Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 04/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 04/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 kwietnia 2011

Daniela Silva, Uciekinier - Poszukując uciekiniera

Podobno miliony czytelników uznały Daniela Silvę za „najwybitniejszego przewodnika po niebezpiecznych siłach rządzących światem”. Czytając bardzo pochlebne opinie o autorze i jego poprzednich książkach, chciałam sprawdzić wszystko na własnej skórze.


„Uciekinier” to były agent służb specjalnych, który uciekając przed zemstą Iwana Charkowa zamieszkał w Londynie. Grigorij Bułganow nie jest jednak zwykłym uciekinierem. Zamiast zaszyć się gdzieś i siedzieć cicho, udziela wywiadów i dobrze się bawi. Takiej postawy agenta się nie spodziewałam. Pasją Grigorija są szachy. W czasie drogi na kolejny turniej szachowy agent znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Wyjaśnienia tej sytuacji są dwa:  Bułganow był podwójnym agentem i zebrawszy potrzebne informacje uciekł do swojego kraju albo wpadł w ręce swojego dawnego wroga Charkowa. To wątek pierwszy, wydaje się, że poboczny. O wiele ciekawszym wydaje się być wątek drugi.

Gabriel Allon, agent izraelskiego wywiadu  w „poprzednim życiu” walcząc, pozostawił przy życiu jedną osobę. O jedną za dużo. W teraźniejszym razem ze swoją żoną Chiarą, również agentką, zaszył się w pięknym włoskim miasteczku i zajął się odnawianiem dzieł sztuki. Sielanka małżeństwa nie trwa jednak długo. Duchy przeszłości przypominają sobie o agencie, zmuszając go do kolejnej walki. Na śmierć i życie. Wszystko byłoby prostsze, gdyby nie jedna obietnica.

Miałam nadzieję na naprawdę bardzo dobry kawałek literatury szpiegowskiej. Niestety, zawiodłam się. Bo chociaż sama treść książki wydaje się być naprawdę ciekawa, to styl pisania Daniela Silvy nie przemówił do mnie. Wątki, które można było opisać w kilku zdaniach wloką się niemiłosiernie, a części naprawdę ciekawe, zostały skrócone do minimum.

Osobiście uwielbiam książki szpiegowskie, thrillery, pozycje pełne dreszczyku. Nie nadajemy jednak z autorem na tych samych falach, czego bardzo żałuję. Chociaż brakowało mi w tej powieści wartkiej akcji i nie odczuwałam dreszczyku emocji, czytając o perypetiach agenta Mossadu, czasem czułam się wręcz zmęczona czytaniem, co zdarza mi się bardzo rzadko. Mam jednak wrażenie, że moje spotkanie z autorem zaczęło się od nieodpowiedniej pozycji lub w nieodpowiednim czasie. W końcu miliony czytelników nie mogą się mylić.



4/10

Daniela Silva, Uciekinier, Muza SA,  2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

czwartek, 7 kwietnia 2011

James Paul Blaylock, Widma minionych nocy - Mroczny horror bez napięcia

Mroczna okładka. Twarz kobiety o przenikliwych oczach podobna do bohaterki „Ringu.”


Strefa mroku… „Widma minionych nocy” przyciągnęły mnie obietnicą, że „są rzeczy silniejsze niż śmierć”. Początek książki ciekawy i wciągający. Odgłosy drzew, wiatr w oddali, skrzypienie drzwi.

Autor potrafi wprowadzić czytelnika w odpowiedni nastrój: „Deski podłogowe skrzypiały mu pod nogami. O okiennicę ocierała się gałąź. Nagle w drzwiach gabinetu mignął cień. A potem powoli, zupełnie jakby ktoś pomału podkręcał płomienie w propanowych latarniach, blade światło wypełniło otwór drzwiowy pomieszczenia, rzucając srebrzystą smugę na dywan w salonie.”

Głównym bohaterem powieści Jamesa P. Blaylock’a jest Peter, mieszkaniec kanionu. Mężczyzna po rozwodzie z żoną przeniósł się na odludzie i powoli układa sobie życie z inną kobietą. Chociaż z żoną łączy go już tylko wspólne dziecko, Peter pomaga jej czasem. Gdy jego eks wraz z dzieckiem wybiera się na Hawaje, Peter postanawia naprawić coś w jej samochodzie. Okazuje się jednak, że wcale nie wyruszyli w podróż. Zniknęli i nikt nie wie, gdzie są.

W tym samym czasie Pomeroy, szemrany poszukiwacz nieruchomości, usiłuje za wszelką cenę wykupić najładniejsze domy w okolicy. Mężczyzna nie cofnie się przed niczym. Dla  niego zatrucie studni to bułka z masłem. W swoje interesy wciąga Kleina, który jest sąsiadem nowej przyjaciółki Petera. Brzmi trochę jak „Moda na sukces”? Faktycznie.

Gdyby książka opowiadała wyłącznie o poszukiwaniach i uczuciach Petera, byłaby kilka razy ciekawsza Mam wrażenie, że autor, nie mając pomysłu i mając około 200 stron dobrego, mrocznego tekstu, postanowił dokoptować parę wątków i postaci.

To, że bohaterowie są ze sobą w jakiś sposób połączeni, sprawia, że niestety nie da się ominąć nieprzyjemnych rozdziałów, by przejść do ciekawszych części, ponieważ wrzucenie szczura do studni jednego z bohaterów może mieć swoje konsekwencje 50 stron dalej.

Autor miał chyba również problemy z budowaniem napięcia. Główny bohater coś słyszy, pada deszcz, wiatr szaleje w pobliskim lesie… i nagle… czuję się, jakbym słyszała opowieść przedszkolaka. To nadużywanie, moim zdaniem, słowa „nagle” zaczyna po jakimś czasie irytować. To, co miało budować napięcie, burzy je, jak przerwa na reklamę.

Nie zrażając się jednak do naciąganych bohaterów i problemów z napięciem, książkę przeczytałam i jestem zadowolona. Nie zdradzę, czy Peter odnajdzie swoją rodzinę i jak skończy pośrednik nieruchomości spod ciemnej gwiazdy. Przeczytajcie sami i broń boże nie przerywajcie lektury po nudnawym kawałku z Kleinem w roli głównej.

4/10 




James Paul Blaylock, Widma minionych nocy, Prószyński i S-ka, 2011 
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

piątek, 18 marca 2011

Haruki Murakami, 1Q84 - „Jeżeli w opowieści pojawi się pistolet to musi wystrzelić”

Za drugi tom książki 1Q84, której autorem jest Haruki Murakami zabrałam się z mieszanymi uczuciami. Nie czytałam tomu pierwszego, więc nie byłam pewna, czy odnajdę się w jego świecie.

Haruki Murakami, popularny, podobno najwybitniejszy japoński pisarz przenosi nas do świata bardzo dziwnego i skomplikowanego. Książka od samego początku była dla mine strasznie tajemnicza. Cały czas czułam, że czegoś nie wiem, nie jestem w temacie. Z drugiej strony, gdy autor raz po raz podkreśla rzeczy oczywiste, mam wrażenie, że nie wierzy on w moją inteligencję i zdolność kojarzenia.

Zagłębiając się bardzo powoli w rok 1Q84 czułam, nawet bez opisu tomu pierwszego, że główni bohaterowie powieści - perfekcyjna morderczyni Aomame, nauczyciel matematyki w wolnych chwilach piszący książkę- Tengo i gdzieś w oddali pojawiająca się autorka bestsellerowej książki Fukaeri znali się już wcześniej.

W swojej powieści Haruki Murakami przeplata ze sobą losy głównych bohaterów w taki sposób, że gdyby osobno wydać opowieść o Tengo i osobno o Aomame, ich historie nadal miałyby sens. Jak dowiadujemy praktycznie na początku tomu, główni bohaterowie znają się już z dzieciństwa. W wyniku dotyku, ich losy zostały ze sobą połączone na całe życie. Tengo i Aomame, chociaż zajęci swoimi „codziennymi” sprawami, coraz częściej o sobie myślą, coraz częściej ciągnie ich do siebie.

O czym właściwie opowiada 1Q84? To zależy. Z jednej strony jest to historia o zabójczyni, która dostaje od starszej pani swoje ostatnie zlecenie. Ma za zadanie zabić guru sekty kopulującego z młodymi dziewczynami.  Aomame, gdy ma okazję zabić swoją ofiarę, zaczyna mieć wątpliwości.  Dzięki swojemu „zleceniu” częściowo zaczyna rozumieć rzeczy, o których tak naprawdę  nie miała pojęcia…

Z drugiej to opowieść o Tengo, prawie zadowolonym ze swojego życia matematyku, który będąc ghostwriterem pomógł przy napisaniu książki „Powietrzna poczwarka” tym samy pakując się w nielada kłopoty…

O czym książka jest naprawdę?  O świecie realnym 1984 i o tym  nierealnym 1Q84, który wydaje się realniejszy o realnego. O dwóch księżycach, o powietrznej poczwarce, o little people. Kto nie przeczyta książki i tak nie zrozumie, bo 1Q84 to nie „Ogniem i mieczem”, które można opowiedzieć, a ktoś, kto nie czytał książki i tak będzie wiedział, co autor miał na myśli. Radzę jednak zacząć od tomu pierwszego, wtedy będzie łatwiej.

Treści książki nie warto tłumaczyć . Bo „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”

4/10

Haruki Murakami, 1Q84, tom II, wydawnictwo Muza, 2011

czwartek, 3 marca 2011

Melissa de la Cruz, Zbłąkany anioł, Krwawe walentynki - Wampiry są wśród nas



Wampiry towarzyszą czytelnikom i widzom już od dłuższego czasu. Było kilka filmów, wydano kilka ciekawych książek. Teraz jednak wampiry stały się prawdziwą plagą. Przyznam się szczerze, że czuję się wręcz osaczona wampirzą tematyką.


Zaczynając lekturę bestsellera „New York Timesa”, „USA Today” i „Wall Street Jurnal” starałam się nie myśleć o tym, że w dzisiejszych czasach dosłownie należy napisać przynajmniej jedną książkę z wampirami w roli głównej. Rekomendacja tak zacnych gazet sprawiła, że nie miałam oporów przed sięgnięciem po tę książkę. Melissa de la Cruz tym razem w jednej książce zawarła dwie: „Zbłąkany anioł” i „Krwawe walentynki”.

„Zbłąkany anioł” opowiada o perypetiach Schuyler i Jacka, którzy, ścigani przez mściwą Regentkę Mimi, usiłują uratować świat.  Bohaterowie, niestety, nie wiedzą dokładnie, w jaki sposób, gdzie i przede wszystkim, przed kim będą tego świata bronić. W grę wchodzą błękitnokrwiste wampiry, czerwonokrwiści ludzie i niezidentyfikowane demony. Równolegle z przygodami Schuyler i Jacka poznajemy dokładniej Mimi i biurokratyczny świat wampirów. Z nieznanych sobie powodów bardziej polubiłam mściwą Regentkę, niż zakochanych w sobie głównych bohaterów. Być może dlatego, że ckliwa miłość między wampirami, którzy nie mogą ze sobą być, to dla mnie zbyt wiele.

„Krwawe walentynki” z kolei to trzy krótkie opowieści o miłości między wampirami, ludźmi i czarownicami. Chociaż miały one rzucić nowe światło na świat i dzieje wampirów, dla mnie mogłyby być odrębną książką.

Nie potrafię szczerze polecić lub przestrzec przed lekturą opowieści o „Błękitnokrwistych”. Ci, których tematyka związana z gryzieniem w szyję zafascynowała powinni po „Zbłąkanego anioła” sięgnąć bez ociągania. Ci zaś, którzy czują przesyt tego typu literaturą powinni przeczekać, bo jestem pewna, że za jakiś czas zmienią się trendy i nie będziemy już bombardowani wampiryzmem. Z jednej strony temat wampirów jest już tak oklepany, że  nic nowego nie da się wymyślić, wiec w książce powtarzają się motywy, z którymi czytelnicy mogli zetknąć się już wcześniej. Z drugiej jednak, gdyby zapomnieć, że czytamy o wampirach, pojawia się naprawdę ciekawa książka przygodowa. Jeśli więc nie przeraża Was słowo „wampir”, spokojnie możecie zaryzykować.

4/10

Melissa de la Cruz, „Zbłąkany anioł / Krwawe walentynki”, Wydawnictwo Jaguar 2011


recenzja zamieszczona na dlalejdis.pl
 

wtorek, 15 lutego 2011

Maureen Jennings, Ostatnia noc jej życia - Śmierć w śnieżnym Toronto

Co zrobić, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie nieznana nikomu dziewczyna? Wezwać kanadyjski odpowiednik Sherlocka Holmesa.
Książka Maureen Jennings „Ostatnia noc jej życia” to „pierwsza z serii siedmiu książek o przystojnym kanadyjskim detektywie, ukazująca realia Toronto z końca XIX wieku”. Nie wiem wprawdzie, czy detektyw Murdoch faktycznie jest tak przystojny jak Sherlock i obdarzony taką intuicją jak Herkules Poirot, jednak jak na amerykańskie warunki- daje radę.


Pierwsza z książek Maureen Jennings opowiada o zamordowanej w niewyjaśnionych okolicznościach służącej pochodzącej ze wsi. Dziewczyna została znaleziona zupełnie naga  w okolicy niecieszącej się dobrą reputacją. Detektyw Murdoch powoli i z mozołem szuka mordercy. Sprawa dodatkowo komplikuje się w chwili, gdy ginie panna lekkich obyczajów, mająca na sobie jedną z rzeczy zmarłej dziewczyny. Kto może gustować w biednych służących i prostytutkach? Jak znaleźć mordercę w dzielnicy pełnej podejrzanych osobników? Może należy poszukać w otoczeniu rodziny u której mieszkała i pracowała zamordowana? A może prostytutka i służąca ze wsi były ze sobą w jakiś sposób związane?

Książka, jeśli mam być szczera, niezbyt mnie wciągnęła. Zagłębiając się w skomplikowane analizy detektywa Murdocha, „wsłuchując” się w jego przemyślenia, ciągle miałam przed oczyma wspaniałych bohaterów książek  Agathy Christie i sir Artura  Doyle'a. I chociaż kryminały uwielbiam, Murdoch mnie nie zauroczył w taki sposób, jak czynili to bohaterowie innych kryminałów. Brakowało mi tutaj subtelnie utkanej krytyki, prawdziwej głębi charakterów i lekkości pióra autorki. Jedynym plusem książki jest tło wiktoriańskiego Toronto, a ja mam sentyment do książek osadzonych w historii.

Książkę da się oczywiście przeczytać, można mieć nawet radość z rozwiązywania zagadek i powolnego zbliżania się do zabójcy. Maureen Jennings nie dorównuje jednak w żaden sposób mistrzom powieści kryminalnych.

Pozostaje mieć nadzieję, że autorka, w miarę pisania kolejnych książek, uwierzy w swój talent, przestanie pisać zachowawczo i zacznie intrygować czytelnika, a detektyw Murdoch zaprzestanie nieciekawych rozmów z właścicielami domu, u których wynajmuje pokój.
4/10

Maureen Jennings, "Ostatnia noc jej życia", Oficynka 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl