Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2013

Gaumardżos Anna Dziewit-Meller Marcin Meller

"To jest Gruzja! Pełna smaków, zapachów, wyjątkowej muzyki, iście bajkowych krajobrazów, niezwykłych i życzliwych ludzi, niezliczonych anegdot towarzyskich. W tą niezwykłą podróż zabierają nas autorzy Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller. Opowiadają jak podróżowali od gór po morskie wybrzeża, biesiadowali podczas tradycyjnych uczt, rozmawiali o radościach i kłopotach..."

Gruzja zawsze kojarzyła mi się z dobrym winem i dobrym jedzeniem. A jeśli wino i jedzenie są dobre, to ludzie również muszą być wspaniali. Postanowiłam to sprawdzić słuchając zapisków Marcina Mellera i jego żony Anny z wypraw do Gruzji. Okazało się, że miałam rację. Ich opowieści, spostrzeżenia... wszystko wskazuje na to, że Gruzja to niesamowity kraj z cudownymi mieszkańcami. Gościnnymi, szczerymi, kochającymi życie.

Z opowieści Marcina i Ani dowiemy się wielu ciekawych rzeczy: jak powinna wyglądać porządna biesiada, co oznacza dla Gruzinów przyjaźń, gdzie najlepiej omawiać wszystkie sprawy, ile trwa w Gruzji godzina, jak wygląda podróżowanie z Gruzinami w praktyce, co to znaczy miłość po gruzińsku. Wszystkie te zapiski są fascynujące. Jest jednak jedno "ale". Bardzo dla mnie ważne. Tej książki nie da się słuchać bez dłuższych przerw. (i tu rada dla wszystkich autorów książek: to, że potrafisz pisać nie oznacza, że potrafisz czytać). Książki słuchało się koszmarnie. Głos Marcina Mellera jest, niestety, nie do zniesienia. Miałam wrażenie jakbym słuchała wypoconego wypracowania dukanego przez ucznia, który pierwszy raz zobaczył niewyraźnie napisany tekst. Do tego fatalna dykcja i jakby wada wymowy. Części CZYTANE przez Marcina były jak wykład z filozofii czytany ze starego kajecika przez znudzonego profesora. Jak można coś takiego zrobić własnej książce! Przecież on powinien opowiadać o swoich przygodach z zapałem i fascynacją, a nie czytać jakby chciał powiedzieć "Długo jeszcze?". Części czytane przez Anię "wyglądają" o niebo lepiej, ale po pewnym czasie jej głos zaczyna nużyć, a lektor nie może męczyć słuchacza. To niedopuszczalne. Poza tym (tu ukłon w stronę P. Fronczewskiego) nieważne czy lektor czyta części męskie czy żeńskie- czytelnikowi ma to się nie rzucać " w oczy". To powinno przelatywać gdzieś obok, a w głowie powinny zostać wydarzenia, a nie głos lektora. I tego mi zabrakło u Ani. Gdy czytała coś, co przytrafiło się Marcinowi, miałam wrażenie sztuczności. Słyszę głos kobiety wymawiającej męskie końcówki. Musiałam zrobić sobie kilka dłuższych przerw aby to przetrwać, a i tak do końca nie wiedziałam czy dam radę. W pewnym momencie miałam nadzieję, że ten rozdział jest tym ostatnim.

Nie mam nic przeciwko książce, bo wspomnienia w niej opowiedziane są cudowne. Zazdroszczę autorom ich wypraw, przygód i przyjaciół. Niestety w tym przypadku audiobook okazał się niewypałem. Może gdyby rolę lektora powierzono komuś innemu...

Gaumardżos, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Świat Książki, 2011

Za egzemplarz dziękuję





Jeśli sami macie ochotę sprawdzić, jak słucha się Gaumardżos zapraszam tutaj

Tym, którzy są zafascynowani Gruzją i tym, którzy dopiero chcieliby się czegoś ciekawego dowiedzieć polecam tę stronę.

czwartek, 13 września 2012

Joga ilustrowany przewodnik anatomiczny Leslie Kaminoff

Któregoś dnia pomyślałam, że joga może być ciekawa. Spróbowałam i poczułam ból. Chyba zapomniałam, że nie jestem rozciągnięta. Zaczęłam się zastanawiać co mnie boli i dlaczego. A jakiś czas później okazało się, że mogę to sprawdzić. Dzięki przewodnikowi anatomicznemu dotyczącemu jogi.

Byłam zaskoczona. Nie wiedziałam, że w tych wszystkich dziwnych figurach bierze udział tyle mięśni. Chyba nie miałam tez pojęcia, że aż tyle ich mam. Pozwolę sobie opisać pierwszy obrazek, na który przypadkiem trafiłam. Obrazek dotyczący głupiej stopy. A na nim: mięsień zginacz krótki palców stóp, mięsień zginacz palucha długi, mięsień odwodziciel palca małego, mięśnie glistowate, mięsień odwodziciel palucha, mięsień zginacz długi palców stóp, mięsień czworoboczny podeszwy, mięśnie międzykostne. A teraz wyobraźcie sobie, ile musimy mieć mięśni w innych częściach ciała. OMG. Czy uda mi się kiedyś rozciągnąć choć część z nich?

Wracając do samej książki i jej treści. Jest ona podzielona na dziewięć rozdziałów: dynamika oddychania, joga i kręgosłup, zrozumieć asany, pozycje stojące, pozycje siedzące, pozycje klęczące, pozycje w leżeniu na plecach, pozycje w leżeniu na brzuchu, pozycje z podparciem na rękach. Po nich znajdziemy jeszcze literaturę i źródła, indeks asan oraz informacje o tych, którzy książkę stworzyli.

W każdym z rozdziałów znajdziemy wiele pozycji jogi z rysunkami (oraz zaznaczonymi na nich rysunkami odpowiednich mięśni), ich klasyfikację i poziom, kluczowe struktury, pracę stawów, pracę mięśni, wydłużanie, oddychanie, utrudnienia oraz uwagi. Przy niektórych pozycjach znajdują się również przeciwwskazania, ponieważ nie każdy może ćwiczyć jogę w pełnym zakresie sami bez nadzoru. W ogóle mam wrażenie, że jogi nie powinno się uprawiać bez podstawowej wiedzy, bo można sobie zrobić krzywdę (nie wiem, czy moje spostrzeżenia są słuszne, no ale to już nie ja powinnam się wypowiadać). W książce najbardziej podobają mi się wyraźne i staranne zdjęcia/rysunki- widać, że ktoś się przyłożył do pracy. Mam wrażenie, że takim wydaniem nie pogardziliby nawet lekarze czy fizjoterapeuci.

Na okładce książki możemy znaleźć informację o tym, że jest to „innowacyjny przewodnik łączący w niespotykany dotychczas sposób wiedzę medyczną, atlas anatomiczny i praktyczny kurs jogi”. Mi właśnie tego praktycznego kursu jogi zabrakło. Jako osoba, która o jodze nie wie prawie nic miałam problem z odnalezieniem się w tych wszystkich pozycjach. Widziałam na rysunkach jak ma wyglądać dana pozycja ale nie wiedziałam za bardzo jak się do niej zabrać. Jest więc to jednak chyba praktyczny kurs jogi dla średnio-zaawansowanych. Niemniej mam nadzieję, że za jakiś czas, gdy/jeśli zacznę ćwiczyć jogę na 100% będę do tej pozycji często zaglądać. Swoją drogą aż mnie boli na myśl o tym, że mam rozciągać mięśnie o których istnieniu nie miałam pojęcia.


Za książkę dziękuję  wydawnictwu



sobota, 26 maja 2012

Prosto i presto przyjmujemy gości, Anna Lucci


Co przychodzi Ci na myśl, gdy myślisz o łatwym i szybkim przyjęciu znajomych? Pewnie o paluszkach, chipsach albo kanapkach. A można to zrobić o wiele smaczniej i tak samo łatwo i szybko. Jak?


O tym traktuje książka „Prosto i presto. Przyjmujemy gości” Anny Lucci. Muszę to podkreślić na samym początku- po przejrzeniu książki zaczęłam czuć charakterystyczne burczenie w brzuchu. Gdy ogląda się zdjęcia potraw aż ślinka cieknie. Gdyby na moje przyjście ktoś przygotował takie potrawy…

Przepisy w książce znajdziemy różne: zarówno dla tych, którzy mogą wydać trochę więcej, jak i tych, którym zostało kilkanaście złotych w portfelu.

Jakie przepisy znajdziemy w środku?
Zacznijmy od przełamywania lodów, czyli aperitifów. Do wyboru na przykład: cocktail Roma, spritz, czekoladowy fizz, czy wegański sprint. Później pora na przystawki: może rurki łososiowe, groszki i róże, bruschetta z grzybami albo krokieciki z ziemniaków? Na każdym przyjęciu mile widziane są salse, czyli sosy, które pasują praktycznie do wszystkiego oraz sałatki. Ja proponuję krewetki w ananasie, farfalle po sycylijsku albo insalatonę łososiową. Jeśli goście mają ochotę na makaron to dobrym wyborem będą muszelki z bakłażanami, tagliatelle z boczkiem albo fettuccine z kremem krewetkowym. Na drugie danie idealne będą: wołowina z curry, tort z brokułami albo sola z białym winie. Na wyjątkowe okazje Anna Luci poleca rybę pieczoną na szampanie, risotto z płatkami róż lub mus czekoladowy. Przydałby się także deser. Teraz nastała idealna pora na truskawki z bitą śmietaną. Jeśli nie lubicie truskawek, to może melon owocowo-lodowy albo panna cotta?

Dania które wymieniłam, to tylko kropla w morzu tego, co w Prosto i presto- przyjmujemy gości zaproponowała czytelnikom Anna Lucci. Chociaż niektóre nazwy potraw brzmią skomplikowane, ich przygotowanie nie powinno sprawić Wam problemów. Przy każdym przepisie znajdziemy dodatkowe cenne informacje, które mogą się przydać w czasie przygotowywania potraw. Na początku książki znajdują się interesujące działy, które powinien przeczytać każdy, kto ma zamiast zrobić domowe przyjęcie. Pierwszy rozdział to „Przyjęcie z dwie godziny?” z którego dowiemy się jak robić zakupy, co warto zawsze mieć w domu, jak wybrać menu oraz jak i kiedy zaprosić gości. Z rozdziału drugiego pod tytułem „Przyjęcie krok po kroku” dowiemy się jak przygotować stół, jak podawać dania, jak się zachowywać i o czym (nie)rozmawiać. Ponadto autorka przygotowała dla czytelników kilka informacji o winach: w jakich kieliszkach je podawać, na co zwracać uwagę podczas zakupu.

Chociaż w dzisiejszych czasach na ogół zamiast zapraszać gości do domu idzie się do restauracji, a przyjęcia zastąpiły domowe luźne imprezy, nie znamy dnia ani godziny, gdy będziemy musieli przygotować coś bardziej wystawnego niż sałatka jarzynowa i  kanapki. Poza tym kto powiedział, że potrawy przedstawione w książce można wykorzystywać tylko na wielkie okazje? Kolacja z ukochanym czy przyjaciółmi też jest dobrym pretekstem do spróbowania nowych i smacznych dań.

Z opisywaniem książek kucharskich zawsze mam pewien problem. Nie potrafię wyrazić tego zachwytu, który czuję tak, jak książka na to zasługuje. A ta książka zasługuje na przeczytani i pochwałę. Chociaż niektóre potrawy wymagają wydania trochę większej kwoty, wiele jest takich, których przygotowanie nie nadwyręży naszego portfela.
Na uwagę zasługują także piękne zdjęcia, ale o tym musicie przekonać się sami.

10/10
 
Prosto i presto przyjmujemy gości, Anna Lucci, Lucci Editore, 2011

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

piątek, 27 kwietnia 2012

Jeden dzień David Nicholls

Tak się przyjęło, że historie miłosne mają być słodkie, wręcz cukierkowe, miłe dla oka i zawsze kończące się "happyendem". Tylko, czy miłość zawsze jest słodka, łatwa i usłana różami? Niestety nie.
Jeden dzień Davida Nichollsa jest, moim zdaniem, prawdziwą historią miłosną. Trudną, dziwną i niełatwą. Prawdziwą, taką, która każdemu może się przytrafić.

Głównych bohaterów, Emmę i Dextera poznajemy w dzień ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Bardzo przypominają bohaterów Love story. Dzieli ich wszystko: podejście do życia, pochodzenie. Emma pochodzi z robotniczej rodziny, jest zakompleksioną dziewczyną, które ma wielkie ambicje i pragnie zmienić świat. Dexter to playboy. Pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jego jedynym zmartwieniem jest to, w czyim łóżku obudzi się następnego dnia. Nie ma planów na przyszłość, chce się bawić. Chociaż tych dwoje dzieli praktycznie wszystko, coś zaczyna iskrzyć. Być może dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają. Po spędzone razem nocy każde z nich idzie w swoją stronę, lecz pamiętny 15 lipca będzie dla nich zawsze dniem magicznym. 

Czy 15go lipca narodziła się między nimi miłość czy przyjaźń, tego nie jestem w stanie pojąć. Coś się jednak narodziło. Coś, co sprawiło, że zawsze o sobie myśleli niezależnie od tego co robili i z kim byli. Emma, jako romantyczka przeżywała to uczucie głęboko. Myślała, pisała, może nawet marzyła. Dexter, jako prawdziwy mężczyzna, wychodził chyba z założenia, że ona zawsze będzie. I o dziwo zawsze była- jeśli nie w sensie dosłownym, to myślami. 


Jak to w miłosnych historiach bywa, ten "jeden dzień" sprawił, że w końcu spotkali się na zawsze. Jak do tego doszło i jak skończyła się historia miłosna na miarę Love story? 


Książka Davida Nichollsa jest ciepła i zapada w pamięć, chociaż muszę się przyznać, że początkowo miałam z nią problemy. Nie potrafiłam się w nią wgryźć, złapać kontaktu z bohaterami. Nie rozumiałam ich zachowania. Ok, pójść z kimś do łóżka po kilku chwilach znajomości- niech będzie, mogę zrozumieć. Ale cały ciąg dalszy? Czy naprawdę po jednej nocy można naprawdę pokochać? I kochać pomimo tego, że ktoś, na pierwszy rzut oka, ma w głębokim poważaniu nasze uczucia? Z drugiej strony jest zachowanie Dextera. Jak można być takim egoistą i bucem? Jezuśku! Czy on potrafił spojrzeć na siebie w lustrze? Będąc jednak na 50tej, 100, 200 stronie powoli zaczynałam rozumieć. To jest właśnie trudna miłość. O ile zachowanie Dextera dalej mnie wkurzało, to potrafiłam już zrozumieć Emmę. W końcu miłość nie wybiera, nie oszukujmy się. 

Ale 20 lat? No cóż. To właśnie miłość, to właśnie życie. 


Gorąco polecam, szczególnie tym, którzy uważają, że miłości nie ma, tym, którzy myślą, że to ich związek jest skomplikowany- aby podnieść ich na duchu. Tym, którzy są w szczęśliwym związku, aby docenili to, co mają. 


08/10

 Jeden dzień, David Nicholls, Świat książki, 2011
 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

sobota, 17 marca 2012

Shit! Rok w Brukowcu Joanna Żebrowska

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda życie od kuchni w gazetach typu Fakty czy SE? Ja czasami tak. I to, co mogłam przeczytać w książce Shit! Rok w Brukowcu Joanny Żebrowskiej działy się "rzeczy, o których się fizjologom nie śniło".
Edyta Piórko, główna bohaterka książki, marzy o wielkiej karierze dziennikarskiej. Niestety w Warszawie, przepraszam Warszawowie, nie jest to takie łatwe. Dzięki znajomościom udaje się jej dostać do redakcji gazety Hit. Chociaż miała dylemat, czy sobie poradzi, przyjęła propozycję i zaczęła swoją "oszałamiającą" karierę.

Jakie artykuły pisała? Ano takie, jaki możemy podziwiać przez szybę w kiosku. Coś na wzór "chciała mnie zabić poduszka". Na początku nie za bardzo sobie radziła, ale w końcu nie jest to aż takie trudne, prawda? (trzeba mieć tylko dużą wyobraźnię, wielu znajomych ze zwierzętami i trochę drobnych dla bezdomnych)

Edyta ma też życie uczuciowe(moim zdaniem ameba ma większe, no ale co tam). Rafał, miłość jej życia, ideałem nie jest. Oschły, pedantyczny, dziwny- "idealny" facet dla wrażliwej dziewczyny w wielkim mieście. Ponieważ jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby Edyta cieszyła się z tego co miała. Lepszy wróbel w garści ( w postaci pracy i Rafała) niż gołąb na dachu. Tylko, że nawet wróbel może uciec. I ucieka. Związek z Rafałem się kończy, Edyta jest załamana. Jednak miłość może czekać bliżej niż spodziewa się nasza bohaterka...

Hmm... Będzie ciężko. Treść książki jak treść. Można trochę poczytać o pracy w szmatławcu, poznać kuluary tej fascynującej roboty, dowiedzieć się w jaki sposób powstają artykuły, na które codziennie rzuca się szara masa, w jaki sposób zdobywa się bohaterów do artykułów ( z jednej strony chyba nikt normalny by się nie zniżył do zgody na publikację swojej twarzy pod nagłówkiem "chciał mnie zabić kiełbasą krakowską", a z drugiej strony sposoby na zdobycie bohaterów mnie zszokowały). Tutaj mogłabym dać nawet 8 punktów, bo poprawiło mi to humor.

Problemy zaczynają się przy głównej bohaterce. Edyta nie ma głębi. Jej postać, według mnie, nie została przemyślana. Ot taka sierota co kocha nad życie faceta który ma ją w czterech literach. Tylko, że Edyta nie dość, że płytka i beznamiętna jest to jeszcze całkiem bez życia wewnętrznego. Nie przypadła mi ona do gustu. Albo autorka jej nie lubiła, albo miała problem ze stworzeniem czegoś sensownego. Z innymi bohaterami tak samo. Najwięcej polotu mają w sobie przyjaciel głównej bohaterki- gej (chociaż miałam wrażenie, że jego postać została zaczerpnięta z Seksu w wielkim mieście) oraz współpracownicy i szef Edyty.

Drugą sprawą, która strasznie mnie irytowała jest bezsensowne, według mnie, zmienianie nazw własnych miejsc. Czy nie można normalnie napisać Warszawa? Trzeba to zmieniać na Warszawowo? Bohaterka nie może mieszkać na Woli? Musi na Niewoli? Rozumiem, że pewnych rzeczy autorka ujawnić nie może ( z logicznych względów), ale zmieniać tak bezsensownie nazwy miejscowości/dzielnic itd?

Nie mam pojęcia, po co takie zabiegi stosowała autorka i chyba nie chcę się dowiadywać. Książka, która miała swój potencjał (nie pamiętam innych polskich książek o tej tematyce) dużo traci przez płytkich bohaterów i te dziwne zmiany nazw. Szkoda


06/10


Shit! Rok w Brukowcu, Joanna Żebrowska, 2011

książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu



czwartek, 15 marca 2012

Kora jest samotna Holly Webb

W świecie przemocy i komputerów czasami trafia się coś, na widok czego mięknie nam serce. Mi serducho zmiękło, gdy zobaczyłam okładkę książki Kora jest samotna autorstwa Holly Webb. Czy jest coś słodszego niż ufny szczeniaczek?




Kora jest samotna to książeczka przeznaczona głównie dzieci mniej więcej do podstawówki. Wtedy czytanie takich opowieści może im pokazać, że... no właśnie. Czego możemy się nauczyć czytając takie książki?

Helenka i jej brat Waldek dostają od rodziców małego słodkiego pieska- Korę. Miał to być ich wspólny zwierzak, jednak to głównie Waldek się nim zajmuje. Helenka, chociaż bardzo chciałaby uczestniczyć we wspólnych zabawach za bardzo boi się psiaka. Kiedyś z parku Helenka miała nieoczekiwane spotkanie z dużym psem, którego bardzo się przestraszyła. Od tej pory nie potrafi sobie poradzić z paraliżującym strachem.

Waldek i Helenka spędzają wakacje na wsi. Podczas spaceru z Korą Waldek ulega wypadkowi. Łamie nogę i musi przez jakiś czas pozostać w szpitalu, a Kora jest samotna, bo nie ma się z nią kto bawić. Dziadek Helenki, który co jakiś czas opiekuje się dziewczynką nie ma na to siły, rodzice albo pracują albo przesiadują w  szpitalu. Z Korą jest coraz więcej problemów wychowawczych. Czy Helenka zwalczy swój lęk i zajmie się psiną?

Tak, jak wspomniałam na początku, czytając książkę Kora jest samotna możemy się wiele nauczyć. Zaczynając od tego, że należy uważać co się robi, bo można spędzić wakacje w szpitalu, poprzez to, że zwierzę to nie zabawka i trzeba mu zapewnić opiekę, kończąc na tym, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Ja książeczką byłam zachwycona. Jest napisana prostym językiem, jest ciekawa i pouczająca. Takich pozycji dla dzieci trochę mi brakuje w czasach, gdy dzieciaki wychowuje telewizja i komputer.

09/10
Kora jest samotna, Holly Webb, Zielona Sowa, 2011

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu

piątek, 9 marca 2012

Po Syberii Colin Thubron

Syberia- bezkresna kraina geograficzna leżąca na terenie Rosji. Gdzie nie pojedziesz, tam Syberia. Począwszy od Uralu na zachodzie i Oceanu Arktycznego na północy, aż do Oceanu Spokojnego na wschodzie i Kazachstanu na południu.


Syberia to naprawdę bezkresny obszar.  Nie tylko pod względem geograficznym ale też kulturowym, ludności, krajobrazu. Tam jest wszystko są wszyscy: Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini, Tatarzy, Kazachowie i Czuwasze, Buriaci, Jakuci i Polacy. Na Syberii stare współżyje z młodym. Dosłownie i w przenośni. Choćby patrząc politycznie: stary system niby umarł i nastał nowy, chociaż tak naprawdę to współistnieją obok siebie. I nie chodzi mi tu o Putina i Jelcyna jako nowe i stare lecz o ostatniego cara, Lenina i Stalina. Zresztą Putina jako prezydenta tam jeszcze nie ma, bo, jeśli dobrze zrozumiałam, podróż Collina Thubrona miała miejsce pod koniec lat 90tych. Może to i lepiej, bo ludność Syberii chyba źle znosi zmiany.

Autor zabiera czytelników na niesamowitą wycieczkę po calutkiej prawie krainie Od Jekaterynburga poprzez Tobolsk do Worokut, Omsk, Nowosybirsk i Krasnojarsk, po Nerczyńsk, Ałbazin, Chabarowsk do Jakucka i na Magadan. Muszę się przyznać, że po raz pierwszy czytałam książkę jakieś 2- 3 miesiące. Nie pamiętam nawet ile dokładnie. Broń Boże nie dla tego, że książka jest zła lub że trudno ją się czyta. Czyta się ją świetnie, ale ja potrzebowałam dużych przerw pomiędzy kolejnymi powrotami do kraju, który fascynuje mnie od dzieciństwa. Przerw na przemyślenia, pławienie się w tym, co przeczytałam. Największą przyjemność sprawiało mi powracanie do lektury, przeskakiwanie o kilka rozdziałów, powroty i znów znajdywanie ciekawych ustępów. Książki nie czytałam od początku do końca. Być może nawet pominęłam jakieś fragmenty, ale na 100% wrócę jeszcze kiedyś do lektury- wtedy je nadrobię.

Książki Po Syberii opowiedzieć się nie da, bo i nie ma po co. Wsiadł chłop do auta i pojechał zobaczyć jakieś zamknięte kopalnie? Autor był zafascynowany widokami z pociągu podczas podróży koleją transsyberyjską podczas gdy jego sąsiad nudził się jak mops? To nie ma najmniejszego sensu. Lepiej skupić się na ludziach, bo to oni, mali bohaterowie chwili są według mnie najważniejsi w tej lekturze. Uwierzyłbyś, gdyby ktoś Ci powiedział, że kobieta, która spędziła wiele lat w obozie pracy w myśl słów „dajcie mi człowieka paragraf zawsze się znajdzie” nie będzie miała żalu do swoich oprawców i do państwa? Autorowi też się to w głowie nie mieści. Czy wiecie, że wiele osób uważa Romanowów za prawdziwych świętych i że modli się do nich o lepszą Rosję? Czy przyszłoby Ci do głowy, że stare babinki jadące w odświętnych strojach do Chramu/klasztoru po świętą wodę będzie wskakiwać prawie jak Pan Bóg stworzył do rzeczki aby zanurkować w uzdrawiającej wodzie? Nie śniło się to mi, ani autorowi. Byliśmy tak samo zaskoczeni, a Syberia skrywa takich ludzi i wydarzeń setki, tysiące, miliony. 

Dla takich chwil i bohaterów warto czytać tę książkę powoli, na raty, z przyjemnością. Czytać jak pamiętnik prababci znaleziony na strychu, jak listy najlepszego przyjaciela z podróży. Książka po Syberii była dla mnie właśnie takimi listami od przyjaciela. Z każdego z nich dowiadywałam się nowych rzeczy o nowym miejscu na świecie, miejscu i ludziach, których zapewnie nigdy nie zobaczę, nigdy nie poznam. 

Książka ta jest dla mnie wartościowa również z powodu przemijania. Syberia, ostatnia ostoja starej wiary, starej kultury, ludzi, którzy pamiętają to, czego nikt już nie pamięta lub pamiętać nie chce- istnieją. Istnieją tam, oddaleni od nad o tysiące kilometrów. Nic nie jest w stanie ich zniszczyć. Ani mijający czas, ani zmieniające się otoczenie. Z jednej strony jest to piękne, z drugiej przerażające. Przecież dzisiaj, gdy czytamy tę książkę, może ich już nie być. Może nie być kobiety, która przeżyła pracę ponad ludzkie siły i nie miała tego za złe nikomu. Może nie być już kobiety, która święcie wierzy, że rodzina carska sprawi, że Rosja będzie lepszym miejscem. Książka Po Syberii zatrzymała tych ludzi. Nawet, gdy nie będzie ich już pośród nas, nadal będą istnieć na kartkach papieru. Ktoś o nich przeczyta za kilka dni, ktoś za kilka miesięcy, ktoś za kilka lat. A pamięć o nich, o tych ludziach, miejscach i wydarzeniach będzie trwać.

Tę książkę warto przeczytać. A jeśli interesujesz się tamtymi stronami, Po Syberii jest Twoją książką „must have”.

10/10
 
Po Syberii, Colin Thubron, Czarne, 2011

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

środa, 7 marca 2012

Baśniobór Gwiazda Wieczorna wschodzi Brandon Mull






„Bezczynność byłaby błędem, Niewiedza już was nie chroni”


Co robią dzieci odwiedzające dziadków na wsi? Na pewno nikt by nie pomyślał o tym, że chronią tajemniczy rezerwat przed jeszcze bardziej tajemniczym stowarzyszeniem.


Kendra i Seth to na pozór zwyczajne dzieci. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Kendra została owróżkowiona, a i młody Seth ma swoje za uszami. Ale zacznijmy od początku. W mieście jakich  na świecie wiele, w zwyczajnej szkole pojawia się nowy uczeń. Wszyscy są nim zauroczeni. Wszyscy oprócz Kendry, która zamiast przystojnego nastolatka widzi ohydnego stwora. Nieoczekiwanie na drodze Kendry pojawia się mężczyzna mówiący, że zna jej sekret, jest znajomym jej dziadka i chętnie pomoże jej w pozbyciu się zagrożenia. Dziewczynka zgadza się i z dużą pomocą swojego młodszego brata pozbywa się kłopotu. Okazuje się jednak, że to właśnie oni wpadli w kłopoty. Tajemniczy mężczyzna należy bowiem do niebezpiecznego Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej chcącego przejąć tajemniczy artefakt z tajemniczego rezerwatu- Baśnioboru. Dużo słów tajemniczy, prawda? Bo i cała historia i ogólnie książka są tajemnicze.

Akcja powieści Brandowa Mulla toczy się bowiem w tajemniczym świecie pełnym wróżek, skrzatów, dulionów, golemów i innych dziwnych stworzeń. W tajemniczym świecie toczy się równie tajemnicza historia. W pięciu rezerwatach do których nie powinien dostać się nikt niepowołany umieszczone są artefakty dzięki którym można otworzyć więzienie i uwolnić najgorsze z możliwych stworów. Dzieci, po ostatniej wizycie w Baśnioborze (o tym możecie przeczytać w poprzedniej książce) nie powinny więcej pojawiać się u dziadków. Jednak zaistniałe okoliczności zmuszają strażnika rezerwatu- prywatnie ich dziadka- do ściągnięcia dzieciaków…

Wiem, że to wszystko brzmi strasznie nieprawdopodobnie, ale po rozpoczęciu lektury i przeniesieniu się do tego niezwykłego świata szybko zapomnimy o tej całej bajkowej otoczce. Książkę czyta się szybko i bardzo fajnie. Autor potrafi zauroczyć czytelnika i sprawić, że kartki niemal same się przesuwają. Wcale się nie dziwię, że książka jest na pierwszym miejscy na liście bestsellerów dla dzieci „New York Timesa”. Zasługuje na to. Jest naprawdę świetna i mam nadzieję, że niedługo uda mi się przeczytać pierwszą część przygód w Baśnioborze.

10/10

Baśniobór Gwiazda Wieczorna wschodzi, Brandon Mull, Wab, 2011

recenzja została opublikowana na stronie kobieta20.pl

sobota, 25 lutego 2012

Dziennik zakrapiany rumem 2011


Po obejrzeniu trailera filmu Dziennik zakrapiany rumem myślałam, że będzie to film pełen wartkiej akcji, a rum będzie lać się strumieniami. Wprawdzie rum się leje, ale z akcją się przeliczyłam i to bardzo.

Głównym bohaterem filmu jest Paul Kemp, dziennikarz, który pragnie zostać pisarzem. Zapijaczony dziennikarz powinnam dodać. Kemp opuszcza NY i przybywa do Portoryko, na wyspę z jednej strony pełną pięknych willi i hoteli, a z drugiej bardzo biednej. Paul chciał zostać poważnym redaktorem lokalnej gazety, ale okazuje się, że będzie pisał artykuły rodem ze szmatławców. Gazeta jak i jej redaktor naczelny Lotterman toną. A wraz z nimi tonie załoga. Tonie w alkoholu, narkotykach i dymie papierosowym. Nikomu na szczęście na dłuższą metę to nie przeszkadza. Pewnego dnia Paul poznaje bogatego inwestora Sandersona, któremu marzy się przejęcie tajemniczej wyspy i zamienienie jej w kurort. Kemp za pomocą swoich artykułów ma mu przyszykować grunt pod przyszłe działania, ale w pewnej chwili zaczyna go męczyć kac. Chwilami nie wiem tylko czy to kac moralny, czy tylko rum zabija mu wątrobę.

Sama akcja jak zaznaczyłam na początku dupy nie urywa. Bardziej spodobali mi się bohaterowie filmu. Kemp- niespełniony pisarz, niespełniony dziennikarz... ogólnie niespełniony. Lubi kobiety i alkohol- wspomniałam już o alkoholu? Na jego nieszczęście wyspa nie jest miejscem sprzyjającym abstynencji, więc co zrobić. Może szklaneczkę rumu?



Bob Sala- "dziennikarz", kolega z pracy i współlokator Paula. Wie, że jest na dnie... i wcale już mu to chyba nie przeszkadza. Życie trzeba brać takim jakie jest. Do życia wcale nie jest potrzeba bieżąca woda, czy telewizor. Ważne, żeby autem dało się jeździć (po pijaku), żeby Twój kogut wygrał najbliższą walkę i żeby był... rum

Moburg- lepiej nie opisywać, bo i tak się nie da. Trzeba zobaczyć na własne oczy

O bohaterach można mówić/ pisać długo. Są naprawdę ciekawie stworzeni, chociaż gdyby nie Deep, to raczej bym nie obejrzała filmu do końca. Niby niezłe, ale jakieś takie nudne. Nie mogę się zdecydować. Miała być głębia, ale jej nie zauważyłam. Miało być przesłanie- niby było, ale mnie nie ruszyło. Miał być świetny film, a...




Dziennik zakrapiany rumem
2011
Ocena społeczności: niezły
czas trwania:    2 godz.
gatunek:    Dramat
premiera:    30 grudnia 2011 (Polska) 13 października 2011 (Świat)
produkcja:    USA
reżyseria:    Bruce Robinson
scenariusz:    Bruce Robinson

Johnny Depp Paul Kemp
Aaron Eckhart Sanderson
Michael Rispoli Bob Sala
Amber Heard Chenault
Richard Jenkins Lotterman
Giovanni Ribisi Moburg
Amaury Nolasco Segarra

piątek, 24 lutego 2012

Kieliszek trucizny P. Baccalario A. Gatti

Czy od dzieciństwa można wyrabiać sobie gust czytelniczy? Oczywiście. Jeśli kochacie kryminały, Kieliszek trucizny jest książką, którą bez obaw możecie polecić przyszłym fanom Agathy Christie.




Kryminały albo się kocha, albo nienawidzi. Nie można przechodzić obok nich obojętnie. Kiedy dostałam książkę Kieliszek trucizny autorstwa P. Baccalario i A. Gatti nie wiedziałam jak można połączyć morderstwa, które muszą w tego typu książkach występować z literaturą dla dzieci i młodzieży. Na szczęście autorom się udało. Bo choć po tę lekturę mogą spokojnie sięgnąć dzieciaki z podstawówki nie jest ona naiwna i osoby, które już dawno mogą raczyć się cydrem również będą zadowolone z książki.

Paryż, czasy współczesne. Czym po lekcjach mogą zajmować się statystyczne dzieciaki? Głównie oglądaniem telewizji i graniem w gry komputerowe. Jednak bohaterowie książki Kieliszek trucizny nie są statycznymi dzieciakami. Nikola i Simon, bo ich mam na myśli kochają zagadki kryminalne. Czytają kryminały, rozwiązują śledztwa razem z autorem książek, czasami śledzą ludzi spotkanych na ulicy.
Pewnego dnia, dzięki sztuczce zastosowanej ma matce bohaterowie wymykają się do ulubionej naleśnikarni. Pałaszując słodki deser zwracają uwagę na jegomościa awanturującego się w sklepie. Nagle słyszą hałas. Po wyjściu na ulicę okazuje się, że ktoś owego jegomościa o mały włos nie rozjechał samochodem. Po krótkim namyśle postanawiają go śledzić. Jednak nie tylko Nikola i Simon się nim interesują. Okazuje się bowiem, że ich ojciec- policjant podejrzewa tego samego człowieka o zamordowanie właścicieli kamienicy w której mieszkał za pomocą zatrutego cydru. Młodzi coraz bardziej zaczynają interesować się tą sprawą. Dzięki swojemu gadulstwu mówią oni o tym swojemu sąsiadowi Ludwikowi...
Niedługo potem okazuje się, że nie tylko Nikola i Simon lubią zagadki. Lubują się w nich także Leon- spec od informatyki, listonosz Wiktor, emerytowany mecenas Ferdynand, matka Ludwika- Jaśmina. Dzięki Ludwikowi spotykają się w opuszczonym mieszkaniu swojej kamienicy i postanawiają wspólne rozwiązać zagadkę kieliszka trucizny. Smaczku dodaje fakt, że mieszkanie, które wybrali na swoją tymczasową siedzibę należało do najsłynniejszego detektywa w historii Paryża.

Chociaż książka nie jest tak skomplikowana jak książki Agaty Christie naprawdę przyjemnie się ją czyta. Autor nie odkrywa przez nami wszystkich kart, więc można pobawić się w Herkulesa Poirota i rozwiązać zagadkę, która tak zaciekawiła bohaterów książki. Kieliszek trucizny czyta się szybko i sprawnie. Autor nie rozwleka tego, co można ująć w jednym zdaniu, pisze wartkim językiem, potrafi zainteresować czytelnika. No i tak jak mówiłam na początku, jest to książka od lat 7 do 107. Każdy, kto lubi zagadki z trupem w tle będzie się dobrze bawić przy jej lekturze

8/10

Kieliszek trucizny, Baccalario Pierdomenico, Gatti Alessandro, Zielona Sowa, 2011

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu

wtorek, 21 lutego 2012

Ki 2011










Ocena społeczności: niezły 6,4
czas trwania:    1 godz. 33 min.
gatunek:    Obyczajowy
premiera:    30 września 2011 (Polska) 7 czerwca 2011 (Świat)
produkcja:    Polska
reżyseria:    Leszek Dawid
scenariusz:    Paweł Ferdek, Leszek Dawid


Roma Gąsiorowska Kinga "Ki"
Adam Woronowicz Mikołaj "Miko"
Kamil Malecki Piotruś "Pio"
Krzysztof Ogłoza Antoni "Anto" Miszczak
Sylwia Juszczak Dorota "Dor" Szwarc
Agnieszka Suchora Gośka "Go"
Krzysztof Globisz Marian, dyrektor ośrodka pomocy społecznej


"Brawurowo zagrana przez Romę Gąsiorowską, historia współczesnej dziewczyny, barwnej zachłannej na życie, nie poddającej się ograniczeniom i głośno mówiącej czego oczekuje od świata."

Poznajcie Ki, czyli Kingę. Współczesną młodą matkę. Tak właściwie to za chwilę samotną młodą matkę, ponieważ Kinga po kłótni ze swoim partnerem wyprowadza się z domu i zamieszkuje u koleżanki. Czym może się zajmować współczesna młoda matka?  Nie wiem. Kinga, której jedynym zarobkiem są pieniądze za sporadyczne pozowanie na ASP i jakieś zasiłki z pomocy społecznej biega z koleżankami na kawę, do klubów, na zakupy.



Opowiadać filmu chyba nie ma sensu, bo niewiele w nim właściwej akcji. Ot historia kawałka życia młodej dziewczyny. Wolałabym się skupić na moich odczuciach w trakcie oglądania "Ki". Moja pierwsza myśl "WTF!!??" W opisie filmwebu możemy znaleźć zdanie historia współczesnej dziewczyny, barwnej zachłannej na życie, nie poddającej się ograniczeniom i głośno mówiącej czego oczekuje od świata. 
Jakiem zachłannej na życie! Czy kobieta zachłanna na życie to kobieta, której ja osobiście chętnie ograniczyłabym prawa do dziecka? Wyobraźcie sobie że macie dziecko z wpadki. Wasz związek rozpada się przez niedojrzałość i Twoją i partnera. Czy pierwsze co robicie (nie mając pracy) to biegniecie na kawę do kawiarni, a później, z dzieckiem szlajacie się po klubach? No według mnie nie tak to powinno wyglądać, nawet jeśli chcecie żyć. Nie poddającej się ograniczeniom? Jakim? Z filmu można wywnioskować, że jedynym ograniczeniem tytułowej Ki jest jej dziecko.

Ki to, moim zdaniem, postać całkowicie negatywna. Wykorzystuje wszystkich, którzy staną na jej drodze. I to z premedytacją. Zaniedbuje dziecko, szlaja się po klubach, nie stać jej na słowo "dziękuję", najważniejsza jest ona. Nie liczy się nikt inny.

Nie wiem, jak innych, ale mnie denerwują również "imiona" bohaterów. Nie ma Kingi- jest Ki. Nie ma Piotrusia- jest Pio. Nie ma Mikołaja- jest Miko. Jedyną "normalną" postacią filmu jest dyrektor ośrodka pomocy społecznej Marian, który później okazuje się erotumanem bo nawet erotomanem nazwać go nie można.

Zgodzę się tylko co do jednego. Roma Gąsiorowska zagrała świetnie. Mniemam, że rola nie była łatwa, a aktorka sprawiła, że Ki jest bardzo autentyczna. Tak autentyczna, że miałam nadzieję, że jej życie się zawali. Z resztą opisu zgodzić się nie mogę. Ki jest bowiem dla mnie rodzajem pasożyta. Daj jej palec, połknie Cię w całości, poprosi o więcej i obrazi się, że nic więcej nie ma. Miałam wrażenie, że Ki jest postacią żywcem wyciągniętą z portalu piekielni "Daj mi, bo mi się należy". Jestem biedna, samotna, nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie chce przytulić. Jak mi przypilnujesz dziecka to nie będę Cię niepokoić. Wpadnę do Ciebie na chwilę- który pokój mogę zająć? To ja mam płacić rachunki? Przecież ja tu tylko mieszkam i nie mam pracy. Ty masz- nie ubędzie Ci.
No sorki, ale nie ze mną te numery.

A film POLECAM. Kto oglądał? Wy inaczej odebraliście Ki?

niedziela, 29 stycznia 2012

Karmienie piersią. Siedem naturalnych praw Nancy Mohrbacher, Katleen Kendall - Tackett

Dziś recenzja książki dla mnie nietypowej, bo o karmieniu piersią. Każda kobieta słyszała, jak ważne jest karmienie piersią dla prawidłowego rozwoju dziecka i więzi noworodka z mamą. Cześć młodych mam się do tego stosuje, inne wolą karmić butelką.
Nancy Mohrbacher i Katleen Kendall-Tackett uczą przyszłe i młode mamy, jak karmić dzieci oraz dlaczego to takie ważne.
 Autorki podzieliły książkę na 11 rozdziałów i w każdym z nich omawiają najważniejsze kwestie dotyczące karmienia. Zaczynają od tego, co najważniejsze, czyli od przygotowania się przyszłej mamy do karmienia, wyjaśniają, to, co wydaje nam się bardzo dziwne, a w rzeczywistości jesteśmy w to wyposażeni. Mamy dowiedzą się również, dlaczego branie dziecka na ręce ma tak duże znaczenie, jak zapewnić sobie i dziecku największy komfort podczas karmienia.

Druga część jest poświęcona karmieniu piersią w praktyce począwszy od pierwszego dnia życia dziecka. Aby ułatwić matkom ten trudny i nowy dla nich okres autorki proponują wyznaczanie sobie celów z nagrodami za ich osiągnięcie.
Na koniec pierwszej prawdziwej części książki (ja ją sobie podzieliłam niego inaczej) autorki uczą czegoś nie mniej ważnego od przystawiania dziecka do piersi- jak je od piersi odstawić.
Druga część książki poświęcona jest codzienności z dzieckiem oraz  kwestii fizycznych i zdrowotnych dotyczących karmienia piersią.

Powiem szczerze, dla mnie ta książka to trochę czarna magia. I nie jest dla mnie książką łatwą, przyznaję bez bicia. Dużo czasu zajęło przeczytanie mi 340 stron. Musiałam wszystko przetrawić, kilka razy odstawiałam książkę stwierdzając, że nie dam rady, później do niej wracając z myślą, że przecież kiedyś mi się to przyda. Gdyby to wszystko było jakieś łatwiejsze, logiczniejsze, bliższe znanej mi codzienności. Żółtaczka u dziecka, wpływ tego jak szybko po porodzie przystawię dziecko do piersi, karmienie dziecka z zespołem downa, pojemność piersi, karmienie w miejscach publicznych, czas przechowywania mleka w lodówce i poza nią, problemy z karmieniem dziecka posiadającym rozszczep podniebienia… dla kobiety, która jeszcze nie jest matką to wszystko wydaje się takie dziwne i niezrozumiałe. Cześć poruszanych kwestii wydawała mi się absurdalna, część tak logiczna, że zastanawiałam się, jaki jest sens pisania o tak „oczywistych oczywistościach”.  Czy powinnam już teraz to wszystko wiedzieć, czy uczyć się tego, gdy będę w ciąży? A może jakoś samo wyjdzie. Nie pamiętam, aby moja przyjaciółka przechodziła jakieś szkolenie, a z dzieckiem (i jego karmieniem) radziła sobie na medal. A może się uczyła, tylko się nie przyznała?

Chociaż karmienie piersią wydaje się dziecinnie łatwe, dochodzę do wniosku, że może nas spotkać tyle nieprzewidzianych, że aż strach się bać. Może jednak niepotrzebnie? Trochę opowieści innych mam, trochę literatury i damy sobie radę.

Chociaż teraz książka Karmienie piersią. Siedem naturalnych praw nie znajdzie się na mojej liście bestsellerów, kiedyś na pewno do niej wrócę, aby przypomnieć sobie najważniejsze kwestie i nie wpaść w panikę, gdy mój maluszek nie będzie chciał ssać.

 05/10

Karmienie piersią. Siedem naturalnych praw, Nancy Mohrbacher, Katleen Kendall - Tackett, Zysk i S-ka, 2011


recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl



sobota, 28 stycznia 2012

Pałac Północy Carlos Ruiz Zafon

Audiobooka "Pałac Północy" dostałam w prezencie z okazji wymiany. Najpierw bardzo długo nie mogłam się przemóc i zacząć słuchać, później nie miałam jakoś nastroju na napisanie recenzji książki. Dłużej jednak czekać nie mogłam, bo niedługo zapomnę jaką miałam na jej temat opinię ;)

1916 rok. Porucznik Peake w nieznanych czytelnikowi przyczyn przybywa do Kalkuty z dwoma noworodkami uciekając przed bliżej nieokreślonymi prześladowcami
"Jedynie pewność, że pozostało mu zaledwie kilka godzin życia, a może nawet mniej, dodawała mu sił, by nie poddawać się po tym, jak w trzewiach tego przeklętego miejsca opuścił kobietę, której przysiągł, iż będzie jej strzec choćby za cenę własnego życia." 
Próbując ocalić dzieci porucznik dociera do domu Aryami Bosé. Udaje mi się bezpiecznie dostarczyć dzieci do ich babki. Aryami wiedząc, że i tutaj grozi im niebezpieczeństwo postanawia je rozdzielić. Wiesza im na szyjach medaliki. Zatrzymuje wnuczkę, a wnuka oddaje do sierocińca. Wydawać by się mogło, że chłopiec jest bezpieczny, jednak dziwna wizyta pewnego jegomościa w sierocińcu w poszukiwaniu nowo narodzonych dzieci sprawia, że nie możemy być tego tacy pewni.

Kalkuta, rok 1932, sierociniec St. Patrick. Ben, wychowanek sierocińca oraz jego przyjaciele: Isobel, Ian, Roshan, Siraj, Michael i Seth już niedługo skończą 16 lat i będą musieli opuścić bezpieczną przystań St. Patrick. Dawno temu przyjaciele stworzyli tajemnicze stowarzyszenie Chowbar Society, którego siedzibą jest tytułowy Pałac Północy. Niedługo potem w sierocińcu zjawia się Aryami Bosé ze swoją wnuczką Sheere. Ben zafascynowany piękną dziewczyną zaprasza ją do siedziby stowarzyszenia. Aby mogła zostać pełnoprawnym członkiem musi opowiedzieć jakąś historię ze swojego życia. Opowiedziana historia sprawia, że przyjaciele postanawiają znaleźć budynki o których opowiada Sheere. W ten sposób zaczyna się dla nich gra na śmierć i życie... Wkrótce okazuje się, że Ben i Sheere to rodzeństwo, zaś Aryami to ich babka, która usiłuje przestrzec wszystkich przez zbliżającym się niebezpieczeństwem... Na jaw zaczyna wychodzić straszna tajemnica z dawnych lat. Ktoś usiłuje odnaleźć i zabić rodzeństwo. Wszyscy, którzy stają na drodze tajemniczej postaci bardzo tego żałują. Coś, co powinno zniechęcić przyjaciół do poszukiwań, mobilizuje ich tylko. Na ich drodze pojawiają się pociąg w ogniu, krzyk umierających dzieci, śmierć, strach oraz on... Kim "on" jest i co dokładnie wydarzyło się przed rokiem 1916?

Spotkałam się z wieloma głosami o książce Carlosa Zafona. Podobno jest płytka, monotonna, dziecinna. Nie dla mnie. Historia Bena i jego przyjaciół wciągnęła mnie bez reszty. Ponieważ książki słuchałam w drodze do pracy, aż chciało mi się wychodzić z domu. Książka, według mnie, jest bardzo ciekawa i wciągająca. Nie widzę w niej nic płytkiego i dziecinnego. Na uwagę w audiobooku zasługuje Piotr Fronczewski, który ma wspaniały głos i książka dzięki niemu wiele zyskuje, przede wszystkim tajemniczość.

Pałac Północy to moja pierwsza książka Carlosa Zafona. Nie wiem, czy kiedyś będę miała okazję sięgnąć po inne, ale tą jestem zachwycona. Bardzo długo słuchałam książki w błogiej nieświadomości, odkrywałam kolejne tajemnice z bohaterami książki. Jeśli ktoś nie jest uprzedzony do Zafona i nie miał jeszcze przyjemności spotkania z nim, polecam właśnie Pałac Północy

09/10
Pałac Północy, Carlos Ruiz Zafon, Muza, 2011
czyta: Piotr Fronczewski

sobota, 21 stycznia 2012

Assassin's Creed Bractwo Oliver Bowden



„Wyruszę do czarnego serca zepsutego imperium, by zetrzeć w proch moich wrogów.”


Tak można w jednym zdaniu streścić treść książki. Ale czy warto? Ona zasługuje na coś więcej. Fanów gry ostrzegam. Jeśli jeszcze nie graliście w „Assassin’s Creed: Bractwo” nie czytajcie tej recenzji. Zepsuje wam ona połowę zabawy z grania i poznawania losów Ezio.

Koniec XV/ początek XVI wieku. Włochy, kiedyś potężne państwo stoją na granicy ruiny. Rozbitym państwem usiłuje rządzić żelazną ręką rodzina Borgiów. Aby zjednoczyć w swoich rękach najważniejsze miasta-państwa Włoch, są gotowi na wszystko. Do celu dążą dosłownie po trupach. Najgorzej wygląda sytuacja w Rzymie, mieście, które kiedyś było symbolem władzy i potęgi. Jedynymi osobami, które mogą powstrzymać żądną władzy rodzinę, są Assassini. Wśród nich żyje trochę zadufany w sobie Ezio Auditore da Firenze.

Cały czas między rodziną Borgiów i ich przyjaciółmi, a Assassinami oraz ich sprzymierzeńcami toczą się walki. W czasie jednej z nich (pierwszej opisanej w książce) Assassin Ezio zabija swojego odwiecznego wroga, papieża Rodrigo Borgia. Gdy Assassini cieszą się z wygranej i dają sobie chwilę na odpoczynek, zostają zaatakowani przez rodzinę Borgiów. Przywódca Assassinów, wuj Ezio umiera. Grupa zostaje rozbita. Aby mieć szansę na wygranie wojny z Borgiami, Ezio zaczyna zbierać ludzi, którzy tak jak on, chcą wolności i pokoju. Zaczyna organizować Bractwo. Znajdzie się w nim miejsce dla wszystkich: wojowników, złodziei, kardynałów i prostytutek. Każdy może i powinien walczyć z krwawą rodziną. Czy się uda?

Książkę chciałam przeczytać z ciekawości. Musiałam sprawdzić, czy książka na podstawie gry ma szansę bytu. Wcześniejsze losy głównego bohatera śledziłam dzięki znajomym, grającym w poprzednią część gry, więc wiedziałam, co mnie czeka. Nie zawiodłam się, Oliver Bowden spisał się na medal. Coś, co wydawało mi się niemożliwe, wyszło całkiem dobrze. Trudno przelać akcję gry w ten sposób, aby zainteresować czytelnika i przy okazji nie przesadzić. Oliver Bowden znalazł chyba złoty środek. Gdyby odjąć parę elementów typowo fantastycznych powiedziałabym, że to nie powieść na podstawie gry historyczno- fantastycznej, ale przyjemna sensacyjno-historyczna.

Książka nie jest wymagająca. Czyta się ją szybko, akcja wciąga. Oliver Bowden w ciekawy sposób opisał bohaterów, dzięki temu od początku możemy sobie wybrać ulubieńca (i niekoniecznie będzie to główny bohater). Akcja wciąga do tego stopnia, że razem z bohaterami staramy się odkrywać nowe tajemnice, rozwiązywać zagadki i przewidywać kolejne kroki wrogów. Naszym ulubieńcom będziemy kibicować, a wrogom życzyć wszystkiego najgorszego. Uwielbiam książki, które wciągają czytelnika na tyle, że zaczyna on przeżywać przygody bohaterów, a nie tylko stoi z boku i obserwuje przebieg akcji. „Assassin's Creed: Bractwo” należy właśnie do tej kategorii, więc polecam, jeśli ktoś lubi czytać książki historyczne. Odradzam natomiast tym, którzy grają, albo zamierzają grać w najbliższym czasie w Assassin's Creed.

08/10

 
Oliver Bowden, Assassin's Creed Bractwo, Insignis, 2011



recenzja książki opublikowana na stronie dlalejdis.pl

czwartek, 19 stycznia 2012

Kot w butach / Puss in Boots 2011






Przygody uwielbianego przez wszystkich kota… przyjaciela Shreka… Kot w Butach, który jako mistrz fechtunku organizuje napad, którego celem jest kradzież mitycznej gęsi znoszącej złote jaja. Główną rywalką Kota będzie Kitty Kociłapka. Zanim jednak Kot w Butach poznał zielonego ogra, był już znanym w okolicy zawadiaką. Znakomita rozrywka dla widzów w każdym wieku!

Do oglądania filmu Kot w butach zabrałam się z wielkim entuzjazmem. W końcu to moja (po ośle) ulubiona postać ze Shreka. Czyż nie wzruszały Was jego piękne oczęta? No właśnie. Mnie też one rozbrajają. Spin-off Shreka miał być wielkim hitem. Czy faktycznie taki był?

Tytułowego bohatera poznajemy jako wyjętego spod prawa złodzieja. Jest ścigany w swojej rodzinnej miejscowości za kradzież złota z banku. Między ucieczkami, a chwilami przyjemności w barach Kot w Butach szuka ziaren magicznej fasoli. WTF? A właśnie tak. Historia naszego bohatera zaczyna się w sierocińcu. Trafia tam jako malutkie kocię. Ponieważ nie jest lubiany zaprzyjaźnia się z cichym i gnębionym przez innych Jajem Humpty Dumpty (tak, znacie to jajko z Alicji w krainie czarów oraz z wierszyka
Humpty Dumpty na murze siadł.
Humpty Dumpty z wysoka spadł.
I wszyscy konni i wszyscy dworzanie
Złożyć do kupy nie byli go w stanie.
Kot i jajko zaprzyjaźniają się, snują plany o zdobyciu kaczki znoszącej złote jaja. Jak to bywa w życiu, aby ktoś był dobry, złym musi być ktoś. Padło na  Jajko Humpty Dumpty. Humpty jest psotnikiem. Podczas jednej z psot Humpty'ego Kot, zwany Puszkiem, ratuje z opresji staruszkę. W nagrodę otrzymuje buty symbolizujące honor, prawość. Odsunięte na bok jajo postanawia się zemścić. Pod pozorem pomocy w ucieczce z miasta namawia Kota na napad na bank. Po napadzie jajo zostaje złapane, a Kot wyklęty i poszukiwany. Czy Kot i Humpty Dumpty spotkają się jeszcze? Czy magiczna fasola istnieje? Kim będzie tajemnicza kotka "grana" przez Salmę Hayek? Sprawdźcie...

Pod względem graficznym bajka (czy też film) jest miodna. Koty są jak żywe, aż chce się im nalać mleka. Muzyka też niczego sobie. A fabuła? Trochę za bardzo robiona na siłę. Kota w Butach wzorowanego na Zorro (chociaż mi chwilami bardziej przypominał Bonda) mogę zrozumieć, w końcu już w takim stylu go poznaliśmy w Shreku. Kitty Kociłapka nawiązująca do Batmana albo Kobiety-Kota, ok.W końcu musimy kociakowi znaleźć jakąś interesującą partnerkę. Ale skąd jajko Humpty Dumpty oraz  Jaś i magiczna fasola? Tego nie wiem i chyba wolę nie wiedzieć.
Reasumując bajka całkiem fajna, chwilami można mieć problemy z połączeniem wszystkich wątków w całość, ale ogólnie ok. Jednak jeśli mieliście nadzieję, na powtórkę ze Shreka możecie się zawieść ponieważ to bardziej Zorro




Kot w butach
Puss in Boots
Ocena społeczności: dobry
czas trwania:    1 godz. 30 min.
gatunek:    Animacja, Komedia, Przygodowy
premiera:    5 stycznia 2012 (Polska) 27 października 2011 (Świat)
produkcja:    USA
reżyseria:    Chris Miller
scenariusz:    David H. Steinberg, Tom Wheeler 




wtorek, 17 stycznia 2012

Taniec ze smokami George R.R. Martin

Nigdy nie sądziłam, że recenzja fajnej książki będzie dla mnie taka trudna do napisania. Książka R.R. Martina „Taniec ze smokami” wygrała w moja zdolnością do pisania spójnych tekstów.

Kim jest George R.R. Martin? To twórca wielu książek science fiction i fantasy. Tym, którzy nie interesują się tego typu tematyką na pewno jest znany dzięki serialowi na podstawie jego książki z siedmioczęściowej sagi Pieśń lodu i ognia, „Gra o Tron”. W serialu tym poznaliśmy losy rodziny Starków i Lanninsterów, Daenerys Targaryen, Khala Drogo. Przyznam się bez bicia, że po raz pierwszy z Martinem zetknęłam się właśnie przy okazji oglądania tego serialu i od razu polubiłam bohaterów sagi Pieśń lodu i ognia.

Co czeka Was w piątej (dla polskich czytelników to 7 tom) części sagi? Trudno opisać, ponieważ dzieje się tu dużo i nic zarazem. Jak sam autor nas informuje „Książka, którą macie w rękach, jest piatym tomem Pieśni lodu i ognia. Czwaerym była Uczta dla wron. Niemniej te tom nie następuje po poprzednim w tradycyjnym sensie, lecz raczej jest do niego równoległy. […] Podział jest tu geograficzny, a nie chronologiczny”.

W Tańcu ze smokami spotykamy dwoje moich ulubionych bohaterów: Daenerys Targaryen – córkę Aerysa Obłąkanego, żonę zmarłego Khala, obecnie królową, matkę smoków oraz Tyriona Lannistera, bardzo ciekawego karła, syna lorda Tywina Lannistera, którego Turion pozbawił życia. Dowiemy się również czegoś więcej o Jonie Snow, bękarcie Neda Starka, który mieszka na murze na dalekiej północy broniąc granic państwa oraz Brana. Trudno krótko i zwięźle opowiedzieć o tym, co dzieje się w najnowszej części sagi. Chwilami wszystko prawie stoi w miejscu jak sadzawka, momentami akcja zaczyna przypominać strumyk który zaczyna nabierać prędkości. Autor funduje czytelnikom swego rodzaju huśtawkę- sprawdza, ile wytrzymamy w stagnacji czytając o tym, jak Turion je i pije na umór, a Daenerys wysłuchuje mieszkańców swojego „królestwa”. Jedno jest pewne- sympatycy sagi na pewno się nie zawiodą.

W sadze najbardziej podoba mi się to, że pomimo tego, że jest to fantastyka, jest ona bardzo rzeczywista i… brutalna, co mi się podoba. Nie znajdziemy tam wyidealizowanego świata, magii, pięknej miłości. Są za to intrygi, walka o władzę, morderstwa.  Moimi ulubionymi bohaterami, poza Eddardem Starkiem, który szybko stracił głowę (dosłownie) są Turion oraz Daenerys. Oboje prawdziwi do krwi.

Jeśli jeszcze nigdy nie spotkaliście się z książkami R.R. Martina, zmieńcie ten stan rzeczy najszybciej jak się da, bo naprawdę warto.



08/10


Taniec ze smokami, George R.R. Martin, Zysk i S-ka, 2011

Recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl

A dla zainteresowanych mapy świata R.R. Martina

niedziela, 15 stycznia 2012

Lavinia i jej córki: Toskańska opowieść - Marlena de Blasi

Choć Toskania wydaje się być rajem na ziemi, życie tam nie zawsze jest bajką.

O Włoszech i Włochach książek napisano już wiele. Praktycznie każda z łatwością przenosi czytelnika w malownicze zakątki południa Europy. Jak od dawna wiadomo, najtrudniejsze są historie pisane przez samo życie. Taką historię przedstawia nam Marlena de Blasi w swojej najnowszej książce „Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść”.

Główną bohaterkę i autorkę zarazem poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem Wenicjaninem Fernandem do malowniczej Toskanii. Wielkimi krokami zbliża się termin oddania książki, której napisania podjęła się bohaterka. Niestety, włoskie życie sprawia, że Marlena nie może się skupić. Czuje się zagubiona, więc postanawia przeprowadzić się na jakiś czas do opuszczonej chatki znajomego, aby móc całkowicie się skupić. Nie przypuszcza, że ta przeprowadzka zmieni na zawsze jej życie.

Pewnego dnia, podczas jednej ze swoich wypraw poznaje Lavinię, 80-letnią kobietę, o której słyszała wiele opowieści. Jest nią zauroczona i coś ją do niej przyciąga, lecz Lavinia odtrąca przybyszkę. Na szczęście Marlena nie zostaje odrzucona przez córki Lavinii- w innym wypadku ta książka by nie powstała.

Marlena de Blasi przekazała czytelnikom historię, której streszczać się nie powinno, nie wiem nawet, czy się da to zrobić. Perypetie rodziny Lavinii są śmieszne, wzruszające i straszne zarazem. Poznając historię starej, trochę zgorzkniałej kobiety, poznajemy także ją samą. Lavinia, która na początku nie wzbudza pozytywnych uczuć, dzięki swojej opowieści staje się z dnia na dzień bardziej ludzka. Zaczynamy ją rozumieć i lubić, tak samo jak zaczęła ją rozumieć i lubić sama de Blasi. Pod koniec książki zaczęłam nawet zastanawiać się, czy nie chciałabym się zaprzyjaźnić ze staruszką.

O trudach życia, wojnach, rozstaniach i śmierci może nam opowiedzieć każdy starszy mieszkaniec dowolnego kraju. Wszędzie znajdziemy odpowiedniki Lavinii- nawet w swoim mieście. I każda z takich opowieści zasługuje na wysłuchanie i opisanie tak samo, jak historia Włoszki. Tylko nie każdy potrafiłby tak opisać taką historię, jak autorka książki. Neutralnie i uczuciowo zarazem. Z pokorą i ciekawie.

Chociaż w Toskańskiej opowieści jest wiele smutnych momentów, a historia nie jest cukierkowa i słodka, wspominam ją ciepło, tak samo jak ciepło będę wspominać wszystkich bohaterów tej opowieści- a jest ich naprawdę wielu. Większość książek o włoskiej krainie jest wesoła, kolorowa- aż chce się tam jechać, kupić pierwszy z brzegu dom i zamieszkać. Nie tym razem. Ta książka, pisana przez samo życie, nie będzie nas do tego zachęcać. Przekonacie się, że raj dla jednych, jest piekłem dla drugich. Że to, co kochamy, możemy także nienawidzić. Że nawet nic nie znaczące na pierwszy rzut oka wydarzenia mogą zmienić całe nasze życie. Że tylko słuchając- zrozumiemy. Książka jest idealna na samotny i cichy wieczór, podczas którego będziemy mogli odpowiednio się nastroić, przenieść do Toskanii i wysłuchać historii o życiu.

08/10

Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść, Marlena de Blasi, Wydawnictwo Literackie, 2011

recenzja książki opublikowana na dlalejdis.pl

piątek, 13 stycznia 2012

Pasja smaku Gordon Ramsay

Pasja smaku dla wymagających.

Gordon Ramsay to szkocki szef kuchni, restaurator, autor książek kucharskich. Jedni go podziwiają, inni są oburzeni tym, jak traktował uczestników Hell's Kitchen. Jednego nie można mu odmówić- potrafi gotować.

Gdy dostałam do rąk jego książkę „Pasja smaku” jeszcze nie wiedziałam, że są to  przepisy z restauracji Aubergine. Może gdybym wiedziała to od początku, nie śliniłabym się na myśl, że będę mogła wykorzystywać przepisy Gordona Ramsay’a w kuchni. A chyba nie będę mogła…

Na początek plusy książki. „Pasja smaku” jest przepięknie wydana, zawiera mnóstwo ciekawych zdjęć potraw od których ślinka cieknie. Znajdziemy w niej przepisy na zupy, przystawki, makarony i risotta, warzywa, ryby i owoce morza, mięso dziczyznę i drób, desery oraz lody i sorbety. Każda z potraw opisana w tej książce (no może prawie każda) sprawia, że kiszki zaczynają grać marsza i wołać o jedzenie. Czy nie mielibyście ochoty na eskalopki z łososia ze słodko-kwaśnym sosem paprykowym? A może lubicie kaczkę z karmelizowanymi brzoskwiniami? Jeśli nie, to na pewno do gustu przypadnie Wam zupa z rzeżuchy z ostrygami lub terrina z królika z kapustą z borowikami.


Zauważyliście to samo co ja? No właśnie. To nie są dania, które zrobimy sobie w środowy wieczór. To zrobienia takich dań potrzeba dużo wolnego czasu i chyba jeszcze więcej pieniędzy. Wiem, że nie powinnam się spodziewać przepisów na pierogi cioci Małgosi ale to chyba za wysokie progi na moje nogi. Przynajmniej do czasu gdy przejdę kurs z gotowania w czymś a’la Hell's Kitchen i wygram w totka. Na początku książki znalazłam składniki bazowe, czyli to, dzięki czemu zaoszczędzimy mnóstwo czasu w czasie gotowania. O ile rozumiem bulion rybny i bulion warzywny, to bulion z langust…? Ile razy w życiu robiłyście coś z langusty?




Wracając do plusów. Gdybym trafiła do Aubergine chyba nie mogłabym się zdecydować. Myślę jednak, że moim posiłkiem byłyby: zupa z homara z młodymi warzywami, na przystawkę sałatka z królika z cykorią w śmietanie, na główne danie wybrałabym coś z ryb, na przykład pieczoną żabnicę z sosem z czerwonego wina lub makaronów, choćby tagliatelle z truflami, a na deser… hmm… może terrinę z różowego grejpfruta, pomarańczy i owocu passiflory. Brzmi cudownie, prawda?

Muszę dziś postawić dwie oceny

09/10 za samą książkę oraz
05/10 za możliwości zastosowania dużej ilości przepisów przez statystyczną Polkę

 Gordon Ramsay, Pasja smaku. Przepisy z restauracji Aubergine, wydawnictwo Publicat, 2011

recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl

*zdjęcia znalezione przez google

 Smakoszy namawiam na obejrzenie jednego z programów Gordona Ramsay'a. Mam też nadzieję, że już niedługo uda mi się zdobyć jakąś kolejną książkę kucharską i ją zrecenzować :)
 


czwartek, 5 stycznia 2012

Uniwersum Metro 2033: Piter - Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky

Świat już nigdy nie będzie taki sam. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Dajcie się wziąć za rękę i zaprowadzić w niebezpieczne korytarze petersburskiego metra.

„Piter” Szymuna Wroczka to pierwsza z części projektu Dmitrija Glukhovskiego „Uniwersum metro”. Początkowo nie skojarzyłam, że z tą książką ma coś wspólnego autor książki „Czas zmierzchu”, która do mnie nie przemówiła. Skupiłam się na nazwisku Wroczek. Czytając „Czas zmierzchu”, miałam przeczucie, że Metro 2033 Glukhovskiego bardziej mi się spodoba i nie myliłam się, chociaż tym razem akcja nie dzieje się w Moskwie, a w Petersburgu.

Świat się zmienił. Nie jest już taki, jakim my go znamy. Po wybuchu bomby atomowej życie przenosi się do korytarzy metra. Nowy świat Petersburga składa się z wielu stacji metra. Każda stacja to jakby osobne państwo. Mieszkańcy danej stacji podróżują do sąsiadów, jednych lubią, z innymi się nienawidzą- coś na kształt osiedlowych „gangów” z naszego dzieciństwa. Przy życiu mieszkańców metra utrzymuje hodowla zwierząt i roślin, na powierzchnię nie za bardzo mogą wychodzić z różnych powodów. W takim świecie żyje główny bohater książki Iwan- digger z Wasilieostrowskiej. Właśnie szykuje się do ślubu ze swoją ukochaną Tanią. Przygotowania do wielkiego wydarzenia przerywa zła wiadomość: ktoś ukradł agregat prądotwórczy, bez którego mieszkańcy stacji długo nie przetrwają. Dzięki niemu mieli prąd, powietrze, światło potrzebne do utrzymania hodowli. Po krótkim śledztwie okazuje się, że cenny agregat ukradli mieszkańcy innej stacji zwani Chodniakami. Mieszkańcy Waśki łączą swoje siły z mieszkańcami kilku innych stacji i ruszają na wojnę.

Książka „Piter” jest naprawdę świetna. Autor bardzo szybko wciąga czytelnika w swój świat- czujemy się jak u siebie i chcemy przeżywać kolejne przygody z mieszkańcami metra. „Piter” jest pełen niespodzianek. Przedzierając się mrocznymi tunelami razem z głównym bohaterem, dowiadujemy się rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy wiedzieć.

Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości co do Dmitrija Glukhovskiego, już minęły. On naprawdę potrafi pisać. Gdybym spotkanie z nim zaczęła od tej książki, zostawiając „Czas zmierzchu” na inną okazję, od razu trafiłby na listę polecanych przeze mnie pisarzy. Zarówno Glukhovskiego jak i Wroczka warto spróbować, zatopić się w światy przez nich stworzone. Do tej pory nie wiem, kto miał większy wpływ na to, jak książka „Piter” wygląda: Glukhovski czy Wroczek. I tak naprawdę chyba nie będę dociekać, choć przyznam, że mnie to intryguje. Najważniejsze, że książka jest na tyle fajna, że ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić.

Wracając do samej książki, „Piter” nie zawiedzie was. To połączenie historii, fantastyki, przygody. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Fabuła sama w sobie nie jest skomplikowana, ale historia… wciągnie was w kanały całkowicie.

09/10

Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky, Uniwersum Metro 2033, Piter, Insignis, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl


p.s. dla tych, którym podoba się taka tematyka przedstawiam zwiastun gry Metro 2033 [gra z 2010 ale nie mogłam się powstrzymać :) ]

wtorek, 3 stycznia 2012

Czas zmierzchu Dmitry Glukhovsky

Zachłysnęłam się moim szczęściem, zanim na dobre otworzyłam książkę, że będę miała okazję przeczytać książkę rosyjskiego Dana Browna. O jego poprzedniej książce Metro 2033 tyle dobrego czytałam.

Mam nauczkę raz na zawsze. Nie oceniać książki po okładce, a autora po jego poprzednim sukcesie.

Współczesna Moskwa. Tłumaczowi średniego kalibru udaje się przeżyć od pierwszego do pierwszego dzięki tłumaczeniom instrukcji obsługi i temu podobnych tekstów. Gdy dostaje propozycję przetłumaczenia dziwnego starego dokumentu za potrójną stawkę, bierze zlecenie, chociaż nie za bardzo zna język, w którym napisany jest dokument. Początkowo idzie mu bardzo opornie. Powoli przebija się przez zagmatwane linijki ze słownikiem w ręku, a czytelnik mozolnie czyta powstający tekst razem z nim. Okazuje się, że jest to dziennik z wyprawy konkwistadorów na Jukatan w poszukiwaniu nieokreślonych świętych tekstów Majów. Główny bohater zaczyna żyć drugim życiem. Nie może się doczekać kolejnych części zlecenia, aby znów zagłębić się w fascynujący świat. Z tajemniczym tłumaczeniem wiążą się jednak pewne… tajemnice i kłopoty. Osoby, które miały z nim do czynienia znikają w tajemniczych okolicznościach. Czy tłumaczowi grozi niebezpieczeństwo? Na pewno grozi mu choroba psychiczna. Życie bohaterów dziennika zaczyna mieszać mu się z jego życiem. Jeden świat przenika drugi…

Coś, co miało sprawić mi wielką przyjemność, sprawiło mi wielki problem. Chyba pierwszy raz w życiu modliłam się, aby książka się skończyła. Akcja, która miała być ciekawa i wartka była nudna i płytka. Nie działo się nic. Na domiar złego XVI dziennik przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Każdy akapit dziennika zaczynał się od „iż” co sprawiało, że czyta się to koszmarnie. Sam bohater to zauważył. Bohater nieciekawy, fabuła rodem z „Mody na sukces”, strony, które ciągną się w nieskończoność. Po raz pierwszy miałam ochotę utopić książkę, wykląć autora i popełnić rytualne samobójstwo. A stron do przeczytania nie ubywało.

W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać, ale to, co wycierpiałam na początku sprawiło, że przestało mnie to obchodzić. Dobrnąć do końca. Tylko tyle. Co z tego, że autor faktycznie ma talent, skoro szansa na przejście przed pierwszą, koszmarnie nudną, część książki, jest jak szansa na trafienie czwórki w totka?

Nie przeczę, Dmirty Glukhovsky jest autorem ciekawym. Jestem pewna, że gdy wrócę do jego poprzedniej książki, „Metro” będę zachwycona. Co nie zmienia faktu, że za bardzo mnie zmęczył, abym mogła pozytywnie ocenić „Czas zmierzchu”. To książka dla wytrawnych czytelników, takich, którzy docenią zabiegi autora. Boję się jednak, że Dmirty Glukhovsky przecenił przeciętnego czytelnika, który nie chce być zanudzany na śmierć w oczekiwaniu na zwrot akcji. Albo przecenił czytelników, albo za bardzo przesadził i się nie zorientował.

05/10

Czas zmierzchu, Dmitry Glukhovsky, Insignis, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl