Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

A jeśli ciernie Virginia C. Andrews

Pamiętacie jeszcze rodzinę Dollangangerów? Ja w natłoku spraw prawie o nich zapomniałam.  Poznaliśmy ich w książce Kwiaty na poddaszu w której poznaliśmy młodych Cathy i Chris wychowujących się w ukrytym pokoju na poddaszu. W Płatkach na wietrze rodzeństwo, już wolne, próbowało sobie ułożyć życie w domu doktora Paula. Co się z nimi dzieje teraz?

Trzecia książka to opowieść Jory'ego i Barta. I chociaż Jory i Bart to dzieci, powieść nie jest napisane dziecinnym językiem. Być może chłopcy są nad wiek dojrzali.

Cathy i Chris mieszkają w małym domku i żyją jak małżeństwo. Paul nie żyje. Chłopcy rosną nieświadomi historii rodziny. Jory jest chłopcem cichym i grzecznym, Bart to diabeł wcielony. Jory jest utalentowany (po ojcu i matce), Bart to mała pokraka. Gdzie nie pójdzie to coś sobie zrobi. Dni płyną w miarę spokojnie do momentu, gdy przyjaciółka Cathy osieroca śliczną dziewczynkę. Bohaterka z sobie tylko znanych przyczyn zgadza się zająć wychowaniem małej, pięknej niczym aniołek,Cindy. Nie wszyscy są zadowoleni z obecności dziecka, ale nikt nie podejrzewa, że dziewczynka może być w wielkim niebezpieczeństwie. Bart nie akceptuje bowiem obecności małej z zazdrości o matkę i jej uczucia wobec reszty domowników.

Jakby kłopotów było mało, do domu sąsiadującego z domem bohaterów wprowadza się tajemnicza kobieta w towarzystwie starszego mężczyzny Johna Amosa. Ponieważ najlepiej smakują rzeczy zakazane, Bart rozpoczyna wycieczki do sąsiedniego domu. Poznaje starszą panią, która od pierwszego spotkania zdaje się darzyć go uczuciem. Chłopiec czując się opuszczony i niekochany w domu, szybko zaczyna się czuć dobrze w domu kobiety która go ubóstwia. Któregoś dnia Bart dostaje od Johna Amosa, lokaja kobiety, pamiętnik. Ma go czytać w tajemnicy i nikomu nic o nim nie mówić. Jest to pamiętnik niejakiego Malcolma. Zarówno zapiski Malcolma jak i opowieści i kazania Amosa mają na Barta bardzo zły wpływ. Dowiaduje się on o prawdziwym życiu Cathy i Chrisa, zaczyna uważać matkę za dziwkę i jeszcze bardziej nienawidzi małej Cindy. Czy przypominacie sobie z poprzednich części książki, kim był Malcolm?



Tak, to dziadek Cathy. A tajemnicza kobieta w sąsiednim domu to jej matka. Jak się zakończy ten tom? Jakie zamiary mają sąsiedzi wobec rodziny Dollangangerów?

Kolejna książka trzyma poziom. Często tak jest, że w którymś momencie autor zaczyna odcinać kupony od sukcesu, bohaterowie żyją dla samego istnienia i kolejnych dolarów na koncie twórcy.  Andrews na szczęście trzyma poziom. Akcja jest ciekawa, bohaterowie się rozwijają, nie wieje nudą. Ciekawe jest również to, że w każdym z tomów to inny bohater opowiada historię. Taki zabieg bardzo mi się podoba. Co tu dużo mówić. Pierwszy tom sprawił, że zakochałam się w tej rodzinie i jej historii. Drugi utwierdził mnie w tym. Przy trzecim moje uczucia nie zmieniają się. Warto przeczytać wszystkie książki z tej serii.

A jeśli ciernie, Virginia C. Andrews, Świat książki, 2012


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat książki

środa, 8 maja 2013

Moje syberyjskie podróże Kazimierz Sowa

A gdyby tak... Wyobraź sobie, że jesteś księdzem. Mądrym i przy tym wyluzowanym księdzem. Za dużo? No to może tak. Wyobraź sobie, że znasz mądrego i przy tym wyluzowanego księdza, z którym przysłowiowe konie można kraść. Taki jest właśnie autor książki "Moje syberyjskie podróże" Kazimierz Sowa.

O czym traktuje ta książka? Nie będzie to nic odkrywczego. O podróżach po Syberii. To swego rodzaju pamiętnik, chociaż bez dat. Gdyby ksiądz Kazimierz prowadził blog podróżniczy, miałby tysiące czytelników, a pod każdym wpisem byłoby mnóstwo pozytywnych komentarzy. Skąd to wiem? Inaczej się nie da. Książka jest tak fajnie napisana, że jestem tego pewna.






"Syberię pokochałem za jej bezkres, niepowtarzalny urok krajobrazów i
gościnę, której doświadczy każdy, kto lubi ludzi.
Ta kraina przez Polaków bywa często nazywana "nieludzką ziemią". Tam, na
każdym niemal kroku widać ślady, jakie zostawiły po sobie lata carskich
zsyłek i okres komunistycznego terroru. Ale dla dzisiejszych mieszkańców
tej największej geograficznie i najbogatszej części Rosji Syberia jest
domem i miejscem normalnego życia. Żeby to zrozumieć, trzeba tam
pojechać i trochę pobyć z rdzennymi czy "przyszywanymi" współczesnymi
Sybirakami. Pójść z nimi do bani, pojechać na rybałkę, przypomnieć sobie
język (którego tak niechętnie uczyliśmy się w szkole), pośpiewać
rosyjskie pieśni, a czasem napić się wódki.
Kiedy niedawno znajomy zapytał mnie: "Co cię na tę Syberię tak ciągnie",
nie umiałem szybko i jednoznacznie odpowiedzieć. W ciągu ostatnich kilku
lat bywam tam co najmniej dwa razy w roku i wciąż odnajduję nowe
miejsca, które "jeszcze muszę zobaczyć", a swoista surowość i czasem
jakieś prozaiczne utrudnienia wcale mnie do tych podróży nie
zniechęcają. Przeciwnie, nadal mam ochotę kolejny raz tam pojechać."

Moje syberyjskie podróże" podzielone są na 14 rozdziałów po około 20 stron. Każdy z nich ciekawy, wciągający i dający nadzieję na ciekawy ciąg dalszy. Kto po księdzu spodziewałby się luzu? Ja poznałam tylko jednego swobodnego księdza. Reszta była jakaś taka niedostępna, patetyczna. Ksiądz nie kojarzy mi się w wyluzowanym facetem, z którym można zwiedzać świat. Jak widać tacy się jednak zdarzają. Ile ja bym dała za znajomość w takim.

W swoich notatkach ksiądz Kazimierz opisuje prostą i piękną Syberię. Opowiada o tym jak zaczęła się jego miłość do tej części świata. A zaczęła się dość zwyczajnie. Jak każdy chcący napisać pracę magisterską trzeba sobie wybrać temat. Kazimierz Sowa wybrał taki o najnowszych dziełach Kościoła. Dzięki przypadkowy zaczął czytać o kościele na Uralem. Zaczął podróżować po Syberii nie ruszając się na krok. Dopiero kilka lat później udało mu się na własne oczy zobaczyć to, o czym czytał. Ksiądz Kazimierz pisze o tym, co widzi. Kościoły, muzea, ludzie, kultura, historia wyryta na cmentarzach, rozmowy z rodzinami polskich zesłańców. A wszystko to czyta się tak, jakby przyjaciel wysyłał nam listy z podróży. I pod koniec każdego z nich dochodzimy do wniosku, że nie możemy doczekać się następnego.

Moje syberyjskie podróże, Kazimierz Sowa, Świat Książki, 2013

Za książkę dziękuję wydawnictwu


piątek, 12 kwietnia 2013

Płatki na wietrze Virginia C Andrews

Rodzinę Dollangangerów poznaliście już tutaj. Kwiaty na poddaszu zakończyły się na ucieczce rodzeństwa z więzienia jakie zgotowała im własna matka. Uciekają już jednak nie we czwórkę, a we trójkę. Cory umarł. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie przeczytaliście poprzedniej części, to nie będę Wam psuć "niespodzianki". 


Cathy, Chris i Carrie uciekają autobusem. Gdy opuszczają stan w którym mieszkali czują ulgę, lecz coraz bardziej zaczynają się bać. Carrie źle się czuje, jest słaba, wymiotuje. Cathy i Chris podejrzewają co jest przyczyną, lecz nie mogą nic zrobić. Z pomocą przychodzi im niespodziewanie jadąca z nimi niema Murzynka, Henrietta. Wymusza na kierowcy zmianę trasy i "zawozi" ich do swojego pracodawcy, doktora Paula. Chociaż Cathy i Chris śmiertelnie boją się o swoje bezpieczeństwo stopniowo zaczynają ufać lekarzowi- dzięki temu Carrie przeżywa. Jest jednak bardzo słaba, a życie na poddaszu i podawanie trucizny poczyniło nieodwracalne zmiany w jej organizmie.

Dzięki jakimś siłom wyższym Paul proponuje dzieciom gościnę, a one się zgadzają. Zdaje się, że teraz może być już tylko lepiej. Rodzeństwo ma bezpieczny dom, opiekę lekarską. Cathy może zacząć chodzić na lekcje baletu, a Chris uczyć się. Wszystko, aby spełnić swoje marzenia. Tylko Carrie ciągle jest nieszczęśliwa. Nie ma przyjaciół, przez swój wygląd jest odpychana. Cathy przeżywa nawet swoją pierwszą (?) miłość, a później drugą. I nie jest w stanie zdecydować na kim zależy jej bardziej. Obok ciągle znajduje się Chris, który chyba tylko Cathy jest w stanie kochać. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów?

Trudno jest opisywać książkę nie ujawniając jej treści, nie psując innym przyjemności odkrywania losów bohaterów. A jest co odkrywać. Naprawdę..

Już Kwiaty na poddaszu mnie zafascynowały i naprawdę wciągnęły. Płatki na wietrze trzymają poziom poprzedniej części.  Książka ma akcję, jest dopracowany pomysł, są wyraziści bohaterowie. Wreszcie są tajemnice, mroczna przeszłość, następne problemy. Virginia C Andrews trzyma poziom. Nie zniechęciła się, nie starała się odcinać kuponów od poprzedniej części. Miała nowe pomysły, nie zapomniała jednak o tym, co napisała wcześniej. Naprawdę cudo.

Mimo tego, że tematyka nadal należy do trudnych, książka jest cudowna i świetnie się ją czyta. To takie książki powinny być lekturami. Jest w niej wszystko, z czym człowiek może się zetknąć. Nie ma za to patosu, zdrowasiek, mesjanizmu.


p.s. Obejrzałam film Kwiaty na poddaszu. Był tak słaby, że chyba nawet nie napiszę recenzji.



Płatki na wietrze, Virginia C Andrews, Świat Książki, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki

poniedziałek, 18 marca 2013

Kwiaty na poddaszu Virginia Cleo Andrews

Właśnie wpisałam w google hasło "Kwiaty na poddaszu" aby znaleźć okładkę do recenzji. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że książka ta została napisana w 1979 roku, a w 1987 nakręcono film na jej podstawie. Byłam zszokowana! Przecież gdy czytałam książkę, to miałam wrażenie, że to całkowicie współczesna autorka. Mając na myśli współczesną myślałam o takiej, co napisała książkę ze dwa-trzy lata temu. A tu taka niespodzianka. Nie spodziewałam się. Czasami w takich sytuacjach mam wrażenie, że czytam o wiele za mało, a moja wiedza dotycząca literatury jest malutka.

Wracając do samej książki. Strasznie mnie korci, żeby zrobić kilka spoilerów, bo w głębi serca wierzę, że wiele osób już tę książkę ma za sobą i nie zrobię im nieprzyjemnej niespodzianki.

Dollangagnerowie. Szczęśliwa, sześcioosobowa rodzina. Christopher i Corrine, szczęśliwi rodzice czworga dzieci: 
Cathy, Chris, Cory i Carrie to ich najukochańsze skarby. Nie brakuje im niczego. Czyż życie nie jest piękne?  Niestety nic co piękne nie może trwać wiecznie. Pewnego dnia ojciec rodziny nie dociera na własne przyjęcie urodzinowe. Ginie w wypadku. Cała rodzina jest zrozpaczona.  Jakby nieszczęść było zbyt mało okazuje się, że rodzina Dollangagnerów żyła od dawna ponad stan. Przyczyną były przyzwyczajenia Corrine i jej zamiłowanie do bogactwa. Gdy Corrine dowiaduje się, że wszystko co posiadają muszą sprzedać aby spłacić długi postanawia napisać do dawno niewidzianych rodziców. Ci zgadzają się przygarnąć córkę. Właśnie. Córkę. Nie córkę z dziećmi. Dollangagnerowie jadą do rodzinnej posiadłości Corrine. Na miejscu okazuje się, że jej ojciec, dziadek dzieci, nie wie o ich istnieniu i nie może się dowiedzieć. Na szczęście leży on na łożu śmierci, więc ukrywanie się nie potrwa długo. Najwyżej kilka dni. W tym czasie córka wejdzie w łaski ojca i znajdzie swoje miejsce w testamencie. Gdyby tylko plany Corrine się spełniły...
Rodzeństwo zostaje zamknięte na poddaszu. Spędza tam wiele miesięcy. Bez słońca, widoku nieba, trawy, przyjaciół, rodziny. Ich własna matka  jakby się od nich oddalała. Z dnia na dzień coraz rzadziej do nich przychodzi, coraz rzadziej patrzy na swoje dzieci. Cathy i Chris mogą to jakoś przełknąć. Gorzej jest z bliźniakami Corym i Carrie. Oni nie potrafią zrozumieć, dlaczego ich matka już ich nie kocha. Gdyby tego wszystkiego było mało, dziećmi "opiekuje się" ich babka, która szczerze ich nienawidzi i uważa, że są dziełem szatana. Dlaczego? Co dzieje się w tym domu i jaką tajemnicę skrywają dorośli?
Kwiaty na poddaszu to bardzo interesująca, ale też niełatwa książka. Niełatwa, ponieważ porusza bardzo trudne tematy. Tematy, w którymi nie spotykamy się często w literaturze. W życiu realnym coś takiego wywołałoby skandal. Rozpisywałyby się o tym wszystkie
 gazety, trąbiono by o tym we wszystkich wydaniach wiadomości. Czasami podobne tematy pojawiają się w prasie i zawsze wzbudzają ból, współczucie, nienawiść, obrzydzenie. Takie uczucia może też wzbudzać książka. Czytelnik razem z Cathy (narratorką książki) odkrywa życie i tajemnice mrocznego domu. Poznaje siebie, towarzyszy, własne ciało, potrzeby, namiętności, słabości. Odkrywa wszystko co najgorsze i najlepsze.

Teraz pora obejrzeć film. Podobno jest słaby, ale i tak chcę zaryzykować. A książkę polecam.


Kwiaty na poddaszu, Virginia Cleo Andrews, Świat Książki, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu
 

niedziela, 24 lutego 2013

Gaumardżos Anna Dziewit-Meller Marcin Meller

"To jest Gruzja! Pełna smaków, zapachów, wyjątkowej muzyki, iście bajkowych krajobrazów, niezwykłych i życzliwych ludzi, niezliczonych anegdot towarzyskich. W tą niezwykłą podróż zabierają nas autorzy Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller. Opowiadają jak podróżowali od gór po morskie wybrzeża, biesiadowali podczas tradycyjnych uczt, rozmawiali o radościach i kłopotach..."

Gruzja zawsze kojarzyła mi się z dobrym winem i dobrym jedzeniem. A jeśli wino i jedzenie są dobre, to ludzie również muszą być wspaniali. Postanowiłam to sprawdzić słuchając zapisków Marcina Mellera i jego żony Anny z wypraw do Gruzji. Okazało się, że miałam rację. Ich opowieści, spostrzeżenia... wszystko wskazuje na to, że Gruzja to niesamowity kraj z cudownymi mieszkańcami. Gościnnymi, szczerymi, kochającymi życie.

Z opowieści Marcina i Ani dowiemy się wielu ciekawych rzeczy: jak powinna wyglądać porządna biesiada, co oznacza dla Gruzinów przyjaźń, gdzie najlepiej omawiać wszystkie sprawy, ile trwa w Gruzji godzina, jak wygląda podróżowanie z Gruzinami w praktyce, co to znaczy miłość po gruzińsku. Wszystkie te zapiski są fascynujące. Jest jednak jedno "ale". Bardzo dla mnie ważne. Tej książki nie da się słuchać bez dłuższych przerw. (i tu rada dla wszystkich autorów książek: to, że potrafisz pisać nie oznacza, że potrafisz czytać). Książki słuchało się koszmarnie. Głos Marcina Mellera jest, niestety, nie do zniesienia. Miałam wrażenie jakbym słuchała wypoconego wypracowania dukanego przez ucznia, który pierwszy raz zobaczył niewyraźnie napisany tekst. Do tego fatalna dykcja i jakby wada wymowy. Części CZYTANE przez Marcina były jak wykład z filozofii czytany ze starego kajecika przez znudzonego profesora. Jak można coś takiego zrobić własnej książce! Przecież on powinien opowiadać o swoich przygodach z zapałem i fascynacją, a nie czytać jakby chciał powiedzieć "Długo jeszcze?". Części czytane przez Anię "wyglądają" o niebo lepiej, ale po pewnym czasie jej głos zaczyna nużyć, a lektor nie może męczyć słuchacza. To niedopuszczalne. Poza tym (tu ukłon w stronę P. Fronczewskiego) nieważne czy lektor czyta części męskie czy żeńskie- czytelnikowi ma to się nie rzucać " w oczy". To powinno przelatywać gdzieś obok, a w głowie powinny zostać wydarzenia, a nie głos lektora. I tego mi zabrakło u Ani. Gdy czytała coś, co przytrafiło się Marcinowi, miałam wrażenie sztuczności. Słyszę głos kobiety wymawiającej męskie końcówki. Musiałam zrobić sobie kilka dłuższych przerw aby to przetrwać, a i tak do końca nie wiedziałam czy dam radę. W pewnym momencie miałam nadzieję, że ten rozdział jest tym ostatnim.

Nie mam nic przeciwko książce, bo wspomnienia w niej opowiedziane są cudowne. Zazdroszczę autorom ich wypraw, przygód i przyjaciół. Niestety w tym przypadku audiobook okazał się niewypałem. Może gdyby rolę lektora powierzono komuś innemu...

Gaumardżos, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Świat Książki, 2011

Za egzemplarz dziękuję





Jeśli sami macie ochotę sprawdzić, jak słucha się Gaumardżos zapraszam tutaj

Tym, którzy są zafascynowani Gruzją i tym, którzy dopiero chcieliby się czegoś ciekawego dowiedzieć polecam tę stronę.

wtorek, 5 lutego 2013

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn James Canon

Mariquita, 15 listopada 1992 "Dzień, w którym zniknęli mężczyźni". Niedziela, taka jak wszystkie od iluś lat. Zaczęła się tak samo jak setki innych, lecz inaczej skończyła. W słoneczny dzień wkroczyli do miasta partyzanci mówiąc, że szukają chętnych do walki z Kolumbijczykami. Chętnych nie było, więc znaleźli ich sami. Ci, którzy nie chcieli "dobrowolnie" się przyłączyć, zginęli. W Mariquice zostali tylko dwaj mężczyźni. Ksiądz i nastolatek, który został przez matkę ukryty pod damskimi fatałaszkami. Miasto bez mężczyzn, gdzieś na kolumbijskim zadupiu. Budynki skazane na zagładę, mieszkańcy na śmierć głodową.

Nie wszyscy mają jednak ochotę umierać. Żyć ma ochotę na przykład wdowa po sierżancie policji- Rosalba. Widząc, że "nicnierobienie" nie poprawi sytuacji miasta. Gdy wojsko przyjeżdża oszacować straty Rosalba najgłośniej domaga się pomocy, na co wojskowi mianują ją naczelniczką.  Co wyniknie z jej zarządzania miastem? Czy Mariquita ma szansę na przetrwanie? W jakiej formie?

 Przyznam się szczerze, że rzadko sięgam po "egzotyczną" literaturę. A powieść kolumbijska jest dla mnie zdecydowanie egzotyczna. Cieszę się jednak, że tytuł i streszczenie książki mnie przyciągnęły. Naprawdę nie żałuję. Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn to debiut Jamesa Canona. Bardzo udany debiut. Książka jest niebanalna i bardzo ciekawa. Tematyka nieoklepana, bohaterowie nietuzinkowi. Czego chcieć więcej? 

W książce Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn poruszane są bardzo ciekawe zagadnienia. Jednym z nich jest samowystarczalność kobiet, możliwość przetrwania w świecie bez mężczyzn. Trochę mi to przypomniało Seksmisję z tą różnicą, że tutaj kobiety zostały zmuszone do bycia samowystarczalnymi i brakowało im mężczyzn. Nauczyły się uprawiać ziemię, hodować zwierzęta, dbać o siebie, nauczyły się nawet kochać z sobą. Nie zmieniło to jednak faktu, że świadomie bądź nie, tęskniły za głupimi chłopami, którzy poza dziećmi i siniakami nic im nie dali. 

Tym, którzy nie czytali książki zdradzę pewną tajemnicę. Mariquita przetrwała. Nie jest to jednak najważniejsze. Ważne jest w jaki sposób to się stało, jakie zmiany musiały nastąpić w mieści i jego mieszkańcach. Jak poszczególnie mieszkanki miasteczka ulegały tej przemianie. Nie jest ważny efekt końcowy, lecz sposób w jaki do niego doszło. I właśnie dla tej drogi przez mękę warto sięgnąć po książkę. Warto sprawdzić, ile wart jest człowiek, ile może osiągnąć, jakie przemiany mogą w nim zachodzić gdy jest do czegoś zmuszony. 

 Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Canon, Świat Książki, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pierogi nie tylko po polsku Alina Stradcka

"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na kremówki” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię kremówek”? Kremówki są pycha!"

Ja bym to zmieniła na
"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na pierogi” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię Pierogów”? Pierogi są pycha!"
Bo czy jest ktoś, kto nie lubi pierogów? Chyba nie. Z mięsem, ruskie, z kapustą, grzybami, z owocami, szpinakiem... pycha. Każdy lubi pierogi. Czy jednak nasza kuchnia musi się ograniczać do kilku rodzajów pierogów? Co nowego może nam zaproponować Alina Stradcka w książce Pierogi nie tylko po polsku?


Miałam nadzieję, że dużo. Że zobaczę tam takie zdjęcia przy których zacznie mi ślinka spływać po brodzie i przy pierwszej możliwej okazji wypróbuję przepisy na pierogi o których wcześniej nie słyszałam. A tutaj? Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to to, że ja jem moimi gałkami, a tutaj nie mam czego jeść. Zdjęć mało, a te które są nie powalają na kolana. A szkoda, bo co by nie mówić, to Kasia nabiera chęci patrząc na daną potrawę. Tutaj niestety muszę wybierać na ślepo. No ale przecież książka kucharska to nie tylko zdjęcia ale też przepisy. A raczej głównie przepisy, a zdjęcia są na dokładkę.

Z żalem muszę powiedzieć, że liczyłam na coś więcej. Na dużo więcej jeśli mam. Bo przecież pierogi to nie tylko trzy rodzaje wiejskich, z różnymi kawałkami mięsa w środku, na słodko, ruskie, z kaszą gryczaną czy też wegetariańskie. Na szczęście oprócz tradycyjnych pierogów jest też część druga poświęcona tym smażonym.  A tam są na przykład "Empanadas". Tylko co to znaczy? Po wpisaniu w wyszukiwarkę znalazłam informację o tym, że to
 "rogalik, pierożek. Nadziewane najczęściej mięsnym farszem z warzywami lub serem. Smażone w oleju lub pieczone na blasze. Do ich zrobienia można wykorzystywać ciasto podobne do ciasta francuskiego, pierogowego lub chlebowego. Występują w różnych odmianach, zależnie od kraju i regionu (istnieje np. kilkanaście ich odmian w Argentynie). Są popularnym daniem w Ameryce Południowej, szczególnie w Argentynie i Chile."


 Tylko dlaczego ja się tego dowiaduję z internetu a nie od autorki? Czy tak trudno by było wrzucić tych kilka informacji?
Każdy przepis wygląda tak, jak ten na zdjęciu obok (pierogi babcine na słodko). Czasami są dodawane informacje "warto wiedzieć" typu "Gdyby ciasto okazało się zbyt twarde, dolać kilka łyżek mleka". A ja bym chciała być poprowadzona przez autora za rękę, albo żeby mi chociaż ręką pokazał którędy mam iść a nie dał mapę i powiedział "powodzenia". A tak się czuję. Jak zagubiony turysta. Wsadzono mnie do JAKIEGOŚ samolotu. Poleciałam GDZIEŚ, dostałam JAKĄŚ mapę i mam sobie radzić. Nie wiem gdzie jestem, dlaczego mam robić tak a nie inaczej. Z przepisu na Empanadas nie wynika nawet jakie ciasto nam wyjdzie. Zwykłe? A'la francuskie? Chlebowe? A różnica jest, prawda? To chyba pierwsza książka kucharska ŚK na której się zawiodłam. W łepetynę bym strzeliła zarówno autorkę jak i kogoś, kto czuwał nad projektem. Z żalu. Bo miałam nadzieję, że wycieczkę po pierogowym świecie a dostałam 25 przepisów na różne warianty tego, co znam. Co za różnica jakie mięso wsadzę do pieroga? To dalej pierogi z mięsem, a ja chciałam czegoś innego. Nie powiem, będę pewnie czasami zaglądać do książki przy robieniu obiadu, ale to nie będzie mój przewodnik w kuchni.

Pierogi nie tylko po polsku, Alina Stradcka, Świat książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu





poniedziałek, 7 stycznia 2013

Wędrówka przez słońce Corban Addison

Powstają książki oparte na faktach, które brzmią jak bujda, powstają też książki fikcyjne, po lekturze których nie wierzymy, że to, o czym przeczytaliśmy tak naprawdę się nie zdarzyło. Wędrówka przez słońce należy do tej drugiej grupy. Po skończonej lekturze nie mogłam uwierzyć, że cała historia powstała w głowie autora Corbana Addisona.


