Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Wyznania chińskiej kurtyzany W świecie wiatru i wierzb


Londyn, lata współczesne.
Poznajcie przyjaciółki Dong Mei oraz Forsycję Wu, Chinki mieszkające w Europie. Podczas rozmów przy herbacie Dong Mei (Zimowa Śliwa) opowiada Forsycji Wu o swoim życiu w roli kurtyzany. Dong Mei urodziła się w 1926 roku w prowincji Shan-dong, niedaleko świętej góry Taishan w Chinach, w roku Tygrysa.
"Ludzie spod tego znaku są podobno odważni i nie boją się ryzyka."
 Dong Mei pochodziła z biednej rodziny, której jedynym źródłem pożywienia były sady owocowe zamożnych gospodarzy. Dong Mei jako jedyna dziewczynka we wsi potrafiła czytać oraz pisać, dlatego też w po osiągnięciu 10 lat została wysłana do posług staremu mnichowi. W zamian za pomoc, mnich uczył Dong czytać i pisać. Życie Dong Mei mogłoby być piękne, gdyby do kraju nie wkroczyli Japończycy. Zniszczyli oni sady, z których utrzymywały się całe wioski, więc w rodzinie Zimowej Śliwy rozpoczął się ciężki okres. Dziewczynka została sprzedana i została służącą w domu kaligrafa. Ten, mając dość ciekawe hobby, dość szybko wprowadził dziewczynkę w tajniki Kamasutry. Niedługo potem Dong Mei zostaje sprzedana do burdelu.Ponieważ była dziewicą, nie została rzucona na żer. Trzymano ją w zamknięciu, aż do odpowiedniej chwili i sprzedano ją z zyskiem. Następny przybytek nie był na szczęście podłym burdelem, lecz światem wiatru i wierzb. Dong Mei przybyła do Zakątka Porannej Świeżości, który stał się dla niej początkiem drogi do zawodu kurtyzany. Tam powoli stawała się kobietą, poznawała ciało swoje i mężczyzn, poznawała prawdziwy świat. Tam Zimowa Śliwa poznała trzech mężczyzn, którzy na zawsze zmienili jej życie. Przez jednego z nich musiała uciec jednak ze swojego domu. Tak trafiła na trzecie miejsce, w którym naprawdę stała się prawdziwą kurtyzaną. To jednak nie koniec jej historii. Czas kurtyzan kiedyś się kończy. Dla niej skończył się tragicznie ale i szczęśliwie zarazem. Przeżyła. Jaka jest historia życia Dong Mei? Sprawdź.

Wyznania chińskiej kurtyzany to bardzo autentyczna książka, o wiele bardziej prawdziwa, niż znane wszystkim Wyznania gejszy, a te wydawały się prawdziwe. Książka powstała w bardzo ciekawy sposób. Pomyśleć tylko, że ta opowieść powstała przypadkiem...W jaki dokładnie sposób, dowiecie się na samym końcu. Książka jest bardzo ciekawa, chwilami rozśmiesza, skłania do zadumy, szokuje, wzrusza. Jest w niej wszystko, czego trzeba, aby całkowicie zanurzyć się w świecie przedstawionym. Co ciekawe, przyjaciółki zawsze spotykają się przy herbacie. Dzięki temu możemy dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy zarówno o samym napoju jak i sposobie jego przygotowania. Nie wiem, jakim cudem opowieść autobiograficzna może być opowiedziana tak spokojnie, z dystansem. Być może Dong Mei zdążyła już pogodzić się całkowicie ze swą historią?

Wyznania chińskiej kurtyzany to książka szczera, interesująca i naturalna. Główną bohaterkę polubiłam od razu za jej chęć życia, sposób pojmowania świata oraz wielkie serce. Powieść idealnie nadaje się do zekranizowania, niczego nie byłoby trzeba w niej zmieniać. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś wpadnie na ten pomysł.

10/10

W świecie wiatru i wierzb.Wyznania chińskiej kurtyzany, Świat książki, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu

niedziela, 8 lipca 2012

Za wszystko trzeba płacić Aleksandra Marinina


Wszystko co dobre kiedyś się kończy, a za swoje długi kiedyś trzeba zapłacić.
Po raz kolejny miałam przyjemność przeczytać świetny kryminał. Po raz kolejny dzięki Aleksandrze Marininej. Z jednej strony cieszę się, że kolejne książki tej autorki są tłumaczone na polski, z drugiej żałuję, że z takim opóźnieniem.  „Za wszystko trzeba płacić” to 11 książka Marininy, a pisarka napisała ich już 35. Mamy więc trochę do nadrobienia, ale na dobrą literaturę warto czekać…
Tym razem wszystko idzie nie tak. Anastazję nawiedza przeszłość w postaci Denisowa, mafioza, z którym policjantka współpracowała w jednej z wcześniejszych książek (a właściwie w dwóch).  Jakiś czas wcześniej poprosiła ona Denisowa o pomoc w rozwiązaniu jednego ze swoich śledztw- zginął wtedy jego pasierb i Nastia miała świadomość, że ma wielki dług u Denisowa. Nadeszła pora by go spłacić. Teraz to on potrzebuje jej pomocy w odnalezieniu zabójcy jego eks-kochanki…. ale od początku…

Pewien człowiek, Lebiedew, wynalazł preparat poprawiający w znacznym stopniu aktywność intelektualną. Po jego śmierci wszystkie papiery otrzymała jego żona, która postanowiła ułożyć sobie życie od nowa i wyjechać do Austrii. O tajnych notatkach marzy jednak para lekarzy- Aleksander Borodankow i jego żona Olga, którzy w swoim tajnym labolatorum prowadzą bezskuteczne próby odtworzenia preparatu wartego miliony. Ponieważ im się to nie udaje, Olga postanawia z pomocą swojego przyjaciela odzyskać papiery. Podczas próby ich przejęcia ginie nie tylko wdowa po Lebiediewie lecz również przypadkowa kobieta. To właśnie ona jest „główną postacią” książki. To ona jest punktem zapalnym całej historii. Okazuje się bowiem, że była to żona przyjaciela Denisowa, a jednocześnie jego była kochanka. Mafiozo obiecuje swojemu przyjacielowi pomoc w znalezieniu mordercy i postanawia zwrócić się w ten sprawie do Kamieńskiej.

Gdyby tylko pomoc Denisowowi była jedynym problemem pani major. Niestety. Jakby mało jej było kłopotów, zostaje oskarżona o granie na dwie strony, sama zaś podejrzewa o to Denisowa. Jak to rozegrać? Jak sprawić by wilk był syty, a owca cała?

Zakręcone? Będzie jeszcze bardziej, ale naprawdę warto przeczytać.  Za wszystko trzeba płacić to chyba najbardziej skomplikowana książka rosyjskiej autorki. Pełno w niej splotów przypadków oraz wypływających spraw z przeszłości. W książce występuje tylu bohaterów, że bardzo trudno się pogubić. Najciekawsze jest jednak to, że bohaterowie, którzy teoretycznie nie mają żadnego wpływu na głównych bohaterów jednym swoim słowem lub czynem potrafią zmienić całą fabułę.

W książce nie podobało mi się jedynie zakończenie. Po tak wspaniałej lekturze pełnej zwrotów akcji, wciągającej historii rozwiązanie wszystkich łamigłówek następuje pod sam koniec książki. Prawie wszytkich łamigłównek na raz. Jakby autorkę ktoś popędzał. Oprócz tej małej rysy, książka jest genialna.
Osobom, które nigdy nie czytały książek Aleksandry Marininej radzę zacząć od początku serii ponieważ, z racji tego, że to już 11 książka autorki dostępna w Polsce, czytelnik rozpoczynający przygodę z Kamieńską od tej pozycji może mieć problemy ze zrozumieniem różnych spraw. Autorka bowiem ciągnie niektóre wątki przez wiele tomów. I chwała jej za to, bo przynajmniej wiem, że Nastia jest postacią posiadającą historię.

Jednym słowem: polecam

 10/10
Aleksandra Marinina, Za wszystko trzeba płacić, WAB, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

niedziela, 1 lipca 2012

Myszy i ludzie John Steinbeck


Jak mamę kocham, bardzo rzadko płaczę podczas czytania książek. Czasem zdarza mi się płakać ze śmiechu. Tym razem płakałam ze współczucia i poczucia bezsilności.

Kto zmusił mnie do płaczu? John Steinbeck, a dokładniej jego książka „Myszy i ludzie”. Tytuł bardzo znany. Znałam go i ja. Gdy czytałam Dallas ’63 po raz kolejny zetknęłam się z tym tajemniczym tytułem. Główny bohater książki- Jake Epping AKA George Amberson postanowił wystawić w szkole w której uczył sztukę na podstawie tej książki. A ja wtedy postanowiłam, że ją przeczytam. Przeczytałam i płakałam.
Książka „Myszy i ludzie” nie poraża objętością. To tylko 120 stron, ale śmiało mogę powiedzieć, że to jedne z najważniejszych stron mojego życia literackiego. Myszy i ludzie to opowieść o dwóch facetach, George’u Miltonie i Lennim Smallu wędrujących po świecie w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Lennie i George  to bardzo specyficzna para- pierwszy wielki, silny, a przy tym głupi jak kilkulatek, drugi niski ale łepski. Z powodu choroby Lenniego przyjaciele co ruch muszą się przeprowadzać, ponieważ niedostosowany do życia mężczyzna często sprowadza na nich kłopoty. Gdy docierają do kolejnej przystani po drodze do swojego wymarzonego miejsca, mają nadzieję, że to właśnie tam uda im się uciułać pieniądze i kupić małą farmę. Lennie marzył bowiem o małym domku, w którym mieszkałby z Georgem, miałby króliki, którymi mógłby się opiekować. Piękne marzenie, prawda? Niestety tym razem nie będzie szczęśliwego zakończenia. Lennie i George nie będą mieli małej farmy z puchatymi króliczkami. Dlaczego?

Tego pisać już nie będę. Jak wspomniałam książka jest na tyle krótka, że każde napisane zdanie może stać się spoilerem i zepsuć komuś przyjemność czytania. A czyta się ją bardzo szybko. W książce jest mało słów, a wiele emocji. Historia jest dość prosta i nieskomplikowana. Ot, opowieść o dwójce przyjaciół. Zwykła, niezwykła opowieść…

10/10

Myszy i ludzie, John Steinbeck, Prószyński, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 26 maja 2012

Prosto i presto przyjmujemy gości, Anna Lucci


Co przychodzi Ci na myśl, gdy myślisz o łatwym i szybkim przyjęciu znajomych? Pewnie o paluszkach, chipsach albo kanapkach. A można to zrobić o wiele smaczniej i tak samo łatwo i szybko. Jak?


O tym traktuje książka „Prosto i presto. Przyjmujemy gości” Anny Lucci. Muszę to podkreślić na samym początku- po przejrzeniu książki zaczęłam czuć charakterystyczne burczenie w brzuchu. Gdy ogląda się zdjęcia potraw aż ślinka cieknie. Gdyby na moje przyjście ktoś przygotował takie potrawy…

Przepisy w książce znajdziemy różne: zarówno dla tych, którzy mogą wydać trochę więcej, jak i tych, którym zostało kilkanaście złotych w portfelu.

Jakie przepisy znajdziemy w środku?
Zacznijmy od przełamywania lodów, czyli aperitifów. Do wyboru na przykład: cocktail Roma, spritz, czekoladowy fizz, czy wegański sprint. Później pora na przystawki: może rurki łososiowe, groszki i róże, bruschetta z grzybami albo krokieciki z ziemniaków? Na każdym przyjęciu mile widziane są salse, czyli sosy, które pasują praktycznie do wszystkiego oraz sałatki. Ja proponuję krewetki w ananasie, farfalle po sycylijsku albo insalatonę łososiową. Jeśli goście mają ochotę na makaron to dobrym wyborem będą muszelki z bakłażanami, tagliatelle z boczkiem albo fettuccine z kremem krewetkowym. Na drugie danie idealne będą: wołowina z curry, tort z brokułami albo sola z białym winie. Na wyjątkowe okazje Anna Luci poleca rybę pieczoną na szampanie, risotto z płatkami róż lub mus czekoladowy. Przydałby się także deser. Teraz nastała idealna pora na truskawki z bitą śmietaną. Jeśli nie lubicie truskawek, to może melon owocowo-lodowy albo panna cotta?

Dania które wymieniłam, to tylko kropla w morzu tego, co w Prosto i presto- przyjmujemy gości zaproponowała czytelnikom Anna Lucci. Chociaż niektóre nazwy potraw brzmią skomplikowane, ich przygotowanie nie powinno sprawić Wam problemów. Przy każdym przepisie znajdziemy dodatkowe cenne informacje, które mogą się przydać w czasie przygotowywania potraw. Na początku książki znajdują się interesujące działy, które powinien przeczytać każdy, kto ma zamiast zrobić domowe przyjęcie. Pierwszy rozdział to „Przyjęcie z dwie godziny?” z którego dowiemy się jak robić zakupy, co warto zawsze mieć w domu, jak wybrać menu oraz jak i kiedy zaprosić gości. Z rozdziału drugiego pod tytułem „Przyjęcie krok po kroku” dowiemy się jak przygotować stół, jak podawać dania, jak się zachowywać i o czym (nie)rozmawiać. Ponadto autorka przygotowała dla czytelników kilka informacji o winach: w jakich kieliszkach je podawać, na co zwracać uwagę podczas zakupu.

Chociaż w dzisiejszych czasach na ogół zamiast zapraszać gości do domu idzie się do restauracji, a przyjęcia zastąpiły domowe luźne imprezy, nie znamy dnia ani godziny, gdy będziemy musieli przygotować coś bardziej wystawnego niż sałatka jarzynowa i  kanapki. Poza tym kto powiedział, że potrawy przedstawione w książce można wykorzystywać tylko na wielkie okazje? Kolacja z ukochanym czy przyjaciółmi też jest dobrym pretekstem do spróbowania nowych i smacznych dań.

Z opisywaniem książek kucharskich zawsze mam pewien problem. Nie potrafię wyrazić tego zachwytu, który czuję tak, jak książka na to zasługuje. A ta książka zasługuje na przeczytani i pochwałę. Chociaż niektóre potrawy wymagają wydania trochę większej kwoty, wiele jest takich, których przygotowanie nie nadwyręży naszego portfela.
Na uwagę zasługują także piękne zdjęcia, ale o tym musicie przekonać się sami.

10/10
 
Prosto i presto przyjmujemy gości, Anna Lucci, Lucci Editore, 2011

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

poniedziałek, 14 maja 2012

Czarna kobieta biały kraj Waris Dirie

"Żółw powiada:
praca, którą zaczęto wykonywać,
jest już właściwie skończona."
przysłowie nigeryjskie

 Z historią Waris Dirie pierwszy raz zetknęłam się przy okazji lektury książki "Kwiat pustyni". Książka zainteresowała mnie, a jednocześnie przeraziła. Ci, którzy ją czytali wiedzą, co mam na myśli.
Niedawno miałam możliwość przeczytania najnowszej książki Waris "Czarna kobieta biały kraj". Jest to "historia najnowsza". O życiu na zachodzie (między innymi w naszym pięknym kraju) jak i tęsknocie za rodziną oraz chęci odwiedzenia ojczyzny.
Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Waris jest teraz usłane różami. Też tak myślałam. Znana pisarka, znana modelka, wojowniczka o prawa kobiet. Świat musi ją kochać! Nic bardziej mylnego. Autorka prawie każdego dnia musi walczyć ze swoją prywatną pustynią.
"Czarna kobieta biały kraj" to nie tylko przenośnia, efektowny sposób na pokazanie inności. To, moim zdaniem, wołanie o pomoc. To, że mamy XXI wiek nie oznacza, że jesteśmy postępowi. Waris nie raz i nie dwa zetknęła się z rasizmem, niezrozumieniem. Czy człowiek światowy mógłby uwierzyć w to, że w Brukseli- mieście kojarzonym z Unią Europejską, miejscem, gdzie wszyscy są równie, czarna kobieta może zostać potraktowana jak bezdomna nielegalna imigrantka? Przerażające, prawda? Właśnie o takich przypadkach możemy przeczytać. Czy ktoś inteligentny mógłby uwierzyć w to, że w wielu europejskich krajach dziewczynki dalej są obrzezane? Tak, w europejskich, nie przejęzyczyłam się. Ludzie emigrują i zabierają ze sobą swoje zwyczaje. Dalej wierzą, choć w Koranie nie ma o tym nawet słowa, że tylko obrzezana kobieta to czysta kobieta. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ludzie sprawujący władzę mają to wszystko, dosadnie mówiąc, głęboko w dupie. Nie interesują się tym, mówią, że nie mogą się wtrącać w sprawy innych ludzi. Najłatwiej udawać, że nic się nie dzieje...
Książka nie jest jednak pełna smutku, niezrozumienia i nienawiści. Znajdziemy w niej wiele radości, nadziei, miłości. Taki obraz znajdziemy w części opowiadającej o realizacji filmu Kwiat pustyni. Waris Dirie udało się powrócić prawie w rodzinne strony. Zaczęła zastanawiać się nad powrotem na ojczystą ziemię. Czytając tę część miałam wrażenie spokoju, błogości. Widać, że myśląc o Afryce Waris się wycisza, jest w pełni spełniona. No może nie całkiem w pełni. Musi pomóc kobietom żyjącym na czarnym lądzie. To jest jej priorytetem. Nie wybiegi, zdjęcia, autografy. Pomoc.

10/10 zdecydowanie

Czarna kobieta biały kraj, Waris Dirie, Świat książki, 2012

za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie wydawnictwu

Czytając książkę Czarna kobieta biały kraj słuchałam jednocześnie audiobooka "Córka nomadów". Muszę przyznać, że było to ciekawe uczucie- przemieszczać się w czasie. Recenzja już niedługo

środa, 11 kwietnia 2012

Dwaj łakomi Włosi Antonio Carluccio, Gennaro Contaldo

Życie rodzinne we Włoszech nie wygląda już  tak, jak kiedyś. Rodziny stały się mniej liczne i więcej matek podejmuje stałą pracę. W rezultacie rodzinne posiłki są krótsze i nie pozwalają już na długi odpoczynek. Do ich przygotowywania używa się półproduktów; mamy jednak nadzieję, że Włochy nigdy nie staną się ofiarą gotowych, mrożonych dań, tak popularnych w innych krajach. Kiedy obowiązki zawodowe zajmują kobietom coraz więcej czasu, coraz mniej z nich przekazuje kulinarną wiedzę swoim dzieciom. W rezultacie wiele młodych kobiet nie umie gotować (lub nie dba o to, by się tego nauczyć,  o zgrozo!).

Dobrych książek kucharskich nigdy za wiele. Szczególnie takich, które są pisane z prawdziwą miłością i pasją, a nie dla zarobienia paru groszy. Dwaj łakomi Włosi autorstwa Antonio Carluccio, Gennaro Contaldo jest właśnie taką perełką. Godne polecenia są nie tylko przepisy, ale również przepiękne zdjęcia wykonane przez Chrisa Terry.

Do rzeczy jednak.
Warto zacząć od interesującego wprowadzenia, z którego dowiemy się między innymi tego skąd autorzy książki się znają, dlaczego postanowili stworzyć książkę kucharską, o czym myśleli podczas przygotowywania pozycji, jak ich zdaniem zmienił się świat (fragment we wstępie). Ja dzięki wprowadzeniu doszłam do wniosku, że nie tylko Włochy się zmieniły. Polska również, ja też. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem bardziej celebrowano posiłki, wspólne jedzenie było czymś naturalnym. Dziś jem(y) w biegu, często poza domem, na wspólnych posiłkach spotykamy się od święta (nawet z najbliższą rodziną). Czas to zmienić. Może dania, które tu znajdziecie Wam w tym pomogą?

Czego możemy spróbować? Autorzy przygotowali dla czytelników sześć rozdziałów, a w każdym z nich coś, przemówi do nas przez żołądek do serca. Jesteście spragnieni przystawek? Takich prawdziwych, które przygotowują nas na pyszny obiad, a nie zapychają jeszcze przed głównym daniem... Jeśli tak, to może skusicie się na pieczone roladki z cukinii, sałatkę z prawdziwków, kasztany w maśle lub sałatkę z mozzarellą i pomidorami? Na pierwsze danie proponuję krem z pokrzywy, świeży makaron wstążki z białym winem i grzybami albo makaron linguine z małżami i krewetkami. Na danie główne barwenę w pomidorach, grillowany tuńczyk w smakowitej kruszonce lub kurczak z karczochami, cebulą, ziemniakami i rozmarynem. Miłośnikom sałatek i surówek polecam gulasz z papryki, pomidorów i cebuli, słupki z cukinii smażone w głębokim oleju oraz młode cebulki w słodko-kwaśnym sosie z octu balsamicznego (ja też inaczej sobie wyobrażałam sałatki i surówki). Pora na deser. Może ciasto karmelowo-pomarańczone, jabłka i truskawki z serem lub tyrolski strudel jabłkowy? Na koniec przekąski, bo przecież nie codziennie mamy czas na gotowanie wielkiego obiadu. Co powiecie na prawdziwą pizzę neapolitańską?

Na samą myśl o tych potrawach aż ślinka cieknie. Dzięki pięknym zdjęciom podczas wertowania książki czułam burczenie w brzuchu i gdybym tylko miała odpowiednie miejsce i środki od razu poleciałabym do sklepu po odpowiednie, naturalne, włoskie składniki. Nie wszystkie przepisy w książce są typu "makaron z małżami i krewetkami". Znajdziemy też tutaj dania dla statystycznego Kowalskiego, choćby kliseczki z kurczaka, omlet z bazylią, zupę z wiosennych warzyw i wieprzowiny. Dla smakoszy też coś się znajdzie. Jeśli ktoś ma ochotę na królika w marynacie z cytrusów czy koźlę w sosie jajeczno- cytrynowym to też nie będzie zawiedziony.

Niezależnie od naszych preferencji, zasobności portfela czy wyposażenia kuchni każdy, kto lubi kuchnię włoską będzie zachwycony. Nie tylko mnogością i różnorodnością przepisów lecz też sposobem ich przedstawienia. Czytając je miałam wrażenie, że dostałam maila od przyjaciółki albo dzwoni do mnie mama dyktując z miłością po kolei wszystkie czynności. Dwaj łakomi Włosi to książka interesująca, ciepła, pełna pasji i zaangażowania. Zajmie jedno z najlepszych miejsc w mojej przyszłej kuchni. Obiecuję.

10/10


Dwaj łakomi Włosi, Antonio Carluccio i Gennaro Contaldo, Muza, 2012

Recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

piątek, 9 marca 2012

Po Syberii Colin Thubron

Syberia- bezkresna kraina geograficzna leżąca na terenie Rosji. Gdzie nie pojedziesz, tam Syberia. Począwszy od Uralu na zachodzie i Oceanu Arktycznego na północy, aż do Oceanu Spokojnego na wschodzie i Kazachstanu na południu.


Syberia to naprawdę bezkresny obszar.  Nie tylko pod względem geograficznym ale też kulturowym, ludności, krajobrazu. Tam jest wszystko są wszyscy: Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini, Tatarzy, Kazachowie i Czuwasze, Buriaci, Jakuci i Polacy. Na Syberii stare współżyje z młodym. Dosłownie i w przenośni. Choćby patrząc politycznie: stary system niby umarł i nastał nowy, chociaż tak naprawdę to współistnieją obok siebie. I nie chodzi mi tu o Putina i Jelcyna jako nowe i stare lecz o ostatniego cara, Lenina i Stalina. Zresztą Putina jako prezydenta tam jeszcze nie ma, bo, jeśli dobrze zrozumiałam, podróż Collina Thubrona miała miejsce pod koniec lat 90tych. Może to i lepiej, bo ludność Syberii chyba źle znosi zmiany.

Autor zabiera czytelników na niesamowitą wycieczkę po calutkiej prawie krainie Od Jekaterynburga poprzez Tobolsk do Worokut, Omsk, Nowosybirsk i Krasnojarsk, po Nerczyńsk, Ałbazin, Chabarowsk do Jakucka i na Magadan. Muszę się przyznać, że po raz pierwszy czytałam książkę jakieś 2- 3 miesiące. Nie pamiętam nawet ile dokładnie. Broń Boże nie dla tego, że książka jest zła lub że trudno ją się czyta. Czyta się ją świetnie, ale ja potrzebowałam dużych przerw pomiędzy kolejnymi powrotami do kraju, który fascynuje mnie od dzieciństwa. Przerw na przemyślenia, pławienie się w tym, co przeczytałam. Największą przyjemność sprawiało mi powracanie do lektury, przeskakiwanie o kilka rozdziałów, powroty i znów znajdywanie ciekawych ustępów. Książki nie czytałam od początku do końca. Być może nawet pominęłam jakieś fragmenty, ale na 100% wrócę jeszcze kiedyś do lektury- wtedy je nadrobię.

Książki Po Syberii opowiedzieć się nie da, bo i nie ma po co. Wsiadł chłop do auta i pojechał zobaczyć jakieś zamknięte kopalnie? Autor był zafascynowany widokami z pociągu podczas podróży koleją transsyberyjską podczas gdy jego sąsiad nudził się jak mops? To nie ma najmniejszego sensu. Lepiej skupić się na ludziach, bo to oni, mali bohaterowie chwili są według mnie najważniejsi w tej lekturze. Uwierzyłbyś, gdyby ktoś Ci powiedział, że kobieta, która spędziła wiele lat w obozie pracy w myśl słów „dajcie mi człowieka paragraf zawsze się znajdzie” nie będzie miała żalu do swoich oprawców i do państwa? Autorowi też się to w głowie nie mieści. Czy wiecie, że wiele osób uważa Romanowów za prawdziwych świętych i że modli się do nich o lepszą Rosję? Czy przyszłoby Ci do głowy, że stare babinki jadące w odświętnych strojach do Chramu/klasztoru po świętą wodę będzie wskakiwać prawie jak Pan Bóg stworzył do rzeczki aby zanurkować w uzdrawiającej wodzie? Nie śniło się to mi, ani autorowi. Byliśmy tak samo zaskoczeni, a Syberia skrywa takich ludzi i wydarzeń setki, tysiące, miliony. 

Dla takich chwil i bohaterów warto czytać tę książkę powoli, na raty, z przyjemnością. Czytać jak pamiętnik prababci znaleziony na strychu, jak listy najlepszego przyjaciela z podróży. Książka po Syberii była dla mnie właśnie takimi listami od przyjaciela. Z każdego z nich dowiadywałam się nowych rzeczy o nowym miejscu na świecie, miejscu i ludziach, których zapewnie nigdy nie zobaczę, nigdy nie poznam. 

Książka ta jest dla mnie wartościowa również z powodu przemijania. Syberia, ostatnia ostoja starej wiary, starej kultury, ludzi, którzy pamiętają to, czego nikt już nie pamięta lub pamiętać nie chce- istnieją. Istnieją tam, oddaleni od nad o tysiące kilometrów. Nic nie jest w stanie ich zniszczyć. Ani mijający czas, ani zmieniające się otoczenie. Z jednej strony jest to piękne, z drugiej przerażające. Przecież dzisiaj, gdy czytamy tę książkę, może ich już nie być. Może nie być kobiety, która przeżyła pracę ponad ludzkie siły i nie miała tego za złe nikomu. Może nie być już kobiety, która święcie wierzy, że rodzina carska sprawi, że Rosja będzie lepszym miejscem. Książka Po Syberii zatrzymała tych ludzi. Nawet, gdy nie będzie ich już pośród nas, nadal będą istnieć na kartkach papieru. Ktoś o nich przeczyta za kilka dni, ktoś za kilka miesięcy, ktoś za kilka lat. A pamięć o nich, o tych ludziach, miejscach i wydarzeniach będzie trwać.

Tę książkę warto przeczytać. A jeśli interesujesz się tamtymi stronami, Po Syberii jest Twoją książką „must have”.

10/10
 
Po Syberii, Colin Thubron, Czarne, 2011

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

środa, 7 marca 2012

Baśniobór Gwiazda Wieczorna wschodzi Brandon Mull






„Bezczynność byłaby błędem, Niewiedza już was nie chroni”


Co robią dzieci odwiedzające dziadków na wsi? Na pewno nikt by nie pomyślał o tym, że chronią tajemniczy rezerwat przed jeszcze bardziej tajemniczym stowarzyszeniem.


Kendra i Seth to na pozór zwyczajne dzieci. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Kendra została owróżkowiona, a i młody Seth ma swoje za uszami. Ale zacznijmy od początku. W mieście jakich  na świecie wiele, w zwyczajnej szkole pojawia się nowy uczeń. Wszyscy są nim zauroczeni. Wszyscy oprócz Kendry, która zamiast przystojnego nastolatka widzi ohydnego stwora. Nieoczekiwanie na drodze Kendry pojawia się mężczyzna mówiący, że zna jej sekret, jest znajomym jej dziadka i chętnie pomoże jej w pozbyciu się zagrożenia. Dziewczynka zgadza się i z dużą pomocą swojego młodszego brata pozbywa się kłopotu. Okazuje się jednak, że to właśnie oni wpadli w kłopoty. Tajemniczy mężczyzna należy bowiem do niebezpiecznego Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej chcącego przejąć tajemniczy artefakt z tajemniczego rezerwatu- Baśnioboru. Dużo słów tajemniczy, prawda? Bo i cała historia i ogólnie książka są tajemnicze.

Akcja powieści Brandowa Mulla toczy się bowiem w tajemniczym świecie pełnym wróżek, skrzatów, dulionów, golemów i innych dziwnych stworzeń. W tajemniczym świecie toczy się równie tajemnicza historia. W pięciu rezerwatach do których nie powinien dostać się nikt niepowołany umieszczone są artefakty dzięki którym można otworzyć więzienie i uwolnić najgorsze z możliwych stworów. Dzieci, po ostatniej wizycie w Baśnioborze (o tym możecie przeczytać w poprzedniej książce) nie powinny więcej pojawiać się u dziadków. Jednak zaistniałe okoliczności zmuszają strażnika rezerwatu- prywatnie ich dziadka- do ściągnięcia dzieciaków…

Wiem, że to wszystko brzmi strasznie nieprawdopodobnie, ale po rozpoczęciu lektury i przeniesieniu się do tego niezwykłego świata szybko zapomnimy o tej całej bajkowej otoczce. Książkę czyta się szybko i bardzo fajnie. Autor potrafi zauroczyć czytelnika i sprawić, że kartki niemal same się przesuwają. Wcale się nie dziwię, że książka jest na pierwszym miejscy na liście bestsellerów dla dzieci „New York Timesa”. Zasługuje na to. Jest naprawdę świetna i mam nadzieję, że niedługo uda mi się przeczytać pierwszą część przygód w Baśnioborze.

10/10

Baśniobór Gwiazda Wieczorna wschodzi, Brandon Mull, Wab, 2011

recenzja została opublikowana na stronie kobieta20.pl

czwartek, 26 stycznia 2012

Służące Kathryn Stockett

Służące to mój drugi wysłuchany audiobook. Nie miałam możliwości przeczytania książki, więc zdecydowałam się na jej wersję  audio. Chociaż nie tak dawno napisałam recenzję filmu Help, to postanowiłam podzielić się też wrażeniami po wysłuchaniu książki.
Ogólny zarys historii zapewne już znacie. Akcja dzieje się w Jackson w stanie Missisipi, w miejscu, gdzie na dobre panuje segregacja rasowa. Kolorowi nie mogą korzystać z bibliotek, mają osobne szkoły i sklepy. Główna bohaterka książki, choć według mnie główne bohaterki są trzy, młoda, aspirująca na dziennikarkę/pisarkę Eugenia "Skeeter" Phelan, aby zdobyć doświadczenie potrzebne do wymarzonej pracy rozpoczyna pracę w lokalnej gazecie, w której odpowiada na pytania czytelniczek dotyczące prowadzenia domu. Ponieważ sama o prowadzeniu domu nie ma bladego pojęcia postanawia poprosić o pomoc służącą swojej przyjaciółki- Aibileen, jedyną służącą z którą ma jako takie dobre relacje. Podczas współpracy dotyczącej felietonów do gazety, Skeeter wpada na pomysł napisania książki o Służących pracujących dla białych na Południu. Tutaj zaczyna się fascynująca historia trzech kobiet: Skeeter, która odkrywa, że przez całe swoje życie nie miała pojęcia o życiu, ograniczeniach wolności i ogólnie o otaczającej ją rzeczywistości, Aibileen- kobiety pełnej dobra i ciepła, która uczy tolerancji i miłości dzieci, którymi się opiekuje, kobiety, która w głębi serca skrywa ból bo stracie dziecka, pełnej strachu o przyszłość oraz Minny Jackson, która, jak na służącą, ma niewyparzony język, męża despotę oraz cudowny charakterek. Każda z tych kobiet jest całkowicie inna. Chociaż żyją obok siebie, życie każdej z nich jest diametralnie inne. Zresztą biali też są różni. Jedni kolorowych olewają, inni ich nienawidzą i na każdym kroku pokazują dzielące ich bariery, jeszcze inni nie mają pojęcia o niewidzialnych granicach, których przekraczać nie można. 

Wracając do akcji.
Skeeter udaje się, nie zdradzę w jaki sposób, namówić tuzin służących na zwierzenia. Dzięki temu dowiadujemy się, jak może różnić się praca u białych, co musiały przeżyć, jakie są ich najlepsze i najgorsze wspomnienia. Jednym słowem książka jest poruszająca. O ile film był bardzo dobry, to książkę można nazwać fenomenalną. Nie chciałabym robić spoilerów, bo być może część osób nie miała jeszcze okazji przeczytać książki/ obejrzeć filmu więc nie będę opisywała poszczególnych historii, warto jednak je poznać.

Zdziwiło mnie trochę to, że w filmie, który oglądałam ominięto sceny, dla mnie, bardzo ważne. W książce przeczytamy o przemocy wobec kolorowych, o tym, jak, dzięki małemu kłamstwu czarna kobieta może znaleźć się na parę lat w więzieniu, o tym, jak kolorowi musieli się załatwiać w krzakach, bo nie mogli siusiać w pięknych łazienkach białych państwa. Nie mam pojęcia, czy takie sceny wycięto z filmu bo bano się, że nikt nie będzie chciał tego zagrać, czy też ktoś bał się reakcji społeczeństwa na to, co niestety naprawdę miało miejsce. Tak czy siak, nawet jeśli ktoś oglądał już film, polecam przeczytanie książki, bo naprawdę warto. 

W audiobooku na duży plus mogę zaliczyć lektorki, bo książkę czytają trzy panie: Anna Seniuk, Anna Guzik oraz Karolina Gruszka, dzięki czemu słyszymy wyraźną różnicę miedzy opowieścią trzech głównych bohaterek. 

10/10

 Służące (audiobook CD), Stockett Kathryn, Media Rodzina, 2010
Czyta: Anna Seniuk, Anna Guzik oraz Karolina Gruszka

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Myszka Precelka szuka przyjaciela Agata Widzowska – Pasiak

„W pewnej bibliotece w Orzeszkowie mieszkają myszka Precelka i cała jej mysia rodzina. To także dom bibliotekarki pani Dody i kota Animrumru. Wśród książek i przykurzonych regałów rozgrywają się różne przygody. Czy Precelka znajdzie prawdziwych przyjaciół? Jakie złote myśli wpadną jej do głowy na zakończenie tej historii?”



Kto może wiedzieć więcej o tym, co dzieje się w bibliotece jak nie bibliotekarka? Chyba nikt. Dlatego za eksperta uznaję autorkę książki, Agatę Widzowską – Pasiak i wierzę jej na słowo.
W starej bibliotece w Orzeszkowie, miasteczku położonym między lasem a Rzeką Pełną Mleka zgodnie od lat mieszkają bibliotekarka, mole książkowe, pająk, kot i wielka rodzina tytułowej Precelki: jej rodzice, siostra, siedmiu braci, dziadek i ciocia.

Dziś przyszła pora na recenzję książki Myszka Precelka szuka przyjaciela. Muszę się przyznać, że od razu polubiłam Precelkę. Tak jak ja, była książkoholiczką, tyle, że w przeciwieństwie do mnie, myszka chrupała wszystkie książki- „bez względu na treść, autora czy kolor okładki”. Pewnego dnia Precelka odnajduje elementarz do pierwszej klasy i zaczyna naukę czytania. Szczęśliwa z powodu nabycia nowych umiejętności myszka marzy o tym, aby swoją radością móc się z kimś podzielić. Tylko z kim? Żadna inna mysz w jej rodzinie nie potrafi czytać, więc główna bohaterka nie ma z kim porozmawiać o literaturze. Precelka postanawia więc zaprzyjaźnić się z jedyną znaną jej czytającą istotą- bibliotekarką.
Okazuje się jednak, że bibliotekarka nie pała miłością do gryzoni i tylko dzięki pomocy anioła Mysiowi Precelce udaje się przeżyć spotkanie z człowiekiem. Spragniona przyjaźni myszka nie podaje się jednak i wyrusza na poszukiwanie przyjaciół, którzy nie będą piszczeć na jej widok. Co z tego wyniknie? Kogo spotka na swojej drodze myszka i czy uda się jej znaleźć przyjaciela?

Powiem szczerze, nie mogę się doczekać dnia, gdy będę mogła przeczytać tę bajkę swojemu dziecku. Naprawdę. Ciepła opowieść, która nie jest przekoloryzowana i naiwna to co, co na 100% spodoba się dziecku. W dodatku pięknie wydana w twardej (lecz miękko wypełnionej) okładce, ze słodkimi obrazkami powinna przeżyć spotkanie z dzieckiem bez większego uszczerbku. Dzięki dużym literkom kilkulatki będą mogły same spróbować swoich sił w czytaniu niczym główna bohaterka.

Jak dla mnie, książka dla dziecka idealna.

10/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu



Myszka Precelka szuka przyjaciela, Agata Widzowska - Pasiak, wydawnictwo Wilga, 2010

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Prosto i presto. Włoska kuchnia dla żyjących w biegu Anna Lucci

Prosto i pysznie. Dlatego kocham kuchnię włoską. Przychodzę do domu i w 30 minut mam na stole kulinarne skarby1.
Dorota Wellman ma całkowitą rację. Kuchnia włoska to kuchnia smaczna i nieskomplikowana. Taka też jest książka Pani Anny Lucci. Piękna, kolorowa z łatwymi przepisami dla wszystkich, którzy kochają dobrze jeść, a nie chcą lub nie mogą spędzić w kuchni kilku godzin.

"Prosto i presto. Włoska kuchnia dla żyjących w biegu" to 230 stron przepisów, przy czytaniu których ślinka cieknie. Znajdziemy w niej przepisy na przekąski (antipasti), zupy (minestre), makarony (pasta), ryż (riso), mięso (carne), ryby (pesci), jajka (uova), warzywa (verdure), sałatki (insalate), pizzę, sosny (salse) i desery (dessert).

Przykładowe dania? Pyszna przystawka śródziemnomorska, piękne krewetki w avocado, znane wszystkim spaghetti carbonara, zdrowy ryż z groszkiem, tucząca pizza cztery sery, kolorowa wielka sałatka. W książce czeka na Was o wiele więcej takich prostych i smacznych przepisów.





Spaghetti z owocami morza
  • 200g spaghetti
  • opakowanie mrożonych owoców morza
  • dwa ząbki czosnku, papryczka
  • natka pietruszki
  • oliwa extra vergine
  • sól
Przesmażyć na oleju czosnek i papryczkę
Dodać rozmrożone owoce morza, lekko przesmażyć. Ugotować spaghetti, odcedzić. Na patelni wymieszać z sosem, posolić. Posypać posiekaną natką. 

Czyż nie brzmi smacznie?
W książce "Prosto i presto" najfajniejsze jest to, że autorka nie udaje kogoś kim nie jest. Nie bawi się w wielką znawczynię. Przekazuje nam przepisy, które zna, potrawy, które sama robi. "Prosto i presto" to zbiór wspaniałych przepisów i jeszcze ciekawsze kolorowe zdjęcia.

Czyż nie chce się jeść od samego patrzenia na te zdjęcia?

Oprócz wspaniałych przepisów, Anna Lucci serwuje nam też garść wiedzy, która może się przydać podczas przyrządzania włoskich posiłków. Przed rozpoczęciem każdego rozdziału możemy dowiedzieć się również kilku interesujących rzeczy o tym, co na nas czeka. Czy wiedzieliście, że najsłynniejszą włoską zupą jest minestrone, gęsta zupa z warzyw z dodatkiem ryżu lub makaronu, a wybór sosu do makaronu nie jest sprawą przypadkową?

Książka ma jeden minus. O wiele bardziej wolę ugotować sobie któryś ze znalezionych tu przepisów, niż się o nim rozpisywać. Ot tak po prostu. Prosto i presto. Bo o gotowaniu czasami lepiej nie mówić, tylko to robić. I ta książka jest świetnym tego przykładem. Nie pozostaje mi nic innego, jak zapewnić Was, że "Prosto i presto" powinno się znaleźć w Waszych biblioteczkach i kuchniach.

10/10
 Prosto i presto, Włoska kuchnia dla żyjących w biegu,  Anna Lucci, Lucci Editore, 2011

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorce, Pani Annie Lucci
Dla ciekawych strona książki na FB

czwartek, 8 grudnia 2011

Wampirek świętuje Boże Narodzenie, Angela Sommer Bodenburg

Kopciuszek, Jaś i Małgosia, Królewna Śnieżka, Król lew… to bajki z naszego dzieciństwa. Świat się jednak zmienia, a wraz z nim i bajki, które kołyszą dzieci do snu.


Wyobrażacie sobie, że czytacie dziecku do snu: „Antoś nie poznał osobiście innych krewnych wampirka, ale widział trumny w których śpią w grobowcu Trzęsikamieniów”. Do niedawna ja też sobie tego nie wyobrażałam. Ale tak jak mówiłam, czasy się zmieniają.

Angela Sommer Bodenburg w swojej najnowszej książce „Wampirek świętuje Boże Narodzenie” przedstawia nam historię w klimacie zbliżających się świąt. Głównymi bohaterami książki dla dzieci są: Antek, dziewięcioletni przeciętny chłopiec, „Wampirek Rydygier, najlepszy przyjaciel Antosia, [który] ma dopiero sto czterdzieści sześć lat i z racji młodego wieku nie odczuwa jeszcze pragnienia krwi”, jego siostra Ania i starszy brat Lumpi. Na dalszym planie przewijają się: ciotka Rydygiera, Dorotka oraz stróż cmentarny Sęp-Kowalski i ogrodnik Węszynos których życiowym powołaniem są polowania na wampiry.

Zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia, lecz Antoś niespecjalnie cieszy się z powodu nadchodzących świąt. Od dłuższego czasu nie ma bowiem kontaktu ze swoimi przyjaciółmi. Rodzice Antka, aby poprawić mu humor proponują synowi możliwość zaproszenia przyjaciół na kolację wigilijną. Na szczęście nie wiedzą, co ich czeka, bo nie mają pojęcia o pochodzeniu przyjaciół Antosia.

Wampirki na wieść o zaproszeniu są bardzo szczęśliwi- to będą ich pierwsze święta. Zanim jednak dojdzie do kolacji wigilijnej na bohaterów książki czeka wiele przygód. Jakich?

Po przeczytaniu książki byłam na początku przerażona. Bajka dla dzieci z wampirami, trumnami i kradzieżami w roli głównej? Co to, to nie! Później jednak zaczęłam sobie przypominać, że te bajki, które my znamy z dzieciństwa też nie były takie niewinne. Kopciuszek mieszkała z patologiczną rodziną, Jaś i Małgosia cudem uniknęli okrutnej śmierci, Simba musiał zmierzyć się z okrutnym wujem w walce o tron. Dlaczego więc nie przeczytać dzieciom bajki o wampirach, które wcale nie są takie straszne jak się nam wydaje.

Bajka jest zabawna i wciągająca, interesująca i pouczająca. Może nie nadaje się dla malucha, ale myślę, że pierwszoklasista posiadający inteligentnych rodziców, którzy wytłumaczą mu wszystko co trzeba, będzie zadowolony z lektury.

Tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o cyklu książek Angeli Sommer Bodenburg zapraszam tutaj


Wampirek świętuje Boże Narodzenie, Angela Sommer Bodenburg, WAB, 2011

10/10

środa, 7 grudnia 2011

Dallas '63 Stephen King

Stephen King jest pisarzem specyficznym. Jego książki nie są dla wszystkich, przez co jeszcze bardziej go lubię. Nie każdy czuje się dobrze w wykreowanym przez niego świecie.



Jedni Kinga kochają, inni go nie trawią. Ja go zawsze bardzo lubiłam, a moje uczucie umocniło się po przeczytaniu jego najnowszej książki Dallas’63.

Kto oczekuje po książkach happy endów, przewidywalności i uśmiechów niech nie zaczyna ze Stephenem Kingiem. W jego książkach nie ma miejsca na bajki. Jego książki są jak życie, „brutal, full od zasadzkas i czasami kopas w dupas” jak to się kiedyś mówiło. Jego książki nie należą również do najłatwiejszych. Najlepiej czytać je z małymi przerwami, aby wszystko, o czym King pisze zdążyło się nam przyswoić.

W swojej najnowszej książce, Dallas ’63, King porusza temat podróży w czasie i zmian wydarzeń. Głównym bohaterem powieści jest Jake Epping, nauczyciel w jednej ze szkół średnich. Epping jest człowiekiem zmęczonym życiem, zmęczonym nauczaniem, mającym żal do swojej byłej żony alkoholiczki. Ostatnio jedynym światełkiem w tunelu jest wzruszająca praca napisana przez jednego z uczniów z kursu dla dorosłych, Harrego Dunninga- kuśtykającego sprzątacza pracującego w szkole, w której Jake uczy.

Najzwyklejszy w świecie nauczyciel zna (nie)zwykłego właściciela baru, niejakiego Ala Templetona. Pewnego dnia dostaje dziwny telefon z zaproszeniem do baru Ala na ważną rozmowę. Niespodziewający się niczego Jake przychodzi i tak zaczyna się bardzo ciekawa historia.

Okazuje się, że Al odkrył bardzo dawno temu przejście w czasie. Dzięki króliczej norze może cofać się do roku 1958. Problem w tym, że jest stary i umierający, a każda podróż w czasie do postarza. Przed śmiercią wyznaje to wszystko skołowanemu nauczycielowi i zapoznaje go ze swoim tajemniczym planem. Al dobrą i światłą przyszłość Ameryki widzi w prezydencie Kennedym. Nie można dopuścić do zamachu. Po próbach mających na celu uratowanie między innymi Harrego, Jake na własne oczy widzi, że przyszłość, z trudem bo z trudem, można zmienić. Nie jest jednak pewny, czy jest na to gotowy. Do szybkiego podjęcia decyzji przekonuje go samobójstwo Ala.

Przenosimy się w przeszłość. Tam wszystko wydaje się lepsze. Życie jest tanie,  jedzenie dobre i niezdrowe, nikt nie przejmuje się prawami czarnoskórych. Jake, jako George Amberson, radzi sobie w przeszłości nadzwyczajnie dobrze. Dzięki dokumentom, które dostał przed podróżą i podrobionym dyplomom dostaje pracę w małej miejscowości. Tam poznaje miłość swojego życia Sadie. Pragnie związać się z piękną kobietą. Tylko czy taka interwencja w przeszłości nie zmieni za bardzo przyszłości? I co z planem uratowania USA przed przyszłością? Czy da się to pogodzić? A może Jake (George) wybierze spokojne życie nauczyciela i nie będzie próbował zrobić tego, po co tam przybył? Przekonajcie się sami.

Książkę byłam zmuszona czytać z przerwami, choć miałam ochotę ją pochłonąć w całości. Gdy odrywałam się od niej nie mogłam się doczekać powrotu do świata przedstawionego przez Kinga. Czułam się tak, jakbym czekała na następny odcinek ukochanego serialu. Dallas ’63 wciąga niesamowicie, choć pewnie nie wszystkim będzie się podobać. Trzeba się przyzwyczaić do wielu postaci, bardzo rozbudowanej fabuły i ponad 850 stron przez które trzeba przebrnąć. Opłaca się jednak, jak przy każdej książce Mistrza. King, jak zawsze, spełnił moje oczekiwania w 100%.

Pod koniec książki czułam się jak bohaterka "Misery". Miałam ochotę zmusić ukochanego pisarza do zmiany zakończenia. Czułam się jak bohater „Cmętarza zwieżąt”, który zrobi wszystko, aby przywrócić do życia ukochaną osobę. Czy Was końcówka książki zaskoczyła tak samo jak i mnie?

Dallas ’63, Stephen King,  Prószyński i S-ka, 2011

10/10 


recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl





niedziela, 13 listopada 2011

Robokalipsa - Daniel Wilson

„Maszyny pełne miłości i wdzięku”

Czyżby? Być może w świecie idealnym tak. Wiadomo jednak, że świat idealny nie jest, więc …
Aż chce się powiedzieć „ a nie mówiłam? ”. Kiedyś słyszałam kawał o facecie, który po usłyszeniu, że komputer wykona za niego połowę pracy postanowił kupić dwa. Tak to już z ludźmi jest. Jeśli coś może zrobić za nich komputer- bardzo dobrze. Wprawdzie później okazuje się, że nie jesteśmy już w stanie sami tego wykonywać, no ale w końcu otacza nas technika. W „Robokalipsie” jest identycznie. Maszyny robią za nas prawie wszystko. Prowadzą nasze domy, pomagają w domach starców, robią za nas zakupy. Na drogach nie ma wypadków, ponieważ samochody kontaktują się ze sobą. Na wojnie nie ma zabitych, bo zamiast żołnierzy, na ulice wychodzą roboty patrolowe. Do czasu. Z nieznanych powodów zaczynają się pojedyncze incydenty z udziałem robotów, ale nikt nie wie, jaka jest tego przyczyna. Może błąd oprogramowania lub zwarcie? Nie tym razem.

Maszyny stworzone przez człowieka stają przeciwko nam. Rządzi nimi Archos, komputer, który uważa, że „dopóki jedna rasa gnębi drugą, nie ma miejsca na pokój”. Po części ma rację, tylko jak gnębić coś, co nie ma uczuć? Ta maszyna ma. Jest pełna gniewu, nienawiści i rządzy władzy. Kieruje się chęcią zemsty.

Czy ludzkość jest skazana na wyginięcie? Na szczęście nie. Istnieją bowiem ludzie, którzy odkrywają w sobie siłę by walczyć. O siebie, o najbliższych. Są takie momenty w życiu, gdy z największego tchórza i egoisty wychodzi prawdziwy żołnierz gotowy do walki na śmierć i życie. Życie nie tylko swoje, ale i całej ludzkości.

Jak przekonać czytelników do tej pozycji? Daniel Wilson miał ułatwione zadanie. Zachęcają nas do tego Steven Spielberg i Stephen King. Jeśli King mówi, że coś jest dobre, musi takie być. Jeśli Spielberg chce coś przerobić na film, oznacza, że sale kinowe będą pękać w szwach.

Zastanawiało mnie przez chwilę, skąd pomysł autora na to, aby cała książka była utrzymana w bardzo obrazowym stylu. Czytając poszczególne sceny mogłam je sobie wyobrazić bez najmniejszego problemu. Zagadka rozwiązała się sama po przeczytaniu podziękowań. Autor pisząc wiedział, że jego książka zostanie zekranizowana.

 Daniel Wilson napisał książkę w bardzo fajny sposób. Nie jesteśmy naocznymi świadkami wydarzeń. Oglądamy je razem z bohaterem jako zdarzenia zarejestrowane przez różne roboty. Całość czyta się bardzo fajnie. Akcja, zgodnie z obietnicą Stephena Kinga wciąga tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bohaterowie są ciekawi, trójwymiarowi. Fabuła pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Czegóż więcej oczekiwać po książce? Chyba jeszcze tylko jakiegoś morału. Ten morał musimy jednak znaleźć sami. Dla jednych będzie to „nie ufaj do końca technice”, dla innych „każdy może zostać bohaterem”.

Jeśli do 2013 roku nie zostaniemy świadkami buntu maszyn rodem z Matrixa lub Terminatora, do zobaczenia na kinowej premierze Robokalipsy. Warto jednak najpierw przeczytać książkę.

10/10

Daniel H. Wilson, Robokalipsa, Znak, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Demony Leningradu - Adam Przechrzta

My, z wojennoj razwedki…

Nie będę ukrywać. Byłam, jestem i zapewne jeszcze długo będę zachwycona książką „Demony Leningradu” Adama Przechrzty.
Leningrad ’42. Wojna niemiecko-radziecka zbiera żniwa nie tylko na polu walki. Jak to zwykle bywa, najbardziej obrywają ci, którzy nie są niczemu winni- zwykli mieszkańcy miast. W Leningradzie głód, smród, ubóstwo. Każdy radzi sobie jak tylko może. Ulice ściele trup, a ludzie ratują się przed śmiercią jak tylko mogą- często wódką i gulaszem z „ludziny”.  Wprawdzie kanibalizm jest zakazany, ale nawet oficerowie NKWD nie mają lekko. Każdy orze jak może.

Do miasta przybywa major GRU - Razumowski. Ma za zadanie odnaleźć i zlikwidować przywódcę sekty antropofagów, grupy kanibali, którzy znani są jako Doskonali. Nie imają się ich kule, nie zabija ich mróz. Nikt nie wie, jak wyglądają. Sytuację pogarsza fakt, że oprócz demonicznego Breii, wynikiem śledztwa jest zainteresowany sam Stalin. Czy Razumowski i jego wojennaja razwiedka rozwiążą sprawę zanim Stalin straci cierpliwość? Gdyby i tego było mało, major GRU musi toczyć nieustanną walkę z NKWD. Na szczęście po swojej stronie ma wiernych jak sabaki ludzi, którzy dla niego są w stanie zrobić wszystko.

Książka dzieli się tak de facto na dwie części. Tę, w której akcja dzieje się na ulicach Leningradu i tę, gdzie major Razumowski przenosi się do Moskwy. I tu i tu nie zabraknie głównym bohaterom przygód i problemów. Czy ktoś wyjdzie z tego cało? To nie romansidło. Tu nie ma miejsca na happy end, piękny zachód słońca i parę kochanków trzymającą się za ręce. Tu trzeba walczyć i przetrwać lub zginąć. A sytuacji do zejścia z tego świata będzie naprawdę wiele.

Chętnie zdradziłabym więcej o treści książki, ale boję się, że każdy opisany przeze mnie fragment będzie spoilerem, a tego bym nie chciała, bowiem „Demony Leningradu” zasługują na to, aby móc zaskakiwać czytelnika cały czas. Aby was zachęcić, powiem tak: będzie miłość i śmierć, nienawiść i przyjaźń i jakiej wielu z nas marzy. Będzie Rosja taką, jaką znamy z historii i taka, o jakiej pewnie nawet Stalinowi się nie śniło. Do tego cięty język, intrygi i ciekawe zwroty akcji. Prawdziwa gratka dla wielbicieli Hansa Klossa i Stirlitza, bo o takim majorze jak Razumowski powinni kręcić filmy. I byłyby to naprawdę dobre filmy.

„Demony Leningradu” trzymają w napięciu od początku do końca. Autorowi należą się brawa za kreację postaci, tło historyczne i za całokształt atmosfery Rosji. Gdyby ktoś dał mi do przeczytania książkę zaklejając przedtem nazwisko autora, w życiu bym się nie zorientowała, że tak wspaniale osadzona w rosyjskich [radzieckich] realiach książka wyszła spod pióra Polaka.

10/10

Adam Przechrzta, Demony Leningradu, Fabryka Słów, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 21 października 2011

Richard Evans, Stokrotki w śniegu - Opowieść wigilijna na miarę XXI wieku


Każdy z nas kojarzy zapewne „Opowieść wigilijną”. Dickens pokazał w niej przemianę skąpca i egoisty Ebenezera Scrooge'a pod wpływem duch Jakuba Marleya.

Richard Evans w książce „Stokrotki w śniegu” pokazał czytelnikom bardzo podobną historię.
Nic tak nie działa na człowieka, jak myśl o tym, że „to” może się NAM przytrafić.

Głównym bohaterem książki jest James Kier, bogaty, egoistyczny i okrutny przedsiębiorca. Nie zależy mu na niczym innym niż pieniądze. Dla pieniędzy jest gotów sprzedać najlepszego przyjaciela, wyrzucić uczciwego człowieka na bruk. Pewnie byłby potworem do śmierci, gdyby nie błąd w druku w pewnej gazecie. Umiera James Kier, kierowca autobusu. Dziennikarz przez niedopatrzenie pisze artykuł o śmierci znanego potentata nieruchomości uśmiercając tym samym głównego bohatera. W normalnych warunkach dziennikarzyna skończyłby na bruku, a gazeta byłaby pozwana do sądu. Zdarza się jednak coś, co sprawia, że myśl o słodkiej zemście na dziennikarzu schodzi na dalszy plan.

Internet ma to do siebie, że pozostając anonimowym można napisać wszystko i na każdy temat. Po otworzeniu artykułu o swojej śmierci James spogląda na komentarze i zamiera. Wszyscy go nienawidzą i cieszą się z jego śmierci. Byli współpracownicy, bliscy znajomi, płotki, którym w przyszłości przedsiębiorca rzucał kłody pod nogi. Wszyscy, oprócz jednej osoby: prawie byłej żony. To, co zobaczył bohater tak nim wstrząsa, że zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem dochodząc do jednego wniosku: cały świat go nienawidzi. Czy jest szansa, że James odkupi swoje winy? Oczywiście, że tak. W końcu na tym polega magia przemiany. Pytanie tylko: ile to będzie kosztować.

Stokrotki w śniegu to naprawdę bardzo dobra książka. Nie ma sensu owijać w bawełnę, aby wyznać to na końcu. Evans ma talent, nie tylko pisarski. Jego dar polega na tym, że potrafi poruszyć w człowieku te struny, które, jak sądzimy, nigdy nie drgną. Autor nie sili się na słodkie hollywoodzkie sceny żalu i miłości. Przedstawia świat i życie takimi, jakimi są. Złymi, brutalnymi. Pokazuje też jednak, jak wiele zależy od nas samych. Jeśli spotka nas coś, co poruszy właściwą struną, możemy się zmienić. Może zabrzmi to trochę ckliwie, ale Evans pokazuje, że każdy człowiek, niezależnie od tego co zrobił, zasługuje na drugą szansę, a także to, że każda Bestia ma swoją Piękną i różę, która odmierza czas, który nam pozostał.

Jeśli uważacie, że nie macie sobie nic do zarzucenia, zastanówcie się, co Wy na miejscu Jamesa przeczytalibyście w komentarzach pod artykułem o Waszej śmierci. Może warto od czasu do czasu zrobić coś dobrego aby nie żałować, jak bohater „Opowieści wigilijnej”?

10/10

Richard Evans, Stokrotki w śniegu, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 4 października 2011

Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Witamy w Los Diablos


Dwa światy jedna miłość. Czy to możliwe? A i owszem. Jeśli posiadasz iskrę bożą wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.

 
„Ja, Wiktoria Biankowska ( zwana dalej Potępioną ),
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy
.”

Nie będę owijać w bawełnę. „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk to chyba jedna z najfajniejszych polskich współczesnych powieści jaką do tej pory czytałam.

Bohaterowie? W rolach głównych: Piękna Wiktoria, ciapowaty, ale podobno przystojny, śmiertelnik Piotr i bosko (wróć, diabelnie) seksowny Beleth, Lucyfer, bezpłciowa (dosłownie) Śmierć, egoistyczna Kleopatra i Azazel z przerośniętym ego bez którego połowa rzeczy w Piekle by się nie wydarzyła. W pozostałych rolach, czyli kto zamieszkuje piekiełko: Napoleon, Marylin Monroe, Elvis Presley, caryca Katarzyna II, król Artur, Jim Morrison, Kurt Cobain i inni.
Miejsce akcji: dość ponure miasto Warszawa oraz piękna i malownicza Niższa Arkadia zwana potocznie Piekłem.

Ciekawie, prawda? Mi też się spodobało. Od pierwszej strony co zdarza się niezwykle rzadko. Książka „Ja, diablica” opowiada o losach Wiki, która zginęła w dziwnych okolicznościach i trafiła do piekła zostając etatową Diablicą. Teoretycznie do jej zadań ma należeć rekrutowanie dusz, w praktyce Wiktoria dużo się nie napracuje. O wiele więcej czasu zajmie jej zgłębianie tajemnicy swojej śmierci, usiłowanie zdobycia miłości swojego życia Piotra i wpadanie w tarapaty z Belethem i Azazelem. Sam proces zostania Diablicą też jest trochę tajemniczy, bowiem okazuje się, że Wiktoria zginąć nie miała, a ponieważ posiada tak zwaną iskrę bożą, nie powinna, dla bezpieczeństwa własnego i innych, dostać również mocy Diablicy. Co się stało? Nie zdradzę już ani jednej informacji. Ta książka jest zbyt fajna, aby robić spoilery, a każde kolejne zdanie potraktowałabym osobiście jako psucie naprawę dobrej zabawy.

Katarzynę Berenikę Miszczuk od większości polskich współczesnych pisarzy odróżnia jedno. Dziewczyna naprawdę potrafi pisać i ma pomysły. Nie dopisuje kolejnych zdań na siłę starając się wyrobić określoną objętość, nie wciska czytelnikowi ckliwych historii rodem z romansideł. Jej styl jest świeży i wciągający. Bohaterowie nie są jedynie kalkami z innych książek lub seriali. Ona wymyśliła wszystko naprawdę. Od bohaterów, których wielu pisarzy może jej zazdrościć, aż po mechanizmy rządzące w Niższej Arkadii. Brakowało mi tylko jednego. Dodatkowych 252 stron, co dałoby 666 diabelsko interesujących stronic.

Dla mnie „Ja, diablica” to strzał w dziesiątkę. Gdyby tylko było więcej takich książek…

10/10

Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk, Wab, 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

niedziela, 18 września 2011

Aleksandra Marianina, Obraz pośmiertny

Tytuł najnowszej książki Aleksandry Marininy najlepiej odzwierciedla to, co recenzent stara się przekazać za pomocą tytułu. W tym wypadku szukanie słów na streszczenie książki jest całkowicie zbędne.
Dawno już nie czytałam dobrego kryminału. Kryminały czytywałam, ale żaden z nich do pięt nie dorastał książce „Obraz pośmiertny” Główną „bohaterką” książki jest młoda aktorka u szczytu kariery -Alina Waznis. Nie mająca łatwego dzieciństwa Alina ucieka z rodzinnego miasta i przenosi się do Moskwy. Zostaje aktorką i związawszy się z reżyserem po pewnym czasie zyskuje sławę. Niektórzy wróżą jej nawet światową karierę. Pod sam koniec zdjęć do najnowszego filmu mającego przynieść Alinie i jej ukochanemu reżyserowi sławę po wsze czasy Alina niespodziewanie opuszcza ziemski padół. W tym momencie wkraczają, jak zawsze specyficzna, Nastia Kamieńska oraz jej kolega Jura Korotkow.

Rozwikłanie sprawy, na pierwszy rzut oka, będzie banalnie proste. Albo Alina popełniła samobójstwo albo została zabita. W razie, gdyby Alina jedna nie popełniła samobójstwa, potencjalnych morderców w książce mamy pod dostatkiem: macocha, brat, kochanek, zazdrosna pijaczka aktorka, przyjaciel oraz demon dzieciństwa Czy jednak wszystko jest tak proste, jak się wydaje? Oczywiście, że nie. Aby znaleźć odpowiedź Nastia będzie musiała stworzyć obraz pośmiertny ofiary. Nie będzie to niestety takie łatwe, ponieważ Alina była skryta i wyalienowana. Nie miała przyjaciół, nie utrzymywała stosunków z rodziną, nawet jej ukochany bardzo mało o niej wiedział. Jak więc prześledzić całe życie denatki nie mając praktycznie nic? Dla Nastii nie ma rzeczy niemożliwych. Przecież każdy człowiek zostawia po sobie ślady, głównie nieświadomie.

„Obraz pośmiertny” to kolejna świetna książka rosyjskiej autorki Aleksandry Marininy. Nie wiem, czy nie polubiłam autorki aż tak, że nie widzę w jej pisarstwie żadnych wad, czy też faktycznie Marianina pisze tak dobrze jak mi się wydaje. Chociaż „Obraz pośmiertny” nie zawiera pościgów, mrożących krew w żyłach zwrotów akcji i nie znajdziecie tam teksów, które można cytować po wielu latach… jest w tej książce coś takiego, że nie można się od niej oderwać.

Książki Marininy mają dwa mocne, a nawet bardzo mocne punkty. Autorka świetnie potrafi kreować świat i postacie. Od pierwszej książki o przygodach Anastazji miałam już swoich ulubieńców. Każdy z bohaterów jest skonstruowany tak, że w każdej chwili można na podstawie książek nakręcić filmy, a potencjalnemu aktorowi wystarczyłoby do odegrania danej roli przeczytanie książki. Każda postać ma swój charakter, głębię, nałogi, problemy. Są jak żywe istoty, które zaczynamy darzyć uczuciami. Drugim mocnym punktem Marininy jest jej warsztat. Są napisane, według mnie, perfekcyjnie. Niejeden autor mógłby brać u niej lekcje pisarstwa. Śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie Aleksandra Marianina jest drugą Agathą Christie.

Jeśli ktoś lubi kryminały dla inteligentnych, interesuje go nie zalewająca kartki krew, ale ogólna intryga i lubi bohaterów z głębią, to będzie książka dla niego. Obiecuję

10/10

Aleksandra Marianina, Obraz pośmiertny, wydawnictwo WAB, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 16 lipca 2011

Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda - Wspomnień czar

Któż nie pamięta rudowłosej piegowatej dziewczynki zwanej Anią z Zielonego Wzgórza? Nie ma chyba na świecie osoby, która nie polubiłaby sieroty z bujną wyobraźnią.
Dziś, dzięki życzeniu autorki, Lucy Maud Montgomery, możemy znów na chwilę przenieść się do czasów dzieciństwa i zanurzyć się we wspomnieniach.

Przed przeczytaniem książki, nigdy nie czytam jej opisu, nie sprawdzam opinii. Nie chcę niepotrzebnie wyrabiać sobie zdania o danej pozycji. Z ostatnim tomem Ani było podobnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Ania z wyspy Księcia Edwarda” to zbiór piętnastu opowiadań, dość luźno związanych z główną bohaterką. Ania, powszechnie nazywana doktorową i jej mąż Gilbert wprawdzie pojawiają się w każdej z krótkich opowieści, lecz ich obecność ogranicza się do kilku zdań, które zamieniają między sobą na temat głównych bohaterów poszczególnych opowiadań.

Jednak to, że Ania nie jest już na pierwszym planie, nie oznacza, że w książce nie znalazło się należne jej miejsce. Ta dzika i nieprzewidywalna kiedyś dziewczynka jest dziś niekwestionowanym autorytetem dla mieszkańców wyspy. Pani Blythe to, doktorowa tamto. Nie ma na wyspie osoby, która przynajmniej kilkanaście razy nie przywołałaby Ani dokonując mniejszych lub większych wyborów.

Nie wiadomo, ile lat ma Ania. Po strzępkach informacji można się domyślić, że ponad 52. Chociaż życie ją doświadczyło, z jej ust nie znika uśmiech, a z oczu iskierki. Wciąż jest w niej coś z dawnej jedenastoletniej dziewczynki.

Co znajdziemy w poszczególnych opowiadaniach? Tak naprawdę wszystko. Książka ta, w sposób bardzo ciekawy, opowiada o życiu. Ślubach, śmierci, dzieciach, małych i dużych skandalach. Bohaterami poszczególnych historii są sąsiedzi i przyjaciele Ani, często ich dzieci- wszak wszyscy się starzeją.

„Ania z wyspy Księcia Edwarda” to książka dla całych pokoleń. Będzie idealna dla nastolatków, młodych dorosłych i tych, którzy przeżywają jesień życia. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Choćbym nie wiem, jak się starała znaleźć minusy tej pozycji, nie jestem w stanie. Książka jest idealna w każdym calu. Smuci, rozwesela, daje powód do zadumy, zmusza nasz mózg do rozwiązywania zagadek. Lepszego pożegnania z autorką i jej bohaterką nie mogę sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedyś w mojej biblioteczce zagoszczą wszystkie części przygód Ani. Są to jedne z niewielu książek, na które warto wydać każde pieniądze.

10/10

Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

czwartek, 16 czerwca 2011

Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami - Życie idioty to nie bułka z masłem*

W swoim życiu przeczytałam wiele książek, dobre, złe, wciągające jak rwąca rzeka i nudne jak flaki z olejem. Do tej pory nie czytałam jednak książki takiej, jak ta.



 
Opowieść, która miała być „ma miarę bestsellerowego Forresta Gumpa” jest tak samo dobra jak przygody Forresta, a może nawet lepsza.
„Dziewczyna, która pływała z delfinami” to debiut Sabiny Berman, meksykańskiej autorki scenariuszy.  Po przeczytaniu jej książki dochodzę do wniosku, że autorka wybrała zły zawód. Powinna zacząć pisać szybciej. O wiele szybciej.

Rzadko czytuję książki o osobach upośledzonych. Nigdy natomiast nie czytałam książki, której narratorem jest osoba z autyzmem. Podobno życie jest jak pudełko czekoladek. W przypadku Karen, głównej bohaterki książki, absolutnie się z tym zgadzam, z tym, że każdy dzień jest jak pudełko czekoladek.

Główna bohaterka, to zamknięta w sobie, zaniedbana autystyczna dziewczynka. Mieszka w piwnicy zamknięta przez swoją matkę. Dziecko „wychodzi na światło dzienne” dzięki ciotce Izabelle, która przyjeżdża do Mazatlan  aby przejąć swój spadek- fabrykę tuńczyków. Po przyjeździe oprócz interesu, o którym nie ma pojęcia, zastaje swoją siostrzenicę skrzętnie ukrywaną przed światem przez swoja zmarłą siostrę.

Życie z Karen nie należy do łatwych. Dziewczyna jest na poziomie przestraszonej małpki. Nie potrafi mówić, zachowuje się jak dzikus, śpi w piwnicy. Dzięki cierpliwości i determinacji ciotki dowiaduje się czym jest woda i mydło, a przede wszystkim, że dzięki słowom można się porozumiewać ze światem. Powoli poznaje poszczególne wyrazy, uczy się jeść, kąpać, korzystać z toalety. Chociaż autystyczna dziewczynka teoretycznie wie, jak przetrwać żyjąc w społeczeństwie, często zamyka się w sobie. Jej ulubionym towarzystwem są ryby. To wśród ryb, głęboko pod wodą Karen czuje się naprawdę wolna i szczęśliwa. Z biegiem czasu zaczyna chodzić do szkoły i, o dziwo, dostaje się na studia. Chociaż życie Karen jest nieskomplikowane, dosięgają ją kłopoty. Rodzinny interes zaczyna plajtować, a od decyzji Karen i Izabelle zależą losy wielu rodzin.

Dzięki dziwnym zbiegom okoliczności fascynacja Karen może stać się odpowiedzią na kłopoty rodzinne. Czy młoda kobieta, której choroba nie pozwala na swobodne życie wśród ludzi będzie potrafiła współpracować z obcym tajemniczym mężczyzną? Czy osoba upośledzona potrafi otworzyć intratny interes? Dlaczego życie wielu rodzin zależy od "głupka"? Tego wszystkiego dowiecie się czytając książkę „Dziewczyna, która pływała z delfinami”.

Książka Sabiny Berman jest jedyna w swoim rodzaju. Niewiele jest książek, o których nie potrafię za bardzo opowiedzieć. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy dana pozycja zrobi na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Mogłabym oczywiście streścić powieść, tylko po co?

Karen, chociaż jest upośledzona posiada kilka zalet: jest uczciwa, ma doskonałą pamięć, zmysł organizacji przestrzeni, w dziwnie prosty sposób pojmuje otaczający ją świat. Nie ma w niej pychy, zakłamania, obca jest jej zazdrość. Te wszystkie cechy sprawiają, że zaczynamy kochać Karen jak własną córkę.

Jeżeli na bezludną wyspę mogłabym zabrać określoną liczbę książek, ta na 100% znalazłaby się na liście.

Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami, Znak, 2011

10/10

*Forrest Gump