Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
sobota, 21 stycznia 2012
Assassin's Creed Bractwo Oliver Bowden
„Wyruszę do czarnego serca zepsutego imperium, by zetrzeć w proch moich wrogów.”
Tak można w jednym zdaniu streścić treść książki. Ale czy warto? Ona zasługuje na coś więcej. Fanów gry ostrzegam. Jeśli jeszcze nie graliście w „Assassin’s Creed: Bractwo” nie czytajcie tej recenzji. Zepsuje wam ona połowę zabawy z grania i poznawania losów Ezio.
Koniec XV/ początek XVI wieku. Włochy, kiedyś potężne państwo stoją na granicy ruiny. Rozbitym państwem usiłuje rządzić żelazną ręką rodzina Borgiów. Aby zjednoczyć w swoich rękach najważniejsze miasta-państwa Włoch, są gotowi na wszystko. Do celu dążą dosłownie po trupach. Najgorzej wygląda sytuacja w Rzymie, mieście, które kiedyś było symbolem władzy i potęgi. Jedynymi osobami, które mogą powstrzymać żądną władzy rodzinę, są Assassini. Wśród nich żyje trochę zadufany w sobie Ezio Auditore da Firenze.
Cały czas między rodziną Borgiów i ich przyjaciółmi, a Assassinami oraz ich sprzymierzeńcami toczą się walki. W czasie jednej z nich (pierwszej opisanej w książce) Assassin Ezio zabija swojego odwiecznego wroga, papieża Rodrigo Borgia. Gdy Assassini cieszą się z wygranej i dają sobie chwilę na odpoczynek, zostają zaatakowani przez rodzinę Borgiów. Przywódca Assassinów, wuj Ezio umiera. Grupa zostaje rozbita. Aby mieć szansę na wygranie wojny z Borgiami, Ezio zaczyna zbierać ludzi, którzy tak jak on, chcą wolności i pokoju. Zaczyna organizować Bractwo. Znajdzie się w nim miejsce dla wszystkich: wojowników, złodziei, kardynałów i prostytutek. Każdy może i powinien walczyć z krwawą rodziną. Czy się uda?
Książkę chciałam przeczytać z ciekawości. Musiałam sprawdzić, czy książka na podstawie gry ma szansę bytu. Wcześniejsze losy głównego bohatera śledziłam dzięki znajomym, grającym w poprzednią część gry, więc wiedziałam, co mnie czeka. Nie zawiodłam się, Oliver Bowden spisał się na medal. Coś, co wydawało mi się niemożliwe, wyszło całkiem dobrze. Trudno przelać akcję gry w ten sposób, aby zainteresować czytelnika i przy okazji nie przesadzić. Oliver Bowden znalazł chyba złoty środek. Gdyby odjąć parę elementów typowo fantastycznych powiedziałabym, że to nie powieść na podstawie gry historyczno- fantastycznej, ale przyjemna sensacyjno-historyczna.
Książka nie jest wymagająca. Czyta się ją szybko, akcja wciąga. Oliver Bowden w ciekawy sposób opisał bohaterów, dzięki temu od początku możemy sobie wybrać ulubieńca (i niekoniecznie będzie to główny bohater). Akcja wciąga do tego stopnia, że razem z bohaterami staramy się odkrywać nowe tajemnice, rozwiązywać zagadki i przewidywać kolejne kroki wrogów. Naszym ulubieńcom będziemy kibicować, a wrogom życzyć wszystkiego najgorszego. Uwielbiam książki, które wciągają czytelnika na tyle, że zaczyna on przeżywać przygody bohaterów, a nie tylko stoi z boku i obserwuje przebieg akcji. „Assassin's Creed: Bractwo” należy właśnie do tej kategorii, więc polecam, jeśli ktoś lubi czytać książki historyczne. Odradzam natomiast tym, którzy grają, albo zamierzają grać w najbliższym czasie w Assassin's Creed.
08/10
Oliver Bowden, Assassin's Creed Bractwo, Insignis, 2011
recenzja książki opublikowana na stronie dlalejdis.pl
czwartek, 5 stycznia 2012
Uniwersum Metro 2033: Piter - Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky
Świat już nigdy nie będzie taki sam. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Dajcie się wziąć za rękę i zaprowadzić w niebezpieczne korytarze petersburskiego metra.
„Piter” Szymuna Wroczka to pierwsza z części projektu Dmitrija Glukhovskiego „Uniwersum metro”. Początkowo nie skojarzyłam, że z tą książką ma coś wspólnego autor książki „Czas zmierzchu”, która do mnie nie przemówiła. Skupiłam się na nazwisku Wroczek. Czytając „Czas zmierzchu”, miałam przeczucie, że Metro 2033 Glukhovskiego bardziej mi się spodoba i nie myliłam się, chociaż tym razem akcja nie dzieje się w Moskwie, a w Petersburgu.
Świat się zmienił. Nie jest już taki, jakim my go znamy. Po wybuchu bomby atomowej życie przenosi się do korytarzy metra. Nowy świat Petersburga składa się z wielu stacji metra. Każda stacja to jakby osobne państwo. Mieszkańcy danej stacji podróżują do sąsiadów, jednych lubią, z innymi się nienawidzą- coś na kształt osiedlowych „gangów” z naszego dzieciństwa. Przy życiu mieszkańców metra utrzymuje hodowla zwierząt i roślin, na powierzchnię nie za bardzo mogą wychodzić z różnych powodów. W takim świecie żyje główny bohater książki Iwan- digger z Wasilieostrowskiej. Właśnie szykuje się do ślubu ze swoją ukochaną Tanią. Przygotowania do wielkiego wydarzenia przerywa zła wiadomość: ktoś ukradł agregat prądotwórczy, bez którego mieszkańcy stacji długo nie przetrwają. Dzięki niemu mieli prąd, powietrze, światło potrzebne do utrzymania hodowli. Po krótkim śledztwie okazuje się, że cenny agregat ukradli mieszkańcy innej stacji zwani Chodniakami. Mieszkańcy Waśki łączą swoje siły z mieszkańcami kilku innych stacji i ruszają na wojnę.
Książka „Piter” jest naprawdę świetna. Autor bardzo szybko wciąga czytelnika w swój świat- czujemy się jak u siebie i chcemy przeżywać kolejne przygody z mieszkańcami metra. „Piter” jest pełen niespodzianek. Przedzierając się mrocznymi tunelami razem z głównym bohaterem, dowiadujemy się rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy wiedzieć.
Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości co do Dmitrija Glukhovskiego, już minęły. On naprawdę potrafi pisać. Gdybym spotkanie z nim zaczęła od tej książki, zostawiając „Czas zmierzchu” na inną okazję, od razu trafiłby na listę polecanych przeze mnie pisarzy. Zarówno Glukhovskiego jak i Wroczka warto spróbować, zatopić się w światy przez nich stworzone. Do tej pory nie wiem, kto miał większy wpływ na to, jak książka „Piter” wygląda: Glukhovski czy Wroczek. I tak naprawdę chyba nie będę dociekać, choć przyznam, że mnie to intryguje. Najważniejsze, że książka jest na tyle fajna, że ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić.
Wracając do samej książki, „Piter” nie zawiedzie was. To połączenie historii, fantastyki, przygody. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Fabuła sama w sobie nie jest skomplikowana, ale historia… wciągnie was w kanały całkowicie.
09/10
Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky, Uniwersum Metro 2033, Piter, Insignis, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
p.s. dla tych, którym podoba się taka tematyka przedstawiam zwiastun gry Metro 2033 [gra z 2010 ale nie mogłam się powstrzymać :) ]
„Piter” Szymuna Wroczka to pierwsza z części projektu Dmitrija Glukhovskiego „Uniwersum metro”. Początkowo nie skojarzyłam, że z tą książką ma coś wspólnego autor książki „Czas zmierzchu”, która do mnie nie przemówiła. Skupiłam się na nazwisku Wroczek. Czytając „Czas zmierzchu”, miałam przeczucie, że Metro 2033 Glukhovskiego bardziej mi się spodoba i nie myliłam się, chociaż tym razem akcja nie dzieje się w Moskwie, a w Petersburgu.
Świat się zmienił. Nie jest już taki, jakim my go znamy. Po wybuchu bomby atomowej życie przenosi się do korytarzy metra. Nowy świat Petersburga składa się z wielu stacji metra. Każda stacja to jakby osobne państwo. Mieszkańcy danej stacji podróżują do sąsiadów, jednych lubią, z innymi się nienawidzą- coś na kształt osiedlowych „gangów” z naszego dzieciństwa. Przy życiu mieszkańców metra utrzymuje hodowla zwierząt i roślin, na powierzchnię nie za bardzo mogą wychodzić z różnych powodów. W takim świecie żyje główny bohater książki Iwan- digger z Wasilieostrowskiej. Właśnie szykuje się do ślubu ze swoją ukochaną Tanią. Przygotowania do wielkiego wydarzenia przerywa zła wiadomość: ktoś ukradł agregat prądotwórczy, bez którego mieszkańcy stacji długo nie przetrwają. Dzięki niemu mieli prąd, powietrze, światło potrzebne do utrzymania hodowli. Po krótkim śledztwie okazuje się, że cenny agregat ukradli mieszkańcy innej stacji zwani Chodniakami. Mieszkańcy Waśki łączą swoje siły z mieszkańcami kilku innych stacji i ruszają na wojnę.
Książka „Piter” jest naprawdę świetna. Autor bardzo szybko wciąga czytelnika w swój świat- czujemy się jak u siebie i chcemy przeżywać kolejne przygody z mieszkańcami metra. „Piter” jest pełen niespodzianek. Przedzierając się mrocznymi tunelami razem z głównym bohaterem, dowiadujemy się rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy wiedzieć.
Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości co do Dmitrija Glukhovskiego, już minęły. On naprawdę potrafi pisać. Gdybym spotkanie z nim zaczęła od tej książki, zostawiając „Czas zmierzchu” na inną okazję, od razu trafiłby na listę polecanych przeze mnie pisarzy. Zarówno Glukhovskiego jak i Wroczka warto spróbować, zatopić się w światy przez nich stworzone. Do tej pory nie wiem, kto miał większy wpływ na to, jak książka „Piter” wygląda: Glukhovski czy Wroczek. I tak naprawdę chyba nie będę dociekać, choć przyznam, że mnie to intryguje. Najważniejsze, że książka jest na tyle fajna, że ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić.
Wracając do samej książki, „Piter” nie zawiedzie was. To połączenie historii, fantastyki, przygody. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Fabuła sama w sobie nie jest skomplikowana, ale historia… wciągnie was w kanały całkowicie.
09/10
Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky, Uniwersum Metro 2033, Piter, Insignis, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
p.s. dla tych, którym podoba się taka tematyka przedstawiam zwiastun gry Metro 2033 [gra z 2010 ale nie mogłam się powstrzymać :) ]
niedziela, 13 listopada 2011
Demony Leningradu - Adam Przechrzta
My, z wojennoj razwedki…
Nie będę ukrywać. Byłam, jestem i zapewne jeszcze długo będę zachwycona książką „Demony Leningradu” Adama Przechrzty.
Leningrad ’42. Wojna niemiecko-radziecka zbiera żniwa nie tylko na polu walki. Jak to zwykle bywa, najbardziej obrywają ci, którzy nie są niczemu winni- zwykli mieszkańcy miast. W Leningradzie głód, smród, ubóstwo. Każdy radzi sobie jak tylko może. Ulice ściele trup, a ludzie ratują się przed śmiercią jak tylko mogą- często wódką i gulaszem z „ludziny”. Wprawdzie kanibalizm jest zakazany, ale nawet oficerowie NKWD nie mają lekko. Każdy orze jak może.
Do miasta przybywa major GRU - Razumowski. Ma za zadanie odnaleźć i zlikwidować przywódcę sekty antropofagów, grupy kanibali, którzy znani są jako Doskonali. Nie imają się ich kule, nie zabija ich mróz. Nikt nie wie, jak wyglądają. Sytuację pogarsza fakt, że oprócz demonicznego Breii, wynikiem śledztwa jest zainteresowany sam Stalin. Czy Razumowski i jego wojennaja razwiedka rozwiążą sprawę zanim Stalin straci cierpliwość? Gdyby i tego było mało, major GRU musi toczyć nieustanną walkę z NKWD. Na szczęście po swojej stronie ma wiernych jak sabaki ludzi, którzy dla niego są w stanie zrobić wszystko.
Książka dzieli się tak de facto na dwie części. Tę, w której akcja dzieje się na ulicach Leningradu i tę, gdzie major Razumowski przenosi się do Moskwy. I tu i tu nie zabraknie głównym bohaterom przygód i problemów. Czy ktoś wyjdzie z tego cało? To nie romansidło. Tu nie ma miejsca na happy end, piękny zachód słońca i parę kochanków trzymającą się za ręce. Tu trzeba walczyć i przetrwać lub zginąć. A sytuacji do zejścia z tego świata będzie naprawdę wiele.
Chętnie zdradziłabym więcej o treści książki, ale boję się, że każdy opisany przeze mnie fragment będzie spoilerem, a tego bym nie chciała, bowiem „Demony Leningradu” zasługują na to, aby móc zaskakiwać czytelnika cały czas. Aby was zachęcić, powiem tak: będzie miłość i śmierć, nienawiść i przyjaźń i jakiej wielu z nas marzy. Będzie Rosja taką, jaką znamy z historii i taka, o jakiej pewnie nawet Stalinowi się nie śniło. Do tego cięty język, intrygi i ciekawe zwroty akcji. Prawdziwa gratka dla wielbicieli Hansa Klossa i Stirlitza, bo o takim majorze jak Razumowski powinni kręcić filmy. I byłyby to naprawdę dobre filmy.
„Demony Leningradu” trzymają w napięciu od początku do końca. Autorowi należą się brawa za kreację postaci, tło historyczne i za całokształt atmosfery Rosji. Gdyby ktoś dał mi do przeczytania książkę zaklejając przedtem nazwisko autora, w życiu bym się nie zorientowała, że tak wspaniale osadzona w rosyjskich [radzieckich] realiach książka wyszła spod pióra Polaka.
10/10
Adam Przechrzta, Demony Leningradu, Fabryka Słów, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
10/10,
2011,
Adam Przechrzta,
breia,
Demony Leningradu,
Fabryka Słów,
fantastyka,
Fantasy,
książka,
literatura polska,
nkwd,
razumowski,
recenzja,
rosja,
Sara Gruen,
stalin
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje - Niesamowite historie ze świata równoległego
Jest rok 1895, Londyn. W rządzie Wielkiej Brytanii zasiada Winston Churchill, ktoś wymyśla telefony. Wszystko się zgadza. Na tym tle tylko Marsjanie wyglądają dość dziwnie.
Któż mógłby się spodziewać, że można w tak fajny sposób połączyć historię i fantastykę? Na pewno nie ja. A jednak. Da się. I może być to zabieg bardzo fajny. Tak właśnie w skrócie przedstawia się książka „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje” Roberta Rankina.
Czas płynie sobie spokojnie. Cyrkowcy jeżdżą po świecie, pokazując kobiety- małpy, skaczące pchły i inne ciekawostki, którymi mogą zainteresować się kmiotkowie. W rządzie też po staremu, wiadomo przecież, że gawiedź nie wie, co dzieje się w tajnych gabinetach. A tam rządzący w towarzystwie panów w czerni knują jak za pomocą grypy, rzeżączki i gruźlicy pozbyć się Marsjan tak, aby nikt się nie zorientował. Udaje się. Ziemia może być spokojna, Marsjanie już nas nie zaatakują. Mamy jeszcze przybyszy z Jowisza i Wenus, ale oni są do nas przyjaźnie nastawieni. W tym samym czasie George Fox pracuje w cyrku u „profesora” Coffina, pokazując rozkładające się już zwłoki przybysza z innej planety. Niestety, atrakcja jest już u schyłku „życia” i należy znaleźć coś na jej miejsce. Coś, dzięki czemu staną się sławni i bogaci. Gdy zrozpaczeni mężczyźni myślą, że już nic ich nie uratuje, nieznany iluzjonista przepowiada George’owi, że znajdzie on legendarną Dziewczynę Płaszczkę i że na jego barkach spoczną losy wszechświata. Tak. Nie miasta, nie kraju, nie świata, lecz właśnie wszechświata. Rozochocony wizją pieniędzy profesor postanawia sprzedać swój nędzny dobytek i zasponsorować młodemu Foxowi podróż w poszukiwaniu Cudu Świata. Tak oto zaczyna się historia, która trzyma w napięciu do ostatniej kartki. Wierzcie mi na słowo lub sprawdźcie sami.
Książka Roberta Rankina faktycznie zasługuje na znalezienie się w gronie „prawdopodobnie najlepszych książek na świecie” w dziedzinie fantastyki. Autor idealnie łączy świat, który znamy z historii ze światem fantastycznym. Jest autorem zabawnym, wciągającym i bardzo dobrze posługującym się piórem. Żadna linijka jego książki nie jest napisana jako zapchajdziura. Powieść jest świetnie przemyślana.
A teraz smaczek. Nie wszystkim wyda się to właściwe, ale podczas swojej podróży główni bohaterowie spotkają na swojej drodze kelnera austriackiego pochodzenia, Adolfa Hitlera. Cóż, chociaż może dla niektórych to lekka przesada, portret rasistowskiego, nadętego pracownika, który marzy, aby wszystkich bogatych obcych wysłać w diabły również się autorowi udał.
Książki nie ma co opowiadać, bo czyż można opowiedzieć przygody bohatera, którego można przyrównać do Indiany Jonesa? Jedno jest pewne. Przygód główni bohaterowie mają co niemiara i proponuję najszybciej jak się da, zaopatrzyć się w egzemplarz „Dziewczyny Płaszczki” Naprawdę warto.
09/10
Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Któż mógłby się spodziewać, że można w tak fajny sposób połączyć historię i fantastykę? Na pewno nie ja. A jednak. Da się. I może być to zabieg bardzo fajny. Tak właśnie w skrócie przedstawia się książka „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje” Roberta Rankina.
Czas płynie sobie spokojnie. Cyrkowcy jeżdżą po świecie, pokazując kobiety- małpy, skaczące pchły i inne ciekawostki, którymi mogą zainteresować się kmiotkowie. W rządzie też po staremu, wiadomo przecież, że gawiedź nie wie, co dzieje się w tajnych gabinetach. A tam rządzący w towarzystwie panów w czerni knują jak za pomocą grypy, rzeżączki i gruźlicy pozbyć się Marsjan tak, aby nikt się nie zorientował. Udaje się. Ziemia może być spokojna, Marsjanie już nas nie zaatakują. Mamy jeszcze przybyszy z Jowisza i Wenus, ale oni są do nas przyjaźnie nastawieni. W tym samym czasie George Fox pracuje w cyrku u „profesora” Coffina, pokazując rozkładające się już zwłoki przybysza z innej planety. Niestety, atrakcja jest już u schyłku „życia” i należy znaleźć coś na jej miejsce. Coś, dzięki czemu staną się sławni i bogaci. Gdy zrozpaczeni mężczyźni myślą, że już nic ich nie uratuje, nieznany iluzjonista przepowiada George’owi, że znajdzie on legendarną Dziewczynę Płaszczkę i że na jego barkach spoczną losy wszechświata. Tak. Nie miasta, nie kraju, nie świata, lecz właśnie wszechświata. Rozochocony wizją pieniędzy profesor postanawia sprzedać swój nędzny dobytek i zasponsorować młodemu Foxowi podróż w poszukiwaniu Cudu Świata. Tak oto zaczyna się historia, która trzyma w napięciu do ostatniej kartki. Wierzcie mi na słowo lub sprawdźcie sami.
Książka Roberta Rankina faktycznie zasługuje na znalezienie się w gronie „prawdopodobnie najlepszych książek na świecie” w dziedzinie fantastyki. Autor idealnie łączy świat, który znamy z historii ze światem fantastycznym. Jest autorem zabawnym, wciągającym i bardzo dobrze posługującym się piórem. Żadna linijka jego książki nie jest napisana jako zapchajdziura. Powieść jest świetnie przemyślana.
A teraz smaczek. Nie wszystkim wyda się to właściwe, ale podczas swojej podróży główni bohaterowie spotkają na swojej drodze kelnera austriackiego pochodzenia, Adolfa Hitlera. Cóż, chociaż może dla niektórych to lekka przesada, portret rasistowskiego, nadętego pracownika, który marzy, aby wszystkich bogatych obcych wysłać w diabły również się autorowi udał.
Książki nie ma co opowiadać, bo czyż można opowiedzieć przygody bohatera, którego można przyrównać do Indiany Jonesa? Jedno jest pewne. Przygód główni bohaterowie mają co niemiara i proponuję najszybciej jak się da, zaopatrzyć się w egzemplarz „Dziewczyny Płaszczki” Naprawdę warto.
09/10
Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
sobota, 20 sierpnia 2011
Tim Powers, Na nieznanych wodach - W świecie karaibskiej magii
„Na nieznanych wodach” Tima Powersa to powieść, która stała się inspiracją dla filmu o zwariowanym piracie.
Tak, przygody Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów na nieznanych wodach” powstało w oparciu właśnie o tę książkę.
Czy może stać się tak, że ze zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny, z minuty na minutę można stać się piratem? W niektórych przypadkach tak. Przedstawiam wam historię Johna Chandagnaca, zwykłego przeciętniaka płynącego na spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Dzięki dziwnemu i podejrzanemu zbiegowi okoliczności na jego drodze, a właściwie to na drodze statku, którym miał przyjemność podróżować, stanęli najprawdziwsi piraci z krwi i kości. John, mając do wyboru zginąć lub dołączyć do zgrai bandytów, postanawia żyć. Gdy okazuje się, że jego życie jest coś warte, dzięki umiejętności gotowania i posługiwania się bronią Johna Chandagnaca, staje się Jackiem Shandy.
Piraci, którzy mieli przyjemność wtargnąć na okręt, którym podróżował John nie przybyli tam przypadkiem. Umówili się na to z niejakim Benjaminem Curwoodem, szalonym profesorem, który w zamian za małą pomoc w powołaniu do życia zmarłej żony i przeniesienie jej duszy w ciało pięknej córki, obiecuje piratom statek. Tak właśnie zaczyna się przygoda Jacka Shandy’ego na nieznane wody i lądy w poszukiwaniu magicznej Fontanny, a właściwie źródła młodości. Czy uda mu się przeżyć niebezpieczne przygody? Czy nie przepłaci za swoją decyzję życiem?
Gdy na okładce książki przeczytałam słowa Orsona Scotta Carda: „Nikt tak dobrze nie snuje opowieści jak Tim Powers”, nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać, gdyż nie wiedziałam, czy pochwała z ust pisarza, którego nie lubię to dobry czy zły znak. Okazuje się jednak, że Orson Scott Card miał rację. Książka o piratach jest przednia. Wprawdzie, co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w lekturze, aby przetrawić odpowiednie przygody, ale ogólnie książka idealnie nadaje się na wakacje. W książce brakowało mi jednak mocno zarysowanych charakterów. Bo chociaż pirat piratowi nierówny, to miałam problemy z tym, kto jest kim. Gdyby autor poświęcił poszczególnym postaciom więcej czasu, może nawet odnalazłabym swojego ulubionego bohatera? A tak musiałam się zadowolić głównym bohaterem, który też niestety nie za bardzo wybijał się na tle swoich kompanów.
08/10
Tim Powers, Na nieznanych wodach, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na:dlalejdis.pl
Tak, przygody Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów na nieznanych wodach” powstało w oparciu właśnie o tę książkę.
Czy może stać się tak, że ze zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny, z minuty na minutę można stać się piratem? W niektórych przypadkach tak. Przedstawiam wam historię Johna Chandagnaca, zwykłego przeciętniaka płynącego na spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Dzięki dziwnemu i podejrzanemu zbiegowi okoliczności na jego drodze, a właściwie to na drodze statku, którym miał przyjemność podróżować, stanęli najprawdziwsi piraci z krwi i kości. John, mając do wyboru zginąć lub dołączyć do zgrai bandytów, postanawia żyć. Gdy okazuje się, że jego życie jest coś warte, dzięki umiejętności gotowania i posługiwania się bronią Johna Chandagnaca, staje się Jackiem Shandy.
Piraci, którzy mieli przyjemność wtargnąć na okręt, którym podróżował John nie przybyli tam przypadkiem. Umówili się na to z niejakim Benjaminem Curwoodem, szalonym profesorem, który w zamian za małą pomoc w powołaniu do życia zmarłej żony i przeniesienie jej duszy w ciało pięknej córki, obiecuje piratom statek. Tak właśnie zaczyna się przygoda Jacka Shandy’ego na nieznane wody i lądy w poszukiwaniu magicznej Fontanny, a właściwie źródła młodości. Czy uda mu się przeżyć niebezpieczne przygody? Czy nie przepłaci za swoją decyzję życiem?
Gdy na okładce książki przeczytałam słowa Orsona Scotta Carda: „Nikt tak dobrze nie snuje opowieści jak Tim Powers”, nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać, gdyż nie wiedziałam, czy pochwała z ust pisarza, którego nie lubię to dobry czy zły znak. Okazuje się jednak, że Orson Scott Card miał rację. Książka o piratach jest przednia. Wprawdzie, co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w lekturze, aby przetrawić odpowiednie przygody, ale ogólnie książka idealnie nadaje się na wakacje. W książce brakowało mi jednak mocno zarysowanych charakterów. Bo chociaż pirat piratowi nierówny, to miałam problemy z tym, kto jest kim. Gdyby autor poświęcił poszczególnym postaciom więcej czasu, może nawet odnalazłabym swojego ulubionego bohatera? A tak musiałam się zadowolić głównym bohaterem, który też niestety nie za bardzo wybijał się na tle swoich kompanów.
08/10
Tim Powers, Na nieznanych wodach, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na:dlalejdis.pl
Etykiety:
08/10,
2011,
blog,
fantastyka,
Jack Sparrow,
książka,
literatura,
Na nieznanych wodach,
piraci,
Piraci z Karaibów,
recenzja,
recenzje,
Tim Powers,
Wydawnictwo Literackie
poniedziałek, 4 lipca 2011
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II - Ludzie kontra elfy
Minęło 20 lat odkąd Enrissa, Namiestniczka z prawdziwego zdarzenia, rządziła Imperium Anryjskim. Teraz jej miejsce zajęła krucha i niepewna siebie Salome Jasna zupełnie niepodobna do swojej poprzedniczki.
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.
Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?
Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.
Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.
Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.
Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.
Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć.
8/10
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.
Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?
Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.
Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.
Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.
Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.
Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć.
8/10
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
niedziela, 1 maja 2011
Wampir z M-3, Andrzej Pilipiuk - Śladami PRL’owskich wampirów
„A więc twierdzicie, Obywatelu, że wampiry istnieją? Niby kraj socjalistyczny, ateizm w modzie, a tu taka wtopa. I jak się krzyżem odwijać? Jak wodą, tfu, święconą chlapać? A czosnek, tylko granulowany i z importu z bratniej Czechosłowacji!”
„Wampir z M-3” miał być „powieścią obnażającą zmierzch zgniłego kapitalizmu”. Dla mnie to powieść obnażająca zakłamanie socjalizmu. Fakt faktem, wampiry nie istnieją, ale gdyby istniały w czasach PRL-u, to wyobrażam sobie ich bytowanie dokładnie tak, jak autor książki.
Andrzej Pilipiuk, z którego twórczością, trochę wstyd się przyznać, spotkałam się po raz pierwszy, bardzo szybko stał się jednym w moich ulubionych polskich autorów. Facet ma talent i wyobraźnię. Nie ma co zaprzeczać. Kto byłby w stanie, w dobie wielbicieli Zmierzchu i innych wyżelowanych wampirzych wymoczków, potrafi stworzyć wampiry chodzące do pracy, wyrabiające 100% normy, walczące o kartki i dewizy?
„Wampir z M-3” opowiada historię grupy „zimnych”. Jedną z nich jest Gosia Brona, uczennica liceum, kochająca Limahla. W powodu nieudanych wakacji, złych ocen i miłosnego odrzucenia dziewczyna postanawia się powiesić. Po jakimś czasie budzi się w rodzinnym grobowcu. Gdy „uszczęśliwiona” rodzina częstuje Gośkę śrutówką, nastolatka odkrywa, że coś z nią jest nie tak. Wkrótce odnajdują ją wampiry i tłumaczą powoli acz dosadnie, że jej dotychczasowe życie właśnie uległo wielkiej zmianie. Odtąd nie będzie musiała martwić się klasówkami, kartkami na mięso i chłodem. Dzięki pomocy Marka, Małgorzata znajduje ciepłe schronienie i przyjaciół. Myli się jednak ten, kto sądzi, że wampiry mają w czasach PRL spokojne życie. Nie dość, że muszą uciekać przed ZOMO i ubecją, to jeszcze czekają ich potyczki z tajnym oddziałem SB „Z” jak zabobon (nie zaświaty).
W książce znajdziemy nie tylko wampiry ale również wilkołaki, mumie i inne stwory. Jeśli ktoś ma już serdecznie dość bohaterów Zmierzchu, to również znajdzie coś dla siebie.
Gdybym miała krótko scharakteryzować książkę Pilipiuka, powiedziałabym, że jest rzeczowa, zabawna, z nutką socjalistycznego podejścia do życia. Najlepiej jednak książkę charakteryzuje poniższy cytat:
„Być wampirem w PRL to nie przelewki. W społeczeństwie bezklasowym trudno tytułować się hrabią. Płaszcz i smoking nosi albo kelner albo iluzjonista, a krew obywateli Rzeczpospolitej Ludowej ma posmak deficytu i reglamentacji.”
„Wampir z M-3” to pozycja dobra zarówno dla miłośników wampirów, jak i tych, którzy PRL wspominają z łezką w oku.
9/10
Wampir z M-3, Andrzej Pilipiuk, Fabryka Słów, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
09/10,
2011,
Andrzej Pilipiuk,
blog,
Fabryka Słów,
fantastyka,
krew,
książka,
literatura,
polska,
prl,
recenzja,
recenzje,
Wampir,
Wampir z M-3
piątek, 25 marca 2011
Kate Griffin, Szaleństwo aniołów - Cudowne ocalenie
„[…] W dzisiejszych czasach magia nie kryje się już w pnączach i drzewach. Skupia się tam, gdzie można znaleźć większą część życia, jarzącą się obecnie neonowym blaskiem” takie oto motto przyświeca książce Kate Griffin poświęconej… aniołom? Zmaganiom dobra ze złem? czarnoksiężnikom?
Książki dzielą się na kilka kategorii. Te, które wciągają czytelnika od samego początku i trzymają w napięciu do ostatniej strony, te, które nie wciągają w ogóle, które odkładamy z niesmakiem i takie, które początkowo wciągają, a potem zaczynają nużyć. „Szaleństwo aniołów czyli zmartwychwstanie Matthew Switfa” choć początkowo wydaje się ciekawa, nie pozostawiła we mnie tego czegoś, co sprawia, że kwalifikuję książki do ulubionych.
Głównego bohatera spotykamy w momencie jego zmartwychwstania. Budzi się on w swoim dawnym domu, bezbronny i osłabiony. Jego dom jest już jednak zamieszkany przez nowych lokatorów. Gdyby Matthew był zwykłym człowiekiem, być może czułby się dziwnie. Lecz nasz bohater jest czarnoksiężnikiem, więc nic co ludzkie i nieludzkie, nie jest mu obce. Matthew, nie mniej zdezorientowany niż czytelnik, wyrusza w miasto, by po chwili stoczyć pierwszą z wielu swoich walk. Co w tym niezwykłego? Otóż jego pierwszy przeciwnik składa się ze śmieci walających się po ulicach magicznego miasta, a jego duszą rządzi skrawek papieru z zapisanymi zaklęciami. Szybko okazuje się, że akcja będzie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać na początku. Przyjaciele Matthew zginęli w tajemniczych okolicznościach. Zarówno z tymi zgonami, jak i z niespodziewanym ożywieniem bohatera ma związek jedna osoba. Mężczyzna musi się zmierzyć ze złem, dowiedzieć się, kto ponownie powołał go do życia i zemścić się za uśmiercenie.
Książka, choć maniaków urban fantasy zapewne wciągnie, przeciętnego czytelnika może nie poruszyć. Autorka nie wnosi do literatury nic, czego do tej pory byśmy nie widzieli. Chociaż autorka w sposób umiejętny wprowadza nas w akcję, nie podaje nam wszystkich szczegółów na tacy i wielu rzeczy musimy się domyślać razem z bohaterem, książkę czytało mi się jakoś topornie. Teoretycznie książka zbudowana jest bardzo dobrze, miasto, dla osób „upoważnionych”, magiczne, pełne znaków, jest nie tylko szarnym tłem powieści, lecz żyje razem z bohaterami. Odczuwałam w nim chwilami magię Petersburga z opowiadań Czechowa. Losy bohatera są zarówno dla nas jak i dla niego tajemnicą, uczymy się wszystkiego razem z nim. Mimo wszystko, w książce brakuje mi tego czegoś, co zachęciłoby mnie to automatycznego sięgnięcia po tom następny.
Jeśli jednak chcecie się dowiedzieć, dlaczego bohater na okładce posiada skrzydła, kim są tytułowe anioły i gdzie mieszkają, sięgnijcie po książkę i cieszcie się magią życia, którą można znaleźć wszędzie. O ile wiemy, gdzie jej szukać.
3/10
Kate Griffin, Szaleństwo aniołów, Wydawnictwo MAG, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
wtorek, 22 marca 2011
Jacek Piekara, Miecz aniołów - Wiara kontra magia
„Przykro będzie, jeśli już nigdy nie dasz rady wsadzić go w rzyć młodego chłopca, prawda? – spytałem i znowu ścisnąłem mocniej”
Po książkę Jacka Piekary sięgnęłam bardzo chętnie. Chociaż o jego twórczości słyszałam nie tylko pochlebne opinie, nie czuję się zawiedziona. Piekara nie tworzy dla grzecznych, dobrze ułożonych dziewczynek, ani dla ludzi traktujących ze śmiertelną powagą kwestię wiary.
„Miecz aniołów” to zbiór opowiadań, których bohaterem jest Mordimer Madderin - licencjonowany inkwizytor biskupa Hez-hezronu, młot na czarownice, miecz aniołów itd. W skrócie- facet, który upewnia się, że wszystko dzieje się po myśli Kościoła. Myli się jednak ten, kto myśli, że Mordimer chodzi sobie grzecznie po świecie i spędza wieczory nad modlitewnikiem.
Piekara w swoich książkach o niezwyciężonym inkwizytorze przenosi nas do alternatywnego Średniowiecza, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zstąpił z niego i zajął się wyrównywaniem rachunków.
„Legioniści zerwali się w udawanym przerażeniu, które zaraz zamieniło się w prawdziwe, kiedy Jezus chlasnął mieczem i ściął jednemu z nich głowę, tak, że fontanna krwi z kadłuba bluznęła prosto na publiczność, a głowa odtoczyła się na skraj sceny. Oczywiście trwoga ogarnęła tylko drugiego z legionistów, gdyż pierwszy zginął, zanim zdążył się zorientować, że spektakl przybrał tak niespodziewany obrót.” Dla autora nie ma rzeczy niemożliwych. W tej rzeczywistości nawet przedstawienia teatralne dzieją się naprawdę. Makabryczne? Nie, po prostu niezwykłe spojrzenie na polską literaturę.
W „Mieczu aniołów” czytelnik ma okazję zapoznać się z pięcioma opowiadaniami: Głupcy idą do nieba, Kości i zwłoki, Sierotki, Maskarada i tytułowym Mieczem aniołów. Każde z tych opowiadań jest od siebie niezależne, więc można je czytać w dowolnej kolejności. Co je łączy? Między innymi Mordimer Madderin, alkohol i chędożenie. Łączy je również ciekawe podejście autora do otaczającego świata.
Chociaż opowiadania nie są genialne pod względem artystycznym, autor nie konstruuje intrygi niczym Agatha Christie, Miecz aniołów czyta się szybko i przyjemnie. Książka ta, moim zdaniem, powstała po to, aby pokazać choć niektóre przywary współczesnych. Świat Piekary nie jest skomplikowany, jego bohaterowie nie zastanawiają się nad pięknem wszechświata lecz na tym czy, z kim i gdzie spędzą tę noc, czy na trzeźwo i głodno, czy też nie. Co nie oznacza, że autor pisząc książkę myślał tylko o jednym.
Piekara, świadomie lub nie, pokazuje ludzi takimi, jacy są. Bez zbędnych upiększeń i ozdobników. Gwałty, zabójstwa, pijaństwo, bluźnierstwa, chęć zysku, żądzą władzy. Taki jest świat i autor nie boi się o tym pisać. A to, że akcja opowiadań dzieje się w Średniowieczu? Tło opowiadań dodaje tylko smaczku.
8/10
Jacek Piekara, Miecz aniołów, Fabryka Słów, 2010
„Miecz aniołów” to zbiór opowiadań, których bohaterem jest Mordimer Madderin - licencjonowany inkwizytor biskupa Hez-hezronu, młot na czarownice, miecz aniołów itd. W skrócie- facet, który upewnia się, że wszystko dzieje się po myśli Kościoła. Myli się jednak ten, kto myśli, że Mordimer chodzi sobie grzecznie po świecie i spędza wieczory nad modlitewnikiem.
Piekara w swoich książkach o niezwyciężonym inkwizytorze przenosi nas do alternatywnego Średniowiecza, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zstąpił z niego i zajął się wyrównywaniem rachunków.
„Legioniści zerwali się w udawanym przerażeniu, które zaraz zamieniło się w prawdziwe, kiedy Jezus chlasnął mieczem i ściął jednemu z nich głowę, tak, że fontanna krwi z kadłuba bluznęła prosto na publiczność, a głowa odtoczyła się na skraj sceny. Oczywiście trwoga ogarnęła tylko drugiego z legionistów, gdyż pierwszy zginął, zanim zdążył się zorientować, że spektakl przybrał tak niespodziewany obrót.” Dla autora nie ma rzeczy niemożliwych. W tej rzeczywistości nawet przedstawienia teatralne dzieją się naprawdę. Makabryczne? Nie, po prostu niezwykłe spojrzenie na polską literaturę.
W „Mieczu aniołów” czytelnik ma okazję zapoznać się z pięcioma opowiadaniami: Głupcy idą do nieba, Kości i zwłoki, Sierotki, Maskarada i tytułowym Mieczem aniołów. Każde z tych opowiadań jest od siebie niezależne, więc można je czytać w dowolnej kolejności. Co je łączy? Między innymi Mordimer Madderin, alkohol i chędożenie. Łączy je również ciekawe podejście autora do otaczającego świata.
Chociaż opowiadania nie są genialne pod względem artystycznym, autor nie konstruuje intrygi niczym Agatha Christie, Miecz aniołów czyta się szybko i przyjemnie. Książka ta, moim zdaniem, powstała po to, aby pokazać choć niektóre przywary współczesnych. Świat Piekary nie jest skomplikowany, jego bohaterowie nie zastanawiają się nad pięknem wszechświata lecz na tym czy, z kim i gdzie spędzą tę noc, czy na trzeźwo i głodno, czy też nie. Co nie oznacza, że autor pisząc książkę myślał tylko o jednym.
Piekara, świadomie lub nie, pokazuje ludzi takimi, jacy są. Bez zbędnych upiększeń i ozdobników. Gwałty, zabójstwa, pijaństwo, bluźnierstwa, chęć zysku, żądzą władzy. Taki jest świat i autor nie boi się o tym pisać. A to, że akcja opowiadań dzieje się w Średniowieczu? Tło opowiadań dodaje tylko smaczku.
8/10
Jacek Piekara, Miecz aniołów, Fabryka Słów, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
08/10,
2010,
blog,
Fabryka Słów,
fantastyka,
inkwizycja,
Jacek Piekara,
książka,
literatura,
Miecz aniołów,
Mordimer Madderdin,
opinie,
recenzje
wtorek, 8 marca 2011
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga I - Miłość, magia i polityka
Na „Namiestniczkę” czekałam z wielką niecierpliwością. Rosyjska fantastyka? Cudownie. Lecz chociaż bardzo lubię literaturę rosyjską, po rozpoczęciu lektury „Namiestniczki”, miałam mieszane uczucia. Już początek książki obfituje w olbrzymią ilość postaci i wątków, a zagłębianie się w opasłe tomisko to dopiero początek.
Główną bohaterką książki Wiery Szkolnikowej jest Enrissa, tytułowa namiestniczka imperium Anryjskiego. Enrissa jest osobą inteligentną, opanowaną i pewną siebie. Włada swoim państwem lepie niż niejeden mężczyzna, a swojego tytułu nie traktuje z przymrużeniem oka.
Aby książka zainteresowała czytelnika, życie bohaterów nie może być łatwe i piękne. Potrzebne są problemy, z którymi główny bohater, koniec końców, się upora. Co czeka naszą namiestniczkę? Nad spokojne niebo imperium nadciągają ciemne chmury. Enrissa dowiaduje się o starożytnym proroctwie, w myśl którego do imperium ma powrócić wygnaniec aby obalić kraj. Aby tego uniknąć musi, między innymi, odnaleźć Księgę, która podobno zniknęła w nieznanych okolicznościach.
Na uwagę zasługują również inne wątki, według mnie, nie mniej ważne niż główny. Podejrzane i dość specyficzne uczucia między bliźniakami Ivenną i Innuonem, pakty i gierki magów będących pomocnikami namiestniczki, próby wyswatania Innuona przez matkę, Lady Sibillę.
Gdyby „Namiestniczka” była opowieścią o samej Enrissie, nie byłoby problemu. Niestety, lub na szczęście, autorka wprowadziła tyle postaci i wątków, że chwilami nie wiem, kto jest głównym bohaterem. Namiestniczka, bliźniaki Innuon i Ivenna, Soenna, a może magowie pełniący rolę doradców? Na ośmiuset stronach wątek każdej z tych osób jest prawie tak samo ważny, jak wątek tytułowej bohaterki, co niewprawionym czytelnikom może przysporzyć sporych problemów. Autorka książki nie popisała się również tłem powieści, choć to akurat nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, bo w książkach fantasy już chyba wszystko, co mogło zostać wymyślone, już dawno zostało opisane.
„Namiestniczka” to połączenie powieści sensacyjnej, legend, baśni, miłości, wojen, polityki, magi… a wszystko to w mroźnej i śnieżnej krainie, która przywodzi mi na myśl zimową Rosję.
Pomimo zawiłości akcji, pomieszanych wątków, w których chwilami ciężko się rozeznać i ogromnej liczby bohaterów głównych i postaci pobocznych , których mogłyby pozazdrościć tasiemce, książka Wiery Szkolnikowej naprawdę mi się spodobała. I chociaż, być może, wbrew reklamie na okładce książki, nie jest to najlepsza fantastyka na świecie, z chęcią przeczytam następne księgi powieści.
Książkę polecam miłośnikom fantastyki, którzy nie zrażają się mnogością wątków i mają dobrą pamięć.
5/10
Namiestniczka księga I, Wiera Szkolnikowa, Prószyński i S-ka, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Główną bohaterką książki Wiery Szkolnikowej jest Enrissa, tytułowa namiestniczka imperium Anryjskiego. Enrissa jest osobą inteligentną, opanowaną i pewną siebie. Włada swoim państwem lepie niż niejeden mężczyzna, a swojego tytułu nie traktuje z przymrużeniem oka.
Aby książka zainteresowała czytelnika, życie bohaterów nie może być łatwe i piękne. Potrzebne są problemy, z którymi główny bohater, koniec końców, się upora. Co czeka naszą namiestniczkę? Nad spokojne niebo imperium nadciągają ciemne chmury. Enrissa dowiaduje się o starożytnym proroctwie, w myśl którego do imperium ma powrócić wygnaniec aby obalić kraj. Aby tego uniknąć musi, między innymi, odnaleźć Księgę, która podobno zniknęła w nieznanych okolicznościach.
Na uwagę zasługują również inne wątki, według mnie, nie mniej ważne niż główny. Podejrzane i dość specyficzne uczucia między bliźniakami Ivenną i Innuonem, pakty i gierki magów będących pomocnikami namiestniczki, próby wyswatania Innuona przez matkę, Lady Sibillę.
Gdyby „Namiestniczka” była opowieścią o samej Enrissie, nie byłoby problemu. Niestety, lub na szczęście, autorka wprowadziła tyle postaci i wątków, że chwilami nie wiem, kto jest głównym bohaterem. Namiestniczka, bliźniaki Innuon i Ivenna, Soenna, a może magowie pełniący rolę doradców? Na ośmiuset stronach wątek każdej z tych osób jest prawie tak samo ważny, jak wątek tytułowej bohaterki, co niewprawionym czytelnikom może przysporzyć sporych problemów. Autorka książki nie popisała się również tłem powieści, choć to akurat nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, bo w książkach fantasy już chyba wszystko, co mogło zostać wymyślone, już dawno zostało opisane.
„Namiestniczka” to połączenie powieści sensacyjnej, legend, baśni, miłości, wojen, polityki, magi… a wszystko to w mroźnej i śnieżnej krainie, która przywodzi mi na myśl zimową Rosję.
Pomimo zawiłości akcji, pomieszanych wątków, w których chwilami ciężko się rozeznać i ogromnej liczby bohaterów głównych i postaci pobocznych , których mogłyby pozazdrościć tasiemce, książka Wiery Szkolnikowej naprawdę mi się spodobała. I chociaż, być może, wbrew reklamie na okładce książki, nie jest to najlepsza fantastyka na świecie, z chęcią przeczytam następne księgi powieści.
Książkę polecam miłośnikom fantastyki, którzy nie zrażają się mnogością wątków i mają dobrą pamięć.
5/10
Namiestniczka księga I, Wiera Szkolnikowa, Prószyński i S-ka, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
05/10,
2011,
blog,
elfy,
fantastyka,
książka,
literatura,
Namiestniczka księga I,
opinie,
Prószyński i S-ka,
recenzje,
rosja,
Wiera Szkolnikowa
czwartek, 24 lutego 2011
Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie - Mali ludzie, wielkie czyny
„Obok stały „Choroby owiec”, [...]. Babcia Obolała była ekspertem od owiec, choć uważała je za „worki kości, oczu i zębów, które tylko szukają nowych sposobów żeby zdechnąć”
Z twórczością Terry’ego Pratchetta zetknęłam się po raz trzeci. Miałam przyjemność przeczytać wcześniej „Kolor magii” i „Równoumagicznienie”. Choć jego książki nie należą do typowej fantastyki, są jedyne w swoim rodzaju. Nie zrozumie tego ten, kto jeszcze nie sięgnął po żadną z książek Terry’ego Pratchetta.
„Każda kraina potrzebuje swojej własnej czarownicy” i chociaż prawdziwe czarownice mogą powstać tylko na bardzo twardej skale, kreda też czasem może sprawić niespodziankę.
Główną bohaterką książki Terry’ego Pratchetta jest Tiffany Obolała, jedna z siedmiorga dzieci rodziny Obolałych. Na pozór zwyczajna dziewczynka, zajmująca się wyrobem mleka i serów oraz pilnowaniem wiecznie klejącego się brata Wentwortha, ma w sobie coś wyjątkowego. Mała Tiffany jest dzieckiem bardzo ciekawym świata. Gdy tylko może, dokształca się u przejezdnych nauczycieli wypytując ich o każdy nurtujący drobiazg. Dzięki swojej inteligencji, sprytowi i dobrej znajomości baśni dla dzieci, Tiffany udaje się unieszkodliwić potwora, który pewnego słonecznego dnia nawiedza krainę dziewczynki. Poczynania dziecka śledzą Nac Mac Feegle’gowie i Panna Tyk, która postanawia uzmysłowić Tiffany jej wielki dar i nauczyć ją bycia czarownicą.
Jakiś czas po potyczce z rzecznym stworem zostaje uprowadzony mały Wentworth, a Tiffany opuszcza rodzinny dom, by z pomocą małych, lecz dzielnych stworzeń, uwolnić brata z rąk złej Królowej, która porwała chłopca do swojego świata.
„Wolni Ciut ludzie” to kolejna książka Terry’ego Pratchetta z serii „Świat dysku”, pierwsza z podserii z Tyffany Obolałą, w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Dzięki pochodzeniu tłumacza Ciut ludzie nabyli śląskiego akcentu, dzięki czemu ich dialogi są śmieszne i niespotykane w tego typu pozycjach. Książka wiele zawdzięcza dobremu panu Cholewie, który chyba wziął sobie do serca powiedzenie o tłumaczeniach i kobietach.
Chociaż akcja książki jest umiejscowiona w Świecie Dysku, czytelnik nie odczuwa tego tak, jak w innych powieściach Pratchetta, gdzie było to wyraźnie zaznaczane. „Wolni Ciut ludzie” wciągają czytelnika i nie pozwalają mu się nudzić nawet przez chwilę. Fantastyka Terry’ego Pratchetta to mieszanka baśni braci Grimm, Alicji z krainy czarów, Czarnoksiężnika z krainy Oz i ludowych opowieści. Dzięki połączeniu różnych światów, książka Pratchetta jest wyjątkowa.
Przygoda Tiffany wciąga bardziej niż większość bajek i baśni razem wziętych. Być może dlatego, że na każdym kroku młodej czarownicy towarzyszą sześciocalowi wojownicy znani przede wszystkim z „kradzenia, pijatyk i bijatyk”. Dzięki umiejętnościom odziedziczonym po Babci Obolałej, dodatkowym myślom i wejrzeniom oraz patelni, sznurkowi i książce „Choroby owiec” Tiffany może pokonać każdego, nawet najgroźniejszego potwora, który zagraża życiu braciszka i ukochanej krainie.
A terozki nie zastanawiajcie się długo i sięgnijcie po egzemplarz „Wolnych ciut ludzi”. Bydzie piknie.
7/10
Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie Przekład: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
„Każda kraina potrzebuje swojej własnej czarownicy” i chociaż prawdziwe czarownice mogą powstać tylko na bardzo twardej skale, kreda też czasem może sprawić niespodziankę.
Główną bohaterką książki Terry’ego Pratchetta jest Tiffany Obolała, jedna z siedmiorga dzieci rodziny Obolałych. Na pozór zwyczajna dziewczynka, zajmująca się wyrobem mleka i serów oraz pilnowaniem wiecznie klejącego się brata Wentwortha, ma w sobie coś wyjątkowego. Mała Tiffany jest dzieckiem bardzo ciekawym świata. Gdy tylko może, dokształca się u przejezdnych nauczycieli wypytując ich o każdy nurtujący drobiazg. Dzięki swojej inteligencji, sprytowi i dobrej znajomości baśni dla dzieci, Tiffany udaje się unieszkodliwić potwora, który pewnego słonecznego dnia nawiedza krainę dziewczynki. Poczynania dziecka śledzą Nac Mac Feegle’gowie i Panna Tyk, która postanawia uzmysłowić Tiffany jej wielki dar i nauczyć ją bycia czarownicą.
Jakiś czas po potyczce z rzecznym stworem zostaje uprowadzony mały Wentworth, a Tiffany opuszcza rodzinny dom, by z pomocą małych, lecz dzielnych stworzeń, uwolnić brata z rąk złej Królowej, która porwała chłopca do swojego świata.
„Wolni Ciut ludzie” to kolejna książka Terry’ego Pratchetta z serii „Świat dysku”, pierwsza z podserii z Tyffany Obolałą, w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Dzięki pochodzeniu tłumacza Ciut ludzie nabyli śląskiego akcentu, dzięki czemu ich dialogi są śmieszne i niespotykane w tego typu pozycjach. Książka wiele zawdzięcza dobremu panu Cholewie, który chyba wziął sobie do serca powiedzenie o tłumaczeniach i kobietach.
Chociaż akcja książki jest umiejscowiona w Świecie Dysku, czytelnik nie odczuwa tego tak, jak w innych powieściach Pratchetta, gdzie było to wyraźnie zaznaczane. „Wolni Ciut ludzie” wciągają czytelnika i nie pozwalają mu się nudzić nawet przez chwilę. Fantastyka Terry’ego Pratchetta to mieszanka baśni braci Grimm, Alicji z krainy czarów, Czarnoksiężnika z krainy Oz i ludowych opowieści. Dzięki połączeniu różnych światów, książka Pratchetta jest wyjątkowa.
Przygoda Tiffany wciąga bardziej niż większość bajek i baśni razem wziętych. Być może dlatego, że na każdym kroku młodej czarownicy towarzyszą sześciocalowi wojownicy znani przede wszystkim z „kradzenia, pijatyk i bijatyk”. Dzięki umiejętnościom odziedziczonym po Babci Obolałej, dodatkowym myślom i wejrzeniom oraz patelni, sznurkowi i książce „Choroby owiec” Tiffany może pokonać każdego, nawet najgroźniejszego potwora, który zagraża życiu braciszka i ukochanej krainie.
A terozki nie zastanawiajcie się długo i sięgnijcie po egzemplarz „Wolnych ciut ludzi”. Bydzie piknie.
7/10
Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie Przekład: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
07/10,
2010,
blog,
fantastyka,
książka,
literatura,
magia,
opinie,
piotr cholewa,
Pratchett Terry,
Prószyński i S-ka,
recenzje,
Tiffany Obolała,
Wolni Ciut Ludzie
wtorek, 25 stycznia 2011
Anna Brzezińska, Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny - Nie taka wiedźma straszna
Długo nie mogłam się zdecydować, co napisać w recenzji, aby oddać to, jak bardzo spodobała mi się „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” Anny Brzezińskiej.
Aby docenić przygody babuni Jagódki, trzeba samemu zanurzyć się w jej piękny świat.
„Wiedźma z wilżyńskiej doliny” to opowieść o starszej pani, która mieszka na obrzeżach wioski i od czasu do czasu para się czarami. Główna bohaterka, babunia Jagódka „lubi proste życie. Święty spokój, gorzałkę i jurnego parobka.” Ten opis z całości oddaje charakter babci. Życie wiedźmy byłoby idealne, gdyby nie to, że każdy czegoś od niej chce. Mogłoby się wydawać, że wiedźmę wszyscy będą omijać szerokim łukiem. Niestety. Po babcine uroki zawsze ustawia się kolejka chętnych. Raz jest to pleban, raz księżniczka polująca na rycerza na białym rumaku, a innym razem banda zadufanych w sobie wieśniaków, którym wydaje się, że mogą przechytrzyć starą wiedźmę.
„Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” to książka optymistyczna i pełna humoru. W zabawny sposób ukazuje przywary plebana, karczmarza, kupców, rycerzy i innych wielmożnych zamieszkujących tereny wilżyńskiej doliny. Autorka pokazuje świat, który można odnieść do otaczającej nas rzeczywistości. Po przeczytaniu książki widzę, że nie ma ludzi idealnych, każdy z nas ma coś za uszami, a ludźmi kierowała i kierować będzie żądza władzy i ciągła pogoń za bogactwem.
Zaryzykowałabym tezę, że książka ta nadaje się do czytania dzieciom w równym stopniu, jak baśnie braci Grimm. Bo czym różni się historia plebana, który lubi sobie poużywać życia i babuni, która lubi sobie czasem walnąć kieliszek czegoś mocniejszego od historii porzuconych przez rodziców Jasia i Małgosi, którzy błąkają się po lesie?
Gdy przeczytałam, że autorka jest mediewistką nie spodziewałam się, że napisze tak fantastyczną książkę z pogranicza baśni i fantastyki. Pozycję Anny Brzezińskiej można traktować jak zbiór opowiadań o babuni lub jako opowieść o jej przygodach. W każdym przypadku będziecie zadowoleni i na 100% sięgniecie po inne książki tej autorki.
7/10
Anna Brzezińska, „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny”, Agencja Wydawnicza Runa, Warszawa 2010
recenzja zamieszczona na kobieta20.pl
Etykiety:
07/10,
2010,
Anna Brzezińska,
blog,
czarownica,
czary,
fantastyka,
Fantasy,
książka,
literatura,
opinie,
recenzje,
Runa,
Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny
Subskrybuj:
Posty (Atom)