Pomysł na książkę Wędrówka przez słońce tak naprawdę nie zrodziła się w głowie autora, lecz jego żony. To ona podrzuciła mu pomysł na książkę o handlu ludźmi. To dzięki swojej żonie Corban Addison wyruszył w wędrówkę po Indiach i Europie, zawędrował też do Waszyngtonu, gdzie o handlu ludźmi rozmawiał z ekspertami. Dla "dobra" książki pojechał nawet incognito do burdeli w Bombaju, aby z pierwszej ręki uzyskać informacje od ofiar handlu ludźmi.

Główne bohaterki książki, siedemnastoletnia Ahalya i piętnastoletnia Sita, mieszkają w rodziną w Indiach. Mają wszystko, są szczęśliwe, pilnie uczą się angielskiego, który jest przepustką do lepszego świata. Ich szczęście zakłóca przejście tsunami, które zabija wszystkich ich bliskich. Samotne siostry wyruszają do swojego internatu, nie docierają tam jednak. Przez swoją łatwowierność i wiarę w ludzi dostają się w łapska handlarzy ludźmi. Zostają sprzedane do burdelu.

W tym samym czasie na drugim końcu świata, w USA, żyje sobie Thomas Clarke. Nie jest to człowiek szczęśliwy. Niedawno stracił córeczkę, a jego żona odeszła i wróciła do domu w Indiach. Thomas jest prawnikiem, pracuje w dużej firmie, marzy mu się wielka kariera. A właściwie marzyła, bo teraz nie wie co ma ze sobą zrobić. Po przegranej sprawie, gdy firma szuka kozła ofiarnego, Thomas decyduje się na roczny staż w Indiach, w organizacji zajmującej się pomocą ofiarom handlu ludźmi. Thomas ma nadzieję, że zbliży się do żony. Dzięki zrządzeniu losu organizacja w której pracuje Thomas robi nalot na burdel i uwalniają Sitę. Okazuje się jednak, że Ahaly już tam nie ma. Zostaje gdzieś wywieziona. Tomas po obietnicy złożonej Sicie postanawia odnaleźć starszą siostrę. Będzie go to kosztować wiele czasu i trudu. Czy uda mu się odnaleźć dziewczynkę? Czy Thomas dzięki pracy w organizacji odzyska spokój ducha?

Wędrówka przez słońce to według mnie piękna i wzruszająca opowieść o życiu. Jest to też trudna i obszerna lekcja o handlu ludźmi.  Może autor nie ma wielkiego warsztatu, ale jego wiedza wypełnia luki spowodowane zapewne małym doświadczeniem pisarskim. 
Akcja książki jest wartka, pełno w niej zwrotów akcji, szczęśliwych zbiegów okoliczności oraz porażek głównego bohatera. Sama akcja toczy się na trzech kontynentach. Pod wieloma względami książka autora przypomina mi historie  Bonda. Nie jest to jedna zarzut, ponieważ książka nie jest dokumentem, jest to fikcja i autor miał prawo poprowadzić bohatera takimi ścieżkami, jakimi miał ochotę. Zresztą dzięki temu możemy zobaczyć, jak różnią się od siebie światy, jak bardzo inne jest podejście ludzi do handlu ludźmi. 

Jak dla mnie, Wędrówka przez słońce jest książką wartą polecenia. Jeszcze bardziej warte polecenia jest wysłuchanie audiobooka. Lektorką jest Olga Bończyk, której bardzo dobrze się słucha. 

 Wędrówka przez słońce, Corban Addison, Świat Książki, 2012

Zachęcam do wysłuchania fragmentu nagrania tutaj 

Za udostępnienie książki dziękuję 
 

środa, 19 grudnia 2012

Wypieki: chleby, piszze, ciasta, pączki, słodkie zawijańce Anneka Manning

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta... chciałoby się zaśpiewać. Śpiewać można, tylko co słodkiego postawimy na świątecznym stole? Dziś na tapecie książka o wypiekach. Nie jest typowo świąteczna, ale jak się nie ma co się lubi...

Poza tym, kto powiedział, że na świątecznym stole ma się znaleźć tylko makowiec? Ja proponuję tartaletki z krewetkami i awokado, galette z owocami pieczone bez formy, świąteczne babeczki z nadzieniem bakaliowym, strudel z ricottą i rodzynkami, rurki z miodem i orzechami oraz vol-au-vents z kurczakiem bekonem i grzybami. Sześć słodkich dań to już połowa z wymaganych dwunastu :)





Czym oprócz tego uraczyła nas Anneka Manning? W książce znajdziemy przepisy na:
  • Pieczywo- różne rodzaje
  • chlebki i bułki z dodatkami
  • szybkie wypieki
  • ciasta i ciastka z nadzieniem
  • tarty
     
Oprócz tego, tak jak w poprzedniej książce autorki o mięsach
znajdziemy przeliczniki, które przydadzą się przy pieczeniu (bo tak już książki kucharskie zostały skonstruowane, że gdy autorka ma piekarnik gazowy to w przepisach tylko to ją interesuje, a nie pomyśli o tym, że ktoś mógł zostać obdarzony innym mechanizmem w piekarniku) Dzięki temu przelicznikowi będzie nam też łatwiej obliczyć wartości znalezione w anglojęzycznych przepisach.

W książce znajdziemy również obszerne "informacje podstawowe". Możemy dowiedzieć się czegoś o tym, jak ważny jest odpowiedni cukier, drożdże, jajka, masło, maślanka, mąka, proszek do pieczenia, wanilia. Ważne jest też wyposażenie kuchni. W końcu czymś trzeba mieszkać, odmierzać, sprawdzać temperaturę, kroić. Można to robić czymkolwiek, ale lepiej czymś, co jest do tego stworzone. Zresztą sprawdzicie sami :)
Przydatne będą również informacje o technikach wyrabiania ciast, wyrastaniu, kruchym cieście, wałkowaniu, pieczeniu z obciążeniem, cieście francuskim, ptysiowym, kremach budyniowych. Jak widać, to taka mała encyklopedia.
To już druga książka pani Manning, którą uważam za udaną i serdecznie polecam. Od razu widać, że kobieta zna się na rzeczy, wie co robi i przede wszystkim lubi przebywać w kuchni. O super zdjęciach, dodatkowych radach, prowadzeniu czytelnika za rękę również warto wspomnieć.
Jak dla mnie: 3x TAK

Wypieki: chleby, piszze, ciasta, pączki, słodkie zawijańce, Anneka Manning, Świat książki, 2012


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Boże Narodzenie kuchnia świąteczna Marzena Wasilewska

6,5,4,3,2,1…. Tak. Za tydzień Wigilia. Za tydzień o tej porze będziemy siedzieć przy stole z najbliższymi i zajadać się potrawami, które chociaż jadamy w ciągu roku, to w ten wyjątkowy wieczór smakują zupełnie inaczej.

Jeśli nie masz jeszcze skomponowanego menu może warto przyjrzeć się książce „Boże Narodzenie kuchnia świąteczna”? Mam wrażenie, że niezależnie od tego, jaki styl objadania się lubimy, w tej książce każdy powinien znaleźć menu napisane z myślą o nim.

Boże Narodzenie kuchnia świąteczna podzieliła książkę na siedem rozdziałów: 




  • Wigilia jak u babci z kresów
  • Wigilijna kolacja- postna ale wykwintna
  • Kolacja wigilijna dla tych, którym zimą marzą się cieplejsze kraje
  • Bożonarodzeniowy obiad czyli klasyka z odrobiną szaleństwa
  • Tylko świąteczny obiad czy królewska uczta?
  • Wykwintny obiad dla kucharek i kucharzy bez wielkiego doświadczenia
  • Sylwestrowy bufet, czyli jak szaleć, to na całego
  • Noworoczna uczta. Podobno jaki pierwszy dzień w roku, taki cały rok… niech będzie więc bogaty
  • Torty, ciasta i ciasteczka do świątecznej kawy

Jak więc widać wybór jest dość duży. A jakie są same przepisy? Moim zdaniem są dobre. Wprawdzie sama kwalifikuję się do „kucharek bez większego doświadczenia”  to do gustu przypadły mi przepisy dla tych, którzy wolą ciepłe kraje: tatar ze śledzi, mus z pstrąga z czerwonym winem, sałatka z brokułami i orzechami, sandacz pieczony z koprem włoskim oraz „kompot czy pijane śliwki”. Mojej połówce spodobała się kuchnia kresowa: śledzie korzenne, śledzie z glazurowanymi burakami, zupa borowikowa z łazankami, karp zapiekany z chrzanem i śliwkami. To oczywiście tylko wycinek tego, co na świąteczny stół proponuje nam autorka książki.

Nigdy bym nie wpadła na to, że na wigilijnym stole może pojawić się zupa krem z porów i cebuli z wędzonym łososiem lub piersi z kaczki w galarecie żurawinowej. O kremie cynamonowym z orzeźwiającym sosem żurawinowym albo rosole z winem porto i grysikowymi gwiazdami też bym nie pomyślała, ale widać, że wigilijna kolacja nie musi być nudna!.

A co na sylwestra? Może w tym roku zaproponujecie znajomym mus z tuńczyka, morele z serem pleśniowym albo daktyle zapiekane z boczkiem? Na szynkę pieczoną z glazurowanymi pomarańczami albo szafranowy bulion z pikantnymi babeczkami na 100% też znajdzie się chętny.

Jak więc widać, nie zostaliśmy uraczeni tylko nudnym (ale jak dobrym) barszczem z uszkami, 10 rodzajami śledzika oraz kapustą z grzybami. Świat się zmienia, zmieniamy się my, w sklepach jest coś więcej niż ocet i pomarańcze raz w roku, więc dlaczego nie skorzystać z tego dobrodziejstwa zaskakując rodzinę i przyjaciół czymś, co nie przyszłoby im do głowy?
Moje świąteczne potrawy kiedyś będą właśnie takie. Pełne smaku, zapachów, kolorów, surfujące pomiędzy tradycja a nowoczesnością. Czego sobie i Wam życzę.

Boże Narodzenie kuchnia świąteczna, Marzena Wasilewska, Świat Książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Mięsa najlepsze potrawy i marynaty Anneka Manning

Uwielbiam gotować. Smaki, zapachy, wygląd potraw. Odprężam się przy tym. Wiem też niestety, że nie posiadam dużej wiedzy, więc zawsze i chętnie czytam książki kucharskie. Ta książka, to zasługa mojego G. To on ją wypatrzył, ja w pierwszej chwili jej nie dostrzegłam. Oj, ale bym żałowała...


Książka podzielona jest na pięć głównych rozdziałów (potrawy smażone, potrawy pieczone, potrawy duszone, gulasze zapiekanki i potrawy z curry oraz potrawy grillowane), a także tabeli przeliczeń i informacji podstawowych. Dzięki tym dwóm ostatnim książka ma dodatkowego plusa. Informacje podstawowe wydają się być banalne, ale daleko im do takich. Przecież wybór odpowiednich składników, ich przechowywanie oraz przygotowanie mają duży wpływ na smak potrawy. W czasach hipermarketów coraz rzadziej zwracamy uwagę na wygląd mięsa. Bierzemy pierwszy pojemnik z brzegu i idziemy dalej. A to duży błąd. Po powrocie do domu wrzucamy wszystko do lodówki lub zamrażarki i problem z głowy. Czyżby? A może czegoś nie wiemy? Może warto się dowiedzieć?
Następnie otrzymamy informacje o terminologii używanej do opisu mięsa i dziczyzny (przyznam się, że w życiu nie zwróciłam na to uwagi), a także dużo, naprawdę dużo informacji z obrazkami (jak w encyklopedii dla dzieci) o rodzajach mięsa: od mielonego do koziny. Potem czekają nas informacje o tym, w jaki sposób przyrządzać różne kawałki mięsa. Nie wszystko bowiem nadaje się do każdej obróbki. Jeśli nie wiesz jak luzować udźce jagnięce albo jak oczyścić mostek i kotlety jagnięce to bez problemu to opanujesz.
Następna część to nacieranie i marynowanie. To tajemnica każdej pani domu. Tak dużo zależy od tego, jak przygotujemy dane mięso, czy natrzemy je w mieszance z kminku, oregano i chili, czy też poleży w greckiej marynacie pomidorowej z oregano.

Gdy już dowiemy się jak postępować z mięsem przed wsadzeniem do piekarnika lub rzuceniem na ruszt nadchodzi pora na przepisy... A tam czekają na nas piękne zdjęcia (duże całej potrawy oraz mniejsze ukazujące poszczególne kroki w kuchni) oraz same przepisy skrojone na medal. Przy każdej potrawie podano ilość porcji, czas przygotowania oraz czas przyrządzenia, a także dodano dodatkowe informacje o dodatkach lub trudnościach w przygotowaniu danego dania. Same przepisy są zwięzłe (co lubię) i napisane prostym językiem (u mnie wymagane). Z racji moich ograniczeń skupiłam się na przepisach na dania smażone i muszę powiedzieć, że chyba dam radę. Muszę dać radę bo na widok zdjęć ślinka mi cieknie, a nogi same wyrywają się do mięsnego.

Spodobał mi się również pomysł tabeli przeliczeń. Dzięki temu w łatwy sposób możemy sobie sprawdzić jak piec dane mięso mając piekarnik ze stopniami C, F czy nawet na gaz.

Jeśli jesteście mięsożerni i do tej pory nie odziedziczyliście jakiejś dobrej książki o mięsach to wydaje mi się, że ta może stać się Waszą przyjaciółką. Ja, jak zaznaczyłam na początku, jestem kompletną amatorką i mało jeszcze wiem, ale mam wrażenie, że książka jest bardzo dobrze przygotowana. Sama wiedza podstawowa jest na wagę złota.

Mięsa najlepsze potrawy i marynaty, Anneka Manning, Świat książki, 2012

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

środa, 14 listopada 2012

Dzień miodu Annia Ciezadlo

Gdy widzę, że książka opowiada o jedzeniu (nawet, jeśli są to tylko przemyślenia) od razu nabieram na nią ochotę. Wybierając tę książkę czułam, że będzie ona wyjątkowa. Bo o jedzeniu i ludziach. A ja lubię takie opowieści. Przecież jedzenie bez ludzi ani ludzie bez jedzenia nie mogą istnieć. Cokolwiek robią, gdziekolwiek są- jedzą. Czasami nawet zastanawiam się, dlaczego wiele książek o ludzkich losach nie zawiera w sobie wątków o jedzeniu. Czyżby bohaterowie tego nie robili? Mniejsza o to. Dziś na tapecie "Dzień miodu". Książka, która pozostanie w moim sercu.

Głównymi bohaterami książki są Annia i Mohamed. (Nie)zwykła Annia mieszka w Nowym Jorku i jest związana z Arabem- muzułmaninem Mohamedem. Gdy w związku ze swoją pracą Mohamed musi przeprowadzić się do Bagdadu  Annia postanawia pojechać z nim. Chyba nie wyobraża sobie rozstania. Przez prawie siedem lat mieszka na Bliskim Wschodzie- w Bagdadzie i Bejrucie. Bohaterka poznaje w tym czasie zwyczaje panujące w Iraku i Libanie, mieszkańców kraju i ich sposoby na radzenie sobie z otaczającą ich rzeczywistością. I właściwie o tym jest ta książka. Nie, to nieprawda.

Gdy otacza nas wojna, gdy wszędzie są konflikty zbrojne, ludzie nie zamierają, nie popadają w otępienie. Oni żyją i są głodni. Muszą jeść. I to właśnie jedzenie sprawia, że nie tracą reszty człowieczeństwa. Bo jedzenie jest wtedy jedyną rzeczą, która ich łączy, która jest niezmienna. Nieważne gdzie są, co się z nimi dzieje- kochają i jedzą. I właśnie o tym jest ta książka. 
"O jedzeniu, miłości i wojnie".
 Okładka nie kłamie. Dokładnych losów Annie i jej bliskich nie ma sensu Wam opowiadać, bo poszczególne zdarzenia, jak zdarzenia. Można się domyślić, co dzieje się w czasie wojny. Ważniejsi w tej książce są ludzie, ich historie, atmosfera, interakcje między nimi, zwyczaje (o których już trochę czytałam w innej książce o mieszkańcach Bliskiego Wschodu) i jedzenie, jedzenie i jeszcze raz jedzenie. To ono moim zdaniem sprawia, że ta książka tak mi się spodobała. Sama nie wiem dlaczego, bo co cudownego może być w jedzeniu. Ale możecie mi wierzyć, ja czułam zapachy opisywane w Dniu miodu.

Język książki jest przyjemny i miły dla oka oraz umysłu. Sama treść przystępna i wciągająca. Najważniejszy jest jednak styl autorki. Rzadko się zdarza, aby ktoś umiał opisywać tak, aby czytelnik czuł się, jakby stał nad autorką i towarzyszył jej na każdym kroku. A ja tak się czułam. Nie jak obserwator, ale jak gość. Bardzo lubię tak się czuć. Lubię, gdy autorzy zapraszają mnie do swojego świata, a nie tylko stawiają przy szybie i mówią "Popatrz sobie". Lubię, gdy biorą mnie za rękę i prowadzą od pierwszej do ostatniej kartki pozwalając dotknąć, poczuć i posmakować. A Annia Ciezadlo okazała się bardzo gościnna.

Dzień miodu Annia Ciezadlo, Świat Książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 12 listopada 2012

Sprzedane Louise Brown


Nie wiem dlaczego, ale zawsze ciągnęło mnie do ludzkich historii. Krótkich, długich, śmiesznych czy smutnych. Lubię ich słuchać i lubię je czytać. Jest w nich coś magicznego. Świat zatrzymuje się na kilka chwil, a Ty przenosisz się do innej rzeczywistości…

„Książka Louise Brown ukazuje osobiste doświadczenia kobiet zmuszanych do prostytucji - opuszczenie domu rodzinnego, naukę "zawodu" i życie w azjatyckich domach publicznych. Autorka, która od wielu lat zajmuje się tą problematyką, opowiada o nieludzko wykorzystywanych dziewczętach pochodzących z najbiedniejszych grup społecznych, przytaczając relacje najbardziej maltretowanych kobiet. Pokazuje także hipokryzję ich klientów i bezwzględność bossów przemysłu związanego z seksem.”

Faktycznie autorka przedstawia czytelnikom świat prostytucji. Mówi o tym, co przyciąga mężczyzn do kobiet lekkich obyczajów, skąd pochodzą prostytutki, co je skłania do pracy w tym „zawodzie”.

Książka podzielona jest na dziewięć rozdziałów (rynek, towar, pośrednicy, przyuczenie, klienci, zarządzanie, prawo, życie i śmierć, wstyd) . Dowiemy się z nich o miejscach, z których sprowadzane są młode prostytutki, w jaki sposób są uczone zawodu, kim są ich klienci, czym kończy się prostytucja, o tym, że większość w jakiś sposób wstydzi się siebie i tego co robią. Zresztą co można znaleźć w takiej książce każdy może się domyślić, bo w większym lub mniejszym stopniu każdy z nas zdaje sobie sprawę jak wyglądają domy publiczne. Pełne przemocy, narkotyków, zarządzane przez bezwzględnych ludzi. A w tym wszystkim dziewczyny, które albo nie wiedzą jak się wydostać z tego bagna, albo nie mają już na to siły. Rzadko prostytutki robią to dla przyjemności.  

Bardziej niż treść zaskoczyła mnie autorka i jej styl. Wyżej wypisałam nazwy rozdziałów. Co Wam one przypominają? Dla mnie są jak rozdziały w książce do zarządzania. Nie ma w tym żadnych uczuć. To biznesplan. Kolejne punkty. Dlaczego tak? Czy nie można było jakoś bardziej po ludzku? I tu pojawia się pytanie. Czy autorka bała się uczłowieczenia tej książki? Czy taka uczłowieczona byłaby odbierana po macoszemu?

Zastanawiający jest także sposób pisania Louise Brown. Jak zapowiada wydawca
 „Książka Louise Brown ukazuje osobiste doświadczenia kobiet zmuszanych do prostytucji”. 
Tylko, że ja tutaj nie widzę kobiet. Nie widzę ludzi. Widzę suche punkty, statystyki, odniesienia. Od święta pojawia się coś na kształt cytatu. Poza tym książka do złudzenia przypominała mi moją pracę magisterską. Gdy sięgałam po tę książkę miałam nadzieję, że przeczytam o losach kobiet, a nie rozprawkę albo list do potencjalnych ofiarodawców. Naprawdę bardzo mi to przeszkadzało, ale zrzucę to na to, że autorka nie chciała się  identyfikować z bohaterkami swojej książki. Tylko nie wiem dlaczego. To mogła być taka dobra pozycja (bo tematyka jest naprawdę przejmująca i interesująca), a według mnie coś nie wyszło i powstała sucha praca naukowa. Naprawdę bardzo szkoda.

Może Wy macie inne odczucia po lekturze tej książki?

Sprzedane. Tragiczne losy azjatyckich kobiet, Louise Brown, Świat Książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu




poniedziałek, 5 listopada 2012

Gwyneth Paltrow Córeczka tatusia

„Gotowanie dla rodziny i przyjaciół jest jednym z najlepszych sposobów okazania miłości”.

Nie raz i nie dwa mówiłam już, że kocham czytać książki kucharskie, szczególnie te życiowe, czyli połączone z życiem autora, a nie tylko wymyślone na potrzeby książki. Taką pozycją jest z pewnością Córeczka tatusia autorstwa Gwyneth Paltrow.  

Książka jest kolorowa i optymistyczna. Na początku mamy informacje dotyczące genezy książki. Co, jak, kiedy, dlaczego, dzięki komu. Miło wiedzieć, dla kogo autor lubi gotować, kto go tego nauczył, jaka jest jego motywacja i co daje mu radość.

Po tym wstępie przechodzimy do właściwej części książki. To, co od razu rzuciło mi się w oczy i spodobało to „Jak korzystać z książki” (dobrze wiedzieć, że trzeba coś wcześniej przygotować, co gotować, gdy mamy mało czasu, co uda nam się przygotować w warunkach studenckich oraz jakie potrawy są wegańskie oraz wegetariańskie) a także informacje o tym, co przyda nam się na co dzień w kuchni (ja większości tych rzeczy nie posiadam, ale wiem, co posiadać będę w swoim domu w przyszłości), jakie narzędzia powinniśmy posiadać (tu już u mnie trochę lepiej).  W pierwszej części znajdziemy również przepisy na niezbędnik; łatwo przecież napisać, że potrzebny nam bulion warzywny, ale nie każdy wie jak go zrobić. Są tu także praktyczne porady o sposobach gotowania drobiu i mięczaków. Jak dla mnie wstęp idealny. Nie lubię, gdy w przepisie mam np. „suszone pomidory”, ale nikt nie pomyślał o tym, aby napisać w jakimś miejscu w jaki sposób się je robi.

Książka podzielona jest tradycyjnie, na rozdziały: zupy, sałatki, hamburgery i kanapki, makarony, dania główne, przystawki, śniadania, desery. Same przepisy są na zróżnicowanym poziomie. Znajdziemy tu i kotlety mielone z indyka, makaron z rukolą i pomidorami, hamburger z mięsa kraba z pikantnym sosem remuladowym, wegetariańskie chili, sezonowe ciasto z kruszonką. Jak więc widać, każdy znajdzie coś dla siebie.

Ogromnym plusem książki jest sposób wydania. Twarda okładka, porządne kartki, dobre klejenie („uwielbiam”, gdy książka kucharska zaczyna się rozchodzić przy pierwszym przeczytaniu), przepiękne zdjęcia. Nie zapomniałam również o języku książki (prosty i przystępny), logicznie rozmieszczonym tekście oraz wyraźnym oznakowaniu ilości porcji oraz czasie przygotowani.

Idealny prezent dla siebie lub przyjaciół.
 
Gwyneth Paltrow, Córeczka tatusia, Świat książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu 


wtorek, 23 października 2012

Chleby bułki i bułeczki

Kocham książki kucharskie wszelkiego rodzaju. Mogą być to klasyczne wydania lub „specjalistyczne”. Dla mnie bez różnicy. Samo czytanie jest dla mnie cudowne. To nic, że części przepisów nie wykonam.

W przypadku książki „Chleby bułki i bułeczki” jeszcze przez jakiś czas nie wykonam żadnego z zamieszczonych przepisów. Brak piekarnika i/lub/oraz specjalnej maszyny skutecznie mi to uniemożliwia, co nie znaczy, że nie śliniłam się na widok wypieków, które kiedyś zagoszczą na moim stole.

Od dawna miałam uczucie, że samodzielne pieczenie chleba to nie tylko wielka frajda ale i dobry sposób na „wiesz co jesz”. Jeśli do tego dodamy specyficzny zapach świeżego wypieku… hmmm. Na samą myśl cieknie mi ślinka.

Dzięki książce „Chleby bułki i bułeczki” bez większych problemów możemy upiec wszystko, na co tylko mamy ochotę: od tradycyjnego chleba poprzez słodkie i pikantne wypieki kończąc na bułeczkach, przekąskach i drożdżówkach. Ta pozycja to dla mnie taka encyklopedia wypiekania pieczywa. Dowiemy się z niej wszystkiego co niezbędne, aby naszą kuchnię wypełnił piękny aromat, a nasze żołądki coś wyjątkowego. To, co będzie gościło na naszym stole możemy tworzyć od zera. Wybierzmy odpowiedni kształt, składniki, odpowiednią mąkę i środki spulchniające. Na początku powinniśmy poznać przepis na ciasto podstawowe, później pójdzie już z górki.

Sama książka jest świetnie wydana. Twarda okładka, porządne karki, ładne zdjęcia, opisy jak dla topornych (co sobie chwalę), niezbędne informacje o czasie przygotowania, składnikach odżywczych i kaloriach. Dla mnie ideał.

Wszystkim, którzy chcą stworzyć kuchnię niczym z filmu: pachnącą, pełną miłości i smacznego jedzenia mogę polecić i prosić, aby próbkę twórczości przesłać mi kurierem :)

Chleby bułki i bułeczki, Świat książki, 2012






Za książkę dziękuję Agnieszce i wydawnictwu



niedziela, 30 września 2012

Biała Masajka Corinne Hofmann



Corinne Hofmann, samodzielna, ciekawa świata, pogodna kobieta postanawia spędzić wakacje ze swoim przyjacielem Markiem w kurorcie w Kenii. Po przylocie do Afryki czuje się, jakby była w domu. Trochę ją to krępuje, trochę niepokoi, trochę ciekawi. Podczas podróży promem widzi Masaja. Pięknego, tradycyjnie ubranego Masaja i… zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Brzmi jak bajka, prawda? Jednak ta miłość bajką nie będzie.

Nie rozumiejąc swojej decyzji, autorka książki, czyli główna bohaterka postanawia rozstać się z partnerem, sprzedać swój sklep w Szwajcarii i przenieść się do Kenii aby związać się z człowiekiem, o którym nic nie wie, z którym rozmawiała zaledwie kilka minut. Dzięki swojej determinacji i sile wyższej udaje jej się go odnaleźć i przekonać do siebie. Musi nauczyć się wielu rzeczy, aby móc zamieszkać w Afryce, a nawet rozmawiać z miłością swojego życia Lketingą. Lketinga zna trochę angielski, więc Corinne zaczyna się go intensywnie uczyć. Musi nauczyć się też żyć w szałasie z krowiego łajna, myć w rzece, a przede wszystkim walczyć o każdy kolejny dzień.

Jak napisałam na początku nie będzie to miłość jak z bajki. Lketinga zada Corinne bardzo wiele bólu. Corinne polubiłam za wolę walki, wewnętrzną siłę. Podziwiałam ją, nie rozumiałam jej, zazdrościłam jej, płakałam nad jej losem. Przeżywałam razem z główną bohaterką każdy jej wzlot i każdy upadek. Pokochałam tak jak ona ten kraj, ludzi, przyrodę. „Biała Masajka” podbiła moje serce.

Zapewne część z Was miała okazję poznać historię Corinne dzięki filmowi „Biała Masajka”. Film jednak, jak to film, to bardzo okrojona i spłycona historia. Pominięto w nim wiele kwestii, sprawiono, że nie były one tak wstrząsające jak w książce. Nie rozumiem dlaczego, bo moim zdaniem jeśli coś robić, to dobrze i do końca, a nie dla tłumów, tak, aby nikogo nie znudzić, nie zesmaczyć, nie obrazić.

Książka jest bardzo emocjonalna, prosta i chwytająca za serce. Nie można przeczytać książki i nie zacząć się zastanawiać nad życiem i nad sobą. Czy byłabym w stanie przenieść się na drugi koniec świata w nieznane? Czy mogłabym żyć w buszu? Czy dałabym radę urodzić tam dziecko, przeżyć wiele niebezpiecznych chwil? Czy mogłabym żyć w takim mężczyzną jak Lketinga? A wreszcie: co tak naprawdę w życiu się liczy? Talerz, pralka, lodówka, samochód czy też ludzie. Dla nas, Europejczyków, coraz bardziej zaczynają się liczyć dobra materialne. Corinne pokazuje, że do szczęścia nie jest nam potrzebny telefon, telewizor czy pralka. To tylko dodatki do życia. A my, mam czasem takie wrażenie, zapominamy na czym życie polega.

Kto nie czytał Białej Masajki, niech to koniecznie nadrobi. Kto kiedyś już się z nią zetknął, niech sięgnie po tę książkę ponownie. Czasami warto poczytać takie historie jak ta.

Ja miałam przyjemność wysłuchać audiobooka. Czytała Katarzyna Żak. Przez jakiś czas nie umiałam się przyzwyczaić do jej głosu, później nie zwracałam na nią uwagi, tylko słuchałam historii. Chociaż Katarzyna Żak bardzo lubię, to jakoś jej głos nie współgrał mi z historię Corinne. Czegoś jej brakowało, ale nie bardzo potrafię określić co było nie tak, więc może to tylko jakieś moje dziwne odczucie.

 Biała Masajka, Corinne Hofmann, Świat książki, 2012 (książka z 2002)

Za audiobooka dziękuję wydawnictwu

wtorek, 11 września 2012

Afryka moja miłość Corinne Hofmann

Afryka, moja miłość to kolejna pozycja Corinne Hofmann, w której zakochałam się, jako w człowieku, po przeczytaniu jej pierwszej książki. Ujęła mnie ona swoim podejściem do życia, optymizmem, walką o miłość i tym, że potrafiła odejść. Zaczynając tę książkę myślałam, że bohaterka/autorka postanowi wrócić do swojej drugiej ojczyzny na zawsze. I faktycznie wróciła, chociaż trochę inaczej niż to sobie wyobrażałam.

Afryka, moja miłość to książka bardzo osobista, powiedziałabym nawet, że w pewien sposób mógłby być to pamiętnik. Corinne głównie opowiada o swojej wyprawie do Afryki (lecz nie do byłego męża). Skupia się na poznanych tam ludziach przedstawiając czytelnikom smutne, a zarazem piękne historie o osobach, które postanowiły zmienić swoje życie, które próbują przeżyć w slamsach. Naprawdę jest co czytać, nie chcę jednak opowiadać poszczególnych przypadków, aby nie zepsuć Wam przyjemności czytania. Powiem tylko, że naprawdę warto, bo ta książka pokazuje jak silna wola życia tli się w każdym z nas i do czego zdolni są ludzie w imię miłości do najbliższych. Możemy również dowiedzieć się ciekawych rzeczy o organizacji Jamii Bora która w bardzo mądry i ciekawy sposób pomaga ludziom rozpocząć nowe życie.

Corinne wraca również do swojego domu. Z córką. Nareszcie Lketinga może zobaczyć swoją dawno niewidzianą Napirai. Jest to trochę mniej ciekawa część książki, ale bardzo osobista. Tę historię opowiada zarówno sama Corinne jak i jej córka (chociaż o wiele mniej). Czytając kolejne kartki możemy sobie tylko wyobrazić to, co czują poszczególni bohaterowie, jak ważne dla Corinne jest to, że Napirai zgodziła się odwiedzić rodzinę i poznać ojca.

Naprawdę bardzo trudno, ze względu na charakter książki, oddać mi to, co czułam czytając książkę. Nie wiem dlaczego, ale czasami trudno mi opisywać przeżycia innych. Samo czytanie jest chwilami dziwne, bo czuję się wtedy, jakbym przeglądała czyjś prywatny pamiętnik. Niewiele osób potrafi pisać w ten sposób. Właściwie, to znam dwie takie autorki, a jedną z nich jest właśnie Corinne.

Gdybym miała tę pozycję streścić w jednym zdaniu powiedziałabym, że jest to szczera książka o nadziei i tęsknocie. Jeśli będziecie mieli okazję ją przeczytać zróbcie to koniecznie. Nie zapomnijcie również o przeczytaniu poprzednich książek autorki. Zakochacie się w niej tak samo jak i ja.

Przy okazji załączam wywiad z Corinne Hofmann


Afryka moja miłość, Corinne Hofmann, Świat książki, 2012

Za książkę dziękuję


piątek, 7 września 2012

Żona mormona Irene Spencer

Są na tym świecie takie książki, które zostawiają w nas trwały ślad, zmieniają nasze postrzeganie świata, zmuszają do refleksji. Jedną w takich książek jest Żona mormona.

Irene Spencer to niczym niewyróżniająca się kobieta. Niezbyt urodziwa, pulchna i uśmiechnięta. Szczęśliwa. Kto zobaczyłby jej zdjęcie nigdy nie zorientowałby się ile w życiu przeszła.
Główna bohaterka książki, a zarazem jej autorka wychowała się w rodzinie praktykującej poligamię. W dzieciństwie karmiono ją niczym w sekcie informacjami o tym, że im więcej dzieci urodzi tym lepiej będzie jej w niebie, że wielożeństwo to jedyna droga do raju, że musi być posłuszna tym przez których przemawia Bóg. Jako dziecko Irene była odseparowana od świata, nie czytała książek, nie słuchała muzyki, nie spotykała się w rówieśnikami. Żyła w zamkniętym świecie.

Gdy pewnego dnia poznaje przypadkiem Verlana czuje, że jest jej on przeznaczony. W międzyczasie w jej życiu pojawia się Glen i miałam szczerą nadzieję, że autorka z nim zostanie. Przecież go kochała. Nie był on jednak poligamistą. Irene została więc przeznaczona Verlanowi. I w końcu, o zgrozo, została jego żoną. Aż miałam ochotę krzyczeć „On zniszczy Ci życie kobieto! Opanuj się!” Życie z Verlanem nie było jednak usłane różami. Irene została jego drugą żoną. Pierwsza była Charlotte- przyrodnia siostra Irene. Bohaterka czuła się przy pięknej Charlotte odepchnięta, ale przynajmniej spędzała z mężem kilka dni w tygodniu. Niestety zawsze może być gorzej. Po Irene więc pojawiły się kolejne żony: Lucy, Beverly, Eshter, Susan, Lillie, Helen, Elizabeth oraz Pricilla.

Wyjątkowo nie będę Wam opowiadać o książce ponieważ każda informacja mogłaby zniszczyć przyjemność odkrywania życia bohaterów książki. Powiem tylko, że jej życie to nie był obiecany raj, a droga przez piekło, które miało się nigdy nie skończyć. Wieczna bieda, zazdrość o męża, błaganie Boga o śmierć, walka o byt, o zdrowie dzieci, o swoje miejsce na tym świecie. Jej życie było nieustanną walką. I szczerze się zdziwiłam, gdy Irene stwierdziła „dość!”.

Książka nie jest gruba, ale ciężko się ją czytało. Nie jest napisana trudnym czy nudnym językiem, ale mówi o trudnych sprawach dlatego nie potrafiłam przeczytać jej ot tak. Długo myślałam po przeczytaniu każdego kolejnego fragmentu i zastanawiałam się, gdzie jest ten jej Bóg. Dlaczego jej nie pomoże, nie da znaku, nie zlituje się nad tą kobietą. Okazuje się, że Bóg wielokrotnie dawał jej znaki, lecz Irene ślepo zapatrzona w męża i religię znaków tych nie widziała.

Jeśli macie możliwość, sięgnijcie po tę pozycję. Nie wiem, czy przypadnie Wam do gustu, ale da Wam wiele do myślenia. Odnośnie życia, sensu istnienia, miłości, a także religii. Każdej religii.

10/10

Żona mormona, Irene Spencer, Świat książki, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu 

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Wyznania chińskiej kurtyzany W świecie wiatru i wierzb


Londyn, lata współczesne.
Poznajcie przyjaciółki Dong Mei oraz Forsycję Wu, Chinki mieszkające w Europie. Podczas rozmów przy herbacie Dong Mei (Zimowa Śliwa) opowiada Forsycji Wu o swoim życiu w roli kurtyzany. Dong Mei urodziła się w 1926 roku w prowincji Shan-dong, niedaleko świętej góry Taishan w Chinach, w roku Tygrysa.
"Ludzie spod tego znaku są podobno odważni i nie boją się ryzyka."
 Dong Mei pochodziła z biednej rodziny, której jedynym źródłem pożywienia były sady owocowe zamożnych gospodarzy. Dong Mei jako jedyna dziewczynka we wsi potrafiła czytać oraz pisać, dlatego też w po osiągnięciu 10 lat została wysłana do posług staremu mnichowi. W zamian za pomoc, mnich uczył Dong czytać i pisać. Życie Dong Mei mogłoby być piękne, gdyby do kraju nie wkroczyli Japończycy. Zniszczyli oni sady, z których utrzymywały się całe wioski, więc w rodzinie Zimowej Śliwy rozpoczął się ciężki okres. Dziewczynka została sprzedana i została służącą w domu kaligrafa. Ten, mając dość ciekawe hobby, dość szybko wprowadził dziewczynkę w tajniki Kamasutry. Niedługo potem Dong Mei zostaje sprzedana do burdelu.Ponieważ była dziewicą, nie została rzucona na żer. Trzymano ją w zamknięciu, aż do odpowiedniej chwili i sprzedano ją z zyskiem. Następny przybytek nie był na szczęście podłym burdelem, lecz światem wiatru i wierzb. Dong Mei przybyła do Zakątka Porannej Świeżości, który stał się dla niej początkiem drogi do zawodu kurtyzany. Tam powoli stawała się kobietą, poznawała ciało swoje i mężczyzn, poznawała prawdziwy świat. Tam Zimowa Śliwa poznała trzech mężczyzn, którzy na zawsze zmienili jej życie. Przez jednego z nich musiała uciec jednak ze swojego domu. Tak trafiła na trzecie miejsce, w którym naprawdę stała się prawdziwą kurtyzaną. To jednak nie koniec jej historii. Czas kurtyzan kiedyś się kończy. Dla niej skończył się tragicznie ale i szczęśliwie zarazem. Przeżyła. Jaka jest historia życia Dong Mei? Sprawdź.

Wyznania chińskiej kurtyzany to bardzo autentyczna książka, o wiele bardziej prawdziwa, niż znane wszystkim Wyznania gejszy, a te wydawały się prawdziwe. Książka powstała w bardzo ciekawy sposób. Pomyśleć tylko, że ta opowieść powstała przypadkiem...W jaki dokładnie sposób, dowiecie się na samym końcu. Książka jest bardzo ciekawa, chwilami rozśmiesza, skłania do zadumy, szokuje, wzrusza. Jest w niej wszystko, czego trzeba, aby całkowicie zanurzyć się w świecie przedstawionym. Co ciekawe, przyjaciółki zawsze spotykają się przy herbacie. Dzięki temu możemy dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy zarówno o samym napoju jak i sposobie jego przygotowania. Nie wiem, jakim cudem opowieść autobiograficzna może być opowiedziana tak spokojnie, z dystansem. Być może Dong Mei zdążyła już pogodzić się całkowicie ze swą historią?

Wyznania chińskiej kurtyzany to książka szczera, interesująca i naturalna. Główną bohaterkę polubiłam od razu za jej chęć życia, sposób pojmowania świata oraz wielkie serce. Powieść idealnie nadaje się do zekranizowania, niczego nie byłoby trzeba w niej zmieniać. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś wpadnie na ten pomysł.

10/10

W świecie wiatru i wierzb.Wyznania chińskiej kurtyzany, Świat książki, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Ciasta bez pieczenia od A do Z



"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na kremówki” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię kremówek”? Kremówki są pycha! (...) Kremówki to jedno z najlepszych ciastek, ja to wiem. Masz chusteczkę? Pociekło mi. Na samą myśl o kremówkach się ślinię."

Ja lubię ciasta. A ponieważ nie mam w obecnym piekarnika, jestem w czarnej... mniej szlachetnej części pleców. Jakiś czas temu miałam chęć przeczytać książkę o makaronach. Coś się jednak pokitwasiło i dostałam taką o ciastach bez pieczenia. Czyżby ktoś nade mną czuwał? Piekarnika brak, ale to nie oznacza, że przestałam marzyć o pysznym cieście.
Na co macie ochotę? Ciasto wykwintne, np keks na zimno z mango, tort straciatella albo śnieżny tort czekoladowy? A może coś z "klasycznych i lubianych"? Do wyboru między innymi mandarynkowy torcik tiramisu, sernik, wieniec pomarańczowy. Jeśli urządzamy przyjęcie dla najmłodszych warto wypróbować Hobbita (torcik mleczno- ryżowy), psiaka, węża albo Marshmallow (truskawkowy piankowiec). Lubicie ciasta z alkoholem? Proszę bardzo: adwokat, czekoladowy tort z biszkoptami, czereśniak, sułtański mus lodowy. W książce znajdziemy również rozdziały: łatwe i szybkie, dla gości, dobry pomysł oraz owocowe. Dla każdego coś się znajdzie. Nikt z lubiących ciasta nie powinien poczuć się oszukany.

Podstawą każdego ciasta na zimną są biszkopty, herbatniki, wafle lub keks. Do tego śmietana lub twarożek i dodatki typu owoce. Potem na trochę do lodówki i gotowe. Niezbyt trudne, prawda? Też tak myślę. Autor(ka) książki ma całkowitą rację pisząc, że "ciasta bez pieczenia to super alternatywa dla słodkich wypieków nie tylko na lato". Chociaż uważam, że lato to najlepsza pora na wypróbowanie wielu przepisów- tyle jest owoców, że szkoda zmarnować ten okres.

Sama książka jest bardzo przejrzysta i przyjemnie się z niej korzysta. Każdy przepis zajmuje jedną stronę, opisy przygotowania cista są wypunktowane i idealne (nie za krótkie, nie za długie). Każdy przepis przyozdobiony jest ładnym i niezbyt dużym zdjęciem- w tej książce to treść jest ważna, a nie zdjęcia na całą stronę. Jak można się było spodziewać, w książce znajdziemy "lokowanie produktu", czyli znany nam z większości filmów product placement. No ale czy jeśli książka jest wydana z/przez/dzięki firmie Dr. Oetker można mieć do niej pretensje? Przynajmniej mam pewność, że dane składniki są dość łatwo dostępne.
Książka jest w twardej oprawie, jest przez to trochę cięższa, ale dzięki temu nie zniszczy się tak szybko.Ktoś zainwestował również w gruby śliski papier, za co mu serdecznie dziękuję. Nie lubię, gdy książka, która ma mi z założenia służyć przez wiele lat jest drukowana na papierze toaletowym.

Cieszę się, że zamiast kolejnej książki o makaronach dostałam książkę o ciastach. Bardzo się cieszę.Naprawdę bardzo się cieszę. A książkę polecam. Zarówno tym, którzy mają piekarniki, jak i tym bez. Nareszcie będę mogła "piec" ciasta. Jupi!

09/10

Ciasta bez pieczenia od A do Z, Weltbild, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu