Tak się przyjęło, że historie miłosne mają być słodkie, wręcz cukierkowe, miłe dla oka i zawsze kończące się "happyendem". Tylko, czy miłość zawsze jest słodka, łatwa i usłana różami? Niestety nie.
Jeden dzień Davida Nichollsa jest, moim zdaniem, prawdziwą historią miłosną. Trudną, dziwną i niełatwą. Prawdziwą, taką, która każdemu może się przytrafić.
Głównych bohaterów, Emmę i Dextera poznajemy w dzień ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Bardzo przypominają bohaterów Love story. Dzieli ich wszystko: podejście do życia, pochodzenie. Emma pochodzi z robotniczej rodziny, jest zakompleksioną dziewczyną, które ma wielkie ambicje i pragnie zmienić świat. Dexter to playboy. Pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jego jedynym zmartwieniem jest to, w czyim łóżku obudzi się następnego dnia. Nie ma planów na przyszłość, chce się bawić. Chociaż tych dwoje dzieli praktycznie wszystko, coś zaczyna iskrzyć. Być może dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają. Po spędzone razem nocy każde z nich idzie w swoją stronę, lecz pamiętny 15 lipca będzie dla nich zawsze dniem magicznym.
Czy 15go lipca narodziła się między nimi miłość czy przyjaźń, tego nie jestem w stanie pojąć. Coś się jednak narodziło. Coś, co sprawiło, że zawsze o sobie myśleli niezależnie od tego co robili i z kim byli. Emma, jako romantyczka przeżywała to uczucie głęboko. Myślała, pisała, może nawet marzyła. Dexter, jako prawdziwy mężczyzna, wychodził chyba z założenia, że ona zawsze będzie. I o dziwo zawsze była- jeśli nie w sensie dosłownym, to myślami.
Jak to w miłosnych historiach bywa, ten "jeden dzień" sprawił, że w końcu spotkali się na zawsze. Jak do tego doszło i jak skończyła się historia miłosna na miarę Love story?
Książka Davida Nichollsa jest ciepła i zapada w pamięć, chociaż muszę się przyznać, że początkowo miałam z nią problemy. Nie potrafiłam się w nią wgryźć, złapać kontaktu z bohaterami. Nie rozumiałam ich zachowania. Ok, pójść z kimś do łóżka po kilku chwilach znajomości- niech będzie, mogę zrozumieć. Ale cały ciąg dalszy? Czy naprawdę po jednej nocy można naprawdę pokochać? I kochać pomimo tego, że ktoś, na pierwszy rzut oka, ma w głębokim poważaniu nasze uczucia? Z drugiej strony jest zachowanie Dextera. Jak można być takim egoistą i bucem? Jezuśku! Czy on potrafił spojrzeć na siebie w lustrze? Będąc jednak na 50tej, 100, 200 stronie powoli zaczynałam rozumieć. To jest właśnie trudna miłość. O ile zachowanie Dextera dalej mnie wkurzało, to potrafiłam już zrozumieć Emmę. W końcu miłość nie wybiera, nie oszukujmy się.
Ale 20 lat? No cóż. To właśnie miłość, to właśnie życie.
Gorąco polecam, szczególnie tym, którzy uważają, że miłości nie ma, tym, którzy myślą, że to ich związek jest skomplikowany- aby podnieść ich na duchu. Tym, którzy są w szczęśliwym związku, aby docenili to, co mają.
08/10
Jeden dzień, David Nicholls, Świat książki, 2011
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 kwietnia 2012
środa, 28 marca 2012
Urodziłam się dziewczynką
[...] Później zapytałam się jednego z takich ochotników, co się poprawiło, odkąd Plan zaczął tu działać. - Ochrona dzieci- odrzekł bez wahania. Co jeszcze? Tym razem musiał chwilę pomyśleć. - Nic- odparł.
Książka, a raczej książeczka, "Urodziłam się dziewczynką" ma wielu autorów. Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips oraz Irvine Welsh. Część z nich znam, choćby Joanne Harris, która jest autorką jednej z moich ulubionych książek "Czekolada", o innych nigdy nie słyszałam, ale przecież nie o to chodzi, abym znała autorów poszczególnych reportaży/dzienników/ opowiadań*.
W książce spodobało mi się to, że każdy z tym autorów reprezentował inny styl, inne spojrzenie na świat, inną wrażliwość. Czytając czułam, czy dana osoba wczuła się w historię swoich bohaterów czy też stara się stać z boku i jedynie opowiadać to co widzi. Przy niektórych tekstach płakałam, przy innych zastanawiałam się "to już? tylko na tyle stać autora?"
O czym traktuje książka "Urodziłam się kobietą"? O kobietach przede wszystkim, ale także o otaczającym je świecie i o roli Planu w życiu mieszkańców Togo, Sierra Leone, Ghany, Brazylii, Kambodży, Ugandy i Dominikany. Znajdziemy tam historie o handlu żywym towarem, o okaleczeniach, gwałtach, seksie z nauczycielami, prostytucji, trudności w dostępności do szkół, opieki medycznej, pomocy psychologicznej. Jednak nie tylko o tym tu przeczytamy. Znajdziemy w niej również tematy dotyczące głodu, problemów rodzinnych, zazdrości. Najbardziej wzruszyła mnie historia mężczyzny, policjanta, który stracił swoją ukochaną córkę. Nie została zabita, nie została sprzedana. Przez chwilową nieuwagę zgubiła się i wiele lat przemieszkała w dżungli niczym bohater Księgi dżungli. Każda z opowiedzianych historii jest wyjątkowa i wzruszająca. Zaczynamy się jednak zastanawiać co, tak naprawdę, robią te wszystkie organizacje charytatywne zajmujące się pomocą w biednych krajach. W gazecie przeczytamy, że wybudowano studnię, w TV usłyszymy o dostawie leków, ale tak naprawdę jest to kropla w morzu potrzeb. Zamiast pomagać ofiarom gwałtu montuje się tabliczki z hasłami w stylu "nie zgadzaj się na seks".
Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego nikt nie pisze o dziewczynach z województwa X czy Y, które pojechały do Niemiec jako hostessy i zostały prostytutkami? Dlaczego nikt nie zainteresuje się tym, że kilka kilometrów od stolicy żyją ludzie, którzy nie mają jeszcze prądu? Dlaczego wiele osób żyjących na wsiach musi iść do wychodka zamiast do łazienki? Dlaczego biedniejsi zamiast iść na studia są "zmuszani" do wyboru zawodówki? W Polsce, w każdym kraju na świcie (no może prawie każdym) jest takich ludzi bardzo wielu. Nikt im nie pomaga, nikt się nimi nie interesuje, nikt nie pisze o ich życiu książek. Czy dzieci z Afryki zasługują na więcej niż Jaś czy Małgosia? Czy posiłek dla dziewczynki z Kambodży jest ważniejszy niż obiad Kasi?
* każdy może odbierać te teksty jak chce. Dla mnie część z nich była reportażami, inne zapiskami z podróży
08/10
Urodziłam się dziewczynką, Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips, Irvine Welsh, Świat książki, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu
Książka, a raczej książeczka, "Urodziłam się dziewczynką" ma wielu autorów. Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips oraz Irvine Welsh. Część z nich znam, choćby Joanne Harris, która jest autorką jednej z moich ulubionych książek "Czekolada", o innych nigdy nie słyszałam, ale przecież nie o to chodzi, abym znała autorów poszczególnych reportaży/dzienników/ opowiadań*.
W książce spodobało mi się to, że każdy z tym autorów reprezentował inny styl, inne spojrzenie na świat, inną wrażliwość. Czytając czułam, czy dana osoba wczuła się w historię swoich bohaterów czy też stara się stać z boku i jedynie opowiadać to co widzi. Przy niektórych tekstach płakałam, przy innych zastanawiałam się "to już? tylko na tyle stać autora?"
O czym traktuje książka "Urodziłam się kobietą"? O kobietach przede wszystkim, ale także o otaczającym je świecie i o roli Planu w życiu mieszkańców Togo, Sierra Leone, Ghany, Brazylii, Kambodży, Ugandy i Dominikany. Znajdziemy tam historie o handlu żywym towarem, o okaleczeniach, gwałtach, seksie z nauczycielami, prostytucji, trudności w dostępności do szkół, opieki medycznej, pomocy psychologicznej. Jednak nie tylko o tym tu przeczytamy. Znajdziemy w niej również tematy dotyczące głodu, problemów rodzinnych, zazdrości. Najbardziej wzruszyła mnie historia mężczyzny, policjanta, który stracił swoją ukochaną córkę. Nie została zabita, nie została sprzedana. Przez chwilową nieuwagę zgubiła się i wiele lat przemieszkała w dżungli niczym bohater Księgi dżungli. Każda z opowiedzianych historii jest wyjątkowa i wzruszająca. Zaczynamy się jednak zastanawiać co, tak naprawdę, robią te wszystkie organizacje charytatywne zajmujące się pomocą w biednych krajach. W gazecie przeczytamy, że wybudowano studnię, w TV usłyszymy o dostawie leków, ale tak naprawdę jest to kropla w morzu potrzeb. Zamiast pomagać ofiarom gwałtu montuje się tabliczki z hasłami w stylu "nie zgadzaj się na seks".
Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego nikt nie pisze o dziewczynach z województwa X czy Y, które pojechały do Niemiec jako hostessy i zostały prostytutkami? Dlaczego nikt nie zainteresuje się tym, że kilka kilometrów od stolicy żyją ludzie, którzy nie mają jeszcze prądu? Dlaczego wiele osób żyjących na wsiach musi iść do wychodka zamiast do łazienki? Dlaczego biedniejsi zamiast iść na studia są "zmuszani" do wyboru zawodówki? W Polsce, w każdym kraju na świcie (no może prawie każdym) jest takich ludzi bardzo wielu. Nikt im nie pomaga, nikt się nimi nie interesuje, nikt nie pisze o ich życiu książek. Czy dzieci z Afryki zasługują na więcej niż Jaś czy Małgosia? Czy posiłek dla dziewczynki z Kambodży jest ważniejszy niż obiad Kasi?
* każdy może odbierać te teksty jak chce. Dla mnie część z nich była reportażami, inne zapiskami z podróży
08/10
Urodziłam się dziewczynką, Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips, Irvine Welsh, Świat książki, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu
Etykiety:
08/10,
2012,
blog,
Joanne Harris,
kambodża,
książka,
obyczajowa,
opinia,
recenzja,
reportaż,
seks,
Świat książki,
Tim Butcher,
Urodziłam się dziewczynką
sobota, 17 marca 2012
Shit! Rok w Brukowcu Joanna Żebrowska
Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda życie od kuchni w gazetach typu Fakty czy SE? Ja czasami tak. I to, co mogłam przeczytać w książce Shit! Rok w Brukowcu Joanny Żebrowskiej działy się "rzeczy, o których się fizjologom nie śniło".
Edyta Piórko, główna bohaterka książki, marzy o wielkiej karierze dziennikarskiej. Niestety wWarszawie, przepraszam Warszawowie, nie jest to takie łatwe. Dzięki znajomościom udaje się jej dostać do redakcji gazety Hit. Chociaż miała dylemat, czy sobie poradzi, przyjęła propozycję i zaczęła swoją "oszałamiającą" karierę.
Jakie artykuły pisała? Ano takie, jaki możemy podziwiać przez szybę w kiosku. Coś na wzór "chciała mnie zabić poduszka". Na początku nie za bardzo sobie radziła, ale w końcu nie jest to aż takie trudne, prawda? (trzeba mieć tylko dużą wyobraźnię, wielu znajomych ze zwierzętami i trochę drobnych dla bezdomnych)
Edyta ma też życie uczuciowe(moim zdaniem ameba ma większe, no ale co tam). Rafał, miłość jej życia, ideałem nie jest. Oschły, pedantyczny, dziwny- "idealny" facet dla wrażliwej dziewczyny w wielkim mieście. Ponieważ jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby Edyta cieszyła się z tego co miała. Lepszy wróbel w garści ( w postaci pracy i Rafała) niż gołąb na dachu. Tylko, że nawet wróbel może uciec. I ucieka. Związek z Rafałem się kończy, Edyta jest załamana. Jednak miłość może czekać bliżej niż spodziewa się nasza bohaterka...
Hmm... Będzie ciężko. Treść książki jak treść. Można trochę poczytać o pracy w szmatławcu, poznać kuluary tej fascynującej roboty, dowiedzieć się w jaki sposób powstają artykuły, na które codziennie rzuca się szara masa, w jaki sposób zdobywa się bohaterów do artykułów ( z jednej strony chyba nikt normalny by się nie zniżył do zgody na publikację swojej twarzy pod nagłówkiem "chciał mnie zabić kiełbasą krakowską", a z drugiej strony sposoby na zdobycie bohaterów mnie zszokowały). Tutaj mogłabym dać nawet 8 punktów, bo poprawiło mi to humor.
Problemy zaczynają się przy głównej bohaterce. Edyta nie ma głębi. Jej postać, według mnie, nie została przemyślana. Ot taka sierota co kocha nad życie faceta który ma ją w czterech literach. Tylko, że Edyta nie dość, że płytka i beznamiętna jest to jeszcze całkiem bez życia wewnętrznego. Nie przypadła mi ona do gustu. Albo autorka jej nie lubiła, albo miała problem ze stworzeniem czegoś sensownego. Z innymi bohaterami tak samo. Najwięcej polotu mają w sobie przyjaciel głównej bohaterki- gej (chociaż miałam wrażenie, że jego postać została zaczerpnięta z Seksu w wielkim mieście) oraz współpracownicy i szef Edyty.
Drugą sprawą, która strasznie mnie irytowała jest bezsensowne, według mnie, zmienianie nazw własnych miejsc. Czy nie można normalnie napisać Warszawa? Trzeba to zmieniać na Warszawowo? Bohaterka nie może mieszkać na Woli? Musi na Niewoli? Rozumiem, że pewnych rzeczy autorka ujawnić nie może ( z logicznych względów), ale zmieniać tak bezsensownie nazwy miejscowości/dzielnic itd?
Nie mam pojęcia, po co takie zabiegi stosowała autorka i chyba nie chcę się dowiadywać. Książka, która miała swój potencjał (nie pamiętam innych polskich książek o tej tematyce) dużo traci przez płytkich bohaterów i te dziwne zmiany nazw. Szkoda
06/10
Shit! Rok w Brukowcu, Joanna Żebrowska, 2011
książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu
Edyta Piórko, główna bohaterka książki, marzy o wielkiej karierze dziennikarskiej. Niestety w
Jakie artykuły pisała? Ano takie, jaki możemy podziwiać przez szybę w kiosku. Coś na wzór "chciała mnie zabić poduszka". Na początku nie za bardzo sobie radziła, ale w końcu nie jest to aż takie trudne, prawda? (trzeba mieć tylko dużą wyobraźnię, wielu znajomych ze zwierzętami i trochę drobnych dla bezdomnych)
Edyta ma też życie uczuciowe(moim zdaniem ameba ma większe, no ale co tam). Rafał, miłość jej życia, ideałem nie jest. Oschły, pedantyczny, dziwny- "idealny" facet dla wrażliwej dziewczyny w wielkim mieście. Ponieważ jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby Edyta cieszyła się z tego co miała. Lepszy wróbel w garści ( w postaci pracy i Rafała) niż gołąb na dachu. Tylko, że nawet wróbel może uciec. I ucieka. Związek z Rafałem się kończy, Edyta jest załamana. Jednak miłość może czekać bliżej niż spodziewa się nasza bohaterka...
Hmm... Będzie ciężko. Treść książki jak treść. Można trochę poczytać o pracy w szmatławcu, poznać kuluary tej fascynującej roboty, dowiedzieć się w jaki sposób powstają artykuły, na które codziennie rzuca się szara masa, w jaki sposób zdobywa się bohaterów do artykułów ( z jednej strony chyba nikt normalny by się nie zniżył do zgody na publikację swojej twarzy pod nagłówkiem "chciał mnie zabić kiełbasą krakowską", a z drugiej strony sposoby na zdobycie bohaterów mnie zszokowały). Tutaj mogłabym dać nawet 8 punktów, bo poprawiło mi to humor.
Problemy zaczynają się przy głównej bohaterce. Edyta nie ma głębi. Jej postać, według mnie, nie została przemyślana. Ot taka sierota co kocha nad życie faceta który ma ją w czterech literach. Tylko, że Edyta nie dość, że płytka i beznamiętna jest to jeszcze całkiem bez życia wewnętrznego. Nie przypadła mi ona do gustu. Albo autorka jej nie lubiła, albo miała problem ze stworzeniem czegoś sensownego. Z innymi bohaterami tak samo. Najwięcej polotu mają w sobie przyjaciel głównej bohaterki- gej (chociaż miałam wrażenie, że jego postać została zaczerpnięta z Seksu w wielkim mieście) oraz współpracownicy i szef Edyty.
Drugą sprawą, która strasznie mnie irytowała jest bezsensowne, według mnie, zmienianie nazw własnych miejsc. Czy nie można normalnie napisać Warszawa? Trzeba to zmieniać na Warszawowo? Bohaterka nie może mieszkać na Woli? Musi na Niewoli? Rozumiem, że pewnych rzeczy autorka ujawnić nie może ( z logicznych względów), ale zmieniać tak bezsensownie nazwy miejscowości/dzielnic itd?
Nie mam pojęcia, po co takie zabiegi stosowała autorka i chyba nie chcę się dowiadywać. Książka, która miała swój potencjał (nie pamiętam innych polskich książek o tej tematyce) dużo traci przez płytkich bohaterów i te dziwne zmiany nazw. Szkoda
06/10
Shit! Rok w Brukowcu, Joanna Żebrowska, 2011
książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu
piątek, 17 lutego 2012
Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął Jonas Jonasson
Życiowa podróż szwedzkiego Forresta Gumpa po ostatnich stu latach losów świataNie wiem, kto porównał Allana Karlssona do Forresta Gumpa, ale albo nie zapoznał się z jedną postacią albo z drugą. To tak, jakby porównać Karen z książki "Dziewczyna, która pływała z delfinami" do bohatera filmu "Uwolnić orkę". W końcu i tu i tu występowało w tytule zwierzę żyjące w wodzie...
... a w książce Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął oraz w Forreście Gumpie występuje motyw podróży z przygodami.
Allan Karlsson to żwawy staruszek żyjący w domu spokojnej starości. W dniu swojego zniknięcia miał obchodzić swoje 100 urodziny. Jednak ponieważ główny bohater nie czuje się stary otwiera okno w swoim pokoju i ucieka. Książka Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął mogłaby być nudną historią o staruszku, który postanowił uciec, jednak autor Jonas Jonasson postarał się o to, aby na żywotnego Allana czekało mnóstwo przygód. Od czego wszystko się zaczyna? Od wizyty na dworcu autobusowym. Allan nie należy do bogatych osób i nie wie, co dokładnie chce robić ze swoim wolnym życiem. Podczas wizyty na dworcu zostaje poproszony przez młodego człowieka o popilnowanie jego torby podróżnej. Zgadza się, jednak do głowy przychodzi mu głupi pomysł i postanawia ukraść walizkę. Okazuje się, że właścicielem torby/walizki nie był zwykły młody człowiek lecz członek gangu. Tak właśnie rozpoczyna się śmieszna i ciekawa historia staruszka.
Allan nieświadomy zagrożenia i zawartości walizki wsiada to pierwszego autobusu i kupuje bilet za tyle ile ma przy sobie gotówki. Wysiada na przysłowiowym zadupiu. Poznaje uroczego złodziejaszka Juliusa Jonssona. W jego towarzystwie odkrywa zawartość walizki. Z powodów, których nie zdradzę nie chcąc robić spoilerów, bohaterowie muszą natychmiast uciekać. Nie będzie to jednak nudna ucieczka. Po drodze spotkają kilka barwnych postaci, które koniec końców postanowią im towarzyszyć.
Każdy z bohaterów występujących w książce okazuje się bardzo ciekawy. Każdy ma ciekawą historię do opowiedzenia. Najciekawszą ma jednak główny bohater książki. Chcecie wiedzieć dlaczego Allan jest taki jaki jest i kim był zanim został uciekającym stulatkiem? Jeśli tak, koniecznie przeczytajcie książkę Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął .
Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął to ciekawa i zabawna opowieść. Wcale się nie dziwię, że ta "brawurowa powieść zachwyciła 1,5 miliona czytelników", ponieważ mnie również zachwyciła. Chociaż sama historia jest nieprawdopodobna, myślę, że na świecie mógł istnieć ktoś, czyje życie było równie pokręcone. Zazdroszczę autorowi wyobraźni. Serio. Ja nie potrafiłabym wymyślić takich rzeczy jak on.
09/10
Stulatek, Stulatek który wyskoczył przez okno i zniknął, Jonas Jonasson, Świat książki, 2012
Recenzję tej książki mieliście możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu
piątek, 21 października 2011
Richard Evans, Stokrotki w śniegu - Opowieść wigilijna na miarę XXI wieku
Każdy z nas kojarzy zapewne „Opowieść wigilijną”. Dickens pokazał w niej przemianę skąpca i egoisty Ebenezera Scrooge'a pod wpływem duch Jakuba Marleya.
Richard Evans w książce „Stokrotki w śniegu” pokazał czytelnikom bardzo podobną historię.
Nic tak nie działa na człowieka, jak myśl o tym, że „to” może się NAM przytrafić.
Głównym bohaterem książki jest James Kier, bogaty, egoistyczny i okrutny przedsiębiorca. Nie zależy mu na niczym innym niż pieniądze. Dla pieniędzy jest gotów sprzedać najlepszego przyjaciela, wyrzucić uczciwego człowieka na bruk. Pewnie byłby potworem do śmierci, gdyby nie błąd w druku w pewnej gazecie. Umiera James Kier, kierowca autobusu. Dziennikarz przez niedopatrzenie pisze artykuł o śmierci znanego potentata nieruchomości uśmiercając tym samym głównego bohatera. W normalnych warunkach dziennikarzyna skończyłby na bruku, a gazeta byłaby pozwana do sądu. Zdarza się jednak coś, co sprawia, że myśl o słodkiej zemście na dziennikarzu schodzi na dalszy plan.
Internet ma to do siebie, że pozostając anonimowym można napisać wszystko i na każdy temat. Po otworzeniu artykułu o swojej śmierci James spogląda na komentarze i zamiera. Wszyscy go nienawidzą i cieszą się z jego śmierci. Byli współpracownicy, bliscy znajomi, płotki, którym w przyszłości przedsiębiorca rzucał kłody pod nogi. Wszyscy, oprócz jednej osoby: prawie byłej żony. To, co zobaczył bohater tak nim wstrząsa, że zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem dochodząc do jednego wniosku: cały świat go nienawidzi. Czy jest szansa, że James odkupi swoje winy? Oczywiście, że tak. W końcu na tym polega magia przemiany. Pytanie tylko: ile to będzie kosztować.
Stokrotki w śniegu to naprawdę bardzo dobra książka. Nie ma sensu owijać w bawełnę, aby wyznać to na końcu. Evans ma talent, nie tylko pisarski. Jego dar polega na tym, że potrafi poruszyć w człowieku te struny, które, jak sądzimy, nigdy nie drgną. Autor nie sili się na słodkie hollywoodzkie sceny żalu i miłości. Przedstawia świat i życie takimi, jakimi są. Złymi, brutalnymi. Pokazuje też jednak, jak wiele zależy od nas samych. Jeśli spotka nas coś, co poruszy właściwą struną, możemy się zmienić. Może zabrzmi to trochę ckliwie, ale Evans pokazuje, że każdy człowiek, niezależnie od tego co zrobił, zasługuje na drugą szansę, a także to, że każda Bestia ma swoją Piękną i różę, która odmierza czas, który nam pozostał.
Jeśli uważacie, że nie macie sobie nic do zarzucenia, zastanówcie się, co Wy na miejscu Jamesa przeczytalibyście w komentarzach pod artykułem o Waszej śmierci. Może warto od czasu do czasu zrobić coś dobrego aby nie żałować, jak bohater „Opowieści wigilijnej”?
10/10
Richard Evans, Stokrotki w śniegu, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
wtorek, 4 października 2011
Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Witamy w Los Diablos
Dwa światy jedna miłość. Czy to możliwe? A i owszem. Jeśli posiadasz iskrę bożą wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.
„Ja, Wiktoria Biankowska ( zwana dalej Potępioną ),
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy.”
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy.”
Nie będę owijać w bawełnę. „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk to chyba jedna z najfajniejszych polskich współczesnych powieści jaką do tej pory czytałam.
Bohaterowie? W rolach głównych: Piękna Wiktoria, ciapowaty, ale podobno przystojny, śmiertelnik Piotr i bosko (wróć, diabelnie) seksowny Beleth, Lucyfer, bezpłciowa (dosłownie) Śmierć, egoistyczna Kleopatra i Azazel z przerośniętym ego bez którego połowa rzeczy w Piekle by się nie wydarzyła. W pozostałych rolach, czyli kto zamieszkuje piekiełko: Napoleon, Marylin Monroe, Elvis Presley, caryca Katarzyna II, król Artur, Jim Morrison, Kurt Cobain i inni.
Miejsce akcji: dość ponure miasto Warszawa oraz piękna i malownicza Niższa Arkadia zwana potocznie Piekłem.
Ciekawie, prawda? Mi też się spodobało. Od pierwszej strony co zdarza się niezwykle rzadko. Książka „Ja, diablica” opowiada o losach Wiki, która zginęła w dziwnych okolicznościach i trafiła do piekła zostając etatową Diablicą. Teoretycznie do jej zadań ma należeć rekrutowanie dusz, w praktyce Wiktoria dużo się nie napracuje. O wiele więcej czasu zajmie jej zgłębianie tajemnicy swojej śmierci, usiłowanie zdobycia miłości swojego życia Piotra i wpadanie w tarapaty z Belethem i Azazelem. Sam proces zostania Diablicą też jest trochę tajemniczy, bowiem okazuje się, że Wiktoria zginąć nie miała, a ponieważ posiada tak zwaną iskrę bożą, nie powinna, dla bezpieczeństwa własnego i innych, dostać również mocy Diablicy. Co się stało? Nie zdradzę już ani jednej informacji. Ta książka jest zbyt fajna, aby robić spoilery, a każde kolejne zdanie potraktowałabym osobiście jako psucie naprawę dobrej zabawy.
Katarzynę Berenikę Miszczuk od większości polskich współczesnych pisarzy odróżnia jedno. Dziewczyna naprawdę potrafi pisać i ma pomysły. Nie dopisuje kolejnych zdań na siłę starając się wyrobić określoną objętość, nie wciska czytelnikowi ckliwych historii rodem z romansideł. Jej styl jest świeży i wciągający. Bohaterowie nie są jedynie kalkami z innych książek lub seriali. Ona wymyśliła wszystko naprawdę. Od bohaterów, których wielu pisarzy może jej zazdrościć, aż po mechanizmy rządzące w Niższej Arkadii. Brakowało mi tylko jednego. Dodatkowych 252 stron, co dałoby 666 diabelsko interesujących stronic.
Dla mnie „Ja, diablica” to strzał w dziesiątkę. Gdyby tylko było więcej takich książek…
10/10
Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk, Wab, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
10/10,
2010,
Azazel,
Beleth,
blog,
horror,
Ja diablica,
Katarzyna Berenika Miszczuk,
książka,
literatura,
Los Diablos,
obyczajowa,
przygodowa,
recenzja,
romans,
WAB
wtorek, 2 sierpnia 2011
Woda dla słoni, Sara Gruen - Życie to najbardziej spektakularne widowisko na Ziemi
Często czytając prawdziwe historie nie możemy uwierzyć w ich prawdziwość i wydaje się nam, że to fikcja. Rzadziej, że czytając zmyśloną historię mamy wrażenie, że to mogło wydarzyć się naprawdę.
Tytuł recenzji, to tak naprawdę podtytuł książki. Oddaje on jednak idealnie to, co można by w jednym zdaniu napisać o powieści Sary Gruen. „Woda dla słoni” pokazuje, że na świecie nie ma nic bardziej zaskakującego i spektakularnego niż ludzkie życie.
Głównym bohaterem jest Jakob Jankowski, student weterynarii polskiego pochodzenia mieszkający w USA. Po tragicznej śmierci rodziców dowiaduje się, że jego ojciec, również weterynarz od dawna przyjmował zapłatę za leczenie w naturze, a dodatkowo rodzice Jakoba, aby opłacić jego studia wzięli kredyt pod hipotekę ich domu i nie spłacali go. Chłopakowi nie pozostaje nic innego jak tylko zabrać kilka swoich rzeczy i się wyprowadzić. Z radosnego i myślącego o seksie chłopaka z dnia na dzień Jakob musi stać się odpowiedzialny. Chociaż od ukończenia studiów i uzyskania dyplomu dzieli go tylko egzamin, bohater wychodzi z niego i wyrusza w świat.
Tutaj właśnie zaczyna się niesamowita historia. Jakob przypadkiem wskakuje do pociągu którym jedzie trupa cyrkowa. Dzięki swojej wiedzy o zwierzętach, właściciel chylącego się ku bankructwu przybytku zatrudnia chłopaka… Co dalej? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie. Mogę tylko dodać, że w życiu Jakoba pojawi się piękna Marlena, a całą historię opowiada stary Jakob żyjący w domu starców.
Dla kogo książka? Dla wszystkich bez wyjątku: dużych i małych, mężczyzn i kobiet. Nie jest to romansidło. To raczej połączenie powieści obyczajowej z przygodową, więc panowie również powinny się dobrze bawić przy lekturze. Ze względu na brak niechlujstwa jest idealna do czytania zarówno po kilka minut w autobusach (nie zapomnimy o czym czytaliśmy i nie będziemy mieć problemów z powrotem do wątku), jak i kilkugodzinnych podróży, ponieważ akcja wciąga jak rwący potok, więc się nie znudzimy opowieścią.
„Woda dla słoni” ma dla mnie jeden minus. Zanim przeczytałam książkę widziałam film. Przez to nie mogę się opędzić od echa koszmarnego polskiego w ustach aktorów i Jakoba z gębą Pattisona. A tak miałam ochotę wyobrazić sobie przystojnego Jakoba… I nic. Siła filmu zwyciężyła. Poza tymi drobnymi mankamentami, które nie leżą po stronie książki byłam wniebowzięta, więc ze spokojnym sumieniem mogę dodać Wodę dla słoni do swojej biblioteczki
09/10
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
sobota, 23 lipca 2011
Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander - (nie)Zwykłe życie …
Czyli o tym, czy Szkoci to ciekawy i interesujący naród, czy też taki, jaki znamy z kawałów o Szkotach.
Według The Times’a „książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę”. Czy faktycznie?
Wierni czytelnicy książek Smitha doczekali się trzeciego tomu serii „44 Scotland Street”. Życie bohaterów z którymi bardzo łatwo się zżyć zmieniło się ostatnimi czasy. Domenica wyjechała prowadzić badania na drugim końcu świata, Bruce postanowił przeprowadzić się do Londynu, Pat rozpoczęła studia, Matthew usiłuje sobie poradzić z dużą sumą pieniędzy.
Brzmi trochę jak telenowela, prawda? Gdy przeczytałam pierwszy „rozdział” pod tytułem „Co zdarzyło się do tej pory” miałam mieszane uczucia. Po pierwsze nie byłam pewna, czy uda mi się zaprzyjaźnić z bohaterami książki skoro poznałam ich dopiero teraz, po drugie czułam się trochę jak nowa sąsiadka na przyjęciu starych przyjaciół. Czułam się sztucznie i obco, nie wiedziałam jak ustosunkować się do nowinek, które zaczęły mnie dosłownie torpedować z każdej strony.
Potem było o wiele lepiej. Szybko przyzwyczaiłam się do mieszkańców Scotland Street i choć nadal czułam, że jestem nowa, zaaklimatyzowałam się. Nie wiem dlaczego, ale ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Irene- kobietę, którą w rzeczywistości chyba bym zagryzła. Autor tak wspaniale stworzył Irene, że nie mogłam się oprzeć jej „urokowi”. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego.
Tego, co zdążyło się w książce opowiadać nie będę. Po pierwsze zapewne pominęłabym najważniejsze, bo nadal od mnogości wątków i kolorytu postaci czuję się trochę zakręcona, po drugie wiem, że gdybym była wierną czytelniczką to za spoilery bym pogryzła, a gdybym zaczynała dopiero przygodę ze Smithem to niewiele by mi to dało.
Niemniej jednak książka wydaje się bardzo fajna. To takie połączenie sielanki z fraszką i odrobiną autoironii. Gdy czytałam o dylematach Matthew w sklepach z ubraniami miałam przed oczyma Szkota z kawału który przestał się jąkać gdy dowiedział się o cenach rozmów z Londynem. A Matthew? Nie wiedząc co zrobić z pieniędzmi kupował w sklepie wszystko, co wpadło mu w oko. Jak dla mnie, całkowicie zakręcone.
The Times miał rację, choć często tak dobre recenzje są mocno przesadzone. Książka idealnie nadaje się jako lekarstwo na chandrę. Radzę tylko nie popełniać mojego błędu i zaprzyjaźnić się z mieszkańcami Scotland Street zaczynając lekturę od tomu pierwszego.
07/10
Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander, Wydawnictwo MUZA, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
07/10,
2011,
blog,
bruce,
książka,
literatura,
Matthew,
Mccall Smith Alexander,
Miłość buja nad Szkocją,
Muza,
obyczajowa,
recenzja,
recenzje,
szkocja
poniedziałek, 18 lipca 2011
Nora Roberts, Wzburzone fale - Miłość ponad wszystko
Jeśli nie macie ochoty na optymistyczną wakacyjną lekturę, z której dowiecie się, jak piękne może być bezinteresowne postępowanie, nie sięgajcie po tę książkę.
Nie wiem dlaczego, ale wszystkie książki Nory Roberts są ciekawe. Zarówno łzawe romansidła jak i kryminały. „Wzburzone fale” to kolejna udana książka tej autorki. Nora Roberts powieści ma na swoim koncie ponad 200. A każda, którą czytałam zwyczajnie, choć bez fajerwerków, mi się spodobała. Książki Nory Roberts należą do tych, które mają być lekkie i przyjemne. Taka są właśnie „Wzburzone fale.”
Dawno temu do jednego z wielu małych amerykańskich miasteczek przyjeżdża Cameron - młody, doświadczony przez życie chłopak. W czasie próby kradzieży samochodu, zostaje przyłapany przez Raymonda Quinna, który zamiast zadzwonić na policję, postanawia, wraz z żoną Stellą, zaopiekować się krnąbrnym nastolatkiem. W podobnych okolicznościach do domu Quinnów trafiają Etan i Philips.
Właściwa akcja książki toczy się po kilkunastu latach od przygarnięcia trudnych chłopców. Każdy z „braci” dorósł, wyprowadził się z domu i prowadzi swoje życie. Cameron, główny bohater, jeździ beztrosko po całym świecie, wygrywając wyścigi i sypiając z każdą piękną kobietą, jaka mu się nawinie. Jego beztroskie życie przerywa telegram z wiadomością, że Raymond Quinn umiera. Po przyjeździe do domu Cam i jego bracia dostają od ojca zadanie. Po jego śmierci mają się zaopiekować najnowszym „przybłędą”, Sethem.
Chociaż każdy z braci prowadzi zupełnie inny tryb życia, ze względu na obietnicę złożoną ojcu, postanawiają zaopiekować się nowym chłopakiem. Najbardziej rozumie go Cam, który w młodym chłopaku widzi siebie. Rozpoczyna się walka o możliwość opieki nad Sethem oraz wojna o dobre imię Ray’a.
„Wzburzone fale” to świetny wakacyjny kompan. Idealna zarówno na krótki wypad nad wodę, jak i na długą podróż. Autorka, dzięki znanym tylko sobie sposobom, bardzo wciąga czytelnika. I chociaż końcówki można się domyślić po dwóch rozdziałach, ogólna akcja powieści nie jest oklepana. Pod przykrywką płytkiego romansidła skrywają się poważniejsze tematy tj. siła plotki, braterska miłość, problemy z adopcją. Dzięki swojemu optymizmowi i wartkiej akcji nie znudzicie się, a poważne sprawy są przemycone tak zręcznie, że nie zauważycie, iż ta książka traktuje o czymś całkiem poważnym.
07/10
Nora Roberts, Wzburzone fale, Książnica, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Nie wiem dlaczego, ale wszystkie książki Nory Roberts są ciekawe. Zarówno łzawe romansidła jak i kryminały. „Wzburzone fale” to kolejna udana książka tej autorki. Nora Roberts powieści ma na swoim koncie ponad 200. A każda, którą czytałam zwyczajnie, choć bez fajerwerków, mi się spodobała. Książki Nory Roberts należą do tych, które mają być lekkie i przyjemne. Taka są właśnie „Wzburzone fale.”
Dawno temu do jednego z wielu małych amerykańskich miasteczek przyjeżdża Cameron - młody, doświadczony przez życie chłopak. W czasie próby kradzieży samochodu, zostaje przyłapany przez Raymonda Quinna, który zamiast zadzwonić na policję, postanawia, wraz z żoną Stellą, zaopiekować się krnąbrnym nastolatkiem. W podobnych okolicznościach do domu Quinnów trafiają Etan i Philips.
Właściwa akcja książki toczy się po kilkunastu latach od przygarnięcia trudnych chłopców. Każdy z „braci” dorósł, wyprowadził się z domu i prowadzi swoje życie. Cameron, główny bohater, jeździ beztrosko po całym świecie, wygrywając wyścigi i sypiając z każdą piękną kobietą, jaka mu się nawinie. Jego beztroskie życie przerywa telegram z wiadomością, że Raymond Quinn umiera. Po przyjeździe do domu Cam i jego bracia dostają od ojca zadanie. Po jego śmierci mają się zaopiekować najnowszym „przybłędą”, Sethem.
Chociaż każdy z braci prowadzi zupełnie inny tryb życia, ze względu na obietnicę złożoną ojcu, postanawiają zaopiekować się nowym chłopakiem. Najbardziej rozumie go Cam, który w młodym chłopaku widzi siebie. Rozpoczyna się walka o możliwość opieki nad Sethem oraz wojna o dobre imię Ray’a.
„Wzburzone fale” to świetny wakacyjny kompan. Idealna zarówno na krótki wypad nad wodę, jak i na długą podróż. Autorka, dzięki znanym tylko sobie sposobom, bardzo wciąga czytelnika. I chociaż końcówki można się domyślić po dwóch rozdziałach, ogólna akcja powieści nie jest oklepana. Pod przykrywką płytkiego romansidła skrywają się poważniejsze tematy tj. siła plotki, braterska miłość, problemy z adopcją. Dzięki swojemu optymizmowi i wartkiej akcji nie znudzicie się, a poważne sprawy są przemycone tak zręcznie, że nie zauważycie, iż ta książka traktuje o czymś całkiem poważnym.
07/10
Nora Roberts, Wzburzone fale, Książnica, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
sobota, 16 lipca 2011
Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda - Wspomnień czar
Któż nie pamięta rudowłosej piegowatej dziewczynki zwanej Anią z Zielonego Wzgórza? Nie ma chyba na świecie osoby, która nie polubiłaby sieroty z bujną wyobraźnią.
Dziś, dzięki życzeniu autorki, Lucy Maud Montgomery, możemy znów na chwilę przenieść się do czasów dzieciństwa i zanurzyć się we wspomnieniach.
Przed przeczytaniem książki, nigdy nie czytam jej opisu, nie sprawdzam opinii. Nie chcę niepotrzebnie wyrabiać sobie zdania o danej pozycji. Z ostatnim tomem Ani było podobnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Ania z wyspy Księcia Edwarda” to zbiór piętnastu opowiadań, dość luźno związanych z główną bohaterką. Ania, powszechnie nazywana doktorową i jej mąż Gilbert wprawdzie pojawiają się w każdej z krótkich opowieści, lecz ich obecność ogranicza się do kilku zdań, które zamieniają między sobą na temat głównych bohaterów poszczególnych opowiadań.
Jednak to, że Ania nie jest już na pierwszym planie, nie oznacza, że w książce nie znalazło się należne jej miejsce. Ta dzika i nieprzewidywalna kiedyś dziewczynka jest dziś niekwestionowanym autorytetem dla mieszkańców wyspy. Pani Blythe to, doktorowa tamto. Nie ma na wyspie osoby, która przynajmniej kilkanaście razy nie przywołałaby Ani dokonując mniejszych lub większych wyborów.
Nie wiadomo, ile lat ma Ania. Po strzępkach informacji można się domyślić, że ponad 52. Chociaż życie ją doświadczyło, z jej ust nie znika uśmiech, a z oczu iskierki. Wciąż jest w niej coś z dawnej jedenastoletniej dziewczynki.
Co znajdziemy w poszczególnych opowiadaniach? Tak naprawdę wszystko. Książka ta, w sposób bardzo ciekawy, opowiada o życiu. Ślubach, śmierci, dzieciach, małych i dużych skandalach. Bohaterami poszczególnych historii są sąsiedzi i przyjaciele Ani, często ich dzieci- wszak wszyscy się starzeją.
„Ania z wyspy Księcia Edwarda” to książka dla całych pokoleń. Będzie idealna dla nastolatków, młodych dorosłych i tych, którzy przeżywają jesień życia. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Choćbym nie wiem, jak się starała znaleźć minusy tej pozycji, nie jestem w stanie. Książka jest idealna w każdym calu. Smuci, rozwesela, daje powód do zadumy, zmusza nasz mózg do rozwiązywania zagadek. Lepszego pożegnania z autorką i jej bohaterką nie mogę sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedyś w mojej biblioteczce zagoszczą wszystkie części przygód Ani. Są to jedne z niewielu książek, na które warto wydać każde pieniądze.
10/10
Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Dziś, dzięki życzeniu autorki, Lucy Maud Montgomery, możemy znów na chwilę przenieść się do czasów dzieciństwa i zanurzyć się we wspomnieniach.
Przed przeczytaniem książki, nigdy nie czytam jej opisu, nie sprawdzam opinii. Nie chcę niepotrzebnie wyrabiać sobie zdania o danej pozycji. Z ostatnim tomem Ani było podobnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Ania z wyspy Księcia Edwarda” to zbiór piętnastu opowiadań, dość luźno związanych z główną bohaterką. Ania, powszechnie nazywana doktorową i jej mąż Gilbert wprawdzie pojawiają się w każdej z krótkich opowieści, lecz ich obecność ogranicza się do kilku zdań, które zamieniają między sobą na temat głównych bohaterów poszczególnych opowiadań.
Jednak to, że Ania nie jest już na pierwszym planie, nie oznacza, że w książce nie znalazło się należne jej miejsce. Ta dzika i nieprzewidywalna kiedyś dziewczynka jest dziś niekwestionowanym autorytetem dla mieszkańców wyspy. Pani Blythe to, doktorowa tamto. Nie ma na wyspie osoby, która przynajmniej kilkanaście razy nie przywołałaby Ani dokonując mniejszych lub większych wyborów.
Nie wiadomo, ile lat ma Ania. Po strzępkach informacji można się domyślić, że ponad 52. Chociaż życie ją doświadczyło, z jej ust nie znika uśmiech, a z oczu iskierki. Wciąż jest w niej coś z dawnej jedenastoletniej dziewczynki.
Co znajdziemy w poszczególnych opowiadaniach? Tak naprawdę wszystko. Książka ta, w sposób bardzo ciekawy, opowiada o życiu. Ślubach, śmierci, dzieciach, małych i dużych skandalach. Bohaterami poszczególnych historii są sąsiedzi i przyjaciele Ani, często ich dzieci- wszak wszyscy się starzeją.
„Ania z wyspy Księcia Edwarda” to książka dla całych pokoleń. Będzie idealna dla nastolatków, młodych dorosłych i tych, którzy przeżywają jesień życia. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Choćbym nie wiem, jak się starała znaleźć minusy tej pozycji, nie jestem w stanie. Książka jest idealna w każdym calu. Smuci, rozwesela, daje powód do zadumy, zmusza nasz mózg do rozwiązywania zagadek. Lepszego pożegnania z autorką i jej bohaterką nie mogę sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedyś w mojej biblioteczce zagoszczą wszystkie części przygód Ani. Są to jedne z niewielu książek, na które warto wydać każde pieniądze.
10/10
Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
czwartek, 16 czerwca 2011
Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami - Życie idioty to nie bułka z masłem*
W swoim życiu przeczytałam wiele książek, dobre, złe, wciągające jak rwąca rzeka i nudne jak flaki z olejem. Do tej pory nie czytałam jednak książki takiej, jak ta.
Opowieść, która miała być „ma miarę bestsellerowego Forresta Gumpa” jest tak samo dobra jak przygody Forresta, a może nawet lepsza.
„Dziewczyna, która pływała z delfinami” to debiut Sabiny Berman, meksykańskiej autorki scenariuszy. Po przeczytaniu jej książki dochodzę do wniosku, że autorka wybrała zły zawód. Powinna zacząć pisać szybciej. O wiele szybciej.
Rzadko czytuję książki o osobach upośledzonych. Nigdy natomiast nie czytałam książki, której narratorem jest osoba z autyzmem. Podobno życie jest jak pudełko czekoladek. W przypadku Karen, głównej bohaterki książki, absolutnie się z tym zgadzam, z tym, że każdy dzień jest jak pudełko czekoladek.
Główna bohaterka, to zamknięta w sobie, zaniedbana autystyczna dziewczynka. Mieszka w piwnicy zamknięta przez swoją matkę. Dziecko „wychodzi na światło dzienne” dzięki ciotce Izabelle, która przyjeżdża do Mazatlan aby przejąć swój spadek- fabrykę tuńczyków. Po przyjeździe oprócz interesu, o którym nie ma pojęcia, zastaje swoją siostrzenicę skrzętnie ukrywaną przed światem przez swoja zmarłą siostrę.
Życie z Karen nie należy do łatwych. Dziewczyna jest na poziomie przestraszonej małpki. Nie potrafi mówić, zachowuje się jak dzikus, śpi w piwnicy. Dzięki cierpliwości i determinacji ciotki dowiaduje się czym jest woda i mydło, a przede wszystkim, że dzięki słowom można się porozumiewać ze światem. Powoli poznaje poszczególne wyrazy, uczy się jeść, kąpać, korzystać z toalety. Chociaż autystyczna dziewczynka teoretycznie wie, jak przetrwać żyjąc w społeczeństwie, często zamyka się w sobie. Jej ulubionym towarzystwem są ryby. To wśród ryb, głęboko pod wodą Karen czuje się naprawdę wolna i szczęśliwa. Z biegiem czasu zaczyna chodzić do szkoły i, o dziwo, dostaje się na studia. Chociaż życie Karen jest nieskomplikowane, dosięgają ją kłopoty. Rodzinny interes zaczyna plajtować, a od decyzji Karen i Izabelle zależą losy wielu rodzin.
Dzięki dziwnym zbiegom okoliczności fascynacja Karen może stać się odpowiedzią na kłopoty rodzinne. Czy młoda kobieta, której choroba nie pozwala na swobodne życie wśród ludzi będzie potrafiła współpracować z obcym tajemniczym mężczyzną? Czy osoba upośledzona potrafi otworzyć intratny interes? Dlaczego życie wielu rodzin zależy od "głupka"? Tego wszystkiego dowiecie się czytając książkę „Dziewczyna, która pływała z delfinami”.
Książka Sabiny Berman jest jedyna w swoim rodzaju. Niewiele jest książek, o których nie potrafię za bardzo opowiedzieć. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy dana pozycja zrobi na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Mogłabym oczywiście streścić powieść, tylko po co?
Karen, chociaż jest upośledzona posiada kilka zalet: jest uczciwa, ma doskonałą pamięć, zmysł organizacji przestrzeni, w dziwnie prosty sposób pojmuje otaczający ją świat. Nie ma w niej pychy, zakłamania, obca jest jej zazdrość. Te wszystkie cechy sprawiają, że zaczynamy kochać Karen jak własną córkę.
Jeżeli na bezludną wyspę mogłabym zabrać określoną liczbę książek, ta na 100% znalazłaby się na liście.
Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami, Znak, 2011
10/10
*Forrest Gump
Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata - Amerykanie też potrafią kochać po włosku
Podobno miłość nie zna granic. Nie ważne, gdzie mieszkamy. Miłość może nas dopaść nawet na końcu świata. Czasem jednak trzeba zamieszkać na końcu świata, by spotkać osobę, która przeniosła się na koniec świata z tego samego miejsca co my.
„Przyjaciele Eliany mówili, że jej życie to bajka. […]Niestety, wymarzony dom okazał się jedynie piękną klatką, z której nie można uciec. Kiedy Eliana traci już nadzieję i wiarę w przyszłość, wtedy los stawia na jej drodze nieznajomego.” Po takim opisie książki byłam pewna, że trafiłam na lekkie romansidło. Na szczęście już podczas czytania pierwszych stron książki przekonałam się, że trafiłam na piękną historię, która z typowym wakacyjnym romansidłem ma mało wspólnego.
Głównymi bohaterami książki Richarda Paula Evansa pod tytułem „Kolory tamtego lata” są zmęczona życiem Eliana, wiecznie pracujący Maurizio i tajemniczy Ross Story.
Eliana, młoda Amerykanka zakochuje się we Włochu Maurizio i przeprowadza się do kraju, „którego język brzmi jak poezja, a jedzenie smakuje niczym dar niebios”. Życie wydaje jej się piękne tylko przez chwilę. Po krótkiej sielance okazuje się, że Bóg obdarzył ich chorowitym, wymagającym opieki dzieckiem, mężczyzna, który w Ameryce był 100% dżentelmenem nagle zaczyna traktować Elianę jak pomoc domową. Teściowa jej nie akceptuje, mąż ciągle zdradza. Świat, młodej jeszcze, kobiety z dnia na dzień staje się coraz bardziej bezbarwny. Jedyną jej radością jest malowanie obrazów i rozmowy z Anną, siostrą męża. Odcięta od świata i przyjaciół Eliana nie wierzy już w miłość. Do czasu.
Któregoś dnia do Włoch przeprowadza się tajemniczy mężczyzna, Ross Story. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wynajmuje mieszkanie w domu, w którym mieszkają samotne kobiety i chore dziecko. Z dnia na dzień Eliana i Ross stają się sobie bliscy…
Teoretycznie szybko powinni się w sobie zakochać, skonsumować nowy związek i żyć długo i szczęśliwie. Jednak, jak pisałam na początku, „Kolory tamtego lata” to nie płytkie romansidło. Nie jestem pewna, czy ta historia, tak, jak obiecuje autor, wydarzyła się naprawdę, ale mogę ręczyć własną ręką, że jest bardzo realistyczna.
Autor uwiódł mnie swoim stylem. Jest lekki i miły. Evans nie zanudza czytelnika długimi opisami, nie wymyśla historyjek rodem z Mody na sukces. Jego bohaterowie są realistyczni, posiadają głębię.
Książka, ogólnie rzecz biorąc, mnie zachwyciła. Dodatkowym jej plusem jest to, że akcja toczy się we Włoszech. „Kolory tamtego lata” polecam nie tylko na wakacyjny wypad. Każdy, kto czasami kupuje książki, powinien dołożyć tę pozycję do swojej domowej biblioteczki
9/10
9/10
Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
09/10,
2011,
ameryka,
blog,
Kolory tamtego lata,
książka,
literatura,
Miłość,
obyczajowa,
recenzja,
recenzje,
Richard Paul Evans,
włochy,
Znak
poniedziałek, 2 maja 2011
Luca Spaghetti, Masz przyjaciela - Przyjaciel potrzebny od zaraz
Czy wyobrażacie sobie, że macie znajomego, który nazywa się Łukasz Makaron? Dziwne nazwisko, prawda? Taki facet istnieje jednak naprawdę. Może nie ogólnie Makaron, ale Spaghetti. Luca Spaghetti. I o dziwo, facet istnieje naprawdę, nie jest tylko wymysłem Elizabeth Gilbert autorki książki „Jedz, módl się, kochaj”.
Książka, której autorem jest wspomniany wyżej Luca Spaghetti to przepiękna i zabawna zarazem opowieść o przyjaźni, życiu i… jedzeniu, które w życiu Włochów jest bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze. Książka „Masz przyjaciela” wciąga jak bagno. Porywa, jak rwąca rzeka.
Książka „Masz przyjaciela” podzielona jest na trzy części.
W pierwszej „Rzymie, nie bądź taki, pomóż” autor opowiada o swojej młodości, o początkowych kompleksach dotyczących nazwiska, które przypadło mu w spadku po przodkach. Znajdziemy tam przyjemną opowieść o chłopcu, którego miłością jest piłka nożna i jedzenie. Będziemy rosnąć i dojrzewać razem z głównym bohaterem ciesząc się z sukcesów jego ukochanej drużyny piłkarskiej.
Część druga „ Rzymianin w Stanach” opowiada o wielkiej miłości bohatera do podróży. Słabo znając angielski Luca wyrusza ze swoim najlepszym kumplem na spotkanie wielkiej przygody- USA. Poznaje tam tak odmienną od włoskiej kulturę amerykańską, zdobywa nowych przyjaciół i zwiedza. Cały kraj za wszelką cenę.
Część trzecia „Amerykanka w Rzymie” to wzruszająca i przezabawna opowieść o spotkaniu autora z autorką książek, Elizabeth. Luca, początkowo dość negatywnie nastawiony do znajomej, która w ramach „wymiany” przyjeżdża do Włoch, platonicznie się w niej zakochuje praktycznie od pierwszego wrażenia. Początkowe obawy związane ze złym wyobrażeniem, szybko przeradzają się w prawdziwą przyjaźń. Nie wyobrażacie sobie, ile wspólnego mogą mieć dwie zupełnie sobie obce osoby wiodące całkowicie inne życie, żyjące na dwóch końcach świata. Oprócz miłości do jedzenia i piłki nożnej łączy ich fascynacja muzyką i ciekawość świata.
Każdego, kto ma zły humor, książka „Masz przyjaciela” nastawi do świata bardzo pozytywnie. Optymistom polecam książkę na słoneczne popołudnie, albo wieczór z herbatą i czymś słodkim. Słowem- książka dla każdego. Dla miłośników jedzenia, podróży, dla tych, którzy chcą przyjemnie spędzić czas na lekturze naprawdę dobrej książki.
9/10
Luca Spaghetti, Masz przyjaciela, Rebis, 2011
piątek, 8 kwietnia 2011
Annie Hawes, Extra virgin - Przygoda w liguryjskich górach
Marzycie o słońcu i podmuchach ciepłego wiatru? Chciałyście uciec kiedyś w przepiękne zakątki Włoch? Sięgnijcie po książkę Annie Hawes „Extra Virgin”, a nie zawiedziecie się.
Głównymi bohaterkami książki są Annie i jej siostra, które uciekają na dziesięć tygodni z wiecznie mokrego i zimnego Londynu na słoneczną Riwierę Włoską. Znając trochę włoski, zatrudniają się przy szczepieniu róż, mając nadzieję na długie darmowe wakacje. Szczęśliwe i nieświadome panujących w małym miasteczku obyczajów, szybko muszą się zmierzyć z otaczającą je rzeczywistością. Mała mieścina to nie Rzym, kobiety nie chodzą tutaj w kusych bluzeczkach i krótkich spódniczkach, a wymarzona Riwiera nie wygląda jak na turystycznych prospektach. W takich miastach ludzie żyją skromnie, są nieufni i przepełnieni starymi przesądami. Siostry Hawes nie poddają się jednak i zamiast uciec z przerażeniem do Anglii, zakochują się w otaczającym je krajobrazie i za niewielkie pieniądze kupują rozsypujący się domek w górach.
Aby stać się częścią społeczeństwa, utrzymującego się z hodowli oliwek, muszą się jednak wiele nauczyć. Począwszy od tego, że aby zjeść w gospodzie, należy zapowiedzieć się odpowiednio wcześnie, poprzez to, że przy pomocy wapna można zrobić wszystko w domu i kuchni, kończąc na tym, że wypicie trzech kaw grozi poważnymi chorobami. Czy młode, pełne energii, samotne dziewczyny przetrwają w surowym i pełnym konwenansów środowisku? Czy zostaną dopuszczone do wspólnoty? Czy będą w stanie żyć w górach porozumiewając się gwarą? Przekonajcie się same.
Książka Annie Hawes to optymistyczna i ciepła lektura, dzięki której zapomnimy o zimie za oknem i poczujemy zapach przepysznego włoskiego jedzenia. Z książki dowiemy się, jakie faux pas może popełnić nieświadomy niczego turysta i co to znaczy „wino z winogron”. Autorka opisuje swoje przygody trochę na zasadzie pamiętnika, trochę chaotycznie, ale moim zdaniem dodaje to tylko autentyczności i owa chaotyczność bardziej bawi, niż przeszkadza. Akcja książki toczy się leniwie, tak jak leniwie toczy się życie wśród liguryjskich mieszkańców. Nie ma tam zapierających dech w piersiach zwrotów akcji, nie znajdziemy tutaj chwytających za serce opisów niespełnionej miłości. „Extra Virgin” to połączenie zapachów, jedzenia z dużą ilością oliwy z oliwek i wina z winogron.
Bohaterowie książki są tak autentyczni, że odwiedzając kiedyś małe włoskie miasteczka, nie zdziwcie się, gdy ujrzycie Marię, Franca Giaca i Luigi opowiadających smętnie o trudach utrzymania się z hodowli oliwek. A gdy już zajrzyjcie do przydrożnej gospody, nie rozsiadajcie się jak u siebie w domu, lecz grzecznie spytajcie gospodynię, czy znajdzie się dla was miejsce. Nie pytajcie się również o to, dlaczego wino jest z winogron. To podstawowe przykazania, dzięki którym przeżyjecie pierwszy dzień na Riwierze.
10/10
Annie Hawes, Extra virgin, Zysk i S-ka, 2010
Aby stać się częścią społeczeństwa, utrzymującego się z hodowli oliwek, muszą się jednak wiele nauczyć. Począwszy od tego, że aby zjeść w gospodzie, należy zapowiedzieć się odpowiednio wcześnie, poprzez to, że przy pomocy wapna można zrobić wszystko w domu i kuchni, kończąc na tym, że wypicie trzech kaw grozi poważnymi chorobami. Czy młode, pełne energii, samotne dziewczyny przetrwają w surowym i pełnym konwenansów środowisku? Czy zostaną dopuszczone do wspólnoty? Czy będą w stanie żyć w górach porozumiewając się gwarą? Przekonajcie się same.
Książka Annie Hawes to optymistyczna i ciepła lektura, dzięki której zapomnimy o zimie za oknem i poczujemy zapach przepysznego włoskiego jedzenia. Z książki dowiemy się, jakie faux pas może popełnić nieświadomy niczego turysta i co to znaczy „wino z winogron”. Autorka opisuje swoje przygody trochę na zasadzie pamiętnika, trochę chaotycznie, ale moim zdaniem dodaje to tylko autentyczności i owa chaotyczność bardziej bawi, niż przeszkadza. Akcja książki toczy się leniwie, tak jak leniwie toczy się życie wśród liguryjskich mieszkańców. Nie ma tam zapierających dech w piersiach zwrotów akcji, nie znajdziemy tutaj chwytających za serce opisów niespełnionej miłości. „Extra Virgin” to połączenie zapachów, jedzenia z dużą ilością oliwy z oliwek i wina z winogron.
Bohaterowie książki są tak autentyczni, że odwiedzając kiedyś małe włoskie miasteczka, nie zdziwcie się, gdy ujrzycie Marię, Franca Giaca i Luigi opowiadających smętnie o trudach utrzymania się z hodowli oliwek. A gdy już zajrzyjcie do przydrożnej gospody, nie rozsiadajcie się jak u siebie w domu, lecz grzecznie spytajcie gospodynię, czy znajdzie się dla was miejsce. Nie pytajcie się również o to, dlaczego wino jest z winogron. To podstawowe przykazania, dzięki którym przeżyjecie pierwszy dzień na Riwierze.
10/10
Annie Hawes, Extra virgin, Zysk i S-ka, 2010
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Piotr Olkowicz, W stronę słońca - Losy serialowej Majki
Książka „W stronę słońca” opowiada o losach rodziny Olkowiczów. Na kilka chwil możemy przenieść się w lata 80-te, gdzie półki świecą pustkami, a obywatele Krakowa snują się w szarych ubraniach. Główną postacią książki jest nastoletnia Anna, siostra Piotrusia, córka Róży.
TVN po raz kolejny zastosował ten sam chwyt marketingowy i po raz kolejny wielbiciele serialowych bohaterów sięgnęli po książki przez nich „napisane”. Teraz pozostaje nam czekać na kolejny hit i kolejną „porywającą” powieść.Zaczynając lekturę książki, miałam nadzieję na kilka przyjemnych wieczorów, w trakcie których przeżyję na własnej skórze wielką miłość na tle przepięknego Krakowa. Niestety, zawiodłam się. Autorka (!) (tak, nie przejęzyczyłam się) w sposób nudnawy opisuje losy głównej bohaterki.
Maturzystka Anna mieszka ze swoją matką krawcową i bratem w Krakowie. Jej życie jest nieciekawe. Nie ma koleżanek, wolne chwile spędza, czytając romansidła. Na prośbę matki, zaczyna nosić do teatru stroje szyte przez matkę. Poznaje tam Ryszarda Reinera i zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia. Na drodze do ich „szczęścia” stoi wyniosła Mona, niespełniona aktorka. Pewnego dnia pojawia się fotograf Jakub chcący zrobić fotoreportaż o teatrze, w którym grają bohaterowie książki. Jakub już podczas pierwszego spotkania z Anną zakochuje się w niej. Mogliby żyć ze sobą długo i szczęśliwie, gdyby nie Mona usiłująca upolować bogatego, jak jej się wydaje, męża. Sprawy zaczynają się komplikować, Anna kocha Ryszarda, Mona usiłuje zdobyć Jakuba. Po wielu perypetiach Anna i Jakub zostają parą, Anna zachodzi w ciążę, Jakub wyjeżdża zagranicę zarobić trochę pieniędzy… a potem, po wielu latach poznajemy serialową Majkę.
Bohaterowie książki dzielą się na krystalicznie dobrych (Anna, Róża, Jakub) i na złych aż do szpiku kości (Mona usiłująca manipulować ludźmi, Ryszard Reiner- narcystyczny aktor teatralny). Przypomina to trochę telenowelę rodem z Brazylii. Ja go kocham, ale on mnie nie, za to kocha mnie ktoś, na kogo ja nie zwracam uwagi. W książce nie zachwyciło mnie absolutnie nic. Najciekawszą postacią książki jest mały Piotruś marzący o kosmitach lądujących na Wawelu.
Agnieszka Marzysz, prawdziwa autorka pozycji, nie wykazała się umiejętnościami pisarskimi. Nieco ciekawsza zaczyna być mniej więcej od rozdziału XX. Pytanie, ilu czytelników przebrnie przez ¾ nieudanej powieści? Ogólnie jest nudna i bez polotu. Widać, że była pisana bez pasji, na wyraźne zamówienie stacji. Jednak, co ciekawe, chyba odnosi sukces. Wiele osób jest święcie przekonanych, że Piotr Olkowicz istnieje naprawdę i są to jego wspomnienia. Ciekawe, jaką pamięć musiałby mieć wujek Majki, aby pamiętać dokładnie to, co przytrafiło się jego siostrze, gdy był w podstawówce...
1/10
Piotr Olkowicz, W stronę słońca, Pascal, 2010
Maturzystka Anna mieszka ze swoją matką krawcową i bratem w Krakowie. Jej życie jest nieciekawe. Nie ma koleżanek, wolne chwile spędza, czytając romansidła. Na prośbę matki, zaczyna nosić do teatru stroje szyte przez matkę. Poznaje tam Ryszarda Reinera i zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia. Na drodze do ich „szczęścia” stoi wyniosła Mona, niespełniona aktorka. Pewnego dnia pojawia się fotograf Jakub chcący zrobić fotoreportaż o teatrze, w którym grają bohaterowie książki. Jakub już podczas pierwszego spotkania z Anną zakochuje się w niej. Mogliby żyć ze sobą długo i szczęśliwie, gdyby nie Mona usiłująca upolować bogatego, jak jej się wydaje, męża. Sprawy zaczynają się komplikować, Anna kocha Ryszarda, Mona usiłuje zdobyć Jakuba. Po wielu perypetiach Anna i Jakub zostają parą, Anna zachodzi w ciążę, Jakub wyjeżdża zagranicę zarobić trochę pieniędzy… a potem, po wielu latach poznajemy serialową Majkę.
Bohaterowie książki dzielą się na krystalicznie dobrych (Anna, Róża, Jakub) i na złych aż do szpiku kości (Mona usiłująca manipulować ludźmi, Ryszard Reiner- narcystyczny aktor teatralny). Przypomina to trochę telenowelę rodem z Brazylii. Ja go kocham, ale on mnie nie, za to kocha mnie ktoś, na kogo ja nie zwracam uwagi. W książce nie zachwyciło mnie absolutnie nic. Najciekawszą postacią książki jest mały Piotruś marzący o kosmitach lądujących na Wawelu.
Agnieszka Marzysz, prawdziwa autorka pozycji, nie wykazała się umiejętnościami pisarskimi. Nieco ciekawsza zaczyna być mniej więcej od rozdziału XX. Pytanie, ilu czytelników przebrnie przez ¾ nieudanej powieści? Ogólnie jest nudna i bez polotu. Widać, że była pisana bez pasji, na wyraźne zamówienie stacji. Jednak, co ciekawe, chyba odnosi sukces. Wiele osób jest święcie przekonanych, że Piotr Olkowicz istnieje naprawdę i są to jego wspomnienia. Ciekawe, jaką pamięć musiałby mieć wujek Majki, aby pamiętać dokładnie to, co przytrafiło się jego siostrze, gdy był w podstawówce...
1/10
Anita Shreve, Skradziony czas - 20 dni na miłość
Sama fabuła książki nie jest zaskakująca, szczególnie dla nas, Polaków. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie małe belgijskie miasteczko Delahaut. Trwa II wojna światowa, Belgia jest okupowana przez niemieckie wojska.
Pewnego dnia nieopodal miasta rozbija się amerykański samolot. Okazuje się, że w miasteczku działa ruch oporu. Ted Brice, pilot samolotu, mimo poważnej kontuzji, ma wielkie szczęście. Zostaje odnaleziony przez jednego z mieszkańców miasteczka i przetransportowany do domu Claire i Henriego, którzy zajmują się ukrywaniem osób poszukiwanych przez Niemców, a potem pomagają w przerzucaniu ich do innych krajów. Gdy Henri ucieka z miasteczka z obawy przed represjami, Ted i Claire, pomimo problemów językowych, zbliżają się do siebie. Szybko zaczyna rodzić się między nimi uczucie, które nigdy nie minie.
Wydawałoby się, że główni bohaterowie będą się powoli poznawać i stopniowo w sobie zakochiwać. Nic bardziej mylnego. W końcu jest wojna i nie wiadomo, ile czasu im dano. Uczucia między nimi ograniczone są również ramami czasowymi. Zbyt mało czasu, aby się dogłębnie poznać. Zbyt wiele, aby nazwać to przelotnym romansem. Ich miłość jest jednak intensywna i w pewnym sensie magiczna. Po około 20 dniach do miasteczka wraca Henri. Okazuje się, że Ted może zostać przerzucony… Co dzieje się później? Zarówno Ted jak i Claire znajdą się w więzieniu. Dlaczego? Tego dowiecie się w drugiej części książki…
„Skradziony czas”, to książka która zachwyca. Anita Shreve trzyma czytelnika w napięciu, mimo tego, że nie znajdziemy w książce wielu zwrotów akcji. Szczególnie zachwyciła mnie głębia tej historii. Czułam, jakby była to opowieść prawdziwa, a Anita Shreve była ghostwriterem. Na kilka chwil przeniosłam się w czasie i przestrzeni. To było, jak opowieść, którą możemy usłyszeć w tajemnicy od swojej prababci. Opowieść o zakazanej miłości, która może się skończyć dosłownie w każdej chwili, atmosfera przepełniona seksualnym napięciem- wprost idealna lektura na wieczór. Przemyślane postaci, głębia ich charakterów, ciekawie opowiedziana historia okraszona opisami życia wojennego kojarzy mi się z połączeniem „Pearl Harbor” i „Wichrowych Wzgórz”. Nie bacząc na trwającą wojnę, Ted i Claire zatracają się w sobie, tworząc coś na miarę własnego świata.
6/10
Anita Shreve, Skradziony czas, Prószyński i S-ka, 2010
Wydawałoby się, że główni bohaterowie będą się powoli poznawać i stopniowo w sobie zakochiwać. Nic bardziej mylnego. W końcu jest wojna i nie wiadomo, ile czasu im dano. Uczucia między nimi ograniczone są również ramami czasowymi. Zbyt mało czasu, aby się dogłębnie poznać. Zbyt wiele, aby nazwać to przelotnym romansem. Ich miłość jest jednak intensywna i w pewnym sensie magiczna. Po około 20 dniach do miasteczka wraca Henri. Okazuje się, że Ted może zostać przerzucony… Co dzieje się później? Zarówno Ted jak i Claire znajdą się w więzieniu. Dlaczego? Tego dowiecie się w drugiej części książki…
„Skradziony czas”, to książka która zachwyca. Anita Shreve trzyma czytelnika w napięciu, mimo tego, że nie znajdziemy w książce wielu zwrotów akcji. Szczególnie zachwyciła mnie głębia tej historii. Czułam, jakby była to opowieść prawdziwa, a Anita Shreve była ghostwriterem. Na kilka chwil przeniosłam się w czasie i przestrzeni. To było, jak opowieść, którą możemy usłyszeć w tajemnicy od swojej prababci. Opowieść o zakazanej miłości, która może się skończyć dosłownie w każdej chwili, atmosfera przepełniona seksualnym napięciem- wprost idealna lektura na wieczór. Przemyślane postaci, głębia ich charakterów, ciekawie opowiedziana historia okraszona opisami życia wojennego kojarzy mi się z połączeniem „Pearl Harbor” i „Wichrowych Wzgórz”. Nie bacząc na trwającą wojnę, Ted i Claire zatracają się w sobie, tworząc coś na miarę własnego świata.
6/10
Anita Shreve, Skradziony czas, Prószyński i S-ka, 2010
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
piątek, 18 marca 2011
Haruki Murakami, 1Q84 - „Jeżeli w opowieści pojawi się pistolet to musi wystrzelić”
Za drugi tom książki 1Q84, której autorem jest Haruki Murakami zabrałam się z mieszanymi uczuciami. Nie czytałam tomu pierwszego, więc nie byłam pewna, czy odnajdę się w jego świecie.
Haruki Murakami, popularny, podobno najwybitniejszy japoński pisarz przenosi nas do świata bardzo dziwnego i skomplikowanego. Książka od samego początku była dla mine strasznie tajemnicza. Cały czas czułam, że czegoś nie wiem, nie jestem w temacie. Z drugiej strony, gdy autor raz po raz podkreśla rzeczy oczywiste, mam wrażenie, że nie wierzy on w moją inteligencję i zdolność kojarzenia.
Zagłębiając się bardzo powoli w rok 1Q84 czułam, nawet bez opisu tomu pierwszego, że główni bohaterowie powieści - perfekcyjna morderczyni Aomame, nauczyciel matematyki w wolnych chwilach piszący książkę- Tengo i gdzieś w oddali pojawiająca się autorka bestsellerowej książki Fukaeri znali się już wcześniej.
W swojej powieści Haruki Murakami przeplata ze sobą losy głównych bohaterów w taki sposób, że gdyby osobno wydać opowieść o Tengo i osobno o Aomame, ich historie nadal miałyby sens. Jak dowiadujemy praktycznie na początku tomu, główni bohaterowie znają się już z dzieciństwa. W wyniku dotyku, ich losy zostały ze sobą połączone na całe życie. Tengo i Aomame, chociaż zajęci swoimi „codziennymi” sprawami, coraz częściej o sobie myślą, coraz częściej ciągnie ich do siebie.
O czym właściwie opowiada 1Q84? To zależy. Z jednej strony jest to historia o zabójczyni, która dostaje od starszej pani swoje ostatnie zlecenie. Ma za zadanie zabić guru sekty kopulującego z młodymi dziewczynami. Aomame, gdy ma okazję zabić swoją ofiarę, zaczyna mieć wątpliwości. Dzięki swojemu „zleceniu” częściowo zaczyna rozumieć rzeczy, o których tak naprawdę nie miała pojęcia…
Z drugiej to opowieść o Tengo, prawie zadowolonym ze swojego życia matematyku, który będąc ghostwriterem pomógł przy napisaniu książki „Powietrzna poczwarka” tym samy pakując się w nielada kłopoty…
O czym książka jest naprawdę? O świecie realnym 1984 i o tym nierealnym 1Q84, który wydaje się realniejszy o realnego. O dwóch księżycach, o powietrznej poczwarce, o little people. Kto nie przeczyta książki i tak nie zrozumie, bo 1Q84 to nie „Ogniem i mieczem”, które można opowiedzieć, a ktoś, kto nie czytał książki i tak będzie wiedział, co autor miał na myśli. Radzę jednak zacząć od tomu pierwszego, wtedy będzie łatwiej.
Treści książki nie warto tłumaczyć . Bo „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”
4/10
Haruki Murakami, 1Q84, tom II, wydawnictwo Muza, 2011
Haruki Murakami, popularny, podobno najwybitniejszy japoński pisarz przenosi nas do świata bardzo dziwnego i skomplikowanego. Książka od samego początku była dla mine strasznie tajemnicza. Cały czas czułam, że czegoś nie wiem, nie jestem w temacie. Z drugiej strony, gdy autor raz po raz podkreśla rzeczy oczywiste, mam wrażenie, że nie wierzy on w moją inteligencję i zdolność kojarzenia.
Zagłębiając się bardzo powoli w rok 1Q84 czułam, nawet bez opisu tomu pierwszego, że główni bohaterowie powieści - perfekcyjna morderczyni Aomame, nauczyciel matematyki w wolnych chwilach piszący książkę- Tengo i gdzieś w oddali pojawiająca się autorka bestsellerowej książki Fukaeri znali się już wcześniej.
W swojej powieści Haruki Murakami przeplata ze sobą losy głównych bohaterów w taki sposób, że gdyby osobno wydać opowieść o Tengo i osobno o Aomame, ich historie nadal miałyby sens. Jak dowiadujemy praktycznie na początku tomu, główni bohaterowie znają się już z dzieciństwa. W wyniku dotyku, ich losy zostały ze sobą połączone na całe życie. Tengo i Aomame, chociaż zajęci swoimi „codziennymi” sprawami, coraz częściej o sobie myślą, coraz częściej ciągnie ich do siebie.
O czym właściwie opowiada 1Q84? To zależy. Z jednej strony jest to historia o zabójczyni, która dostaje od starszej pani swoje ostatnie zlecenie. Ma za zadanie zabić guru sekty kopulującego z młodymi dziewczynami. Aomame, gdy ma okazję zabić swoją ofiarę, zaczyna mieć wątpliwości. Dzięki swojemu „zleceniu” częściowo zaczyna rozumieć rzeczy, o których tak naprawdę nie miała pojęcia…
Z drugiej to opowieść o Tengo, prawie zadowolonym ze swojego życia matematyku, który będąc ghostwriterem pomógł przy napisaniu książki „Powietrzna poczwarka” tym samy pakując się w nielada kłopoty…
O czym książka jest naprawdę? O świecie realnym 1984 i o tym nierealnym 1Q84, który wydaje się realniejszy o realnego. O dwóch księżycach, o powietrznej poczwarce, o little people. Kto nie przeczyta książki i tak nie zrozumie, bo 1Q84 to nie „Ogniem i mieczem”, które można opowiedzieć, a ktoś, kto nie czytał książki i tak będzie wiedział, co autor miał na myśli. Radzę jednak zacząć od tomu pierwszego, wtedy będzie łatwiej.
Treści książki nie warto tłumaczyć . Bo „Jeżeli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”
4/10
Haruki Murakami, 1Q84, tom II, wydawnictwo Muza, 2011
wtorek, 15 marca 2011
Nora Roberts, Smak chwili - Pyszne wypieki i niespodziewana miłość
Nora Roberts potrafi idealnie rozdzielić swoją mroczną i romantyczną stronę, co nie każdemu pisarzowi, który tworzy różne tematycznie książki, się udaje.
„Smak chwili” jest trzecią częścią serii Ślubny kwartet. Bohaterkami książki są cztery przyjaciółki Emma, Parker, Laurel i Mac. Wspólnie prowadzą firmę „Przysięgi”, zajmującą się przygotowywaniem ślubów od A do Z. Dziewczyny dzielą się obowiązkami. Jedna robi zdjęcia, druga zajmuje się organizowaniem imprez, trzecia bukietami.
Każda z książek serii Ślubny kwartet poświęcona jest innej przyjaciółce. Główną bohaterką „Smaku chwili” jest Laurel, która na co dzień zajmuje się przygotowywaniem wypieków weselnych. Kobieta od dziecka lubiła gotować, jednak jej rodziców nie było stać na zapewnienie jej odpowiedniego wykształcenia. Dzięki pomocy „przyjaciół rodziny” Laurel mogła kształcić się w renomowanej szkole gastronomicznej. Jej wypieki wzbudzają podziw i zazdrość. Dziewczyna w każde ciasto wkłada całe swoje serce. Nawet najprostsze ciasteczka jej autorstwa są wspaniałe. Dzięki swoim zdolnościom Laurel sprawia, że każda para młoda czuje się w dniu ślubu wyjątkowo. Chociaż „Przysięgi” przygotowały już wiele uroczystości, nie wszystkie dziewczyny są szczęśliwe. Laurel nie znalazła jeszcze swojej drugiej połówki. Nieoczekiwanie okazuje się, że czuje coś co Dela, brata swojej przyjaciółki, który do tej pory dla niej również był jak brat. Jak powinna postąpić Laurel? Poddać się uczuciu, czy też dać Delowi kosza?
„Smak chwili” to typowe romansidło, ale przyjemnie się je czyta. Muszę przyznać, że Nora Roberts potrafi idealnie rozdzielić swoją mroczną i romantyczną stronę, co nie każdemu pisarzowi, który tworzy różne tematycznie książki, się udaje. Trzeci tom kwartetu weselnego, to historia o miłości, przyjaźni i pasji. Nora Roberts pokazuje czytelnikom, że chcieć znaczy móc, a praca może sprawiać radość i być życiową pasją.
Chociaż, jak w każdej książce tego typu, wszystko jest słodkie, historia zawsze kończy się dobrze, a najważniejsze są miłość i przyjaźń, warto od czasu do czasu sięgnąć po tego typu pozycję. Bo przecież czasami można pozwolić sobie na chwile słabości i pogrążyć się w romantycznej historii, wiedząc, że na ostatniej stronie nastąpi happy end.
recenzja opublikowana na stronie dlalejdis.pl
5/10
Nora Roberts, „Smak chwili”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
czwartek, 3 marca 2011
Irena Matuszkiewicz, Szepty - Wesołe jest życie staruszki?
Książka Ireny Matuszkiewicz to opowieść o skomplikowanych i zakłamanych relacjach rodzinnych oraz prostych i szczerych między całkowicie obcymi sobie osobami.
Chociaż „Szepty” to opowieść o relacjach międzyludzkich, najbardziej wciągająca wydała mi się historia Funi. Nobliwa pani, z osobistych względów, musiała porzucić swoje samodzielne życie i przeprowadzić się do domu córki. Niestety, nie jest w stanie poczuć się tam, jak u siebie w domu. Nie może dogadać się z córką, która bardzo przypomina jej zmarłego męża, wnuczka zauważa ją tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje, a zięć? Zwyczajnie ignoruje. Córka więzi więc swoją matkę w złotej klatce, nie pozwalając jej na jakiekolwiek obowiązki domowe. Na domiar złego w domu każdy ma swój własny świat, a mieszkańcy porozumiewają się tytułowym szeptem. Życie Funi zmienia się o 180 stopni dopiero po poznaniu Alebabek.
Alebabki, (nie mylić z Alibabkami), to kobitki wchodzące w jesień życia. Nie są to jednak schorowane, biegające do kościoła i wiecznie narzekające na młodzież i rząd mohery. Alebabki to dziewczyny z dużym poczuciem humoru, wielkimi pokładami energii, które w wolnym czasie biegają na wykłady, uczestniczą w warsztatach, chodzą do kina i przede wszystkim umilają sobie czas dobrym towarzystwem.
Funia, Mundzia, Jola, Michasia, Wiera i Honorata, jak wszyscy, mają swoje problemy i zmartwienia. Jedna nie potrafi dogadać się ze swoją rodziną, druga ma problemy z mężem, trzecia z nałogiem. Nie przeszkadza im to jednak w najmniejszym stopniu cieszyć się życiem. Przyjaciółki, bo tak nazwałabym, grupę kobiet, są zaprzeczeniem starszych pań, o których myślimy, mówiąc „starsza pani”. W przerwach między dokształcaniem i ciekawymi filmami Alebabki spotykają się na wspólnych obiadach, dzieląc się plusami i minusami życia
Książka Ireny Matuszkiewicz napisana jest w ciepły i optymistyczny sposób. Starsze panie zamiast narzekać na swój los, cieszą się każdym dniem. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w życiu staruszków jest miejsce na tak wielkie radości i prawdziwe przyjaźnie.
Kiedyś wydawało mi się, że młodzi czytają książki o pięknych, młodych i bogatych, a dopiero w kwiecie wielu sięgamy po literaturę ze starszymi ludźmi w rolach głównych. Irena Matuszkiewicz udowadnia, że nawet osoba wchodząca dopiero w dorosłe życie może śmiać się i wzruszać, zaczytując się w przygodach żwawych staruszek. I jeszcze jedno: to nieprawda, że wszystkie okładki kłamią. „Szepty” to naprawdę poruszająca opowieść!
7/10
Irena Matuszkiewicz, „Szepty”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
niedziela, 20 lutego 2011
Zoe Fishman, Kwestia równowagi - Przyjaźń i joga
Kolejna babska książka o miłości, przyjaźni, rozstaniach i powrotach. Kolejne szczęśliwe zakończenie.
Czy można napisać coś, co jeszcze nie zostało w tym temacie powiedziane? Czy pisząc o przyjaciółkach na śmierć i życie, można jeszcze przyciągnąć przeciwników? Oczywiście, że można. Wystarczy mieć talent, jaki posiada debiutująca pisarka Zoe Fishman.
„Kwestia równowagi” opowiada o wyjątkowym związku czterech całkowicie różnych kobiet. Charlie, Sabine, Naomi i Bess spotykają się przypadkiem na zjeździe absolwentów uczelni. Kiedyś dobre znajome z akademika, dziś niewiele mają sobie do powiedzenia. Każda z nich prowadzi inne życie, ma inne problemy. Łączy je jedno. Każdej z nich czegoś brakuje. Charlie, właścicielka słabo prosperującej szkoły jogi namawia swoje dawne koleżanki na wizytę na zajęciach. Wszystkie się zgadzają, lecz każda ma ukryty w tym cel. Lepsze pośladki, interesujący artykuł, dodatkowy zarobek. Żadna z nich nie wie, jak kilka weekendów zmieni całe ich życie.
Choć autorka porusza tematy stare jak świat, zwraca również uwagę na inne sprawy. Jedna z bohaterek książki, samotna matka, dowiaduje się, że cierpi na stwardnienie rozsiane. Inna bohaterka powieści pragnie wyciągnąć z koleżanek szczegóły ich życia i napisać artykuł o niespełnionych kobietach, będący przepustką do lepszego świata. Spodziewałam się tradycyjnych problemów amerykańskich 30-latek, a poznałam kobiety stojące przed naprawdę ważnymi życiowymi wyborami. Zoe Fishman przybliża czytelnikom losy kobiet, którym daleko do bohaterek „Seksu w wielkim mieście”. Nie są piękne i bogate, ich jedynym problemem nie jest wybór sukienki na wieczór. Bohaterki „Kwestii równowagi” to prawdziwe kobiety z prawdziwym życiem, które nie jest kolorowe. Dzięki jodze, a właściwie swojemu towarzystwu, z zagubionych i niepewnych siebie stają się silne i twarde.
„Kwestia równowagi” to ciepła i optymistyczna książka. Choć opowiada o tematach przemaglowanych przez setki pisarek na tysiące sposobów, wcale nie jest nudna i sztampowa. Zoe Fishman opisała przyjaźń czterech dziewczyn tak interesująco, że nie sposób nie polubić tej książki. Czytając o problemach i przyjaźni, czytelnik nabiera przekonania, że zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji.
Zoe Fishman nie napisała książki patetycznej, w której zawarte są wszystkie mądrości świata. Stworzyła zwyczajną powieść dla zwyczajnych kobiet. I sprawia, że czytelniczka pod koniec lektury uśmiecha się sama do siebie, zdając sobie sprawę, że życie wcale nie jest takie złe.
6/10
Czy można napisać coś, co jeszcze nie zostało w tym temacie powiedziane? Czy pisząc o przyjaciółkach na śmierć i życie, można jeszcze przyciągnąć przeciwników? Oczywiście, że można. Wystarczy mieć talent, jaki posiada debiutująca pisarka Zoe Fishman.
„Kwestia równowagi” opowiada o wyjątkowym związku czterech całkowicie różnych kobiet. Charlie, Sabine, Naomi i Bess spotykają się przypadkiem na zjeździe absolwentów uczelni. Kiedyś dobre znajome z akademika, dziś niewiele mają sobie do powiedzenia. Każda z nich prowadzi inne życie, ma inne problemy. Łączy je jedno. Każdej z nich czegoś brakuje. Charlie, właścicielka słabo prosperującej szkoły jogi namawia swoje dawne koleżanki na wizytę na zajęciach. Wszystkie się zgadzają, lecz każda ma ukryty w tym cel. Lepsze pośladki, interesujący artykuł, dodatkowy zarobek. Żadna z nich nie wie, jak kilka weekendów zmieni całe ich życie.
Choć autorka porusza tematy stare jak świat, zwraca również uwagę na inne sprawy. Jedna z bohaterek książki, samotna matka, dowiaduje się, że cierpi na stwardnienie rozsiane. Inna bohaterka powieści pragnie wyciągnąć z koleżanek szczegóły ich życia i napisać artykuł o niespełnionych kobietach, będący przepustką do lepszego świata. Spodziewałam się tradycyjnych problemów amerykańskich 30-latek, a poznałam kobiety stojące przed naprawdę ważnymi życiowymi wyborami. Zoe Fishman przybliża czytelnikom losy kobiet, którym daleko do bohaterek „Seksu w wielkim mieście”. Nie są piękne i bogate, ich jedynym problemem nie jest wybór sukienki na wieczór. Bohaterki „Kwestii równowagi” to prawdziwe kobiety z prawdziwym życiem, które nie jest kolorowe. Dzięki jodze, a właściwie swojemu towarzystwu, z zagubionych i niepewnych siebie stają się silne i twarde.
„Kwestia równowagi” to ciepła i optymistyczna książka. Choć opowiada o tematach przemaglowanych przez setki pisarek na tysiące sposobów, wcale nie jest nudna i sztampowa. Zoe Fishman opisała przyjaźń czterech dziewczyn tak interesująco, że nie sposób nie polubić tej książki. Czytając o problemach i przyjaźni, czytelnik nabiera przekonania, że zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji.
Zoe Fishman nie napisała książki patetycznej, w której zawarte są wszystkie mądrości świata. Stworzyła zwyczajną powieść dla zwyczajnych kobiet. I sprawia, że czytelniczka pod koniec lektury uśmiecha się sama do siebie, zdając sobie sprawę, że życie wcale nie jest takie złe.
6/10
Zoe Fishman, „Kwestia równowagi”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

