Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 kwietnia 2011

James Paul Blaylock, Widma minionych nocy - Mroczny horror bez napięcia

Mroczna okładka. Twarz kobiety o przenikliwych oczach podobna do bohaterki „Ringu.”


Strefa mroku… „Widma minionych nocy” przyciągnęły mnie obietnicą, że „są rzeczy silniejsze niż śmierć”. Początek książki ciekawy i wciągający. Odgłosy drzew, wiatr w oddali, skrzypienie drzwi.

Autor potrafi wprowadzić czytelnika w odpowiedni nastrój: „Deski podłogowe skrzypiały mu pod nogami. O okiennicę ocierała się gałąź. Nagle w drzwiach gabinetu mignął cień. A potem powoli, zupełnie jakby ktoś pomału podkręcał płomienie w propanowych latarniach, blade światło wypełniło otwór drzwiowy pomieszczenia, rzucając srebrzystą smugę na dywan w salonie.”

Głównym bohaterem powieści Jamesa P. Blaylock’a jest Peter, mieszkaniec kanionu. Mężczyzna po rozwodzie z żoną przeniósł się na odludzie i powoli układa sobie życie z inną kobietą. Chociaż z żoną łączy go już tylko wspólne dziecko, Peter pomaga jej czasem. Gdy jego eks wraz z dzieckiem wybiera się na Hawaje, Peter postanawia naprawić coś w jej samochodzie. Okazuje się jednak, że wcale nie wyruszyli w podróż. Zniknęli i nikt nie wie, gdzie są.

W tym samym czasie Pomeroy, szemrany poszukiwacz nieruchomości, usiłuje za wszelką cenę wykupić najładniejsze domy w okolicy. Mężczyzna nie cofnie się przed niczym. Dla  niego zatrucie studni to bułka z masłem. W swoje interesy wciąga Kleina, który jest sąsiadem nowej przyjaciółki Petera. Brzmi trochę jak „Moda na sukces”? Faktycznie.

Gdyby książka opowiadała wyłącznie o poszukiwaniach i uczuciach Petera, byłaby kilka razy ciekawsza Mam wrażenie, że autor, nie mając pomysłu i mając około 200 stron dobrego, mrocznego tekstu, postanowił dokoptować parę wątków i postaci.

To, że bohaterowie są ze sobą w jakiś sposób połączeni, sprawia, że niestety nie da się ominąć nieprzyjemnych rozdziałów, by przejść do ciekawszych części, ponieważ wrzucenie szczura do studni jednego z bohaterów może mieć swoje konsekwencje 50 stron dalej.

Autor miał chyba również problemy z budowaniem napięcia. Główny bohater coś słyszy, pada deszcz, wiatr szaleje w pobliskim lesie… i nagle… czuję się, jakbym słyszała opowieść przedszkolaka. To nadużywanie, moim zdaniem, słowa „nagle” zaczyna po jakimś czasie irytować. To, co miało budować napięcie, burzy je, jak przerwa na reklamę.

Nie zrażając się jednak do naciąganych bohaterów i problemów z napięciem, książkę przeczytałam i jestem zadowolona. Nie zdradzę, czy Peter odnajdzie swoją rodzinę i jak skończy pośrednik nieruchomości spod ciemnej gwiazdy. Przeczytajcie sami i broń boże nie przerywajcie lektury po nudnawym kawałku z Kleinem w roli głównej.

4/10 




James Paul Blaylock, Widma minionych nocy, Prószyński i S-ka, 2011 
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

David Peace, 1974- Śmierć oczyma pismaka

Co, najbardziej, kręci korespondenta działu kryminalnego? Śmierć. Im bardziej okrutna, tym lepiej. Niewyjaśnione okoliczności, brak ciała, pruderia, powiązania z innymi niewyjaśnionymi sprawami- takich ludzi podnieca każdy temat, z którego da się wycisnąć sok do ostatniej kropli. Prośby rodziny, łzy, wspomnienia… ludzie kochają czytać o nieszczęściach innych. A korespondenci kryminalni uwielbiają zaspokajać żądze społeczeństwa.




Mogłoby się wydawać, że zaginięcie dziewczynki  to wszystko, czego potrzeba do szczęścia Eddiemu Dunfordowi.   I tak też początkowo jest. Dziewczynka ginie w drodze ze szkoły do domu. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wiem. Edward jest zachwycony.  Zrozpaczona rodzina błaga o pomoc i informacje, ciała nie ma. W skutek niespodziewanych okoliczności dziennikarz traci temat. Nie poddaje się jednak, ponieważ w sprawie zniknięcia dziewczynki, coś mu śmierdzi. Dzięki kilku, początkowo niepowiązanym zupełnie ze sobą wątkom, Edward odkrywa, że nic nie jest takie, jakim wydawało się na początku. W sprawę kilku niewyjaśnionych zaginięć wmieszani są ludzie bardzo wpływowi, którym nie podoba się to, że młody dziennikarz wsadza noc w nie swoje sprawy. Czy determinacja i siódmy zmysł pozwolą Edwadrowi doprowadzić sprawę do końca?
Kryminał, pod niezbyt ciekawym tytułem „1974”, którego autorem jest młody pisarz David Peace, choć, zważywszy na temat, powinien wciągać jak bagno, pozostawia niedosyt. Nie wiem, czy winą jest niedoszlifowany jeszcze styl pisarski, czy też to, jak autor stara się stylizować bohatera.  Główny bohater jest oschły, za wszelką cenę stara się nie wzbudzać sympatii czytelnika. Jest brutalny i nieprzyjemny. Cała książka stylizowana jest na opowiadanie o ludzkiej bezduszności.
Czytelnik może zaznajomić się z prawami, którymi rządzi się świat dziennikarstwa. Wyzute z uczuć notatki prasowe, łapanie informacji jak ochłapów mięsa, walna o tematy, babranie się w archiwach w poszukiwaniu jednego, jedynego tropu, który mógł zostać przeoczony. Jeśli dodamy do tego polityczną rzeczywistość pełną korupcji i żądzę walki, powstanie scenariusz na idealną książkę.  Niestety przez zbytnie pragnienie stworzenia brutalnego świata,  David Peace stworzył dość suchą powieść, której brakuje „tego czegoś”.
Jako, że „1974” będzie niedługo mieć kolejne części, pozostaje mieć nadzieję, że autor zmieni nieco podejście to języka, którym posługuje się w swojej książce. 

3/10

David Peace 1974,  Prószyński i S-ka,  2011

sobota, 2 kwietnia 2011

Jacek Piekara, Młot na czarownice - Na rany Chrystusa i inne herezje

W alternatywnym średniowieczu, w świecie, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu lecz zstąpił z niego i policzył się z wrogami, po ziemi stąpa sługa Pana, młot na czarownice, miecz aniołów… inkwizytor Mordimer.

„Młot na czarownice” to kolejny zbiór opowiadań Jacka Piekary o przygodach sługi bożego.  Książka składa się z pięciu, dość obszernych opowiadań, w których inkwizytor przemierza świat nawracając zagubione owieczki.  Heretycy głoszą, że Jezus zginął na krzyżu, ale wierni słudzy boży z radością naprowadzają ich na właściwą drogę. W średniowiecznym świecie, pełnym zła, herezji i czarów, inkwizytorzy nigdy się nie nudzą. Zawsze znajdzie się coś, co zwróci ich uwagę. Czy to chłopiec  ze stygmatami tam, gdzie nie powinno ich być (ponieważ w świecie, który stworzył Piekara, Jezus miał o jedną ranę mniej niż według naszej wiary), czy też stwór, który uwielbia mężczyzn i słodycze.  Altermatywne średniowiecze to jednak nie tylko czarownice i magia. To również czas pijaństwa, morderstw, cuchnących obywateli, smrodu popsutych zębów i bóg wie czego jeszcze.


Każde z opowiadań czytelnik może traktować zarówno jako kolejny rozdział, jak i osobną historię. W każdej części mamy okazję do podziwiania przenikliwości Mordimera Madderdina. W każdym z opowiadań autor skupia się na poszczególnych cechach swoich bohaterów. Poznamy między innymi kobietę tak zazdrosną i zgorzkniałą, że wydaje w ręce inkwizytorów swoją siostrę, murgrabiego, dla którego największą podnietą jest zadawanie bólu innym, śpiewaczkę, która marzy o pieniądzach i władzy.
Chociaż opowiadanie opowiadaniu nierówne, to Młot na czarownice Jacka Piekary czyta się bardzo dobrze. Mordimera Madderdina polubiłam od pierwszego spotkania. Bo chociaż Inkwizytor to miecz aniołów i młot na czarownice, pijaczyna łasy na pieniądze i lubiący przygodny seks mężczyzna, to mimo wszystko jest on bohaterem pozytywnym. Wbrew pozorom ma serce.


Książka Jacka Piekary charakteryzuje się czarnym humorem, ironią i prostym językiem. W świecie Inkwizytora nikt nie przejmuje się higieną i kulturą, wysłannicy kościoła nie ukrywają się ze swoją miłością do pieniądza, słabością do sięgania po kieliszek. Mam przeczucie, że książki Piekary to satyra na otaczający nas świat. Ciekawe, jak by się prezentowały w kanonie lektur szkolnych?

7/10

Jacek Piekara, Młot na czarownice,  2010, Fabryka Słów

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ally Condie, Dobrani - Wolność ma swoją cenę

W idealnych domach, na idealnych dzielnicach, w idealnych miastach, w idealnym świecie mieszkają idealni ludzie. Nie znają chorób, biedy, cierpienia. Nie znają również wolności.


Świat jest idealny. Cassia, główna bohaterka książki, stoi przed najpoważniejszą zmianą w swoim życiu. Czeka ją Bankiet Doboru. Doboru? Tak, ponieważ piękny, idealny świat, to nie dzieło natury, lecz człowieka. Specjalna organizacja zajmuje się wszystkim, co dotyczy ludzi i ich życia. Począwszy od wielkości rabatek przed domami, poprzez organizację czasu wolnego kończąc na dobieraniu partnerów. Po co to wszystko? Aby było idealnie. Wszyscy powinni być równi. Aby społeczeństwo było zdrowe i posiadało idealne potomstwo to Państwo sprawuje pieczę nad doborem przyszłych małżonków. To Państwo decyduje kto gdzie będzie pracować i jak spędzać wolny czas.
Okazuje się jednak, że nieważne, jak bardzo Funkcjonariusze, przedstawiciele Państwa, usiłują sprawować kontrolę nad obywatelami, zawsze znajdzie się ktoś, kto śni o wolności i możliwości podejmowania samodzielnych decyzji.  Cassia, tak jak inni obywatele właśnie czeka na swojego partnera. Okazuje się, że idealnym dla niej partnerem jest jej kolega z dzieciństwa Xander. Gdy dziewczyna chce obejrzeć informacje, które dostała o swoim wybranku, jej oczom nie ukazuje się jednak twarz Xandera lecz zupełnie innego chłopaka- Ky’a. Nie jest to jednak możliwe. Ky należy do Aberracji i nie jest brany. pod uwagę przy budowaniu kolejnego pokolenia obywateli.  Co się więc stało? Czy Cassia będzie szczęśliwa z Xanderem, czy też zbuntuje się i wybierze Ky’a?


Ally Condie pisząc „Dobranych” wzorowała się według mnie na świecie orwellowskim, gdzie człowiek pozbawiony jest możliwości wyboru i wszyscy są inwigilowani. Na początku myślałam, że autorka nie uniesie ciężaru antyutopii- na szczęście myliłam się. Candie poradziła sobie z tym zadaniem bardzo dobrze. Antyutopijna historia o perypetiach młodych ludzi jest bardzo przekonująca. Otaczający bohaterów świat nie jest naciągany, autorka dokładnie przemyślała to, o czym chce napisać i co pragnie pokazać.


Książka Ally Condie porusza tematy najważniejsze: miłość, przyjaźń i wolność, z której nie codziennie zdajemy sobie sprawę. Ludzie wolni swojej wolności nie doceniają do momentu, gdy jej nie stracą. Nie jest jednak trudno buntować się, gdy wiemy o co walczymy i co straciliśmy. Bohaterowie książki „Dobrani” walczą nie wiedząc dokładnie o co, bo wolności nigdy nie posiadali.
9/10

Ally Condie, Dobrani, Prószyński, 2011

recenzja zamieszczona na kobieta20.pl

piątek, 25 marca 2011

Kate Griffin, Szaleństwo aniołów - Cudowne ocalenie


„[…] W dzisiejszych czasach magia nie kryje się już w pnączach i drzewach. Skupia się tam, gdzie można znaleźć większą część życia, jarzącą się obecnie neonowym blaskiem” takie oto motto przyświeca książce Kate Griffin poświęconej… aniołom? Zmaganiom dobra ze złem? czarnoksiężnikom?


Książki dzielą się na kilka kategorii. Te, które wciągają czytelnika od samego początku i trzymają w napięciu do ostatniej strony, te, które nie wciągają w ogóle, które odkładamy z niesmakiem i takie, które początkowo wciągają, a potem zaczynają nużyć. „Szaleństwo aniołów czyli zmartwychwstanie Matthew Switfa” choć początkowo wydaje się ciekawa, nie pozostawiła we mnie tego czegoś, co sprawia, że kwalifikuję książki do ulubionych.

Głównego bohatera spotykamy w momencie jego zmartwychwstania. Budzi się on w swoim dawnym domu, bezbronny i osłabiony. Jego dom jest już jednak zamieszkany przez nowych lokatorów.  Gdyby Matthew był zwykłym człowiekiem, być może czułby się dziwnie. Lecz nasz bohater  jest czarnoksiężnikiem, więc nic co ludzkie i nieludzkie, nie jest mu obce. Matthew, nie mniej zdezorientowany niż czytelnik, wyrusza w miasto, by po chwili stoczyć pierwszą z wielu swoich walk. Co w tym niezwykłego? Otóż jego pierwszy przeciwnik składa się ze śmieci walających się po ulicach magicznego miasta, a jego duszą rządzi skrawek papieru z zapisanymi zaklęciami. Szybko okazuje się, że akcja będzie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać na początku. Przyjaciele Matthew zginęli w tajemniczych okolicznościach. Zarówno z tymi zgonami, jak i z niespodziewanym ożywieniem bohatera ma związek jedna osoba. Mężczyzna musi się zmierzyć ze złem, dowiedzieć się, kto ponownie powołał go do życia i zemścić się za uśmiercenie.


Książka, choć maniaków urban fantasy zapewne wciągnie, przeciętnego czytelnika może nie poruszyć. Autorka nie wnosi do literatury nic, czego do tej pory byśmy nie widzieli. Chociaż autorka w sposób umiejętny wprowadza nas w akcję, nie podaje nam wszystkich szczegółów na tacy i wielu rzeczy musimy się domyślać razem z bohaterem, książkę czytało mi się jakoś topornie. Teoretycznie książka zbudowana jest bardzo dobrze, miasto, dla osób „upoważnionych”, magiczne, pełne znaków, jest nie tylko szarnym tłem powieści, lecz żyje razem z bohaterami. Odczuwałam w nim chwilami magię Petersburga z opowiadań Czechowa. Losy bohatera są zarówno dla nas jak i dla niego tajemnicą, uczymy się wszystkiego razem z nim. Mimo wszystko, w książce brakuje mi tego czegoś, co zachęciłoby mnie to automatycznego sięgnięcia po tom następny.


Jeśli jednak chcecie się dowiedzieć, dlaczego bohater na okładce posiada skrzydła, kim są tytułowe anioły i gdzie mieszkają, sięgnijcie po książkę i cieszcie się magią życia, którą można znaleźć wszędzie. O ile wiemy, gdzie jej szukać.

3/10

Kate Griffin, Szaleństwo aniołów, Wydawnictwo MAG, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 22 marca 2011

Jacek Piekara, Miecz aniołów - Wiara kontra magia

„Przykro będzie, jeśli już nigdy nie dasz rady wsadzić go w rzyć młodego chłopca, prawda? – spytałem i znowu ścisnąłem mocniej”


Po książkę Jacka Piekary sięgnęłam bardzo chętnie. Chociaż o jego twórczości słyszałam nie tylko pochlebne opinie, nie czuję się zawiedziona. Piekara nie tworzy dla grzecznych, dobrze ułożonych dziewczynek, ani dla ludzi traktujących ze śmiertelną powagą kwestię wiary.
„Miecz aniołów” to zbiór opowiadań, których bohaterem jest Mordimer Madderin - licencjonowany inkwizytor biskupa Hez-hezronu, młot na czarownice, miecz aniołów itd. W skrócie- facet, który upewnia się, że wszystko dzieje się po myśli Kościoła. Myli się jednak ten, kto myśli, że Mordimer chodzi sobie grzecznie po świecie i spędza wieczory nad modlitewnikiem.


Piekara w swoich książkach o niezwyciężonym inkwizytorze przenosi nas do alternatywnego Średniowiecza, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zstąpił z niego i zajął się wyrównywaniem rachunków.
„Legioniści zerwali się w udawanym przerażeniu, które zaraz zamieniło się w prawdziwe, kiedy Jezus chlasnął mieczem i ściął jednemu z nich głowę, tak, że fontanna krwi z kadłuba bluznęła prosto na publiczność, a głowa odtoczyła się na skraj sceny. Oczywiście trwoga ogarnęła tylko drugiego z legionistów, gdyż pierwszy zginął, zanim zdążył się zorientować, że spektakl przybrał tak niespodziewany obrót.” Dla autora nie ma rzeczy niemożliwych. W tej rzeczywistości nawet przedstawienia teatralne dzieją się naprawdę. Makabryczne? Nie, po prostu niezwykłe spojrzenie na polską literaturę.


W „Mieczu aniołów” czytelnik ma okazję zapoznać się z pięcioma opowiadaniami: Głupcy idą do nieba, Kości i zwłoki, Sierotki, Maskarada i tytułowym Mieczem aniołów. Każde z tych opowiadań jest od siebie niezależne, więc można je czytać w dowolnej kolejności. Co je łączy? Między innymi Mordimer Madderin, alkohol i chędożenie. Łączy je również ciekawe podejście autora do otaczającego świata.


Chociaż opowiadania nie są genialne pod względem artystycznym, autor nie konstruuje intrygi niczym Agatha Christie, Miecz aniołów czyta się szybko i przyjemnie.  Książka ta, moim zdaniem, powstała po to, aby pokazać choć niektóre przywary współczesnych. Świat Piekary nie jest skomplikowany, jego bohaterowie nie zastanawiają się nad pięknem wszechświata lecz na tym czy, z kim i gdzie spędzą tę noc, czy na trzeźwo i głodno, czy też nie. Co nie oznacza, że autor pisząc książkę myślał tylko o jednym.
Piekara, świadomie lub nie, pokazuje ludzi takimi, jacy są. Bez zbędnych upiększeń i ozdobników. Gwałty, zabójstwa, pijaństwo, bluźnierstwa, chęć zysku, żądzą władzy. Taki jest świat i autor nie boi się o tym pisać. A to, że akcja opowiadań dzieje się w Średniowieczu? Tło opowiadań dodaje tylko smaczku.



8/10




Jacek Piekara, Miecz aniołów, Fabryka Słów, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 18 marca 2011

Haruki Murakami, 1Q84 - „Jeżeli w opowieści pojawi się pistolet to musi wystrzelić”

Za drugi tom książki 1Q84, której autorem jest Haruki Murakami zabrałam się z mieszanymi uczuciami. Nie czytałam tomu pierwszego, więc nie byłam pewna, czy odnajdę się w jego świecie.

Haruki Murakami, popularny, podobno najwybitniejszy japoński pisarz przenosi nas do świata bardzo dziwnego i skomplikowanego. Książka od samego początku była dla mine strasznie tajemnicza. Cały czas czułam, że czegoś nie wiem, nie jestem w temacie. Z drugiej strony, gdy autor raz po raz podkreśla rzeczy oczywiste, mam wrażenie, że nie wierzy on w moją inteligencję i zdolność kojarzenia.

Zagłębiając się bardzo powoli w rok 1Q84 czułam, nawet bez opisu tomu pierwszego, że główni bohaterowie powieści - perfekcyjna morderczyni Aomame, nauczyciel matematyki w wolnych chwilach piszący książkę- Tengo i gdzieś w oddali pojawiająca się autorka bestsellerowej książki Fukaeri znali się już wcześniej.

W swojej powieści Haruki Murakami przeplata ze sobą losy głównych bohaterów w taki sposób, że gdyby osobno wydać opowieść o Tengo i osobno o Aomame, ich historie nadal miałyby sens. Jak dowiadujemy praktycznie na początku tomu, główni bohaterowie znają się już z dzieciństwa. W wyniku dotyku, ich losy zostały ze sobą połączone na całe życie. Tengo i Aomame, chociaż zajęci swoimi „codziennymi” sprawami, coraz częściej o sobie myślą, coraz częściej ciągnie ich do siebie.

O czym właściwie opowiada 1Q84? To zależy. Z jednej strony jest to historia o zabójczyni, która dostaje od starszej pani swoje ostatnie zlecenie. Ma za zadanie zabić guru sekty kopulującego z młodymi dziewczynami.  Aomame, gdy ma okazję zabić swoją ofiarę, zaczyna mieć wątpliwości.  Dzięki swojemu „zleceniu” częściowo zaczyna rozumieć rzeczy, o których tak naprawdę  nie miała pojęcia…

Z drugiej to opowieść o Tengo, prawie zadowolonym ze swojego życia matematyku, który będąc ghostwriterem pomógł przy napisaniu książki „Powietrzna poczwarka” tym samy pakując się w nielada kłopoty…

O czym książka jest naprawdę?  O świecie realnym 1984 i o tym  nierealnym 1Q84, który wydaje się realniejszy o realnego. O dwóch księżycach, o powietrznej poczwarce, o little people. Kto nie przeczyta książki i tak nie zrozumie, bo 1Q84 to nie „Ogniem i mieczem”, które można opowiedzieć, a ktoś, kto nie czytał książki i tak będzie wiedział, co autor miał na myśli. Radzę jednak zacząć od tomu pierwszego, wtedy będzie łatwiej.

Treści książki nie warto tłumaczyć . Bo „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”

4/10

Haruki Murakami, 1Q84, tom II, wydawnictwo Muza, 2011

wtorek, 15 marca 2011

Nora Roberts, Smak chwili - Pyszne wypieki i niespodziewana miłość

Nora Roberts potrafi idealnie rozdzielić swoją mroczną i romantyczną stronę, co nie każdemu pisarzowi, który tworzy różne tematycznie książki, się udaje. 


„Smak chwili” jest trzecią częścią serii Ślubny kwartet. Bohaterkami książki są cztery przyjaciółki Emma, Parker, Laurel i Mac. Wspólnie prowadzą firmę „Przysięgi”, zajmującą się przygotowywaniem ślubów od A do Z. Dziewczyny dzielą się obowiązkami. Jedna robi zdjęcia, druga zajmuje się organizowaniem imprez, trzecia bukietami.

Każda z książek serii Ślubny kwartet poświęcona jest innej przyjaciółce. Główną bohaterką „Smaku chwili” jest Laurel, która na co dzień zajmuje się przygotowywaniem wypieków weselnych. Kobieta od dziecka lubiła gotować, jednak jej rodziców nie było stać na zapewnienie jej odpowiedniego wykształcenia. Dzięki pomocy „przyjaciół rodziny” Laurel mogła kształcić się w renomowanej szkole gastronomicznej.  Jej wypieki wzbudzają podziw i zazdrość. Dziewczyna w każde ciasto wkłada całe swoje serce. Nawet najprostsze ciasteczka jej autorstwa są wspaniałe. Dzięki swoim zdolnościom Laurel sprawia, że każda para młoda czuje się w dniu ślubu wyjątkowo. Chociaż „Przysięgi” przygotowały już wiele uroczystości, nie wszystkie dziewczyny są szczęśliwe. Laurel nie znalazła jeszcze swojej drugiej połówki. Nieoczekiwanie okazuje się, że czuje coś co Dela, brata swojej przyjaciółki, który do tej pory dla niej również był jak brat. Jak powinna postąpić Laurel? Poddać się uczuciu, czy też dać Delowi kosza?

„Smak chwili” to typowe romansidło, ale przyjemnie się je czyta. Muszę przyznać, że Nora Roberts potrafi idealnie rozdzielić swoją mroczną i romantyczną stronę, co nie każdemu pisarzowi, który tworzy różne tematycznie książki, się udaje. Trzeci tom kwartetu weselnego, to historia o miłości, przyjaźni i pasji. Nora Roberts pokazuje czytelnikom, że chcieć znaczy móc, a praca może sprawiać radość i być życiową pasją.

Chociaż, jak w każdej książce tego typu, wszystko jest słodkie, historia zawsze kończy się dobrze, a najważniejsze są miłość i przyjaźń, warto od czasu do czasu sięgnąć po tego typu pozycję. Bo przecież czasami można pozwolić sobie na chwile słabości i pogrążyć się w romantycznej historii, wiedząc, że na ostatniej stronie nastąpi happy end.


recenzja opublikowana na stronie dlalejdis.pl

5/10

Nora Roberts, „Smak chwili”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

czwartek, 10 marca 2011

Jan Tomasz Gross, Złote żniwa - Niewygodna prawda czy wierutne kłamstwo? Recenzja przedpremierowa

Nieczęsto spotykamy się z szumem medialnym przed publikacją książki lub ukazaniem się filmu. Wokół tej książki już rozpętała się mała burza. Co będzie po oficjalnej premierze? „Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów” bo o nich mowa, to najnowsza książka- zbiór esejów autorstwa Jana Tomasza Grossa. 


Ogólnym tematem książki są procedery, których dopuszczali się Polacy- bezczeszczenie żydowskich ciał i szkieletów w poszukiwaniu pieniędzy o kosztowności. Autor przywołuje publikacje, z którymi czytelnicy interesujący się tymi zagadnieniami mogli spotkać się już wcześniej, dodając później własne spostrzeżenia.
Nie mogę stwierdzić, czy opisywane przez pana Grossa wydarzenia miały miejsce naprawdę, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor od początku pisania książki ma wyrobione zdanie i jest nastawiony negatywnie do Polaków nazywając ich cmentarnymi hienami.
Nie mogę uwierzyć, że Ci sami Polacy, którzy przez lata ukrywali całe żydowskie rodziny narażając siebie i swoich bliskich na śmierć, ci sami Polacy, którzy pomagali Żydom w ucieczkach z getta, w końcu ci sami Polacy, którzy razem z Żydami umierali w obozach zagłady mogliby bezcześcić żydowskie mogiły w poszukiwaniu złotych zębów i obrączek.
Jan Tomasz Gross opisuje chciwość Polaków i innych narodów, którzy usiłują się wzbogacić na Żydach, którzy przeżyli okres Zagłady. To, że Niemcy zawłaszczali sobie mienie żydowskie, które udało im się zdobyć w obozach jest historycznym faktem. Natomiast nie uwierzę, że cały polski naród brał udział w tych czynach. Zapewne zdarzały się wyjątki, ponieważ zawsze wśród owiec znajduje się ta czarna, a wśród czarnych charakterów zawsze znajdzie się przyjaciel, jednak mam wrażenie, że Gross skupia się tylko i wyłącznie na kilku przypadkach, przypisując to większości.
Na uwagę zasługuje fakt, że do napisania książki skłoniła Pana Grossa fotografia ukazująca grupę ludzi nad kurhanem kości- jest to według autora niezbity dowód na uwiecznienie Polaków „podczas pracy”. Nie wiem jednak, czy autor może, ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, czy zdjęcie przedstawia faktycznie to, co jest mu przypisywane.
Warto zwrócić uwagę również na dwie inne pozycje Grossa „Sąsiedzi” i „Strach”, w których autor również atakuje Polaków rzekomo mordujących Żydów, zastanawiając się nad źródłem polskiego antysemityzmu w czasie wojny. Książka okazała się na tyle kontrowersyjna, że prokuratura postanowiła zbadać, czy Gross nie nawołuje do waśni narodowych*.
Nie mnie oceniać autora, zastanawiać się, czy jego nastawienie ma związek z pochodzeniem. Książka natomiast do mnie nie przemówiła. Nie zniechęcam jednak do jej przeczytania. Wręcz przeciwnie. Polecam ją, abyście mogli na sami zastanowić się nad tym, co jest prawdą, a co jedynie niechęcią lub nienawiścią.


1/10




Jan Tomasz Gross, „Złote żniwa”, Znak, 2011

* http://ludzie.wprost.pl/sylwetka/Jan-Tomasz-Gross/
książka ukazała się na stronie kobieta20.pl

środa, 9 marca 2011

Warris Dirie, Kwiat pustyni - Pustynny Kopciuszek na światowych wybiegach


Jeśli w głębi serca wierzysz w bajki o Kopciuszku, jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś o życiu i rytuałach, o których nikt nie mówi, które do tej pory są tematem tabu , a przede wszystkim poznać kulturę innego świata i kobietę, która złamała niepisane zasady, przeczytaj fascynującą opowieść o dziewczynie, której imię oznacza kwiat pustyni.



"Kwiat pustyni", to książka o dziewczynie, która z pasterki mieszkającej na pustyni przeobraziła się w królową międzynarodowych wybiegów dla modelek. Nie jest to jednak bajka o Kopciuszku, który zakochuje się w pięknym księciu, lecz prawdziwa historia o poświęceniu i wytrwałości.
Tytułową bohaterkę książki, Warris, poznajemy w dość niezwykłych okolicznościach- w czasie spotkania z lwem. Dzięki łasce Allacha 13-to letnia dziewczynka zostaje ocalona i możemy poznać jej zadziwiającą historię.
Warris urodziła się i wychowała w wiosce Nomadów, w Somalii. Do 13go roku żyła na pustyni z pięciorgiem rodzeństwa, zajmowała się wypasem zwierząt. Życie w Somalii nie było łatwe, choć nikt nigdy się na nie nie uskarżał. Dlaczego opowieść o Warris jest wyjątkowa? Być może nie jest, wszak wiele osób, które oglądamy w gazetach miało niełatwe dzieciństwo. Jednak nie każda osoba ze świecznika miała „przyjemność” przejścia rytuału obrzezania w wieku 5 lat, nie każda 6-cio latka została zgwałcona. Warris nie złamało jednak ani obrzezanie, ani gwałt. Uciekła, gdyż dowiedziała się, że ma zostać wydana za mąż.
Po ucieczce z domu, Warris przemierzyła pustynię, aby odnaleźć swoją rodzinę. Początkowo mieszkała u wuja, potem u siostry, wreszcie wyjechała z rodziną do Londynu i została służącą. Po wielu perypetiach, dzięki swojej wrodzonej sile umysłu i wierze we własne siły Warris udało się rozpocząć karierę modelki i w konsekwencji stać się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy świata mody.
Wielkim atutem książki „Kwiat pustyni” jest autentyczny opis otaczającego Warris świata. Czytelnik ma możliwość przenieść się do przepięknych zakątków Afryki i doświadczyć wszystkiego nie z perspektywy turysty lecz mieszkańca tego pięknego acz surowego kraju. Dzięki Warris Dirie wiele osób dowiedziało się, jaka jest pozycja kobiety w kraju, gdzie życie wielbłąda więcej znaczy niż życie człowieka. Najbardziej wstrząsający jest jednak dokładny opis obrzezania małych dziewczynek. Wierzę, że autorkę wiele kosztowało opowiedzenie o najboleśniejszych chwilach jej życia.
Większość książek o sławnych ludziach ma nam pokazać, że ich życie wcale nie było takie wspaniałe, jak wydaje się szaremu człowiekowi. Autobiografia przepięknej modelki została jednak napisana z innych pobudek. Miała ona na celu pokazać okrucieństwo rytuałów, którym poddawane są kobiety na krańcach świata. Warris Dirie jest obecnie ambasadorką ONZ i walczy o godność kobiet.
Książka „Kwiat pustyni” wciąga czytelnika w piękny i zarazem okrutny świat. Pozwala zobaczyć życie oczami dziecka, oczami muzułmanki, oczami kobiety, która w latach 80tych XX wieku nie miała pojęcia, czym jest ulica i musiała zacząć uczyć się żyć od nowa.

10/10

wtorek, 8 marca 2011

Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga I - Miłość, magia i polityka


Na „Namiestniczkę” czekałam z wielką niecierpliwością. Rosyjska fantastyka? Cudownie. Lecz chociaż bardzo lubię literaturę rosyjską, po rozpoczęciu lektury „Namiestniczki”, miałam mieszane uczucia. Już początek książki obfituje w olbrzymią ilość postaci i wątków, a zagłębianie się w opasłe tomisko to dopiero początek.



Główną bohaterką książki Wiery Szkolnikowej jest Enrissa, tytułowa namiestniczka imperium Anryjskiego. Enrissa jest osobą inteligentną, opanowaną i pewną siebie. Włada swoim państwem lepie niż niejeden mężczyzna, a swojego tytułu nie traktuje z przymrużeniem oka.
Aby książka zainteresowała czytelnika, życie bohaterów nie może być łatwe i piękne. Potrzebne są problemy, z którymi główny bohater, koniec końców, się upora. Co czeka naszą namiestniczkę? Nad spokojne niebo imperium nadciągają ciemne chmury. Enrissa dowiaduje się o starożytnym proroctwie, w myśl którego do imperium ma powrócić wygnaniec aby obalić kraj. Aby tego uniknąć musi, między innymi, odnaleźć Księgę, która podobno zniknęła w nieznanych okolicznościach.
Na uwagę zasługują również inne wątki, według mnie, nie mniej ważne niż główny. Podejrzane i dość specyficzne uczucia między bliźniakami Ivenną i Innuonem, pakty i gierki magów będących pomocnikami namiestniczki, próby wyswatania Innuona przez matkę, Lady Sibillę.
Gdyby „Namiestniczka” była opowieścią o samej Enrissie, nie byłoby problemu. Niestety, lub na szczęście, autorka wprowadziła tyle postaci i wątków, że chwilami nie wiem, kto jest głównym bohaterem. Namiestniczka, bliźniaki Innuon i Ivenna, Soenna,  a może magowie pełniący rolę doradców? Na ośmiuset stronach wątek każdej z tych osób jest prawie tak samo ważny, jak wątek tytułowej bohaterki, co niewprawionym czytelnikom może przysporzyć sporych problemów.  Autorka książki nie popisała się również tłem powieści, choć to akurat nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, bo w książkach fantasy już chyba wszystko, co mogło zostać wymyślone, już dawno zostało opisane.
„Namiestniczka” to połączenie powieści sensacyjnej, legend, baśni, miłości, wojen, polityki, magi… a wszystko to w mroźnej i śnieżnej krainie, która przywodzi mi na myśl zimową Rosję.
Pomimo zawiłości akcji, pomieszanych wątków, w których chwilami ciężko się rozeznać i ogromnej liczby bohaterów głównych i postaci pobocznych , których mogłyby pozazdrościć tasiemce, książka Wiery Szkolnikowej naprawdę mi się spodobała. I chociaż, być może, wbrew reklamie na okładce książki, nie jest to najlepsza fantastyka na świecie, z chęcią przeczytam następne księgi powieści.
Książkę polecam miłośnikom fantastyki, którzy nie zrażają się mnogością wątków i mają dobrą pamięć.

5/10

 
Namiestniczka księga I, Wiera Szkolnikowa, Prószyński i S-ka, 2011 


recenzja opublikowana na kobieta20.pl 

poniedziałek, 7 marca 2011

Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi - Nieludzka ziemia Józefa Czapskiego

Stosunki polsko- rosyjskie w sprawie Katynia były, są i będą napięte. Być może nie byłyby takie, gdyby w sprawy ludzkie nie mieszały się rządy, ustawy i raporty. 



Interesuję się tematyką polsko- rosyjską i stricte rosyjską od dawna, dlatego chętnie sięgnęłam po książkę- dokument Józefa Czapskiego pt „Na nieludzkiej ziemi”.

Książka ta składa się z trzech części. Pierwsza, Wspomnienia starobielskie, objętościowo niewielka, skupia się na nazwiskach. Czapski stara się wymienić jak najwięcej osób, z którymi zetknął się w czasie obozowego życia, tworząc swoisty spis nazwisk napotkanych, lecz niezapomnianych, oddając im w ten sposób swego rodzaju hołd. Pamięć jest najważniejsza.
Część druga, Na nieludzkiej ziemi, opowiada o myślach, przeżyciach i spostrzeżeniach Czapskiego na ziemi Sowieckiej głównie w latach 1941-42, choć część ta była pisana dłużej. W tym czasie, autor był oddelegowany do grupy poszukującej polskich zaginionych oficerów. Tak, oficerów, którzy później zostali odnalezieni w Katyniu.
Część trzecia, Prawda o Katyniu, to porównanie tez niemieckich, rosyjskich i polskich dotyczących zamordowanych oficerów. To również ból związany z milczeniem i kłamstwami Francji i Anglii. Czapski bez zbędnych upiększeń opisuje, co, dokładnie stało się z naszymi oficerami, w jaki sposób zostali zamordowani.

Dzięki zapiskom Czapskiego dowiadujemy się, w jaki sposób, w jakich warunkach wywożono Polaków na wschód,  jak wyglądało życie w Rosji, najpierw w rzeczywistości obozowej, gdzie pomimo nieludzkich warunków, ludzie zachowali resztki człowieczeństwa, gdzie pomimo wielkiego głodu ludzie dzielili się ze sobą kromką chleba. Potem nadeszła era „wolności”. Polacy zostali uwolnieni, jednocześnie zostali przywróceni do czynnej służby, aby walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. W tym właśnie czasie autor usiłował trafić na jakikolwiek trop swoich przyjaciół.  Czapskiemu nie udało się dotrzeć do grobów. O odkryciu dowiedział się drogą radiową, w czasie swojego pobytu w Iraku razem z Armią Polską.

Nie mnie oceniać ludzi, dlatego nie będę pisać, co sądzę o postawie kolejnych państw w odniesieniu do Katynia i Polaków. Wiem jednak, że za każdą zbrodnię odpowiada kilka osób, reszta zmuszona jest do wykonywania rozkazów pod groźbą śmierci. Czytałam wiele książek o życiu obozowym Polaków, Niemców i Rosjan. I wiem, że tamten okres skrzywdził naród rosyjski nie mniej niż nas. Oni również ginęli, przymierali głodem, patrzyli, jak ich najbliżsi odchodzą.  Mam wrażenie, że Polacy i Rosjanie są sobie bliżsi niż myślą. Nie chcą się jednak do tego przyznać. Wydaje mi się również, że Czapski opisując ludzi rzucających jedzenie do ciężarówek wiozących oficerów do obozów, to, jak pojedynczy ludzie odnosili się do siebie, nie widział w Rosjanach wrogów, lecz takich ludzi jak wszyscy.


6/10



Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl
 

czwartek, 3 marca 2011

Irena Matuszkiewicz, Szepty - Wesołe jest życie staruszki?

Książka Ireny Matuszkiewicz to opowieść o skomplikowanych i zakłamanych relacjach rodzinnych oraz prostych i szczerych między całkowicie obcymi sobie osobami.


Chociaż „Szepty” to opowieść o relacjach międzyludzkich, najbardziej wciągająca wydała mi się historia Funi. Nobliwa pani, z osobistych względów, musiała porzucić swoje samodzielne życie i przeprowadzić się do domu córki. Niestety, nie jest w stanie poczuć się tam, jak u siebie w domu. Nie może dogadać się z córką, która bardzo przypomina jej zmarłego męża, wnuczka zauważa ją tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje, a zięć? Zwyczajnie ignoruje. Córka więzi więc swoją matkę w złotej klatce, nie pozwalając jej na jakiekolwiek obowiązki domowe. Na domiar złego w domu każdy ma swój własny świat, a mieszkańcy porozumiewają się tytułowym szeptem. Życie Funi zmienia się o 180 stopni dopiero po poznaniu Alebabek.

Alebabki, (nie mylić z Alibabkami), to kobitki wchodzące w jesień życia. Nie są to jednak schorowane, biegające do kościoła i wiecznie narzekające na młodzież i rząd mohery. Alebabki to dziewczyny z dużym poczuciem humoru, wielkimi pokładami energii, które w wolnym czasie biegają na wykłady, uczestniczą w warsztatach, chodzą do kina i przede wszystkim umilają sobie czas dobrym towarzystwem.

Funia, Mundzia, Jola, Michasia, Wiera i Honorata, jak wszyscy, mają swoje problemy i zmartwienia. Jedna nie potrafi dogadać się ze swoją rodziną, druga ma problemy z mężem, trzecia z nałogiem. Nie przeszkadza im to jednak w najmniejszym stopniu cieszyć się życiem. Przyjaciółki, bo tak nazwałabym, grupę kobiet, są zaprzeczeniem starszych pań, o których myślimy, mówiąc „starsza pani”. W przerwach między dokształcaniem i ciekawymi filmami Alebabki spotykają się na wspólnych obiadach, dzieląc się plusami i minusami życia

Książka Ireny Matuszkiewicz napisana jest w ciepły i optymistyczny sposób. Starsze panie zamiast narzekać na swój los, cieszą się każdym dniem. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w życiu staruszków jest miejsce na tak wielkie radości i prawdziwe przyjaźnie.

Kiedyś wydawało mi się, że młodzi czytają książki o pięknych, młodych i bogatych, a dopiero w kwiecie wielu sięgamy po literaturę ze starszymi ludźmi w rolach głównych. Irena Matuszkiewicz udowadnia, że nawet osoba wchodząca dopiero w dorosłe życie może śmiać się i wzruszać, zaczytując się w przygodach żwawych staruszek. I jeszcze jedno: to nieprawda, że wszystkie okładki kłamią. „Szepty” to naprawdę poruszająca opowieść!

7/10


Irena Matuszkiewicz, „Szepty”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
 

Melissa de la Cruz, Zbłąkany anioł, Krwawe walentynki - Wampiry są wśród nas



Wampiry towarzyszą czytelnikom i widzom już od dłuższego czasu. Było kilka filmów, wydano kilka ciekawych książek. Teraz jednak wampiry stały się prawdziwą plagą. Przyznam się szczerze, że czuję się wręcz osaczona wampirzą tematyką.


Zaczynając lekturę bestsellera „New York Timesa”, „USA Today” i „Wall Street Jurnal” starałam się nie myśleć o tym, że w dzisiejszych czasach dosłownie należy napisać przynajmniej jedną książkę z wampirami w roli głównej. Rekomendacja tak zacnych gazet sprawiła, że nie miałam oporów przed sięgnięciem po tę książkę. Melissa de la Cruz tym razem w jednej książce zawarła dwie: „Zbłąkany anioł” i „Krwawe walentynki”.

„Zbłąkany anioł” opowiada o perypetiach Schuyler i Jacka, którzy, ścigani przez mściwą Regentkę Mimi, usiłują uratować świat.  Bohaterowie, niestety, nie wiedzą dokładnie, w jaki sposób, gdzie i przede wszystkim, przed kim będą tego świata bronić. W grę wchodzą błękitnokrwiste wampiry, czerwonokrwiści ludzie i niezidentyfikowane demony. Równolegle z przygodami Schuyler i Jacka poznajemy dokładniej Mimi i biurokratyczny świat wampirów. Z nieznanych sobie powodów bardziej polubiłam mściwą Regentkę, niż zakochanych w sobie głównych bohaterów. Być może dlatego, że ckliwa miłość między wampirami, którzy nie mogą ze sobą być, to dla mnie zbyt wiele.

„Krwawe walentynki” z kolei to trzy krótkie opowieści o miłości między wampirami, ludźmi i czarownicami. Chociaż miały one rzucić nowe światło na świat i dzieje wampirów, dla mnie mogłyby być odrębną książką.

Nie potrafię szczerze polecić lub przestrzec przed lekturą opowieści o „Błękitnokrwistych”. Ci, których tematyka związana z gryzieniem w szyję zafascynowała powinni po „Zbłąkanego anioła” sięgnąć bez ociągania. Ci zaś, którzy czują przesyt tego typu literaturą powinni przeczekać, bo jestem pewna, że za jakiś czas zmienią się trendy i nie będziemy już bombardowani wampiryzmem. Z jednej strony temat wampirów jest już tak oklepany, że  nic nowego nie da się wymyślić, wiec w książce powtarzają się motywy, z którymi czytelnicy mogli zetknąć się już wcześniej. Z drugiej jednak, gdyby zapomnieć, że czytamy o wampirach, pojawia się naprawdę ciekawa książka przygodowa. Jeśli więc nie przeraża Was słowo „wampir”, spokojnie możecie zaryzykować.

4/10

Melissa de la Cruz, „Zbłąkany anioł / Krwawe walentynki”, Wydawnictwo Jaguar 2011


recenzja zamieszczona na dlalejdis.pl
 

czwartek, 24 lutego 2011

Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie - Mali ludzie, wielkie czyny

„Obok stały „Choroby owiec”, [...]. Babcia Obolała była ekspertem od owiec, choć uważała je za „worki kości, oczu i zębów, które tylko szukają nowych sposobów żeby zdechnąć”   

Z twórczością Terry’ego Pratchetta zetknęłam się po raz trzeci. Miałam przyjemność przeczytać wcześniej „Kolor magii” i „Równoumagicznienie”. Choć jego książki nie należą do typowej fantastyki, są jedyne w swoim rodzaju. Nie zrozumie tego ten, kto jeszcze nie sięgnął po żadną z książek Terry’ego Pratchetta.
„Każda kraina potrzebuje swojej własnej czarownicy” i chociaż prawdziwe czarownice mogą powstać tylko na bardzo twardej skale, kreda też czasem może sprawić niespodziankę.

Główną bohaterką książki Terry’ego Pratchetta jest Tiffany Obolała, jedna z siedmiorga dzieci rodziny Obolałych. Na pozór zwyczajna dziewczynka, zajmująca się wyrobem mleka i serów oraz pilnowaniem wiecznie klejącego się brata Wentwortha, ma w sobie coś wyjątkowego. Mała Tiffany jest dzieckiem bardzo ciekawym świata. Gdy tylko może, dokształca się u przejezdnych nauczycieli wypytując ich o każdy nurtujący drobiazg. Dzięki swojej inteligencji, sprytowi i dobrej znajomości baśni dla dzieci, Tiffany udaje się unieszkodliwić potwora, który pewnego słonecznego dnia nawiedza krainę dziewczynki. Poczynania dziecka śledzą Nac Mac Feegle’gowie i Panna Tyk, która postanawia uzmysłowić Tiffany jej wielki dar i nauczyć ją bycia czarownicą.
Jakiś czas po potyczce z rzecznym stworem zostaje uprowadzony mały Wentworth, a Tiffany opuszcza rodzinny dom, by z pomocą małych, lecz dzielnych stworzeń, uwolnić brata z rąk złej Królowej, która porwała chłopca do swojego świata.

„Wolni Ciut ludzie” to kolejna książka Terry’ego Pratchetta z serii „Świat dysku”, pierwsza z podserii z Tyffany Obolałą, w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Dzięki pochodzeniu tłumacza Ciut ludzie nabyli śląskiego akcentu, dzięki czemu ich dialogi są śmieszne i niespotykane w tego typu pozycjach. Książka wiele zawdzięcza dobremu panu Cholewie, który chyba wziął sobie do serca powiedzenie o tłumaczeniach i kobietach.

Chociaż akcja książki jest umiejscowiona w Świecie Dysku, czytelnik nie odczuwa tego tak, jak w innych powieściach Pratchetta, gdzie było to wyraźnie zaznaczane. „Wolni Ciut ludzie” wciągają czytelnika i nie pozwalają mu się nudzić nawet przez chwilę. Fantastyka Terry’ego Pratchetta to mieszanka baśni braci Grimm, Alicji z krainy czarów, Czarnoksiężnika z krainy Oz i ludowych opowieści. Dzięki połączeniu różnych światów, książka  Pratchetta jest wyjątkowa.

Przygoda Tiffany wciąga bardziej niż większość bajek i baśni razem wziętych. Być może dlatego, że na każdym kroku młodej czarownicy towarzyszą sześciocalowi wojownicy znani przede wszystkim z „kradzenia, pijatyk i bijatyk”. Dzięki umiejętnościom odziedziczonym po Babci Obolałej, dodatkowym myślom i wejrzeniom oraz patelni, sznurkowi i książce „Choroby owiec” Tiffany może pokonać każdego, nawet najgroźniejszego potwora, który zagraża życiu braciszka i ukochanej krainie.
A terozki nie zastanawiajcie się długo i sięgnijcie po egzemplarz „Wolnych ciut ludzi”. Bydzie piknie.


7/10



Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie Przekład: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


niedziela, 20 lutego 2011

Mateusz Grzesiak, AlphaMale - Samcze opowieści

Dawno temu, w zamierzchłych czasach, człowiek prehistoryczny wychodził z jaskini upolować mamuta,a kobieta, sprowadzona do roli pilnującej ogniska domowego i rodzącej dzieci, czekała na swojego władcę Mateusz Grzesiak po części w tej epoce pozostał.
Autor na okładce ostrzega „Ta książka jest mocna i bardzo prawdziwa. Wymagania: minimum 18 lat i dużo fantazji w obu głowach”. Mocnych i prawdziwych książek się nie boję, jestem pełnoletnia, na brak fantazji nie narzekam, lecz książka do mnie nie przemówiła. Widocznie pan Grzesiak zapomniał dopisać „specyficzne poczucie humoru i/lub otaczającego świata”.

„AlphaMale” przyciągnęła mnie czerwoną, odważną okładką. Fragment seksownej kobiecej postaci, uwodząco ściągającej bieliznę, najzwyczajniej w świecie mnie zaciekawił. Myślałam, że książka będzie opowieścią o zimnej i wyrachowanej pannie naciągającej tępych jeleni na kasę, która trafi na jakiegoś faceta robiącego to samo z pustymi laskami. Niestety, zawiodłam się.

Dla mnie treść zawarta w książce jest trochę jak instrukcja konstrukcji cepa. Niby każdy wie, jak cep działa i wygląda, ale mało kto potrafi poszczególne części nazwać. Podobnie z „AlphaMale” To instrukcja dla facetów. Co i jak należy zrobić, aby używając odpowiednio głowy i jaj, upolować zwierzynę, czyli kobietę. W książce znajdziemy takie tematy jak facet w społeczeństwie, jak działa Matrix, wartość socjalna, pieniądze, status społeczny, sława, atrakcyjność. A wszystko po to, aby wytłumaczyć w sposób łopatologiczny tępemu samcowi, co ma powiedzieć lasce stojącej na przystanku, aby nie wyjść na imbecyla, po co są mu potrzebne zarobione pieniądze i jak nie używając argumentów siłowych, wyrazić swoje zdanie. Na początku nie byłam pewna, jak mam się odnieść do tej pozycji. Z miejsca napisać, że autor jest świrem? Przecież nie jest.  Zwyczajnie usiłuje pokazać innym facetom, że laskę można zdobyć, nie gwałcąc jej. Tylko, żeby kilka razy pisać o tym, że facet powinien być czysty i schludnie ubrany?

Z założenia książki czytają faceci inteligentni i kulturalni. A takiemu wskazówki, jak leżeć na kobiecie, by nie uciekła czy, żeby odbyć z nią stosunek seksualny tylko za jej przyzwoleniem, jest zbędna. Jeśli książka ma za zadanie naprowadzić na dobrą drogę neandertalczyków, to chyba jednak powinna być drukowana na etykietach tanich butelek win.

Nas, kobiet ta książka raczej niczego nie nauczy. Będzie jednak idealna, jeśli chcemy pośmiać się z głupoty płci brzydszej. Jeśli chodzi o facetów, to swojemu ukochanemu jako biblię postępowania wolę jednak na wszelki wypadek wręczyć egzemplarz „Ojca Chrzestnego”. Wolę, aby nie czytał o tym, jak nachylić się nad zupełnie obcą babką w ten sposób, aby z ochotą i bez skrępowania wskoczyła mu do łóżka.

3/10


Mateusz Grzesiak, „AlphaMale”, Wydawnictwo Helioon, 2008


recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Zoe Fishman, Kwestia równowagi - Przyjaźń i joga

Kolejna babska książka o miłości, przyjaźni, rozstaniach i powrotach. Kolejne szczęśliwe zakończenie. 
Czy można napisać coś, co jeszcze nie zostało w tym temacie powiedziane? Czy pisząc o przyjaciółkach na śmierć i życie, można jeszcze przyciągnąć przeciwników? Oczywiście, że można. Wystarczy mieć talent, jaki posiada debiutująca pisarka Zoe Fishman.


„Kwestia równowagi” opowiada o wyjątkowym związku czterech całkowicie różnych kobiet. Charlie, Sabine, Naomi i Bess spotykają się przypadkiem na zjeździe absolwentów uczelni. Kiedyś dobre znajome z akademika, dziś niewiele mają sobie do powiedzenia. Każda z nich prowadzi inne życie, ma inne problemy. Łączy je jedno. Każdej z nich czegoś brakuje. Charlie, właścicielka słabo prosperującej szkoły jogi namawia swoje dawne koleżanki na wizytę na zajęciach. Wszystkie się zgadzają, lecz każda ma ukryty w tym cel. Lepsze pośladki, interesujący artykuł, dodatkowy zarobek. Żadna z nich nie wie, jak kilka weekendów zmieni całe ich życie.

Choć autorka porusza tematy stare jak świat, zwraca również uwagę na inne sprawy. Jedna z bohaterek książki, samotna matka, dowiaduje się, że cierpi na stwardnienie rozsiane. Inna  bohaterka powieści pragnie wyciągnąć z koleżanek szczegóły ich życia i napisać artykuł o niespełnionych kobietach, będący przepustką do lepszego świata. Spodziewałam się tradycyjnych problemów amerykańskich 30-latek, a poznałam kobiety stojące przed naprawdę ważnymi życiowymi wyborami. Zoe Fishman przybliża czytelnikom losy kobiet, którym daleko do bohaterek „Seksu w wielkim mieście”. Nie są piękne i bogate, ich jedynym problemem nie jest wybór sukienki na wieczór. Bohaterki „Kwestii równowagi” to prawdziwe kobiety z prawdziwym życiem, które nie jest kolorowe. Dzięki jodze, a właściwie swojemu towarzystwu, z zagubionych i niepewnych siebie stają się silne i twarde.

„Kwestia równowagi” to ciepła i optymistyczna książka. Choć opowiada o tematach przemaglowanych przez setki pisarek na tysiące sposobów, wcale nie jest nudna i sztampowa. Zoe Fishman opisała przyjaźń czterech dziewczyn tak interesująco, że nie sposób nie polubić tej książki.  Czytając o problemach i przyjaźni, czytelnik nabiera przekonania, że zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji.

Zoe Fishman nie napisała książki patetycznej, w której zawarte są wszystkie mądrości świata. Stworzyła zwyczajną powieść dla zwyczajnych kobiet. I sprawia, że czytelniczka pod koniec lektury uśmiecha się sama do siebie, zdając sobie sprawę, że życie wcale nie jest takie złe.

6/10

Zoe Fishman, „Kwestia równowagi”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011


recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 17 lutego 2011

Nora Roberts (J.D. Robb), Śmiertelna fantazja - Wirtualne życie, rzeczywista śmierć

Z twórczością Nory Roberts spotkałam się po raz pierwszy. Początkowo do jej najnowszej książki podeszłam sceptycznie. Pomyślałam, że tak płodna autorka nie może tworzyć książek ciekawych i unikatowych. Okazało się, na szczęście, że bardzo się myliłam.
Głównymi bohaterami serii In death są Eve Dallas, porucznik wydziału zabójstw nowojorskiej policji i jej mąż Roarke. Powieść „Śmiertelna fantazja” opowiada o jednym ze śledztw prowadzonych przez inteligentną i błyskotliwą panią porucznik. Sam scenariusz książki jest podobny do innych kryminałów, jednak „Śmiertelną fantazję” od innych odróżnia tło  powieści.

Główni bohaterowie żyją w świecie całkowicie skomputeryzowanym. Obsługują ich inteligentne roboty, jedzenie jest wytwarzane w zmyślonych maszynach, nikt nie przejmuje się zwyczajnym gotowaniem. W nowoczesnym świecie królują oczywiście fantazyjne gry i komputery. Nikt już nie siedzi z myszką w ręce. Wszystko dzieje się w wirtualnej rzeczywistości na wielkich hologramach. Gracze podczas misji przenoszą się do innej rzeczywistości, odczuwają każde uderzenie przeciwnika.

Podczas jednej z takich zabaw w okrutny sposób ginie Bart Minnock, właściciel prężnie rozwijającej się firmy produkującej gry. Dla Evy Dallas byłoby to kolejne zwyczajne śledztwo, gdyby nie to, że głowa Barta zostaje znaleziona na drugim końcu pokoju, w którym gracz przebywał całkowicie sam. Nie ma narzędzia zbrodni, a główny dowód w sprawie ulega samozniszczeniu. Porucznik musi zmierzyć się ze zjawiskami, których nie rozumie i z nierzeczywistymi przeciwnikami. Czy jej się uda? Kto i przede wszystkim jak zamordował Barta?

„Śmiertelna fantazja” to jeden z lepszych kryminałów, jakie czytałam. Wartka akcja i ciekawe dialogi sprawiają, że czytelnik sam próbuje rozwiązać zagadkę kryminalną, a to nie takie łatwe. Nora Roberts może pochwalić się prawdziwą umiejętnością pisania ciekawych książek. Nie zauważyłam w jej powieści schematów często powtarzanych przez autorów kryminałów, autorka nie próbuje na siłę upodabniać swojego stylu pisania do stylu wielkich autorów tego gatunki. Książkę Nory Roberts czyta się po prostu szybko i przyjemnie.


7/10


Nora Roberts (J.D. Robb), „Śmiertelna fantazja”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011



recenzja zamieszczona na kobieta20.pl 

wtorek, 15 lutego 2011

Maureen Jennings, Ostatnia noc jej życia - Śmierć w śnieżnym Toronto

Co zrobić, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie nieznana nikomu dziewczyna? Wezwać kanadyjski odpowiednik Sherlocka Holmesa.
Książka Maureen Jennings „Ostatnia noc jej życia” to „pierwsza z serii siedmiu książek o przystojnym kanadyjskim detektywie, ukazująca realia Toronto z końca XIX wieku”. Nie wiem wprawdzie, czy detektyw Murdoch faktycznie jest tak przystojny jak Sherlock i obdarzony taką intuicją jak Herkules Poirot, jednak jak na amerykańskie warunki- daje radę.


Pierwsza z książek Maureen Jennings opowiada o zamordowanej w niewyjaśnionych okolicznościach służącej pochodzącej ze wsi. Dziewczyna została znaleziona zupełnie naga  w okolicy niecieszącej się dobrą reputacją. Detektyw Murdoch powoli i z mozołem szuka mordercy. Sprawa dodatkowo komplikuje się w chwili, gdy ginie panna lekkich obyczajów, mająca na sobie jedną z rzeczy zmarłej dziewczyny. Kto może gustować w biednych służących i prostytutkach? Jak znaleźć mordercę w dzielnicy pełnej podejrzanych osobników? Może należy poszukać w otoczeniu rodziny u której mieszkała i pracowała zamordowana? A może prostytutka i służąca ze wsi były ze sobą w jakiś sposób związane?

Książka, jeśli mam być szczera, niezbyt mnie wciągnęła. Zagłębiając się w skomplikowane analizy detektywa Murdocha, „wsłuchując” się w jego przemyślenia, ciągle miałam przed oczyma wspaniałych bohaterów książek  Agathy Christie i sir Artura  Doyle'a. I chociaż kryminały uwielbiam, Murdoch mnie nie zauroczył w taki sposób, jak czynili to bohaterowie innych kryminałów. Brakowało mi tutaj subtelnie utkanej krytyki, prawdziwej głębi charakterów i lekkości pióra autorki. Jedynym plusem książki jest tło wiktoriańskiego Toronto, a ja mam sentyment do książek osadzonych w historii.

Książkę da się oczywiście przeczytać, można mieć nawet radość z rozwiązywania zagadek i powolnego zbliżania się do zabójcy. Maureen Jennings nie dorównuje jednak w żaden sposób mistrzom powieści kryminalnych.

Pozostaje mieć nadzieję, że autorka, w miarę pisania kolejnych książek, uwierzy w swój talent, przestanie pisać zachowawczo i zacznie intrygować czytelnika, a detektyw Murdoch zaprzestanie nieciekawych rozmów z właścicielami domu, u których wynajmuje pokój.
4/10

Maureen Jennings, "Ostatnia noc jej życia", Oficynka 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 12 lutego 2011

Bernard Cornwell Ostatnie królestwo - Przyszłość rodzi się w ogniu wojny




„Ostatnie królestwo” to kolejna historyczna propozycja Bernarda Cornwella.
Kto lubi spokojne i pełne melancholii pozycje, niech zostawi „Ostatnie królestwo” miłośnikom książek pełnych zwrotów akcji, w których krew leje się strumieniami.


Głównym bohaterem książki jest Uhtred, angielski eldormen. Poznajemy go jako dziesięcioletniego chłopca mieszkającego w XIX wiecznej Anglii w czasie walk z Duńczykami, znanymi jako Wikingowie. Podczas jednej z niezliczonych w tych czasach wojen o terytoria, ginie ojciec Uhtreda, a on sam zostaje porwany przez Wikingów w myśl zasady- należy zostawić jedną osobę przy życiu, aby opisywała okrucieństwo i siłę Duńczyków. Uhtred nie zostaje jednak ani wypuszczonym aby głosić duńską potęgę,  ani zgładzony- żyje w obozie Duńczyków jako swego rodzaju maskotka. W biegiem czasu zdobywa coraz większe zaufanie Wikingów i sam zaczyna im ufać. Tworzy się między nimi dziwna więź- wszak jak można kochać zabójców swojego ojca?

Uhtred dorasta pod bacznym okiem Ragnara, ucząc się sztuki walki.  Zabija też pierwszych ludzi. To właśnie swojego wroga zaczyna darzyć uczuciem. Ragnar staje się dla niego jak ojciec, a jego kompani jak rodzina. Po wielu walkach i zwrotach akcji, Ragnar ginie, a nastoletni Uhtred dostaje się do obozu Anglików i zaczyna służyć pod wodzą Alfreda, ostatniego władcy niepodległego angielskiego królestwa.

Książka Bernarda Cornwella, choć na pierwszy rzut oka wydaje się długa i monotonna, niesamowicie wciąga. Narratorem powieści jest sam Uhtred, dzięki czemu powieść czyta się jak pamiętnik. „Ostatnie królestwo” to opowieść o miłości, wojnie, męstwie i decyzjach, które wpływają nie tylko na losy głównych bohaterów, ale również na losy całego kraju.

Bernard Cornwell to autor, który zaciekawi czytelników lubiących powieści historyczne okraszone głębokimi scenami walk. To autor dla tych, których nie przerażają ponad pięciuset stronnicowe powieści. „Cornwell uchodzi za mistrza militarnych opisów i fani historycznych batalii na pewno będą nimi zauroczeni. Warto podkreślić, że są to książki dla wszystkich, którzy lubią przygody w oprawie historycznej.”

Powieść tę czytało mi się bardzo dobrze i zadziwiająco szybko, choć nigdy za książkami historycznymi nie przepadałam. Szczególnie przypadł mi do gustu sposób przedstawienia postaci oraz porównania kultur Wikingów z chrześcijaństwem. Okazuje się bowiem, że poganie i wierzący mają ze sobą więcej wspólnego, niż można sądzić.

Jeśli chcecie wiedzieć, jak potoczyły się losy Uhtreda, czy postanowił zostać Duńczykiem czy też walczyć po stronie Anglii, jeśli chcecie się poznać przejmującą opowieść chłopca od którego zależały losy całego kraju, koniecznie sięgnijcie po książkę Cornwella. Obiecuję, że nie pożałujecie i po skończonej lekturze zaczniecie czytać inne książki tego autora. Ma on nam jeszcze wiele do zaoferowania.



8/10

Bernard Cornwell, „Ostatnie królestwo”, Instytut Wydawniczy Erica, 2010



recenzja opublikowana na kobieta20.pl