Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 grudnia 2011

Najlepsze książki 2011 - za co kocham wydawnictwa

zdjęcie pochodzi z http://dborck.wordpress.com/wjms-book-club/


Rok powoli zbliża się ku końcowi, więc postanowiłam zastanowić się, jakie wydawnictwa kocham za jakie książki. Nie wiem, co mnie naszło, no ale naszło, więc do dzieła.


















niedziela, 13 listopada 2011

Demony Leningradu - Adam Przechrzta

My, z wojennoj razwedki…

Nie będę ukrywać. Byłam, jestem i zapewne jeszcze długo będę zachwycona książką „Demony Leningradu” Adama Przechrzty.
Leningrad ’42. Wojna niemiecko-radziecka zbiera żniwa nie tylko na polu walki. Jak to zwykle bywa, najbardziej obrywają ci, którzy nie są niczemu winni- zwykli mieszkańcy miast. W Leningradzie głód, smród, ubóstwo. Każdy radzi sobie jak tylko może. Ulice ściele trup, a ludzie ratują się przed śmiercią jak tylko mogą- często wódką i gulaszem z „ludziny”.  Wprawdzie kanibalizm jest zakazany, ale nawet oficerowie NKWD nie mają lekko. Każdy orze jak może.

Do miasta przybywa major GRU - Razumowski. Ma za zadanie odnaleźć i zlikwidować przywódcę sekty antropofagów, grupy kanibali, którzy znani są jako Doskonali. Nie imają się ich kule, nie zabija ich mróz. Nikt nie wie, jak wyglądają. Sytuację pogarsza fakt, że oprócz demonicznego Breii, wynikiem śledztwa jest zainteresowany sam Stalin. Czy Razumowski i jego wojennaja razwiedka rozwiążą sprawę zanim Stalin straci cierpliwość? Gdyby i tego było mało, major GRU musi toczyć nieustanną walkę z NKWD. Na szczęście po swojej stronie ma wiernych jak sabaki ludzi, którzy dla niego są w stanie zrobić wszystko.

Książka dzieli się tak de facto na dwie części. Tę, w której akcja dzieje się na ulicach Leningradu i tę, gdzie major Razumowski przenosi się do Moskwy. I tu i tu nie zabraknie głównym bohaterom przygód i problemów. Czy ktoś wyjdzie z tego cało? To nie romansidło. Tu nie ma miejsca na happy end, piękny zachód słońca i parę kochanków trzymającą się za ręce. Tu trzeba walczyć i przetrwać lub zginąć. A sytuacji do zejścia z tego świata będzie naprawdę wiele.

Chętnie zdradziłabym więcej o treści książki, ale boję się, że każdy opisany przeze mnie fragment będzie spoilerem, a tego bym nie chciała, bowiem „Demony Leningradu” zasługują na to, aby móc zaskakiwać czytelnika cały czas. Aby was zachęcić, powiem tak: będzie miłość i śmierć, nienawiść i przyjaźń i jakiej wielu z nas marzy. Będzie Rosja taką, jaką znamy z historii i taka, o jakiej pewnie nawet Stalinowi się nie śniło. Do tego cięty język, intrygi i ciekawe zwroty akcji. Prawdziwa gratka dla wielbicieli Hansa Klossa i Stirlitza, bo o takim majorze jak Razumowski powinni kręcić filmy. I byłyby to naprawdę dobre filmy.

„Demony Leningradu” trzymają w napięciu od początku do końca. Autorowi należą się brawa za kreację postaci, tło historyczne i za całokształt atmosfery Rosji. Gdyby ktoś dał mi do przeczytania książkę zaklejając przedtem nazwisko autora, w życiu bym się nie zorientowała, że tak wspaniale osadzona w rosyjskich [radzieckich] realiach książka wyszła spod pióra Polaka.

10/10

Adam Przechrzta, Demony Leningradu, Fabryka Słów, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

piątek, 5 sierpnia 2011

Rafał Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna zapis choroby - Michnik- historia prawdziwa?

Czasami warto odejść na chwilę od lektur lekkich i przyjemnych i poświęcić trochę czasu lekturom trudnym. Nawet takim, po których możemy dostać migreny lub kaca moralnego

Rafał Ziemkiewicz. Człowiek znany, inteligentny, nagradzany (laureat nagrody Kisiela). Czy taki człowiek mógłby pojechać na swojej opinii i napisać książkę, w której roiłoby się od kłamstw? Czy byłby w stanie narażać się na ciąganie po salach sądowych z powodu oszczerstw?

Po „Michnikowszczyznę zapis choroby” sięgnęłam chętnie, choć z obawami. Wszak to nie to samo, co romansidło, czy obyczajówka. To książka dość trudna, szczególnie dla osób, które z wydarzeń końcówki lat 80tych, początku 90tych pamiętają głównie gumy do żucia i zabawki. Nie należę do patriotów: nie śledzę z zaangażowaniem losów naszego kraju, nie zaczytuję się w historii Polski. Nie można mnie jednak nazwać ignorantką. Wiem, ogólnie, co się dzieje i znam (lepiej lub gorzej) najnowszą historię kraju.

Michnik zawsze kojarzył mi się z wolnomyślicielem, człowiekiem, który zaprowadził najważniejsze zmiany w naszym, moim kraju. Wiem, że każdy ma coś za uszami i nikt święty się nie rodzi, ale akurat do Adama Michnika nigdy nic nie miałam.

Rafał Ziemkiewicz pokazuje Michnika z całkowicie innej strony. Nie bałabym się nawet nazwać jego idei obrazoburczymi (i myślę, że autor chyba by się za to określenie nie obraził). W końcu miał czelność wystąpić przeciwko osobie, która cieszy się powszechnym szacunkiem, a michnikowszczyna stała się cytując bohatera „Misia” Barei  „nową świecką tradycją”.

Gdy babcie będące wyznawczyniami pewnego ojca Tadeusza mówiły o Michniku jak najgorsze rzeczy, zawsze stawałam w jego obronie. Widocznie nie tylko ja: „pokolenie moich rodziców: u progu III RP zachłysnęli się dyskursem o wolności i demokracji narzuconym przez „Gazetę Wyborczą”. Do nich już nic nie dotrze. Oni kochają Michnika”. Cóż. Ja wprawdzie go nie kocham, ale do tej pory uważałam, że facet dobrze mówi.

Czy jednak? Jeśli wczytamy się dobrze w tekst Rafała Ziemkiewicza zauważymy, a autor nam to jeszcze ładnie palcem pokaże, że Adam Michnik plątał się przez wiele lat w zeznaniach. Zarówno jako autor tekstów jak i jako poseł… więc jak jest  naprawdę? Działacz polityczny, obrońca Solidarności, historyk, organizator antykomunistycznej opozycji, czy też zręczny i w miarę inteligentny gracz, który zaplątał się w tym wszystkim?

Z książką mam dwa zasadnicze problemy: po pierwsze papier zniesie wszystko, a nie od dziś wiadomo, że odpowiednio ułożone zdania pokażą dokładnie to, o co autorowi chodzi. Nie wierzę też, że ktoś po przeczytaniu lektury poleci do biblioteki miejskiej i prześledzi całe archiwum „Wyborczej” w celu porównania słów i dat.
Sprawa druga: patronaty: „Gazeta Polska” i „Rzeczpospolita”. Jakby nie patrzeć przeciwnicy „Wyborczej”

Po przeczytaniu książki nie zmądrzałam, co najwyżej nabawiłam się długotrwałej migreny. Nie mówię, tekst autora zrobił na mnie wrażenie, ale… No właśnie. Ale nie wiem czy zmienię nastawienie.

Oceny pozycji nie będzie. Nie mogę z czystym sumieniem polecić albo odradzić lekturę „Michnikowszczyzny”, nie mogę też powiedzieć, czy pozycja ta to arcydzieło czy chłam.

Książkę pozostawiam bez wyraźnych wskazań na to, czy warto po nią sięgnąć czy też nie. Decyzja należy całkowicie do Was, ponieważ ja mam za duży chaos w głowie.

5/10

Rafał Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna zapis choroby, Fabryka Słów, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

niedziela, 1 maja 2011

Wampir z M-3, Andrzej Pilipiuk - Śladami PRL’owskich wampirów


„A więc twierdzicie, Obywatelu, że wampiry istnieją? Niby kraj socjalistyczny, ateizm w modzie, a tu taka wtopa. I jak się krzyżem odwijać? Jak wodą, tfu, święconą chlapać? A czosnek, tylko granulowany i z importu z bratniej Czechosłowacji!”   


„Wampir z M-3” miał być „powieścią obnażającą zmierzch zgniłego kapitalizmu”. Dla mnie to powieść obnażająca zakłamanie socjalizmu. Fakt faktem, wampiry nie istnieją, ale gdyby istniały w czasach PRL-u, to wyobrażam sobie ich bytowanie dokładnie tak, jak autor książki.
Andrzej Pilipiuk, z którego twórczością, trochę wstyd się przyznać, spotkałam się po raz pierwszy, bardzo szybko stał się jednym w moich ulubionych polskich autorów. Facet ma talent i wyobraźnię. Nie ma co zaprzeczać. Kto byłby w stanie, w dobie wielbicieli Zmierzchu i innych wyżelowanych wampirzych wymoczków, potrafi stworzyć wampiry chodzące do pracy, wyrabiające 100% normy, walczące o kartki i dewizy?

„Wampir z M-3” opowiada historię grupy „zimnych”. Jedną z nich jest Gosia Brona, uczennica liceum, kochająca Limahla. W powodu nieudanych wakacji, złych ocen i miłosnego odrzucenia dziewczyna postanawia się powiesić. Po jakimś czasie budzi się w rodzinnym grobowcu. Gdy „uszczęśliwiona” rodzina częstuje Gośkę śrutówką, nastolatka odkrywa, że coś z nią jest nie tak. Wkrótce odnajdują ją wampiry i tłumaczą powoli acz dosadnie, że jej dotychczasowe życie właśnie uległo wielkiej zmianie. Odtąd nie będzie musiała martwić się klasówkami, kartkami na mięso i chłodem. Dzięki pomocy Marka, Małgorzata znajduje ciepłe schronienie i przyjaciół. Myli się jednak ten, kto sądzi, że wampiry mają w czasach PRL spokojne życie. Nie dość, że muszą uciekać przed ZOMO i ubecją, to jeszcze czekają ich potyczki z tajnym oddziałem SB  „Z” jak zabobon (nie zaświaty).

W książce znajdziemy nie tylko wampiry ale również wilkołaki, mumie i inne stwory. Jeśli ktoś ma już serdecznie dość bohaterów Zmierzchu, to również znajdzie coś dla siebie.
Gdybym miała krótko scharakteryzować książkę Pilipiuka, powiedziałabym, że jest rzeczowa, zabawna, z nutką socjalistycznego podejścia do życia.  Najlepiej jednak książkę charakteryzuje poniższy cytat:
„Być wampirem w PRL to nie przelewki. W społeczeństwie bezklasowym trudno tytułować się hrabią. Płaszcz i smoking nosi albo kelner albo iluzjonista, a krew obywateli Rzeczpospolitej Ludowej ma posmak deficytu i reglamentacji.”

„Wampir z M-3” to pozycja dobra zarówno dla miłośników wampirów, jak i tych, którzy PRL wspominają z łezką w oku.



9/10





Wampir z M-3, Andrzej Pilipiuk, Fabryka Słów, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 2 kwietnia 2011

Jacek Piekara, Młot na czarownice - Na rany Chrystusa i inne herezje

W alternatywnym średniowieczu, w świecie, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu lecz zstąpił z niego i policzył się z wrogami, po ziemi stąpa sługa Pana, młot na czarownice, miecz aniołów… inkwizytor Mordimer.

„Młot na czarownice” to kolejny zbiór opowiadań Jacka Piekary o przygodach sługi bożego.  Książka składa się z pięciu, dość obszernych opowiadań, w których inkwizytor przemierza świat nawracając zagubione owieczki.  Heretycy głoszą, że Jezus zginął na krzyżu, ale wierni słudzy boży z radością naprowadzają ich na właściwą drogę. W średniowiecznym świecie, pełnym zła, herezji i czarów, inkwizytorzy nigdy się nie nudzą. Zawsze znajdzie się coś, co zwróci ich uwagę. Czy to chłopiec  ze stygmatami tam, gdzie nie powinno ich być (ponieważ w świecie, który stworzył Piekara, Jezus miał o jedną ranę mniej niż według naszej wiary), czy też stwór, który uwielbia mężczyzn i słodycze.  Altermatywne średniowiecze to jednak nie tylko czarownice i magia. To również czas pijaństwa, morderstw, cuchnących obywateli, smrodu popsutych zębów i bóg wie czego jeszcze.


Każde z opowiadań czytelnik może traktować zarówno jako kolejny rozdział, jak i osobną historię. W każdej części mamy okazję do podziwiania przenikliwości Mordimera Madderdina. W każdym z opowiadań autor skupia się na poszczególnych cechach swoich bohaterów. Poznamy między innymi kobietę tak zazdrosną i zgorzkniałą, że wydaje w ręce inkwizytorów swoją siostrę, murgrabiego, dla którego największą podnietą jest zadawanie bólu innym, śpiewaczkę, która marzy o pieniądzach i władzy.
Chociaż opowiadanie opowiadaniu nierówne, to Młot na czarownice Jacka Piekary czyta się bardzo dobrze. Mordimera Madderdina polubiłam od pierwszego spotkania. Bo chociaż Inkwizytor to miecz aniołów i młot na czarownice, pijaczyna łasy na pieniądze i lubiący przygodny seks mężczyzna, to mimo wszystko jest on bohaterem pozytywnym. Wbrew pozorom ma serce.


Książka Jacka Piekary charakteryzuje się czarnym humorem, ironią i prostym językiem. W świecie Inkwizytora nikt nie przejmuje się higieną i kulturą, wysłannicy kościoła nie ukrywają się ze swoją miłością do pieniądza, słabością do sięgania po kieliszek. Mam przeczucie, że książki Piekary to satyra na otaczający nas świat. Ciekawe, jak by się prezentowały w kanonie lektur szkolnych?

7/10

Jacek Piekara, Młot na czarownice,  2010, Fabryka Słów

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 22 marca 2011

Jacek Piekara, Miecz aniołów - Wiara kontra magia

„Przykro będzie, jeśli już nigdy nie dasz rady wsadzić go w rzyć młodego chłopca, prawda? – spytałem i znowu ścisnąłem mocniej”


Po książkę Jacka Piekary sięgnęłam bardzo chętnie. Chociaż o jego twórczości słyszałam nie tylko pochlebne opinie, nie czuję się zawiedziona. Piekara nie tworzy dla grzecznych, dobrze ułożonych dziewczynek, ani dla ludzi traktujących ze śmiertelną powagą kwestię wiary.
„Miecz aniołów” to zbiór opowiadań, których bohaterem jest Mordimer Madderin - licencjonowany inkwizytor biskupa Hez-hezronu, młot na czarownice, miecz aniołów itd. W skrócie- facet, który upewnia się, że wszystko dzieje się po myśli Kościoła. Myli się jednak ten, kto myśli, że Mordimer chodzi sobie grzecznie po świecie i spędza wieczory nad modlitewnikiem.


Piekara w swoich książkach o niezwyciężonym inkwizytorze przenosi nas do alternatywnego Średniowiecza, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zstąpił z niego i zajął się wyrównywaniem rachunków.
„Legioniści zerwali się w udawanym przerażeniu, które zaraz zamieniło się w prawdziwe, kiedy Jezus chlasnął mieczem i ściął jednemu z nich głowę, tak, że fontanna krwi z kadłuba bluznęła prosto na publiczność, a głowa odtoczyła się na skraj sceny. Oczywiście trwoga ogarnęła tylko drugiego z legionistów, gdyż pierwszy zginął, zanim zdążył się zorientować, że spektakl przybrał tak niespodziewany obrót.” Dla autora nie ma rzeczy niemożliwych. W tej rzeczywistości nawet przedstawienia teatralne dzieją się naprawdę. Makabryczne? Nie, po prostu niezwykłe spojrzenie na polską literaturę.


W „Mieczu aniołów” czytelnik ma okazję zapoznać się z pięcioma opowiadaniami: Głupcy idą do nieba, Kości i zwłoki, Sierotki, Maskarada i tytułowym Mieczem aniołów. Każde z tych opowiadań jest od siebie niezależne, więc można je czytać w dowolnej kolejności. Co je łączy? Między innymi Mordimer Madderin, alkohol i chędożenie. Łączy je również ciekawe podejście autora do otaczającego świata.


Chociaż opowiadania nie są genialne pod względem artystycznym, autor nie konstruuje intrygi niczym Agatha Christie, Miecz aniołów czyta się szybko i przyjemnie.  Książka ta, moim zdaniem, powstała po to, aby pokazać choć niektóre przywary współczesnych. Świat Piekary nie jest skomplikowany, jego bohaterowie nie zastanawiają się nad pięknem wszechświata lecz na tym czy, z kim i gdzie spędzą tę noc, czy na trzeźwo i głodno, czy też nie. Co nie oznacza, że autor pisząc książkę myślał tylko o jednym.
Piekara, świadomie lub nie, pokazuje ludzi takimi, jacy są. Bez zbędnych upiększeń i ozdobników. Gwałty, zabójstwa, pijaństwo, bluźnierstwa, chęć zysku, żądzą władzy. Taki jest świat i autor nie boi się o tym pisać. A to, że akcja opowiadań dzieje się w Średniowieczu? Tło opowiadań dodaje tylko smaczku.



8/10




Jacek Piekara, Miecz aniołów, Fabryka Słów, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl