czy jednak nasza kuchnia musi się ograniczać do kilku rodzajów pierogów? Co nowego może nam zaproponować Alina Stradcka w książce Pierogi nie tylko po polsku?


Miałam nadzieję, że dużo. Że zobaczę tam takie zdjęcia przy których zacznie mi ślinka spływać po brodzie i przy pierwszej możliwej okazji wypróbuję przepisy na pierogi o których wcześniej nie słyszałam. A tutaj? Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to to, że ja jem moimi gałkami, a tutaj nie mam czego jeść. Zdjęć mało, a te które są nie powalają na kolana. A szkoda, bo co by nie mówić, to Kasia nabiera chęci patrząc na daną potrawę. Tutaj niestety muszę wybierać na ślepo. No ale przecież książka kucharska to nie tylko zdjęcia ale też przepisy. A raczej głównie przepisy, a zdjęcia są na dokładkę.

Z żalem muszę powiedzieć, że liczyłam na coś więcej. Na dużo więcej jeśli mam. Bo przecież pierogi to nie tylko trzy rodzaje wiejskich, z różnymi kawałkami mięsa w środku, na słodko, ruskie, z kaszą gryczaną czy też wegetariańskie. Na szczęście oprócz tradycyjnych pierogów jest też część druga poświęcona tym smażonym.  A tam są na przykład "Empanadas". Tylko co to znaczy? Po wpisaniu w wyszukiwarkę znalazłam informację o tym, że to
 "rogalik, pierożek. Nadziewane najczęściej mięsnym farszem z warzywami lub serem. Smażone w oleju lub pieczone na blasze. Do ich zrobienia można wykorzystywać ciasto podobne do ciasta francuskiego, pierogowego lub chlebowego. Występują w różnych odmianach, zależnie od kraju i regionu (istnieje np. kilkanaście ich odmian w Argentynie). Są popularnym daniem w Ameryce Południowej, szczególnie w Argentynie i Chile."


 Tylko dlaczego ja się tego dowiaduję z internetu a nie od autorki? Czy tak trudno by było wrzucić tych kilka informacji?
Każdy przepis wygląda tak, jak ten na zdjęciu obok (pierogi babcine na słodko). Czasami są dodawane informacje "warto wiedzieć" typu "Gdyby ciasto okazało się zbyt twarde, dolać kilka łyżek mleka". A ja bym chciała być poprowadzona przez autora za rękę, albo żeby mi chociaż ręką pokazał którędy mam iść a nie dał mapę i powiedział "powodzenia". A tak się czuję. Jak zagubiony turysta. Wsadzono mnie do JAKIEGOŚ samolotu. Poleciałam GDZIEŚ, dostałam JAKĄŚ mapę i mam sobie radzić. Nie wiem gdzie jestem, dlaczego mam robić tak a nie inaczej. Z przepisu na Empanadas nie wynika nawet jakie ciasto nam wyjdzie. Zwykłe? A'la francuskie? Chlebowe? A różnica jest, prawda? To chyba pierwsza książka kucharska ŚK na której się zawiodłam. W łepetynę bym strzeliła zarówno autorkę jak i kogoś, kto czuwał nad projektem. Z żalu. Bo miałam nadzieję, że wycieczkę po pierogowym świecie a dostałam 25 przepisów na różne warianty tego, co znam. Co za różnica jakie mięso wsadzę do pieroga? To dalej pierogi z mięsem, a ja chciałam czegoś innego. Nie powiem, będę pewnie czasami zaglądać do książki przy robieniu obiadu, ale to nie będzie mój przewodnik w kuchni.

Pierogi nie tylko po polsku, Alina Stradcka, Świat książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu





sobota, 19 stycznia 2013

W jaskini lwa Anne Holt

Czy norweskie kryminały zasługują na uwagę? Czy książki z rządem w tle mają rację bytu? Czy książka o polityce może być ciekawa? Pytań wiele, odpowiedź jedna.

„W jaskini lwa” to czwarta książka, która wyszła spod pióra Anne Holt. Dla mnie to pierwsza przygoda z tą autorką. Kryminały zawsze lubiłam i zawsze patrzę na nie krytycznym okiem, porównując kolejne książki z dziełami moich ulubionych pisarzy. Bałam się, że Anne Holt nie przetrwa i szybko stwierdzę, że to tylko nędzna podróbka książek X czy Y. Na szczęście okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Od pierwszych stron czułam, że Anne Holt ma zmysł i dobry pomysł. Jej pomysł okazał się ciekawy i dobrze zrealizowany. Odetchnęłam z ulgą.

Norwegią wstrząsnęła tragedia. W zwykły dzień jakich wiele w swoim biurze zostaje znaleziona premier Birgitte Volter. Martwa, z dziurą w głowie. Rządziła niespełna pół roku. Czy narobiła sobie wrogów na gruncie prywatnym, czy też zawodowym? Czy zamordowano premier czy Birgitte? Pytań jest wiele. Problemem jest brak odpowiedzi. W śledztwo angażują się wszystkie możliwe służby. Swoje prywatne śledztwo rozpoczynają także dziennikarze. Co dalej z rządem? Kto obejmie władzę? Na razie wiadome są tylko trzy rzeczy. W dzień zabójstwa premier spotkała się z sędzią Sądu Najwyższego Benjaminem Grindem, jej sekretarka siedziała cały czas przy jej gabinecie, a aby tam się dostać trzeba przejść kontrole oraz to, że w ciągu ostatnich dni premier była jakaś rozdrażniona. Czy mając tych kilka informacji, policji uda się znaleźć mordercę?

Anne Holt stworzyła bardzo ciekawą opowieść, której akcja dzieje się w świecie polityki. Nie lubię używać wyświechtanych frazesów, ale książka naprawdę należy do tych wciągających. Ciekawi bohaterowie, dobrze stworzone tło. Być może jej atutem jest to, że doskonale wie o czym pisze? Anne Holt jest absolwentką prawa, pracowała jako dziennikarka i w policji, prowadziła własną praktykę prawniczą, a także była Ministrem Sprawiedliwości. Czy mając takie doświadczenie i sprawne pióro, potrzeba czegoś więcej, by stworzyć dobry kryminał taki jak „W jaskini lwa”? Odpowiedź na postawione pytania brzmi: tak. Norweskie kryminały są warte przeczytania.


Anne Holt, W jaskini lwa, Prószyński i S-ka, 2012


recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

niedziela, 13 stycznia 2013

Superodporność Joel Fuhrman

"Jak z posiłków czerpać zdrowie. Wzmocnij swoją naturalną odporność, by żyć długo i zdrowo.

Dlaczego niektórzy chorują częściej niż inni? Co czyni nas bardziej podatnymi na wirusy i bakterie? Jaki jest sekret zachowania zdrowia?"
Strasznie nie lubię poradników pisanych przez pseudo-oświeconych-doktorów których głównym motto jest "myśl pozytywnie a będziesz zdrowy/bogaty/szczupły/szczęśliwy".
Czy razem trafiłam na prawdziwego doktora, który wie co mówi i nie jest to podyktowane głosem w głowie?
Superodporność czyli jak z posiłków czerpać zdrowie to książka o tym, jakie składniki nam pomagają, a jakie szkodzą. Każdy zdaje sobie sprawę, że słodycze, cukier, tłuszcze itd są niezdrowe, a dzięki owocom, rybom i warzywom będziemy żyć dłużej. Czy na pewno dokładnie o to chodzi? Co znajdziemy w książce?

Superodporność dzieli się na siedem działów, poprzedzona jest dość długim wstępem o tym, czym jest superodporność.
"Superodporność najlepiej można zdefiniować jako układ odpornościowy ciała, który pracuje, wykorzystując pełnię swoich możliwości. Współczesna nauka rozwinęła się do punktu, w którym mamy dowód na to, że odpowiednie surowce i czynniki ożywcze mogą podwoić lub potroić ochronne możliwości układu odpornościowego"
  1. Odżywianie równa się zdrowie
  2. Porażka współczesnej medycyny
  3. Doskonałe pożywienie dla superodporności
  4. Przeziębienie i grypa- co powinniśmy wiedzieć
  5. Zdrowe węglowodany, tłuszcze i białka
  6. Dokonywanie właściwych wyborów
  7. Plan żywieniowy i przepisy
 O tym, że jesteśmy tym co jemy wie, albo powinien wiedzieć każdy. Niestety przez dzisiejszy tryb życia nie dość, że prawie się nie ruszamy, to jeszcze jemy śmieciowe jedzenie. Według badań (amerykańskich przeprowadzonych w USA) spożywamy głównie przetworzone pokarmy: oleje, słodycze, oczyszczone ziarna (62%), mięso, jaja, nabiał i ryby (tylko 25%), nierafinowane pokarmy roślinne: owoce, warzywa, rośliny strączkowe, orzechy, nasiona (zaledwie 10%), pełne ziarna zbóż (o zgrozo 2,5%). Nie powiem, że sama jestem lepsza. Uwielbiam makaron, jem głównie białe pieczywo, używam gotowych mieszanek do sosów, piję napoje gazowane. Po owoce i warzywa sięgam głównie w czasie sezonu (ale to tylko dlatego, że nie wierzę w pomidory z Azji czy Turcji i piękne jabłka pakowane w czteropaki).

Trochę wkurza mnie to, że zawsze przy tego typu książkach (przy tej też) brane pod uwagę jest tylko USA. Nie mówię, że w przypisach powinno się znaleźć coś o Polsce, ale przełożenie danych na Europę byłoby miłe. Irytujące są również wstawki "pacjentów", które kojarzą mi się z "listami do...". Nie lubię takich kącików porad, u mnie to się nie sprawdza, wręcz mnie odrzuca od czytania chociaż wiem, że po krótkim i bolesnym wstępie "na temat listu" znajdę ciekawe wiadomości.

Dużym plusem książki jest plan żywieniowy, a raczej przepisy. Bo o ile nie będę stosowała diety dr Fuhrmana, to część przepisów bardzo chętnie wkręcę do mojej kuchni (choćby ekspresowe śniadanie bananowo- jogurtowe,muesli z granatem, sałatkę szpinakową  z truskawkami i sezamowym winegretem czy pizzę warzywną)

Książki sensownie streścić się nie da. Musiałabym wrzucać długie cytaty. Dużo długich i ciekawych cytatów. Ogólnie jednak rzecz biorąc powinniśmy odwrócić tę piramidę według której jemy. To warzyw, owoców, pełnych ziaren, ryb i nabiału powinno być 60%, a cukru, olejów i oczyszczonych ziaren 2,5%. Tylko wtedy będziemy zdrowi. To przecież logiczne. Aby być zdrowym trzeba jeść zdrowe rzeczy: sałatki, zupy warzywne, owsianki.

Nie jest to książka dla osób, które chcą szybko schudnąć, wygrać z częstym zapaleniem zatok czy grypą, zawsze będę uważała, że nie książki nam pomogą lecz badania i lekarz, lecz dla osób, które chcą być świadome tego co jedzą i jak to wpływa na ich zdrowie. Jeśli lubicie tematykę zdrowego odżywiania ta książka powinna dostarczyć wam dużej dawki wiedzy na ten temat.

Superodporność, Joel Fuhrman, studio astropsychologii, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wędrówka przez słońce Corban Addison

Powstają książki oparte na faktach, które brzmią jak bujda, powstają też książki fikcyjne, po lekturze których nie wierzymy, że to, o czym przeczytaliśmy tak naprawdę się nie zdarzyło. Wędrówka przez słońce należy do tej drugiej grupy. Po skończonej lekturze nie mogłam uwierzyć, że cała historia powstała w głowie autora Corbana Addisona.


Pomysł na książkę Wędrówka przez słońce tak naprawdę nie zrodziła się w głowie autora, lecz jego żony. To ona podrzuciła mu pomysł na książkę o handlu ludźmi. To dzięki swojej żonie Corban Addison wyruszył w wędrówkę po Indiach i Europie, zawędrował też do Waszyngtonu, gdzie o handlu ludźmi rozmawiał z ekspertami. Dla "dobra" książki pojechał nawet incognito do burdeli w Bombaju, aby z pierwszej ręki uzyskać informacje od ofiar handlu ludźmi.

Główne bohaterki książki, siedemnastoletnia Ahalya i piętnastoletnia Sita, mieszkają w rodziną w Indiach. Mają wszystko, są szczęśliwe, pilnie uczą się angielskiego, który jest przepustką do lepszego świata. Ich szczęście zakłóca przejście tsunami, które zabija wszystkich ich bliskich. Samotne siostry wyruszają do swojego internatu, nie docierają tam jednak. Przez swoją łatwowierność i wiarę w ludzi dostają się w łapska handlarzy ludźmi. Zostają sprzedane do burdelu.

W tym samym czasie na drugim końcu świata, w USA, żyje sobie Thomas Clarke. Nie jest to człowiek szczęśliwy. Niedawno stracił córeczkę, a jego żona odeszła i wróciła do domu w Indiach. Thomas jest prawnikiem, pracuje w dużej firmie, marzy mu się wielka kariera. A właściwie marzyła, bo teraz nie wie co ma ze sobą zrobić. Po przegranej sprawie, gdy firma szuka kozła ofiarnego, Thomas decyduje się na roczny staż w Indiach, w organizacji zajmującej się pomocą ofiarom handlu ludźmi. Thomas ma nadzieję, że zbliży się do żony. Dzięki zrządzeniu losu organizacja w której pracuje Thomas robi nalot na burdel i uwalniają Sitę. Okazuje się jednak, że Ahaly już tam nie ma. Zostaje gdzieś wywieziona. Tomas po obietnicy złożonej Sicie postanawia odnaleźć starszą siostrę. Będzie go to kosztować wiele czasu i trudu. Czy uda mu się odnaleźć dziewczynkę? Czy Thomas dzięki pracy w organizacji odzyska spokój ducha?

Wędrówka przez słońce to według mnie piękna i wzruszająca opowieść o życiu. Jest to też trudna i obszerna lekcja o handlu ludźmi.  Może autor nie ma wielkiego warsztatu, ale jego wiedza wypełnia luki spowodowane zapewne małym doświadczeniem pisarskim. 
Akcja książki jest wartka, pełno w niej zwrotów akcji, szczęśliwych zbiegów okoliczności oraz porażek głównego bohatera. Sama akcja toczy się na trzech kontynentach. Pod wieloma względami książka autora przypomina mi historie  Bonda. Nie jest to jedna zarzut, ponieważ książka nie jest dokumentem, jest to fikcja i autor miał prawo poprowadzić bohatera takimi ścieżkami, jakimi miał ochotę. Zresztą dzięki temu możemy zobaczyć, jak różnią się od siebie światy, jak bardzo inne jest podejście ludzi do handlu ludźmi. 

Jak dla mnie, Wędrówka przez słońce jest książką wartą polecenia. Jeszcze bardziej warte polecenia jest wysłuchanie audiobooka. Lektorką jest Olga Bończyk, której bardzo dobrze się słucha. 

 Wędrówka przez słońce, Corban Addison, Świat Książki, 2012

Zachęcam do wysłuchania fragmentu nagrania tutaj 

Za udostępnienie książki dziękuję 
 

środa, 19 grudnia 2012

Wypieki: chleby, piszze, ciasta, pączki, słodkie zawijańce Anneka Manning

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... chciałoby się zaśpiewać. Śpiewać można, tylko co słodkiego postawimy na świątecznym stole? Dziś na tapecie książka o wypiekach. Nie jest typowo świąteczna, ale jak się nie ma co się lubi...

Poza tym, kto powiedział, że na świątecznym stole ma się znaleźć tylko makowiec? Ja proponuję tartaletki z krewetkami i awokado, galette z owocami pieczone bez formy, świąteczne babeczki z nadzieniem bakaliowym, strudel z ricottą i rodzynkami, rurki z miodem i orzechami oraz vol-au-vents z kurczakiem bekonem i grzybami. Sześć słodkich dań to już połowa z wymaganych dwunastu :)





Czym oprócz tego uraczyła nas Anneka Manning? W książce znajdziemy przepisy na:
  • Pieczywo- różne rodzaje
  • chlebki i bułki z dodatkami
  • szybkie wypieki
  • ciasta i ciastka z nadzieniem
  • tarty
     
Oprócz tego, tak jak w poprzedniej książce autorki o mięsach
znajdziemy przeliczniki, które przydadzą się przy pieczeniu (bo tak już książki kucharskie zostały skonstruowane, że gdy autorka ma piekarnik gazowy to w przepisach tylko to ją interesuje, a nie pomyśli o tym, że ktoś mógł zostać obdarzony innym mechanizmem w piekarniku) Dzięki temu przelicznikowi będzie nam też łatwiej obliczyć wartości znalezione w anglojęzycznych przepisach.

W książce znajdziemy również obszerne "informacje podstawowe". Możemy dowiedzieć się czegoś o tym, jak ważny jest odpowiedni cukier, drożdże, jajka, masło, maślanka, mąka, proszek do pieczenia, wanilia. Ważne jest też wyposażenie kuchni. W końcu czymś trzeba mieszkać, odmierzać, sprawdzać temperaturę, kroić. Można to robić czymkolwiek, ale lepiej czymś, co jest do tego stworzone. Zresztą sprawdzicie sami :)
Przydatne będą również informacje o technikach wyrabiania ciast, wyrastaniu, kruchym cieście, wałkowaniu, pieczeniu z obciążeniem, cieście francuskim, ptysiowym, kremach budyniowych. Jak widać, to taka mała encyklopedia.
To już druga książka pani Manning, którą uważam za udaną i serdecznie polecam. Od razu widać, że kobieta zna się na rzeczy, wie co robi i przede wszystkim lubi przebywać w kuchni. O super zdjęciach, dodatkowych radach, prowadzeniu czytelnika za rękę również warto wspomnieć.
Jak dla mnie: 3x TAK

Wypieki: chleby, piszze, ciasta, pączki, słodkie zawijańce, Anneka Manning, Świat książki, 2012


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Boże Narodzenie kuchnia świąteczna Marzena Wasilewska

6,5,4,3,2,1…. Tak. Za tydzień Wigilia. Za tydzień o tej porze będziemy siedzieć przy stole z najbliższymi i zajadać się potrawami, które chociaż jadamy w ciągu roku, to w ten wyjątkowy wieczór smakują zupełnie inaczej.

Jeśli nie masz jeszcze skomponowanego menu może warto przyjrzeć się książce „Boże Narodzenie kuchnia świąteczna”? Mam wrażenie, że niezależnie od tego, jaki styl objadania się lubimy, w tej książce każdy powinien znaleźć menu napisane z myślą o nim.

Boże Narodzenie kuchnia świąteczna podzieliła książkę na siedem rozdziałów: 




  • Wigilia jak u babci z kresów
  • Wigilijna kolacja- postna ale wykwintna
  • Kolacja wigilijna dla tych, którym zimą marzą się cieplejsze kraje
  • Bożonarodzeniowy obiad czyli klasyka z odrobiną szaleństwa
  • Tylko świąteczny obiad czy królewska uczta?
  • Wykwintny obiad dla kucharek i kucharzy bez wielkiego doświadczenia
  • Sylwestrowy bufet, czyli jak szaleć, to na całego
  • Noworoczna uczta. Podobno jaki pierwszy dzień w roku, taki cały rok… niech będzie więc bogaty
  • Torty, ciasta i ciasteczka do świątecznej kawy

Jak więc widać wybór jest dość duży. A jakie są same przepisy? Moim zdaniem są dobre. Wprawdzie sama kwalifikuję się do „kucharek bez większego doświadczenia”  to do gustu przypadły mi przepisy dla tych, którzy wolą ciepłe kraje: tatar ze śledzi, mus z pstrąga z czerwonym winem, sałatka z brokułami i orzechami, sandacz pieczony z koprem włoskim oraz „kompot czy pijane śliwki”. Mojej połówce spodobała się kuchnia kresowa: śledzie korzenne, śledzie z glazurowanymi burakami, zupa borowikowa z łazankami, karp zapiekany z chrzanem i śliwkami. To oczywiście tylko wycinek tego, co na świąteczny stół proponuje nam autorka książki.

Nigdy bym nie wpadła na to, że na wigilijnym stole może pojawić się zupa krem z porów i cebuli z wędzonym łososiem lub piersi z kaczki w galarecie żurawinowej. O kremie cynamonowym z orzeźwiającym sosem żurawinowym albo rosole z winem porto i grysikowymi gwiazdami też bym nie pomyślała, ale widać, że wigilijna kolacja nie musi być nudna!.

A co na sylwestra? Może w tym roku zaproponujecie znajomym mus z tuńczyka, morele z serem pleśniowym albo daktyle zapiekane z boczkiem? Na szynkę pieczoną z glazurowanymi pomarańczami albo szafranowy bulion z pikantnymi babeczkami na 100% też znajdzie się chętny.

Jak więc widać, nie zostaliśmy uraczeni tylko nudnym (ale jak dobrym) barszczem z uszkami, 10 rodzajami śledzika oraz kapustą z grzybami. Świat się zmienia, zmieniamy się my, w sklepach jest coś więcej niż ocet i pomarańcze raz w roku, więc dlaczego nie skorzystać z tego dobrodziejstwa zaskakując rodzinę i przyjaciół czymś, co nie przyszłoby im do głowy?
Moje świąteczne potrawy kiedyś będą właśnie takie. Pełne smaku, zapachów, kolorów, surfujące pomiędzy tradycja a nowoczesnością. Czego sobie i Wam życzę.

Boże Narodzenie kuchnia świąteczna, Marzena Wasilewska, Świat Książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu


czwartek, 13 grudnia 2012

Godzina dzieci Marcia Willett

Ottercombe to marzenie wielu osób. Stary dom, z okien którego widać morze. Idealne miejsce do odpoczynku. Jednak nie dla wszystkich jest on oazą spokoju. Skrywa w sobie bowiem niejedną tajemnicę.

Ottercombe to miejsce na ziemi dwóch starych sióstr Miny i Nest. Kiedyś należał do ich rodziców oraz ich licznego rodzeństwa Timothy’ego, Georgie, Henrietty, Josie, Ambrowe. Teraz pozostały tu już tylko dwie z nich. Niedługo ma dołączyć trzecia- Georgie. Miny i Nest obawiają się tego. Nie dlatego, że nie są już najmłodsze i mogą sobie nie poradzić z siostrą cierpiącą na demencję starczą. Boją się, że Georgie tak jak kiedyś powie „Znam tajemnicę” i faktycznie coś powie… A tajemnic ta rodzina ma wiele i nie wszystkie powinny ujrzeć światło dzienne.

„Opowiem wam historię — rzekł Bajarz — ale nie możecie się zbytnio wiercić ani kaszleć, ani wydmuchiwać nosa częściej, niż potrzeba… I nie możecie rozplatać już więcej papilotów. A kiedy skończę, musicie natychmiast zasnąć”. Dokładnie w ten sposób można scharakteryzować książkę „Godzina dzieci”. Nie lubię oklepanych „książka wciąga”, ale autorka naprawdę ma dar bajarza. Opowiada nam historię trudną, ale bardzo ciekawą i wciągającą. O życiu, problemach, miłości, zdradach, śmierci i tajemnicach, które nie powinny wyjść na jaw.

Książka „Godzina dzieci”, choć jest wciągająca, nie należy do łatwych. Występuje w niej wielu bohaterów, z których każdy ma inny wpływ na życie postaci. Marcia Willett, wykorzystuje również zabieg retrospekcji, dzięki której poznajemy różne wątki z dawnego życia. Problem w tym, że te przeskoki do przeszłości pojawiają się w najmniej odpowiednich momentach i bardzo utrudniały mi kojarzenie faktów. Ale miało to i swój urok. Nie poznawaliśmy trudnej historii rodziny od razu, tylko odkrywaliśmy ją powoli, coraz bardziej zatracając się w rodzinnej historii. Historii pełnej tajemnic, które w każdej chwili mogą zostać wyjawione…

„Godzina dzieci” to książka idealna na zimne długie wieczory. Napisana ciekawym stylem, bez patosu, ale też bez trywialności, z ciekawymi bohaterami i fajną narracją. Chociaż na ogół nie przepadam za rodzinnymi sagami, to dzięki stylowi autorki czytało mi się książkę bardzo miło. Informacja na okładce nie jest przekłamana. Marcia Wallett naprawdę jest doskonałą gawędziarką.



Marcia Willett, Godzina dzieci, Replika, 2012

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

sobota, 8 grudnia 2012

Irena Małgorzata Kalicińska Basia Grabowska

Trzy kobiety. Każda z innego pokolenia. Każda z własnymi problemami. Czy coś je ze sobą łączy?

Głównymi bohaterkami książki Małgorzaty Kalicińskiej oraz Basi Grabowskiej pt. „Irena” są Jagna, pracownica dużej korporacji przed trzydziestką, singielka i pracoholiczka; Dorota- kobieta po pięćdziesiątce, właścicielka sklepiku, prywatnie mama Jagny oraz tytułowa Irena- „babcia” rodziny, powierniczka i przyjaciółka bohaterek.






Irena zostaje wdową.  To tragiczne wydarzenie jest katalizatorem całej historii. Jagna samotna pracoholiczka z niewielką grupą przyjaciół przez całe życie, czuje, że czegoś jej brakuje. Nie jest to jednak ani dziecko, ani mąż. Ogólnie jest jej dobrze samej ze sobą, gdy czuje się smutna spotyka się z przyjaciółką albo dzwoni do Ireny. Innego zdania jest jej matka Dorota. Uważa, że córka jest dziwna, że powinna mieć rodzinę. Podświadomie czuje, że być może to ona jest powodem „problemów” córki, ale nie potrafi się z tym pogodzić, więc coraz bardziej osacza i denerwuje ją. Wszystkiemu przygląda się starsza już i doświadczona, ale optymistyczna i trzeźwo myśląca Irena - ciotka, bo tak woli być nazywana, rodziny. Staje się ona łącznikiem między matką a córką. Gdy przychodzi do niej Dorota stara się ją uspokoić i nakłonić do trudnej rozmowy z córką. Gdy wpada Jagna, stara się przez nią usprawiedliwić matkę, a także dodać dziewczyny wiary w siebie. Co skrywa Dorota? Dlaczego podświadomie czuje, że zraniła córkę? Czy kobietom uda się szczerze ze sobą porozmawiać, czy też dawny sekret nadal będzie murem, który je od siebie oddziela?

Wydawać by się mogło, że „Irena” to ciepła opowieść o konflikcie pokoleń. Nieporozumienia między matką a córką, ojciec, który zdaje się bagatelizować narastający problem i niczym Dulski nie wtrąca się w nie swoje sprawy. Tajemnica z przeszłości, która sprawiła, że życie potoczyło się nie tak, jak powinno. Książka by taka była, gdyby nie to, że chwilami była dla mnie jakaś taka infantylna, napisana jakby na siłę. Wyczuwałam momenty, w których wszystko przestawało się kleić, autorki szukały jakiegoś nowego tematu, aby jeszcze przedłużyć ciągnącą się akcję, niczym w tasiemcach. Gdy takich momentów nie było, czułam, że to książka o życiu. Taka zwykła. Każdemu może się to zdarzyć, każdy może nie dogadywać się z własną matką, każda matka może mieć jakieś smutne tajemnice. Ot taka sobie zwykła opowieść. Nic szczególnego.

Do gustu najbardziej przypadły mi dwie rzeczy: kreacje bohaterek - lubię, gdy bohaterowie są dopracowani, mają duszę, przeszłość i poglądy. Drugim plusem audiobooka jest dobór lektorów. Lektorki bardzo ciekawie i chyba trafnie oddały charaktery i nastroje bohaterek. To trudne, bo każdy przeżywa perypetie bohaterów inaczej.

Małgorzata Kalicińska,  Basia Grabowska, Irena,  Biblioteka Akustyczna, 2012

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

środa, 5 grudnia 2012

Jeszcze jeden dzień Fabio Volo

Zawsze dzieliłam romansidła na dwie kategorie: bzdurne romansidła godzące w inteligencję czytających i te w wersji soft, które nadają się na niedzielne przedpołudnie. Miłe i przyjemne, choć już na początku wiadomo, kto z kim za rękę opuści scenę na ostatniej stronie.

Zaczynając lekturę książki Fabio Volo wychodziłam z założenia, że będzie to miłe czytadło, w którym wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie. Zawiodłam się pozytywnie (można tak?). Okazało się bowiem, że Volo nie napisał romansidła lecz złożoną powieść obyczajową.

Książka zaczyna się tak, jak zaczyna się tysiące innych. Facet (Giacomo) jeżdżąc do pracy codziennie widuje pewną ładną kobietę (Michelę). Zawsze pragnie się do niej odezwać, ale nigdy tego nie robi. Boi się, ale ta nieznajoma staje się jego małą obsesją. Pewnego dnia to kobieta odzywa się do niego proponując kawę. W czasie spotkania Giacomo dowiaduje się, że to ich ostatnie spotkanie, ponieważ Michela dostała propozycję pracy w Nowym Jorku.
Giacomo nie potrafi przestać o niej myśleć. Za namową przyjaciółki postanawia za nią pojechać i spróbować z nią być. Okazuje się, że Michela miała nadzieję, że Giacomo do niej przyjedzie. Ona też czuła jakąś chemię, opisywała to codziennie w pamiętniku. Gdyby Giacomo do niej nie przyjechał Michela i tak wysłałaby mu swoje zapiski. Ale wtedy o związku nie byłoby już mowy.

Brzmi jak obyczajowe romansidło. Na początku też takim mi się wydawało. Później zaczęłam dostrzegać głębię głównego bohatera. Jeszcze jeden dzień nie jest opowieścią o miłości ale raczej o walce z samym sobą, z przeszłością. Każdy z bohaterów ma bowiem jakąś historię. Na ogół nie są to historie miłe i przyjemne. Czytając książkę dorastamy z bohaterami, dojrzewamy z nimi do podejmowania decyzji, patrzymy jak walczą ze swoimi słabościami. Coś w tym jest.

O dziwo bohaterowie nie są płytcy i schematyczni. Fabio Volo w ciekawy sposób wykreował swoich podopiecznych. Stworzył ich takimi… ludzkimi. Z problemami, słabościami, marzeniami. Spodobało mi się to. A książka w swojej prostocie (o dziwo) jest skomplikowana. Ma tylko jeden minus. Gdy próbuję ją opisać wychodzi mi jakiś banał, chociaż moim zdaniem banalna nie jest. Dziwne.

Jeszcze jeden dzień, Fabio Volo, Muza, 2012

Książka przeczytana dzięki uprzejmości wydawnictwa 



poniedziałek, 3 grudnia 2012

Mięsa najlepsze potrawy i marynaty Anneka Manning

Uwielbiam gotować. Smaki, zapachy, wygląd potraw. Odprężam się przy tym. Wiem też niestety, że nie posiadam dużej wiedzy, więc zawsze i chętnie czytam książki kucharskie. Ta książka, to zasługa mojego G. To on ją wypatrzył, ja w pierwszej chwili jej nie dostrzegłam. Oj, ale bym żałowała...


Książka podzielona jest na pięć głównych rozdziałów (potrawy smażone, potrawy pieczone, potrawy duszone, gulasze zapiekanki i potrawy z curry oraz potrawy grillowane), a także tabeli przeliczeń i informacji podstawowych. Dzięki tym dwóm ostatnim książka ma dodatkowego plusa. Informacje podstawowe wydają się być banalne, ale daleko im do takich. Przecież wybór odpowiednich składników, ich przechowywanie oraz przygotowanie mają duży wpływ na smak potrawy. W czasach hipermarketów coraz rzadziej zwracamy uwagę na wygląd mięsa. Bierzemy pierwszy pojemnik z brzegu i idziemy dalej. A to duży błąd. Po powrocie do domu wrzucamy wszystko do lodówki lub zamrażarki i problem z głowy. Czyżby? A może czegoś nie wiemy? Może warto się dowiedzieć?
Następnie otrzymamy informacje o terminologii używanej do opisu mięsa i dziczyzny (przyznam się, że w życiu nie zwróciłam na to uwagi), a także dużo, naprawdę dużo informacji z obrazkami (jak w encyklopedii dla dzieci) o rodzajach mięsa: od mielonego do koziny. Potem czekają nas informacje o tym, w jaki sposób przyrządzać różne kawałki mięsa. Nie wszystko bowiem nadaje się do każdej obróbki. Jeśli nie wiesz jak luzować udźce jagnięce albo jak oczyścić mostek i kotlety jagnięce to bez problemu to opanujesz.
Następna część to nacieranie i marynowanie. To tajemnica każdej pani domu. Tak dużo zależy od tego, jak przygotujemy dane mięso, czy natrzemy je w mieszance z kminku, oregano i chili, czy też poleży w greckiej marynacie pomidorowej z oregano.

Gdy już dowiemy się jak postępować z mięsem przed wsadzeniem do piekarnika lub rzuceniem na ruszt nadchodzi pora na przepisy... A tam czekają na nas piękne zdjęcia (duże całej potrawy oraz mniejsze ukazujące poszczególne kroki w kuchni) oraz same przepisy skrojone na medal. Przy każdej potrawie podano ilość porcji, czas przygotowania oraz czas przyrządzenia, a także dodano dodatkowe informacje o dodatkach lub trudnościach w przygotowaniu danego dania. Same przepisy są zwięzłe (co lubię) i napisane prostym językiem (u mnie wymagane). Z racji moich ograniczeń skupiłam się na przepisach na dania smażone i muszę powiedzieć, że chyba dam radę. Muszę dać radę bo na widok zdjęć ślinka mi cieknie, a nogi same wyrywają się do mięsnego.

Spodobał mi się również pomysł tabeli przeliczeń. Dzięki temu w łatwy sposób możemy sobie sprawdzić jak piec dane mięso mając piekarnik ze stopniami C, F czy nawet na gaz.

Jeśli jesteście mięsożerni i do tej pory nie odziedziczyliście jakiejś dobrej książki o mięsach to wydaje mi się, że ta może stać się Waszą przyjaciółką. Ja, jak zaznaczyłam na początku, jestem kompletną amatorką i mało jeszcze wiem, ale mam wrażenie, że książka jest bardzo dobrze przygotowana. Sama wiedza podstawowa jest na wagę złota.

Mięsa najlepsze potrawy i marynaty, Anneka Manning, Świat książki, 2012

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 26 listopada 2012

Mama ma zawsze rację Sylwia Chutnik



[…]Po sekundzie pojawiają się dwie wielkie krechy i jakby mogły, to by Ci język pokazały. „Jesteśmy wysłanniczkami polityki prorodzinnej tego kraju. Jesteśmy zygotą słodkiego bobo które już niedługo zrewolucjonizuje dotychczasową sielankę”.


Już po pierwszych zdaniach wypowiedzianych przez lektora wiedziałam, że TA książka mi się spodoba.  Znajdziemy w niej wszystko, o czym powinnyśmy pomyśleć. O naszym i cudzym postrzeganiu ciąży i macierzyństwa (o tym, że możemy nie wyglądać w ciąży jak modelki, których zdjęcia oglądamy w gazetach, o tym, że może być nam źle, możemy mieć depresję chociaż kochamy dziecko, o tym, że wszystko jest cholernie drogie i o tym, że dziecko poczęte- nienarodzone jest dobrem narodowym, a jak się urodzi to już nasz problem).


„Bo my byłyśmy ostatnio chore. Nas bolał wczoraj brzuszek. Tak myśmy płakały bo tak żeśmy cierpiały” […] Kompletny brak zahamowania w kwestii stłamszenia swojej tożsamości. Dorosłej tożsamości. Na co nam ona? Mamy przecież słitaśne bobo, które patrzy się na nas swoimi poważnymi oczami z coraz większym zdumieniem i myśli co my robimy?


Autorka porusza w książce nie tylko aspekty macierzyństwa przez pryzmat zmiany pieluszek i chodzenia na spacerki, ale też sprawy, o których wiele kobiet nie ma pojęcia.  Ile Waszych przyjaciółek po urodzeniu mówi tylko i wyłącznie o swoim najmądrzejszym, najpiękniejszym bobo? Czy dziubdziają do dziecka jak do… dziecka? Mówią, jakby miały wadę wymowy? Czy ich profile na portalach społecznościowych wyglądają jak album ich dziecka? Jeśli tak, to znaczy, że powinny zapoznać się z tą pozycją. Może nie jest jeszcze na późno i z ich mózgu nie została już tylko kaszka mleczno- ryżowa.

Ale przecież dziecko i rodzina to nie tylko my, ale też sąsiedzi, babcia, dziadek, ciocia, nauczycielka. Ile rzeczy robimy z myślą „no bo co ludzie powiedzą”? Czy robimy coś wbrew sobie?

W związku na kocią… na czarcią łapę dzieci mieć nie wolno! Przecież jak coś się stanie to duszyczka błąkać się będzie niczym bezpański pies. Odbijać się będzie niczym piłeczka od ping-ponga: niebo-ziemia-piekło. I co ten biedny Bóg ma zrobić z taką duszyczką skoro rodzice nie zapłacili za wpis do rejestru zbawionych?


Ile z nas pozostaje po wstąpieniu w związek? Czy nie poświęcamy siebie w imię „partnerstwa”, które polega na tym, że ja ugotuję, on zje, a ja pozmywam? On ponosi ubrania, a ja je upiorę? W końcu podział obowiązków jest. Nie robimy wszystkiego same. On w tym pomaga. Prawda? Czy przed związaniem się rozmawialiśmy w partnerem o budżecie domowym, czy też każde wyjście na miasto albo dłuższy wyjazd to walka o to, kto za to zapłaci?

Od razu polubiłam autorkę. Jej język, jej styl, jej przemyślenia. Gdybym miała jakiś talent pisarski i miała napisać książkę o kobietach, ich miejscu we wszechświecie i Polsce, to dokładnie to bym chciała napisać.

Dużym plusem jest też dobry lektor. Może on zarówno pomóc książce jak i ją zupełnie zepsuć. Anna Cieślak jest lektorem dobrym. Wystarczyło kilka chwil, abym zapomniała o tym, że słucham nagrania. Czułam się bardziej, jakby ktoś mi o czymś opowiadał. Bardzo lubię to uczucie. Dobra dykcja, miły tembr głosu (czy jak to się ładnie nazywa) i wczucie się w treść. 

Nie sądziłam, że książka poruszająca takie tematy może zostać w mojej pamięci na dłużej. Ale została i jakiś czas zastanawiałam się nad tym, co autorka chciała nam przekazać. A jak już się zastanowiłam, to przysięgłam sobie, że nie będę taką słodką mamusią z papką zamiast mózgu, która zatraci siebie najpierw dla partnera, potem w imię dobra dzieci, a na koniec w imię miłości do wnuków. Trzeba żyć!


Mama ma zawsze rację, Sylwia Chutnik, Mamania, 2012

czytała: Anna Cieślak

książka do pobrania na audeo


 Za miłe chwile dziękuję

*cytaty ze słuchu, więc mogą zawierać jakieś błędy

niedziela, 25 listopada 2012

Sztuka dobrego życia Mariola Bojarska- Ferenc

 Wellness to dobre samopoczucie. „To znacznie więcej niż odpowiednia dieta i porcja ruchu, masaże i wizyty w spa. Wellness to cała filozofia”.

Wellness - o co naprawdę chodzi? Takie pytanie zadała autorka książki przechodniom na ulicy. Większość respondentów nie potrafiła udzielić prawidłowej odpowiedzi, część myślała, że autorka ma na myśli zabiegi w Spa.

Mariola Bojarska- Ferenc porusza wszystkie aspekty naszego życia. Przeczytamy o problemie otyłości, wysokim poziomie cukru, odpowiednim odżywianiu, seksie, problemach z cellulitem, o stresie, ciąży, złej kondycji naszej skóry włosów i paznokci. O wszystkim, na czym nam zależy, co zaniedbujemy i co ma wpływ na jakość i długość naszego życia.

Żałuję, że „Sztuki dobrego życia” nie da się streścić, ale (nie)stety autorka uczyniła z dbania o siebie filozofię, której nie da się streścić w kilku zdaniach. Każdy po przeczytaniu tej książki musi zastanowić się nad sobą, odpowiedzieć sobie  na pytanie, co jest dla niego ważne, z czym ma problemy i jak chce żyć. Autorka tylko podpowiada. Jako dietetyk i psychodietetyk. Jako kobieta, przyjaciółka, jako ekspert ds. żywienia w mediach. Przecież zawsze chętnie słuchamy, gdy w TV mówią, że trzeba żyć tak i tak, że jeśli chcesz być na czasie, chcesz być modny, to musisz mieć w szafie to i to. Może więc posłuchajmy, jak być zdrowym i szczęśliwym? Autorka nie wciska nam, że po wypiciu koktajli według jej przepisu zrzucimy 15 kg, nie będziemy mieć efektu jo-jo, nasze dzieci przestaną bałaganić, a seks z mężem będzie super. Ona pokazuje nam drogę do dobrego samopoczucia, długą i czasami niełatwą.

Plusy książki? Piękne wydanie, przejrzyste rozdziały, ciekawe zdjęcia. A także ciekawe menu z różnymi zakresami kalorii, które można dostosować do swoich potrzeb. Książka ta jest nie tylko dla kobiet. Mężczyźni również mogą poprawić swoje życie.


Mariola Bojarska- Ferenc, Sztuka dobrego życia, Wydawnictwo Olesiejuk 2012


Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

niedziela, 18 listopada 2012

Ja potępiona Katarzyna Berenika Miszczuk

OSIEM ZASAD TARTARU
1. Zabrania się sprzeciwu wobec postanowień władzy
2. Zabrania się samowolnego pomagania innym
3. Zabrania się śmiechów i uśmiechów
4. Zabrania się bycia szczęśliwym
5. Zabrania się noszenia ubrań w innym kolorze niż szary
6. Zabrania się wykonywania jakiejkolwiek innej pracy niż ta w kamieniołomach i na kartofliskach
7. Zabrania się jedzenia innych potraw niż ziemniaki
8 Bezwzględnie zabrania się opuszczać Tartar





Pamiętacie Wiktorię? Ja osobiście bardzo za nią tęskniłam i nie mogłam doczekać się ostatniej części jej przygód.
Po wydarzeniach w książce "Ja anielica" Wiki nareszcie postanawia związać się z piekielnie przystojnym Belethem i mówi o tym Piotrkowi. Po kilku minutach umiera. Ponownie. Okazuje się, że jej ukochany diabeł po raz kolejny usiłował zabić Piotra, ale jak zwykle coś mu nie wyszło. Przez "pomyłkę" którą można nazwać wzięcie łapówki przez Śmierć za wtrącenie duszyczki (zmarłej dnia tego i tego o tej godzinie) bez licytacji od razu do Tartaru.  Wiktoria zostaje potępiona i w miejsce gorsze od piekła. Piekło to przy tym raj... A tam? Czekają na nią niezwykłe osobistości. Krainą rządzą Kuba Rozpruwacz, Adolf Hitler oraz Neron. Początkowo chcą oni rządzić Wiki, ale nie z nią te numery. Wiktoria nie zamierza w tej uroczej krainie pozostać. Chce wrócić do ukochanego, okazuje się jednak, że ani anioły ani diabły nie mogą jej pomóc. Za to chętni do pomocy są inni. Dzięki Hitlerowi Wiki może odwiedzać zaświaty jako duch. Okazuje się niestety, że widzi ją tylko Azazel, który nie jest zbyt chętny do pomocy. Kiedy jednak Wiktoria nie chce współpracować z pragnącą władzy księżną Elżbietą Batory i grozi jej śmiertelne  niebezpieczeństwo, jej przyjaciele zmuszeni są zrobić wszystko, aby ją uratować. Co z tego wyniknie?
Same interesujące sytuacje. Beleth poświęci się z miłości i zamieni się w dżina, Wiktoria pozna nieślubnego syna diabła, księżna będzie usiłowała zdobyć władzę w Niebie i w Piekle, a mieszkańcy zaświatów zjednoczą swoje siły. Czy wszystko się uda i historia Wiktorii skończy się happy endem?
Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam książki o Wiki. Może nie są one nieprzewidywalne, nie są napisane stylem, którego King by się nie powstydził i nie sprawią, że będziemy zastanawiać się nad swoim przeznaczeniem, ale są śmieszne, ciekawe, wciągające, odprężające i sprawiają, że życie na chwilę staje się mniej dołujące.  Wciągająca akcja, ciekawi bohaterowie i po raz kolejny bardzo interesująco stworzony świat- to wszystko sprawia, że książka bardzo mi się podoba.
Cieszę się, że poznałam Wiktorię, Beleth, Azazela, Kleopatrę, Szatana, Śmierć i innych bohaterów trylogii. I żałuję, że to już ostatnia część sagi. Ubawiłam się niesamowicie.

Ja potępiona, Katarzyna Berenika Miszczuk, WAB, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu