Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 08/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 08/10. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 sierpnia 2012
Serce tygrysicy Aisling Juanjuan Shen
Główna bohaterka Shen, to taki chiński kopciuszek. Z niepiśmiennej wieśniaczki zostaje szanowaną businesswoman. Robi interesy z chińskimi biznesmenami jako analityk w Bostonie. Nie zawsze tak jednak było. Poznajcie jej historię.Prawdziwą historię.
Chiny, lata 70te. Shen mieszka w małej biednej wiosce z siostrą i rodzicami. Niepiśmiennymi rodzicami, którzy potrafią tylko sadzić ryż i się kłócić. Dziewczyna nie ma szczęścia w życiu. Czuje się niekochana i niezauważana. Jeśli ktoś już na nią zwraca uwagę to są to krzyki i pretensje. Nie potrafi poradzić sobie z sadzeniem ryżu, więc nikt jej nie zechce. Nie jest ładna, więc nikt jej nie zechce. Jest biedna, więc nikt jej nie zechce. Ucieczką od tego okrutnego świata jest szkoła, do której Shen zostaje wysłana bardziej przez przypadek i nalegania rządu niż z powodu inteligencji. Okazuje się jednak, że nauka, to jedyne, do czego Shen się nadaje. Od tej pory książki są dla niej jedynymi przyjaciółmi. Przysparzają jej jednak również problemów w domu. Shen ma jeden cel: uciec z domu. Aby to zrobić jest gotowa poświęcić wszystko. Nawet siebie Po skończeniu podstawówki i gimnazjum Shen za namową nauczycielki idzie do college'u aby zostać nauczycielką. Zawód nauczyciela jest uważany przez wieśniaków za bardzo dobrą posadę, która gwarantuje miskę ryżu. Shen, jako dziecko posłuszne i kochające rywalizację kończy szkołę i dostaje przydział do biednej szkoły daleko od domu.
Szybko jednak zaczyna ją męczyć takie życie. Praca nauczycielki nie jest dla niej. Uczniowie nie chcą się uczyć i jej nie szanują. Czy tak ma wyglądać jej życie? Nie o tym marzyła. Zaczyna się umawiać z nieodpowiednimi facetami, śpi z kim popadnie. Wszystko zmienia się, gdy poznaje Wanga, nowego nauczyciela wmieście. Więzi między nimi zacieśniają się. Nie jest to prawdziwa miłość, ale lepsze to niż nic. Po krótkim czasie namawia go do wyjazdu do dużego miasta i obiecuje niedługo do niego dołączyć. Może za następnym wzgórzem czeka ją lepsze życie?
Gdy udaje się jej załatwić sprawę bezpłatnego urlopu z dyrektorem (a nie jest to łatwe), dołącza do ukochanego. Jej sen o lepszym życiu pęka jednak jak bańka mydlana. Wang mieszka kątem u krewnego i ledwo wiąże koniec z końcem. Shen nie tego chciała od życia. Marzy jej się lepszy los niż ten, którego doświadczyła jej matka. Zrządzeniem losu Shen dostaje pracę sekretarki. Życie nie jest jednak usłane różami. Aby zostać tym kim jest, Shen musiała jeszcze bardzo dużo przejść. Nie wszystkie jej czyny były chwalebne. W końcu udaje jej się osiągnąć sukces. Pytanie tylko, za jaką cenę. Autobiografia Aisling Juanjuan Shen to forma spowiedzi i oczyszczenia. Widać, że autorka czuje autentyczną potrzebę opowiedzenia swojej historii.
Serce tygrysicy nie jest typową autobiografią. To opowieść szokująca i przejmująca, tym bardziej, że "akcja" toczy się od lat 70tych do początku XXI wieku. To tylko 30 lat, a czułam się, jakbym czytała o ludziach żyjących setki lat temu. Autorka porusza tematy, o których społeczeństwo milczy. Głodowe pensje, prostytucja, aborcja, łapówkarstwo. To tylko strzępy tego, co może się przydarzyć zwykłej dziewczynie z prowincji. Ciekawe i wciągające jest również tło historii. Jest realistyczne, nieprzesłodzone, ale również nie naciągane na siłę. O bohaterach można powiedzieć bardzo wiele. Każdy z nich jest na swój sposób godny uwagi- nawet przygodny kochanek bohaterki. Każda z osób przewijających się w książce ma znaczenie.
Reasumując książkę naprawdę warto przeczytać. Wartka akcja, ciekawi bohaterowie, możliwość poznania Chin od kuchni. Zdawałam sobie sprawę, że Chińskie społeczeństwo różni się od naszego, ale nie wiedziałam, że aż tak. Jeśli ktoś lubi historie właściwe, może spokojnie sięgnąć po historię Shen.
08/10
Serce tygrysicy, Aisling Juanjuan Shen, Prószyński i S-ka, 2012
czwartek, 7 czerwca 2012
Oczarowana Jill Shalvis
Dobre czytadło nie jest złe.
Naprawdę. Mówię to bardzo serio, chociaż na ogół trzymam się z dala od wszelkich romansideł, przy których wiadomo, że bohaterowie będą żyć długo i szczęśliwie. Nastaje jednak taki czas, gdy człowiek musi się odstresować, ogłupić, poczytać coś, co dobrze się skończy. Jedną z takich książek, które mogę polecić ze spokojnym sumieniem, jest, wydana przez wyd. Prószyński "Oczarowana" Jill Shalvis.
Maddie, główna bohaterka książki, jest szarą myszką (tak zresztą mówiła o niej jej mama). Niedawno porzuciła swojego chłopaka (damskiego boksera), a ją rzuciła praca (nudna, w której była wykorzystywana i niedoceniana). Taka karma, niektórzy mają pod górkę na całej linii. Może jednak dobrze się składa, ponieważ okazuje się, że jej niedawno zmarła mama zostawiła Maddie i jej dwóm siostrom (Stalowej Magnolii i Dzikiemu Dziecku) hotelik w urokliwym Lucky Harbor. Piękna nazwa miasteczka kryje w sobie aż 2100 mieszkańców(niedługo 21003) i tylko 10100 małży.
Po przybyciu na miejsce okazuje się, że hotelik to ruina wymagająca ogromnej pracy i mnóstwa pieniędzy. Maddie nawet się to podoba, bo po pierwsze i tak nie ma gdzie mieszkać, a poza tym czuje, że to miejsce może stać się jej domem. Inne podejście do problemu mają jej przyrodnie siostry Tara (Stalowa Magnolia) i Chloe (Dzikie Dziecko). Chcą szybko pozbyć się balastu i wynieść się z tej dziury. Jak gdyby Maddie mała mało problemów na horyzoncie pojawia się przystojny ex-prawnik, szeryf, stolarz i złota rączka w jednym Jax. Nie muszę mówić, że facet jest cholernie przystojny....
Na Maddie czeka wiele walk do stoczenia, z siostrami- aby walczyły o hoteli i o siebie, z samą sobą oraz z rosnącym uczuciem do Jaxa- chociaż Maddie obiecała sobie, że z facetami koniec. Czy na wszystkich frontach bohaterce uda się wygrać?
Oczarowana Jill Shalvis to naprawdę fajna książka. Nie mówię, jest to czytadło jakich wiele na rynku. Nie jest to książka na miarę Wichrowych wzgórz czy Przeminęło z wiatrem. Niemniej jednak książkę czyta się bardzo przyjemnie. Autorka wysiliła się i każdemu bohaterowi poświęciła tyle czasu, aby były to postacie z krwi i kości. Każdy z nich ma charakter, swoją historię, dzięki czemu nie czujemy, że bohaterowie są tylko tłem dla głównych bohaterów. Język jest nieskomplikowany, książkę czyta się szybko, nie musimy męczyć się z niepotrzebnymi opisami i wiecznym przeciąganiem akcji.
Dla kogo? Dla zmęczonych życiem, dla tych, którzy potrzebują chwili spokoju i nieskomplikowanej przyjemności. Dla tych, którzy chcą przeczytać coś miłego, idealnego na czerwcowy wieczór przy herbacie. Jeśli lubicie przyjemne historie, to Oczarowana może Was oczarować. Przynajmniej na czas czytania.
8/10
Oczarowana, Jill Shalvis, Prószyński i S-ka, 2012
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa
Naprawdę. Mówię to bardzo serio, chociaż na ogół trzymam się z dala od wszelkich romansideł, przy których wiadomo, że bohaterowie będą żyć długo i szczęśliwie. Nastaje jednak taki czas, gdy człowiek musi się odstresować, ogłupić, poczytać coś, co dobrze się skończy. Jedną z takich książek, które mogę polecić ze spokojnym sumieniem, jest, wydana przez wyd. Prószyński "Oczarowana" Jill Shalvis.
Maddie, główna bohaterka książki, jest szarą myszką (tak zresztą mówiła o niej jej mama). Niedawno porzuciła swojego chłopaka (damskiego boksera), a ją rzuciła praca (nudna, w której była wykorzystywana i niedoceniana). Taka karma, niektórzy mają pod górkę na całej linii. Może jednak dobrze się składa, ponieważ okazuje się, że jej niedawno zmarła mama zostawiła Maddie i jej dwóm siostrom (Stalowej Magnolii i Dzikiemu Dziecku) hotelik w urokliwym Lucky Harbor. Piękna nazwa miasteczka kryje w sobie aż 2100 mieszkańców(niedługo 21003) i tylko 10100 małży.
Po przybyciu na miejsce okazuje się, że hotelik to ruina wymagająca ogromnej pracy i mnóstwa pieniędzy. Maddie nawet się to podoba, bo po pierwsze i tak nie ma gdzie mieszkać, a poza tym czuje, że to miejsce może stać się jej domem. Inne podejście do problemu mają jej przyrodnie siostry Tara (Stalowa Magnolia) i Chloe (Dzikie Dziecko). Chcą szybko pozbyć się balastu i wynieść się z tej dziury. Jak gdyby Maddie mała mało problemów na horyzoncie pojawia się przystojny ex-prawnik, szeryf, stolarz i złota rączka w jednym Jax. Nie muszę mówić, że facet jest cholernie przystojny....
Na Maddie czeka wiele walk do stoczenia, z siostrami- aby walczyły o hoteli i o siebie, z samą sobą oraz z rosnącym uczuciem do Jaxa- chociaż Maddie obiecała sobie, że z facetami koniec. Czy na wszystkich frontach bohaterce uda się wygrać?
Oczarowana Jill Shalvis to naprawdę fajna książka. Nie mówię, jest to czytadło jakich wiele na rynku. Nie jest to książka na miarę Wichrowych wzgórz czy Przeminęło z wiatrem. Niemniej jednak książkę czyta się bardzo przyjemnie. Autorka wysiliła się i każdemu bohaterowi poświęciła tyle czasu, aby były to postacie z krwi i kości. Każdy z nich ma charakter, swoją historię, dzięki czemu nie czujemy, że bohaterowie są tylko tłem dla głównych bohaterów. Język jest nieskomplikowany, książkę czyta się szybko, nie musimy męczyć się z niepotrzebnymi opisami i wiecznym przeciąganiem akcji.
Dla kogo? Dla zmęczonych życiem, dla tych, którzy potrzebują chwili spokoju i nieskomplikowanej przyjemności. Dla tych, którzy chcą przeczytać coś miłego, idealnego na czerwcowy wieczór przy herbacie. Jeśli lubicie przyjemne historie, to Oczarowana może Was oczarować. Przynajmniej na czas czytania.
8/10
Oczarowana, Jill Shalvis, Prószyński i S-ka, 2012
Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa
piątek, 27 kwietnia 2012
Jeden dzień David Nicholls
Tak się przyjęło, że historie miłosne mają być słodkie, wręcz cukierkowe, miłe dla oka i zawsze kończące się "happyendem". Tylko, czy miłość zawsze jest słodka, łatwa i usłana różami? Niestety nie.
Jeden dzień Davida Nichollsa jest, moim zdaniem, prawdziwą historią miłosną. Trudną, dziwną i niełatwą. Prawdziwą, taką, która każdemu może się przytrafić.
Głównych bohaterów, Emmę i Dextera poznajemy w dzień ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Bardzo przypominają bohaterów Love story. Dzieli ich wszystko: podejście do życia, pochodzenie. Emma pochodzi z robotniczej rodziny, jest zakompleksioną dziewczyną, które ma wielkie ambicje i pragnie zmienić świat. Dexter to playboy. Pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jego jedynym zmartwieniem jest to, w czyim łóżku obudzi się następnego dnia. Nie ma planów na przyszłość, chce się bawić. Chociaż tych dwoje dzieli praktycznie wszystko, coś zaczyna iskrzyć. Być może dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają. Po spędzone razem nocy każde z nich idzie w swoją stronę, lecz pamiętny 15 lipca będzie dla nich zawsze dniem magicznym.
Czy 15go lipca narodziła się między nimi miłość czy przyjaźń, tego nie jestem w stanie pojąć. Coś się jednak narodziło. Coś, co sprawiło, że zawsze o sobie myśleli niezależnie od tego co robili i z kim byli. Emma, jako romantyczka przeżywała to uczucie głęboko. Myślała, pisała, może nawet marzyła. Dexter, jako prawdziwy mężczyzna, wychodził chyba z założenia, że ona zawsze będzie. I o dziwo zawsze była- jeśli nie w sensie dosłownym, to myślami.
Jak to w miłosnych historiach bywa, ten "jeden dzień" sprawił, że w końcu spotkali się na zawsze. Jak do tego doszło i jak skończyła się historia miłosna na miarę Love story?
Książka Davida Nichollsa jest ciepła i zapada w pamięć, chociaż muszę się przyznać, że początkowo miałam z nią problemy. Nie potrafiłam się w nią wgryźć, złapać kontaktu z bohaterami. Nie rozumiałam ich zachowania. Ok, pójść z kimś do łóżka po kilku chwilach znajomości- niech będzie, mogę zrozumieć. Ale cały ciąg dalszy? Czy naprawdę po jednej nocy można naprawdę pokochać? I kochać pomimo tego, że ktoś, na pierwszy rzut oka, ma w głębokim poważaniu nasze uczucia? Z drugiej strony jest zachowanie Dextera. Jak można być takim egoistą i bucem? Jezuśku! Czy on potrafił spojrzeć na siebie w lustrze? Będąc jednak na 50tej, 100, 200 stronie powoli zaczynałam rozumieć. To jest właśnie trudna miłość. O ile zachowanie Dextera dalej mnie wkurzało, to potrafiłam już zrozumieć Emmę. W końcu miłość nie wybiera, nie oszukujmy się.
Ale 20 lat? No cóż. To właśnie miłość, to właśnie życie.
Gorąco polecam, szczególnie tym, którzy uważają, że miłości nie ma, tym, którzy myślą, że to ich związek jest skomplikowany- aby podnieść ich na duchu. Tym, którzy są w szczęśliwym związku, aby docenili to, co mają.
08/10
Jeden dzień, David Nicholls, Świat książki, 2011
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu
Jeden dzień Davida Nichollsa jest, moim zdaniem, prawdziwą historią miłosną. Trudną, dziwną i niełatwą. Prawdziwą, taką, która każdemu może się przytrafić.
Głównych bohaterów, Emmę i Dextera poznajemy w dzień ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Bardzo przypominają bohaterów Love story. Dzieli ich wszystko: podejście do życia, pochodzenie. Emma pochodzi z robotniczej rodziny, jest zakompleksioną dziewczyną, które ma wielkie ambicje i pragnie zmienić świat. Dexter to playboy. Pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jego jedynym zmartwieniem jest to, w czyim łóżku obudzi się następnego dnia. Nie ma planów na przyszłość, chce się bawić. Chociaż tych dwoje dzieli praktycznie wszystko, coś zaczyna iskrzyć. Być może dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają. Po spędzone razem nocy każde z nich idzie w swoją stronę, lecz pamiętny 15 lipca będzie dla nich zawsze dniem magicznym.
Czy 15go lipca narodziła się między nimi miłość czy przyjaźń, tego nie jestem w stanie pojąć. Coś się jednak narodziło. Coś, co sprawiło, że zawsze o sobie myśleli niezależnie od tego co robili i z kim byli. Emma, jako romantyczka przeżywała to uczucie głęboko. Myślała, pisała, może nawet marzyła. Dexter, jako prawdziwy mężczyzna, wychodził chyba z założenia, że ona zawsze będzie. I o dziwo zawsze była- jeśli nie w sensie dosłownym, to myślami.
Jak to w miłosnych historiach bywa, ten "jeden dzień" sprawił, że w końcu spotkali się na zawsze. Jak do tego doszło i jak skończyła się historia miłosna na miarę Love story?
Książka Davida Nichollsa jest ciepła i zapada w pamięć, chociaż muszę się przyznać, że początkowo miałam z nią problemy. Nie potrafiłam się w nią wgryźć, złapać kontaktu z bohaterami. Nie rozumiałam ich zachowania. Ok, pójść z kimś do łóżka po kilku chwilach znajomości- niech będzie, mogę zrozumieć. Ale cały ciąg dalszy? Czy naprawdę po jednej nocy można naprawdę pokochać? I kochać pomimo tego, że ktoś, na pierwszy rzut oka, ma w głębokim poważaniu nasze uczucia? Z drugiej strony jest zachowanie Dextera. Jak można być takim egoistą i bucem? Jezuśku! Czy on potrafił spojrzeć na siebie w lustrze? Będąc jednak na 50tej, 100, 200 stronie powoli zaczynałam rozumieć. To jest właśnie trudna miłość. O ile zachowanie Dextera dalej mnie wkurzało, to potrafiłam już zrozumieć Emmę. W końcu miłość nie wybiera, nie oszukujmy się.
Ale 20 lat? No cóż. To właśnie miłość, to właśnie życie.
Gorąco polecam, szczególnie tym, którzy uważają, że miłości nie ma, tym, którzy myślą, że to ich związek jest skomplikowany- aby podnieść ich na duchu. Tym, którzy są w szczęśliwym związku, aby docenili to, co mają.
08/10
Jeden dzień, David Nicholls, Świat książki, 2011
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu
środa, 28 marca 2012
Urodziłam się dziewczynką
[...] Później zapytałam się jednego z takich ochotników, co się poprawiło, odkąd Plan zaczął tu działać. - Ochrona dzieci- odrzekł bez wahania. Co jeszcze? Tym razem musiał chwilę pomyśleć. - Nic- odparł.
Książka, a raczej książeczka, "Urodziłam się dziewczynką" ma wielu autorów. Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips oraz Irvine Welsh. Część z nich znam, choćby Joanne Harris, która jest autorką jednej z moich ulubionych książek "Czekolada", o innych nigdy nie słyszałam, ale przecież nie o to chodzi, abym znała autorów poszczególnych reportaży/dzienników/ opowiadań*.
W książce spodobało mi się to, że każdy z tym autorów reprezentował inny styl, inne spojrzenie na świat, inną wrażliwość. Czytając czułam, czy dana osoba wczuła się w historię swoich bohaterów czy też stara się stać z boku i jedynie opowiadać to co widzi. Przy niektórych tekstach płakałam, przy innych zastanawiałam się "to już? tylko na tyle stać autora?"
O czym traktuje książka "Urodziłam się kobietą"? O kobietach przede wszystkim, ale także o otaczającym je świecie i o roli Planu w życiu mieszkańców Togo, Sierra Leone, Ghany, Brazylii, Kambodży, Ugandy i Dominikany. Znajdziemy tam historie o handlu żywym towarem, o okaleczeniach, gwałtach, seksie z nauczycielami, prostytucji, trudności w dostępności do szkół, opieki medycznej, pomocy psychologicznej. Jednak nie tylko o tym tu przeczytamy. Znajdziemy w niej również tematy dotyczące głodu, problemów rodzinnych, zazdrości. Najbardziej wzruszyła mnie historia mężczyzny, policjanta, który stracił swoją ukochaną córkę. Nie została zabita, nie została sprzedana. Przez chwilową nieuwagę zgubiła się i wiele lat przemieszkała w dżungli niczym bohater Księgi dżungli. Każda z opowiedzianych historii jest wyjątkowa i wzruszająca. Zaczynamy się jednak zastanawiać co, tak naprawdę, robią te wszystkie organizacje charytatywne zajmujące się pomocą w biednych krajach. W gazecie przeczytamy, że wybudowano studnię, w TV usłyszymy o dostawie leków, ale tak naprawdę jest to kropla w morzu potrzeb. Zamiast pomagać ofiarom gwałtu montuje się tabliczki z hasłami w stylu "nie zgadzaj się na seks".
Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego nikt nie pisze o dziewczynach z województwa X czy Y, które pojechały do Niemiec jako hostessy i zostały prostytutkami? Dlaczego nikt nie zainteresuje się tym, że kilka kilometrów od stolicy żyją ludzie, którzy nie mają jeszcze prądu? Dlaczego wiele osób żyjących na wsiach musi iść do wychodka zamiast do łazienki? Dlaczego biedniejsi zamiast iść na studia są "zmuszani" do wyboru zawodówki? W Polsce, w każdym kraju na świcie (no może prawie każdym) jest takich ludzi bardzo wielu. Nikt im nie pomaga, nikt się nimi nie interesuje, nikt nie pisze o ich życiu książek. Czy dzieci z Afryki zasługują na więcej niż Jaś czy Małgosia? Czy posiłek dla dziewczynki z Kambodży jest ważniejszy niż obiad Kasi?
* każdy może odbierać te teksty jak chce. Dla mnie część z nich była reportażami, inne zapiskami z podróży
08/10
Urodziłam się dziewczynką, Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips, Irvine Welsh, Świat książki, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu
Książka, a raczej książeczka, "Urodziłam się dziewczynką" ma wielu autorów. Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips oraz Irvine Welsh. Część z nich znam, choćby Joanne Harris, która jest autorką jednej z moich ulubionych książek "Czekolada", o innych nigdy nie słyszałam, ale przecież nie o to chodzi, abym znała autorów poszczególnych reportaży/dzienników/ opowiadań*.
W książce spodobało mi się to, że każdy z tym autorów reprezentował inny styl, inne spojrzenie na świat, inną wrażliwość. Czytając czułam, czy dana osoba wczuła się w historię swoich bohaterów czy też stara się stać z boku i jedynie opowiadać to co widzi. Przy niektórych tekstach płakałam, przy innych zastanawiałam się "to już? tylko na tyle stać autora?"
O czym traktuje książka "Urodziłam się kobietą"? O kobietach przede wszystkim, ale także o otaczającym je świecie i o roli Planu w życiu mieszkańców Togo, Sierra Leone, Ghany, Brazylii, Kambodży, Ugandy i Dominikany. Znajdziemy tam historie o handlu żywym towarem, o okaleczeniach, gwałtach, seksie z nauczycielami, prostytucji, trudności w dostępności do szkół, opieki medycznej, pomocy psychologicznej. Jednak nie tylko o tym tu przeczytamy. Znajdziemy w niej również tematy dotyczące głodu, problemów rodzinnych, zazdrości. Najbardziej wzruszyła mnie historia mężczyzny, policjanta, który stracił swoją ukochaną córkę. Nie została zabita, nie została sprzedana. Przez chwilową nieuwagę zgubiła się i wiele lat przemieszkała w dżungli niczym bohater Księgi dżungli. Każda z opowiedzianych historii jest wyjątkowa i wzruszająca. Zaczynamy się jednak zastanawiać co, tak naprawdę, robią te wszystkie organizacje charytatywne zajmujące się pomocą w biednych krajach. W gazecie przeczytamy, że wybudowano studnię, w TV usłyszymy o dostawie leków, ale tak naprawdę jest to kropla w morzu potrzeb. Zamiast pomagać ofiarom gwałtu montuje się tabliczki z hasłami w stylu "nie zgadzaj się na seks".
Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego nikt nie pisze o dziewczynach z województwa X czy Y, które pojechały do Niemiec jako hostessy i zostały prostytutkami? Dlaczego nikt nie zainteresuje się tym, że kilka kilometrów od stolicy żyją ludzie, którzy nie mają jeszcze prądu? Dlaczego wiele osób żyjących na wsiach musi iść do wychodka zamiast do łazienki? Dlaczego biedniejsi zamiast iść na studia są "zmuszani" do wyboru zawodówki? W Polsce, w każdym kraju na świcie (no może prawie każdym) jest takich ludzi bardzo wielu. Nikt im nie pomaga, nikt się nimi nie interesuje, nikt nie pisze o ich życiu książek. Czy dzieci z Afryki zasługują na więcej niż Jaś czy Małgosia? Czy posiłek dla dziewczynki z Kambodży jest ważniejszy niż obiad Kasi?
* każdy może odbierać te teksty jak chce. Dla mnie część z nich była reportażami, inne zapiskami z podróży
08/10
Urodziłam się dziewczynką, Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips, Irvine Welsh, Świat książki, 2012
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu
Etykiety:
08/10,
2012,
blog,
Joanne Harris,
kambodża,
książka,
obyczajowa,
opinia,
recenzja,
reportaż,
seks,
Świat książki,
Tim Butcher,
Urodziłam się dziewczynką
środa, 29 lutego 2012
Najlepsze dania Billa Bill Granger
„Najlepsze dania Billa” to druga książka kucharska australijskiego kucharza samouka, która ukazała się w Polsce.
Podobno, popularność zapewniły mu, jak informuje wydawca, „jego entuzjastyczne, radosne podejście do gotowania i doświadczenie życiowe”. Czy i jego przepisy są radosne, jak sam kucharz?
Zacznijmy od samej książki. Jest ona naprawdę pięknie wydana. W twardej okładce znajduje się 100 przepisów, a każdy z nich opatrzony jest świetnym zdjęciem danej potrawy. Książkę podzielono na 10 rozdziałów, w których każdy znajdzie coś dla siebie: śniadania, wypieki, zupy, sałatki, ryż makaron i pieczywo, kurczak, mięso, owoce morza, warzywa oraz desery.
Masz ochotę na śniadanie? Może skusisz się na naleśniki z jagodami, jogurtem i syropem klonowym. Wolisz coś innego? Proponuję jajka Benedykta z muffinami? Jestem pewna, że nigdy nie jedliście zapiekanej owsianki- może czas spróbować? Z przepisów na wypieki Billa Grangera proponuję tartę śliwkową, ciasto cytrynowe lub waniliowe ciasto francuskie. Z zup, jeśli zdjęcia odpowiadają temu, co możemy zobaczyć na talerzu po skorzystaniu z przepisu, proponuję tajemniczą tom yum, zupę rybną z chorizo oraz laksę. Jeśli nasz budżet na to pozwoli, możemy przygotować szafranowe risotto z homarami. Gdy z finansami u nas gorzej, skuśmy się na smażonego kurczaka, który na pierwszy rzut oka wygląda jak ten z kubełka w jednym z fast foodów.
W książce „Najlepsze dania Billa” znajdziemy zarówno łatwe przepisy (pieczone ziemniaki, rosół z makaronem i sałatkę grecką), jak i te trudniejsze i droższe w przygotowaniu: pieczony kurczak faszerowany kasztanami, tofu smażone po chińsku z chili i bazylią lub zupę pomidorową z sosem sambal z orzechów nerkowca i kokosowego. Niezależnie od tego co lubisz, ile możesz wydać na obiad i czy zapraszasz na kolację koleżankę czy też teściową- znajdziesz w tej książce coś, co ci się spodoba.
Na początku każdego rozdziału znajdziemy coś na kształt przedmowy. Przed rozdziałem o ryżu, makaronie i pieczywie czytamy: „Powiedzmy sobie wprost, życie bez węglowodanów nie byłoby zbyt szczęśliwe. Żaden inny składnik nie jest w stanie dać nam tak dużo sił, a poza tym potrawy zawierające węglowodany przygotowuje się bardzo szybko. Paczka dobrej jakości makaronu, kilka farści ryżu arborio albo podgrzane w piekarniku chlebki pita dostarczają niezbędnych składników, w dodatku za niewielkie pieniądze. Pod warunkiem, że nie jest to risotto z homarami, bo wtedy tanio nie będzie …” Przed każdym przepisem również znajdziemy kilka słów od autora na temat danej potrawy.
W książce „Najlepsze dania Billa” znajdują się przepisy na potrawy dla osób z różną zasobnością portfela, odpowiednie zarówno na śniadanie z chłopakiem, jak i kolację z szefem. Dzięki różnorodności zamieszczonych przepisów zarówno mięsożerni, jak i wegetarianie znajdą coś dla siebie. W „Najlepszych daniach Billa” znajdziemy wiele przepisów na ciasta i desery, dzięki czemu nawet największy fan słodkości będzie szczęśliwy.
Zacznijmy od samej książki. Jest ona naprawdę pięknie wydana. W twardej okładce znajduje się 100 przepisów, a każdy z nich opatrzony jest świetnym zdjęciem danej potrawy. Książkę podzielono na 10 rozdziałów, w których każdy znajdzie coś dla siebie: śniadania, wypieki, zupy, sałatki, ryż makaron i pieczywo, kurczak, mięso, owoce morza, warzywa oraz desery.
Masz ochotę na śniadanie? Może skusisz się na naleśniki z jagodami, jogurtem i syropem klonowym. Wolisz coś innego? Proponuję jajka Benedykta z muffinami? Jestem pewna, że nigdy nie jedliście zapiekanej owsianki- może czas spróbować? Z przepisów na wypieki Billa Grangera proponuję tartę śliwkową, ciasto cytrynowe lub waniliowe ciasto francuskie. Z zup, jeśli zdjęcia odpowiadają temu, co możemy zobaczyć na talerzu po skorzystaniu z przepisu, proponuję tajemniczą tom yum, zupę rybną z chorizo oraz laksę. Jeśli nasz budżet na to pozwoli, możemy przygotować szafranowe risotto z homarami. Gdy z finansami u nas gorzej, skuśmy się na smażonego kurczaka, który na pierwszy rzut oka wygląda jak ten z kubełka w jednym z fast foodów.
W książce „Najlepsze dania Billa” znajdziemy zarówno łatwe przepisy (pieczone ziemniaki, rosół z makaronem i sałatkę grecką), jak i te trudniejsze i droższe w przygotowaniu: pieczony kurczak faszerowany kasztanami, tofu smażone po chińsku z chili i bazylią lub zupę pomidorową z sosem sambal z orzechów nerkowca i kokosowego. Niezależnie od tego co lubisz, ile możesz wydać na obiad i czy zapraszasz na kolację koleżankę czy też teściową- znajdziesz w tej książce coś, co ci się spodoba.
Na początku każdego rozdziału znajdziemy coś na kształt przedmowy. Przed rozdziałem o ryżu, makaronie i pieczywie czytamy: „Powiedzmy sobie wprost, życie bez węglowodanów nie byłoby zbyt szczęśliwe. Żaden inny składnik nie jest w stanie dać nam tak dużo sił, a poza tym potrawy zawierające węglowodany przygotowuje się bardzo szybko. Paczka dobrej jakości makaronu, kilka farści ryżu arborio albo podgrzane w piekarniku chlebki pita dostarczają niezbędnych składników, w dodatku za niewielkie pieniądze. Pod warunkiem, że nie jest to risotto z homarami, bo wtedy tanio nie będzie …” Przed każdym przepisem również znajdziemy kilka słów od autora na temat danej potrawy.
W książce „Najlepsze dania Billa” znajdują się przepisy na potrawy dla osób z różną zasobnością portfela, odpowiednie zarówno na śniadanie z chłopakiem, jak i kolację z szefem. Dzięki różnorodności zamieszczonych przepisów zarówno mięsożerni, jak i wegetarianie znajdą coś dla siebie. W „Najlepszych daniach Billa” znajdziemy wiele przepisów na ciasta i desery, dzięki czemu nawet największy fan słodkości będzie szczęśliwy.
Najlepsze dania Billa, Bill Granger, Muza, 2012
recenzja książki opublikowana na stronie dlalejdis.pl
piątek, 24 lutego 2012
Kieliszek trucizny P. Baccalario A. Gatti
Czy od dzieciństwa można wyrabiać sobie gust czytelniczy? Oczywiście. Jeśli kochacie kryminały, Kieliszek trucizny jest książką, którą bez obaw możecie polecić przyszłym fanom Agathy Christie.
Kryminały albo się kocha, albo nienawidzi. Nie można przechodzić obok nich obojętnie. Kiedy dostałam książkę Kieliszek trucizny autorstwa P. Baccalario i A. Gatti nie wiedziałam jak można połączyć morderstwa, które muszą w tego typu książkach występować z literaturą dla dzieci i młodzieży. Na szczęście autorom się udało. Bo choć po tę lekturę mogą spokojnie sięgnąć dzieciaki z podstawówki nie jest ona naiwna i osoby, które już dawno mogą raczyć się cydrem również będą zadowolone z książki.
Paryż, czasy współczesne. Czym po lekcjach mogą zajmować się statystyczne dzieciaki? Głównie oglądaniem telewizji i graniem w gry komputerowe. Jednak bohaterowie książki Kieliszek trucizny nie są statycznymi dzieciakami. Nikola i Simon, bo ich mam na myśli kochają zagadki kryminalne. Czytają kryminały, rozwiązują śledztwa razem z autorem książek, czasami śledzą ludzi spotkanych na ulicy.
Pewnego dnia, dzięki sztuczce zastosowanej ma matce bohaterowie wymykają się do ulubionej naleśnikarni. Pałaszując słodki deser zwracają uwagę na jegomościa awanturującego się w sklepie. Nagle słyszą hałas. Po wyjściu na ulicę okazuje się, że ktoś owego jegomościa o mały włos nie rozjechał samochodem. Po krótkim namyśle postanawiają go śledzić. Jednak nie tylko Nikola i Simon się nim interesują. Okazuje się bowiem, że ich ojciec- policjant podejrzewa tego samego człowieka o zamordowanie właścicieli kamienicy w której mieszkał za pomocą zatrutego cydru. Młodzi coraz bardziej zaczynają interesować się tą sprawą. Dzięki swojemu gadulstwu mówią oni o tym swojemu sąsiadowi Ludwikowi...
Niedługo potem okazuje się, że nie tylko Nikola i Simon lubią zagadki. Lubują się w nich także Leon- spec od informatyki, listonosz Wiktor, emerytowany mecenas Ferdynand, matka Ludwika- Jaśmina. Dzięki Ludwikowi spotykają się w opuszczonym mieszkaniu swojej kamienicy i postanawiają wspólne rozwiązać zagadkę kieliszka trucizny. Smaczku dodaje fakt, że mieszkanie, które wybrali na swoją tymczasową siedzibę należało do najsłynniejszego detektywa w historii Paryża.
Chociaż książka nie jest tak skomplikowana jak książki Agaty Christie naprawdę przyjemnie się ją czyta. Autor nie odkrywa przez nami wszystkich kart, więc można pobawić się w Herkulesa Poirota i rozwiązać zagadkę, która tak zaciekawiła bohaterów książki. Kieliszek trucizny czyta się szybko i sprawnie. Autor nie rozwleka tego, co można ująć w jednym zdaniu, pisze wartkim językiem, potrafi zainteresować czytelnika. No i tak jak mówiłam na początku, jest to książka od lat 7 do 107. Każdy, kto lubi zagadki z trupem w tle będzie się dobrze bawić przy jej lekturze
8/10
Kieliszek trucizny, Baccalario Pierdomenico, Gatti Alessandro, Zielona Sowa, 2011
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu
Kryminały albo się kocha, albo nienawidzi. Nie można przechodzić obok nich obojętnie. Kiedy dostałam książkę Kieliszek trucizny autorstwa P. Baccalario i A. Gatti nie wiedziałam jak można połączyć morderstwa, które muszą w tego typu książkach występować z literaturą dla dzieci i młodzieży. Na szczęście autorom się udało. Bo choć po tę lekturę mogą spokojnie sięgnąć dzieciaki z podstawówki nie jest ona naiwna i osoby, które już dawno mogą raczyć się cydrem również będą zadowolone z książki.
Paryż, czasy współczesne. Czym po lekcjach mogą zajmować się statystyczne dzieciaki? Głównie oglądaniem telewizji i graniem w gry komputerowe. Jednak bohaterowie książki Kieliszek trucizny nie są statycznymi dzieciakami. Nikola i Simon, bo ich mam na myśli kochają zagadki kryminalne. Czytają kryminały, rozwiązują śledztwa razem z autorem książek, czasami śledzą ludzi spotkanych na ulicy.
Pewnego dnia, dzięki sztuczce zastosowanej ma matce bohaterowie wymykają się do ulubionej naleśnikarni. Pałaszując słodki deser zwracają uwagę na jegomościa awanturującego się w sklepie. Nagle słyszą hałas. Po wyjściu na ulicę okazuje się, że ktoś owego jegomościa o mały włos nie rozjechał samochodem. Po krótkim namyśle postanawiają go śledzić. Jednak nie tylko Nikola i Simon się nim interesują. Okazuje się bowiem, że ich ojciec- policjant podejrzewa tego samego człowieka o zamordowanie właścicieli kamienicy w której mieszkał za pomocą zatrutego cydru. Młodzi coraz bardziej zaczynają interesować się tą sprawą. Dzięki swojemu gadulstwu mówią oni o tym swojemu sąsiadowi Ludwikowi...
Niedługo potem okazuje się, że nie tylko Nikola i Simon lubią zagadki. Lubują się w nich także Leon- spec od informatyki, listonosz Wiktor, emerytowany mecenas Ferdynand, matka Ludwika- Jaśmina. Dzięki Ludwikowi spotykają się w opuszczonym mieszkaniu swojej kamienicy i postanawiają wspólne rozwiązać zagadkę kieliszka trucizny. Smaczku dodaje fakt, że mieszkanie, które wybrali na swoją tymczasową siedzibę należało do najsłynniejszego detektywa w historii Paryża.
Chociaż książka nie jest tak skomplikowana jak książki Agaty Christie naprawdę przyjemnie się ją czyta. Autor nie odkrywa przez nami wszystkich kart, więc można pobawić się w Herkulesa Poirota i rozwiązać zagadkę, która tak zaciekawiła bohaterów książki. Kieliszek trucizny czyta się szybko i sprawnie. Autor nie rozwleka tego, co można ująć w jednym zdaniu, pisze wartkim językiem, potrafi zainteresować czytelnika. No i tak jak mówiłam na początku, jest to książka od lat 7 do 107. Każdy, kto lubi zagadki z trupem w tle będzie się dobrze bawić przy jej lekturze
8/10
Kieliszek trucizny, Baccalario Pierdomenico, Gatti Alessandro, Zielona Sowa, 2011
Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu
niedziela, 22 stycznia 2012
Złoty skarbiec Baśni Dagna Ślepowrońska
Co jakiś czas robi się głośno o akcjach mających na calu nakłonić rodziców do czytania swoim pociechom. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego. W końcu tyle jest książek, które pamiętam ze swojego dzieciństwa, moja mama pamięta ze swojego, a zapewne moja babcia pamięta coś ze swojego dzieciństwa. Jeśli ktoś jednak nie przepada za klasyką, zawsze może sięgnąć po coś współczesnego.
Gdy okazało się, że będę mogła przeczytać i zrecenzować książkę Złoty skarbiec Baśni- opowieści naszego dzieciństwa Dagny Ślepowrońskiej byłam bardzo ciekawa, co kryje się za tradycyjnymi bajkami w nowej odsłonie. Nie zawiodłam się.
Część baśni zamieszczonych w książce znam, w trochę innej wersji, inne czytałam po raz pierwszy, chociaż podobno wszystkie są napisane na podstawie utworów Hansa Christiana Andersena. Z baśni, które każdy powinien znać, mogę polecić Królową Śniegu, Księżniczkę na ziarnku grochu, Małą syrenkę, Świniopasa, Brzydkie kaczątko. W książce znajdziecie również takie utwory jak Pięć ziarnek grochu, Słowik, Ib i Krystyna, Zupa z kołka od kiełbasy, Co zdarzyło się Ostowi, Krasnoludek u kupca, Krzesiwo, Cień, Gorzki migdał.
Wszystkie baśnie czyta się tak, jakby ktoś je nam opowiadał ot tak sobie młodszej siostrze. Autorka zwraca się do młodego czytelnika bezpośrednio, dzięki czemu mogą być one lepiej odebrane przez dzieci.
Na uwagę zasługuje również przepiękne wydanie książki. Jest w twardej oprawie, z przepięknymi ilustracjami Marka Szyszko oraz Andrzeja Fonfara.
Najbardziej w baśniach podoba mi się to, że każda z nich ma swoje przesłanie i ukryty morał. Podczas spisywania swoich wersji znanych baśni Dagna Ślepowrońska nie zapomniała o tym ważnym aspekcie wychowawczym. Choć morały nie są wypisane czarno na białym, na pewno każdy czytelnik bez trudu je odnajdzie. Do kogo skierowana jest książka „Złoty skarbiec Baśni”? Wydaje mi się, że do wszystkich. Powinna spodobać się kilkulatkom, uczniom podstawówek, a nawet dorosłym. W końcu każdy w nas czasami chciałby wrócić do czasów dzieciństwa, prawda?
Podczas czytania baśni odkryłam też coś bardzo ważnego: polskie nie znaczy gorsze. Baśnie, które przedstawia nam Dagna Ślepowrońska są na równie dobrym poziomie, co utwory Hansa Christiana Andersena
08/10
Złoty skarbiec Baśni, Dagna Ślepowrońska, Wilga, 2010
Recenzja książki ukazała się dzieci uprzejmości wydawnictwa
Gdy okazało się, że będę mogła przeczytać i zrecenzować książkę Złoty skarbiec Baśni- opowieści naszego dzieciństwa Dagny Ślepowrońskiej byłam bardzo ciekawa, co kryje się za tradycyjnymi bajkami w nowej odsłonie. Nie zawiodłam się.
Część baśni zamieszczonych w książce znam, w trochę innej wersji, inne czytałam po raz pierwszy, chociaż podobno wszystkie są napisane na podstawie utworów Hansa Christiana Andersena. Z baśni, które każdy powinien znać, mogę polecić Królową Śniegu, Księżniczkę na ziarnku grochu, Małą syrenkę, Świniopasa, Brzydkie kaczątko. W książce znajdziecie również takie utwory jak Pięć ziarnek grochu, Słowik, Ib i Krystyna, Zupa z kołka od kiełbasy, Co zdarzyło się Ostowi, Krasnoludek u kupca, Krzesiwo, Cień, Gorzki migdał.
Wszystkie baśnie czyta się tak, jakby ktoś je nam opowiadał ot tak sobie młodszej siostrze. Autorka zwraca się do młodego czytelnika bezpośrednio, dzięki czemu mogą być one lepiej odebrane przez dzieci.
Na uwagę zasługuje również przepiękne wydanie książki. Jest w twardej oprawie, z przepięknymi ilustracjami Marka Szyszko oraz Andrzeja Fonfara.
Najbardziej w baśniach podoba mi się to, że każda z nich ma swoje przesłanie i ukryty morał. Podczas spisywania swoich wersji znanych baśni Dagna Ślepowrońska nie zapomniała o tym ważnym aspekcie wychowawczym. Choć morały nie są wypisane czarno na białym, na pewno każdy czytelnik bez trudu je odnajdzie. Do kogo skierowana jest książka „Złoty skarbiec Baśni”? Wydaje mi się, że do wszystkich. Powinna spodobać się kilkulatkom, uczniom podstawówek, a nawet dorosłym. W końcu każdy w nas czasami chciałby wrócić do czasów dzieciństwa, prawda?
Podczas czytania baśni odkryłam też coś bardzo ważnego: polskie nie znaczy gorsze. Baśnie, które przedstawia nam Dagna Ślepowrońska są na równie dobrym poziomie, co utwory Hansa Christiana Andersena
08/10
Złoty skarbiec Baśni, Dagna Ślepowrońska, Wilga, 2010
Recenzja książki ukazała się dzieci uprzejmości wydawnictwa
sobota, 21 stycznia 2012
Assassin's Creed Bractwo Oliver Bowden
„Wyruszę do czarnego serca zepsutego imperium, by zetrzeć w proch moich wrogów.”
Tak można w jednym zdaniu streścić treść książki. Ale czy warto? Ona zasługuje na coś więcej. Fanów gry ostrzegam. Jeśli jeszcze nie graliście w „Assassin’s Creed: Bractwo” nie czytajcie tej recenzji. Zepsuje wam ona połowę zabawy z grania i poznawania losów Ezio.
Koniec XV/ początek XVI wieku. Włochy, kiedyś potężne państwo stoją na granicy ruiny. Rozbitym państwem usiłuje rządzić żelazną ręką rodzina Borgiów. Aby zjednoczyć w swoich rękach najważniejsze miasta-państwa Włoch, są gotowi na wszystko. Do celu dążą dosłownie po trupach. Najgorzej wygląda sytuacja w Rzymie, mieście, które kiedyś było symbolem władzy i potęgi. Jedynymi osobami, które mogą powstrzymać żądną władzy rodzinę, są Assassini. Wśród nich żyje trochę zadufany w sobie Ezio Auditore da Firenze.
Cały czas między rodziną Borgiów i ich przyjaciółmi, a Assassinami oraz ich sprzymierzeńcami toczą się walki. W czasie jednej z nich (pierwszej opisanej w książce) Assassin Ezio zabija swojego odwiecznego wroga, papieża Rodrigo Borgia. Gdy Assassini cieszą się z wygranej i dają sobie chwilę na odpoczynek, zostają zaatakowani przez rodzinę Borgiów. Przywódca Assassinów, wuj Ezio umiera. Grupa zostaje rozbita. Aby mieć szansę na wygranie wojny z Borgiami, Ezio zaczyna zbierać ludzi, którzy tak jak on, chcą wolności i pokoju. Zaczyna organizować Bractwo. Znajdzie się w nim miejsce dla wszystkich: wojowników, złodziei, kardynałów i prostytutek. Każdy może i powinien walczyć z krwawą rodziną. Czy się uda?
Książkę chciałam przeczytać z ciekawości. Musiałam sprawdzić, czy książka na podstawie gry ma szansę bytu. Wcześniejsze losy głównego bohatera śledziłam dzięki znajomym, grającym w poprzednią część gry, więc wiedziałam, co mnie czeka. Nie zawiodłam się, Oliver Bowden spisał się na medal. Coś, co wydawało mi się niemożliwe, wyszło całkiem dobrze. Trudno przelać akcję gry w ten sposób, aby zainteresować czytelnika i przy okazji nie przesadzić. Oliver Bowden znalazł chyba złoty środek. Gdyby odjąć parę elementów typowo fantastycznych powiedziałabym, że to nie powieść na podstawie gry historyczno- fantastycznej, ale przyjemna sensacyjno-historyczna.
Książka nie jest wymagająca. Czyta się ją szybko, akcja wciąga. Oliver Bowden w ciekawy sposób opisał bohaterów, dzięki temu od początku możemy sobie wybrać ulubieńca (i niekoniecznie będzie to główny bohater). Akcja wciąga do tego stopnia, że razem z bohaterami staramy się odkrywać nowe tajemnice, rozwiązywać zagadki i przewidywać kolejne kroki wrogów. Naszym ulubieńcom będziemy kibicować, a wrogom życzyć wszystkiego najgorszego. Uwielbiam książki, które wciągają czytelnika na tyle, że zaczyna on przeżywać przygody bohaterów, a nie tylko stoi z boku i obserwuje przebieg akcji. „Assassin's Creed: Bractwo” należy właśnie do tej kategorii, więc polecam, jeśli ktoś lubi czytać książki historyczne. Odradzam natomiast tym, którzy grają, albo zamierzają grać w najbliższym czasie w Assassin's Creed.
08/10
Oliver Bowden, Assassin's Creed Bractwo, Insignis, 2011
recenzja książki opublikowana na stronie dlalejdis.pl
wtorek, 17 stycznia 2012
Taniec ze smokami George R.R. Martin
Nigdy nie sądziłam, że recenzja fajnej książki będzie dla mnie taka trudna do napisania. Książka R.R. Martina „Taniec ze smokami” wygrała w moja zdolnością do pisania spójnych tekstów.
Kim jest George R.R. Martin? To twórca wielu książek science fiction i fantasy. Tym, którzy nie interesują się tego typu tematyką na pewno jest znany dzięki serialowi na podstawie jego książki z siedmioczęściowej sagi Pieśń lodu i ognia, „Gra o Tron”. W serialu tym poznaliśmy losy rodziny Starków i Lanninsterów, Daenerys Targaryen, Khala Drogo. Przyznam się bez bicia, że po raz pierwszy z Martinem zetknęłam się właśnie przy okazji oglądania tego serialu i od razu polubiłam bohaterów sagi Pieśń lodu i ognia.
Co czeka Was w piątej (dla polskich czytelników to 7 tom) części sagi? Trudno opisać, ponieważ dzieje się tu dużo i nic zarazem. Jak sam autor nas informuje „Książka, którą macie w rękach, jest piatym tomem Pieśni lodu i ognia. Czwaerym była Uczta dla wron. Niemniej te tom nie następuje po poprzednim w tradycyjnym sensie, lecz raczej jest do niego równoległy. […] Podział jest tu geograficzny, a nie chronologiczny”.
W Tańcu ze smokami spotykamy dwoje moich ulubionych bohaterów: Daenerys Targaryen – córkę Aerysa Obłąkanego, żonę zmarłego Khala, obecnie królową, matkę smoków oraz Tyriona Lannistera, bardzo ciekawego karła, syna lorda Tywina Lannistera, którego Turion pozbawił życia. Dowiemy się również czegoś więcej o Jonie Snow, bękarcie Neda Starka, który mieszka na murze na dalekiej północy broniąc granic państwa oraz Brana. Trudno krótko i zwięźle opowiedzieć o tym, co dzieje się w najnowszej części sagi. Chwilami wszystko prawie stoi w miejscu jak sadzawka, momentami akcja zaczyna przypominać strumyk który zaczyna nabierać prędkości. Autor funduje czytelnikom swego rodzaju huśtawkę- sprawdza, ile wytrzymamy w stagnacji czytając o tym, jak Turion je i pije na umór, a Daenerys wysłuchuje mieszkańców swojego „królestwa”. Jedno jest pewne- sympatycy sagi na pewno się nie zawiodą.

W sadze najbardziej podoba mi się to, że pomimo tego, że jest to fantastyka, jest ona bardzo rzeczywista i… brutalna, co mi się podoba. Nie znajdziemy tam wyidealizowanego świata, magii, pięknej miłości. Są za to intrygi, walka o władzę, morderstwa. Moimi ulubionymi bohaterami, poza Eddardem Starkiem, który szybko stracił głowę (dosłownie) są Turion oraz Daenerys. Oboje prawdziwi do krwi.
Jeśli jeszcze nigdy nie spotkaliście się z książkami R.R. Martina, zmieńcie ten stan rzeczy najszybciej jak się da, bo naprawdę warto.
08/10
Taniec ze smokami, George R.R. Martin, Zysk i S-ka, 2011
Recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl
A dla zainteresowanych mapy świata R.R. Martina
Kim jest George R.R. Martin? To twórca wielu książek science fiction i fantasy. Tym, którzy nie interesują się tego typu tematyką na pewno jest znany dzięki serialowi na podstawie jego książki z siedmioczęściowej sagi Pieśń lodu i ognia, „Gra o Tron”. W serialu tym poznaliśmy losy rodziny Starków i Lanninsterów, Daenerys Targaryen, Khala Drogo. Przyznam się bez bicia, że po raz pierwszy z Martinem zetknęłam się właśnie przy okazji oglądania tego serialu i od razu polubiłam bohaterów sagi Pieśń lodu i ognia.
W Tańcu ze smokami spotykamy dwoje moich ulubionych bohaterów: Daenerys Targaryen – córkę Aerysa Obłąkanego, żonę zmarłego Khala, obecnie królową, matkę smoków oraz Tyriona Lannistera, bardzo ciekawego karła, syna lorda Tywina Lannistera, którego Turion pozbawił życia. Dowiemy się również czegoś więcej o Jonie Snow, bękarcie Neda Starka, który mieszka na murze na dalekiej północy broniąc granic państwa oraz Brana. Trudno krótko i zwięźle opowiedzieć o tym, co dzieje się w najnowszej części sagi. Chwilami wszystko prawie stoi w miejscu jak sadzawka, momentami akcja zaczyna przypominać strumyk który zaczyna nabierać prędkości. Autor funduje czytelnikom swego rodzaju huśtawkę- sprawdza, ile wytrzymamy w stagnacji czytając o tym, jak Turion je i pije na umór, a Daenerys wysłuchuje mieszkańców swojego „królestwa”. Jedno jest pewne- sympatycy sagi na pewno się nie zawiodą.
W sadze najbardziej podoba mi się to, że pomimo tego, że jest to fantastyka, jest ona bardzo rzeczywista i… brutalna, co mi się podoba. Nie znajdziemy tam wyidealizowanego świata, magii, pięknej miłości. Są za to intrygi, walka o władzę, morderstwa. Moimi ulubionymi bohaterami, poza Eddardem Starkiem, który szybko stracił głowę (dosłownie) są Turion oraz Daenerys. Oboje prawdziwi do krwi.
Jeśli jeszcze nigdy nie spotkaliście się z książkami R.R. Martina, zmieńcie ten stan rzeczy najszybciej jak się da, bo naprawdę warto.
08/10
Taniec ze smokami, George R.R. Martin, Zysk i S-ka, 2011
Recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl
A dla zainteresowanych mapy świata R.R. Martina
niedziela, 15 stycznia 2012
Lavinia i jej córki: Toskańska opowieść - Marlena de Blasi
Choć Toskania wydaje się być rajem na ziemi, życie tam nie zawsze jest bajką.
O Włoszech i Włochach książek napisano już wiele. Praktycznie każda z łatwością przenosi czytelnika w malownicze zakątki południa Europy. Jak od dawna wiadomo, najtrudniejsze są historie pisane przez samo życie. Taką historię przedstawia nam Marlena de Blasi w swojej najnowszej książce „Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść”.
Główną bohaterkę i autorkę zarazem poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem Wenicjaninem Fernandem do malowniczej Toskanii. Wielkimi krokami zbliża się termin oddania książki, której napisania podjęła się bohaterka. Niestety, włoskie życie sprawia, że Marlena nie może się skupić. Czuje się zagubiona, więc postanawia przeprowadzić się na jakiś czas do opuszczonej chatki znajomego, aby móc całkowicie się skupić. Nie przypuszcza, że ta przeprowadzka zmieni na zawsze jej życie.
Pewnego dnia, podczas jednej ze swoich wypraw poznaje Lavinię, 80-letnią kobietę, o której słyszała wiele opowieści. Jest nią zauroczona i coś ją do niej przyciąga, lecz Lavinia odtrąca przybyszkę. Na szczęście Marlena nie zostaje odrzucona przez córki Lavinii- w innym wypadku ta książka by nie powstała.
Marlena de Blasi przekazała czytelnikom historię, której streszczać się nie powinno, nie wiem nawet, czy się da to zrobić. Perypetie rodziny Lavinii są śmieszne, wzruszające i straszne zarazem. Poznając historię starej, trochę zgorzkniałej kobiety, poznajemy także ją samą. Lavinia, która na początku nie wzbudza pozytywnych uczuć, dzięki swojej opowieści staje się z dnia na dzień bardziej ludzka. Zaczynamy ją rozumieć i lubić, tak samo jak zaczęła ją rozumieć i lubić sama de Blasi. Pod koniec książki zaczęłam nawet zastanawiać się, czy nie chciałabym się zaprzyjaźnić ze staruszką.
O trudach życia, wojnach, rozstaniach i śmierci może nam opowiedzieć każdy starszy mieszkaniec dowolnego kraju. Wszędzie znajdziemy odpowiedniki Lavinii- nawet w swoim mieście. I każda z takich opowieści zasługuje na wysłuchanie i opisanie tak samo, jak historia Włoszki. Tylko nie każdy potrafiłby tak opisać taką historię, jak autorka książki. Neutralnie i uczuciowo zarazem. Z pokorą i ciekawie.
Chociaż w Toskańskiej opowieści jest wiele smutnych momentów, a historia nie jest cukierkowa i słodka, wspominam ją ciepło, tak samo jak ciepło będę wspominać wszystkich bohaterów tej opowieści- a jest ich naprawdę wielu. Większość książek o włoskiej krainie jest wesoła, kolorowa- aż chce się tam jechać, kupić pierwszy z brzegu dom i zamieszkać. Nie tym razem. Ta książka, pisana przez samo życie, nie będzie nas do tego zachęcać. Przekonacie się, że raj dla jednych, jest piekłem dla drugich. Że to, co kochamy, możemy także nienawidzić. Że nawet nic nie znaczące na pierwszy rzut oka wydarzenia mogą zmienić całe nasze życie. Że tylko słuchając- zrozumiemy. Książka jest idealna na samotny i cichy wieczór, podczas którego będziemy mogli odpowiednio się nastroić, przenieść do Toskanii i wysłuchać historii o życiu.
08/10
Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść, Marlena de Blasi, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja książki opublikowana na dlalejdis.pl
O Włoszech i Włochach książek napisano już wiele. Praktycznie każda z łatwością przenosi czytelnika w malownicze zakątki południa Europy. Jak od dawna wiadomo, najtrudniejsze są historie pisane przez samo życie. Taką historię przedstawia nam Marlena de Blasi w swojej najnowszej książce „Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść”.
Główną bohaterkę i autorkę zarazem poznajemy, gdy przeprowadza się z mężem Wenicjaninem Fernandem do malowniczej Toskanii. Wielkimi krokami zbliża się termin oddania książki, której napisania podjęła się bohaterka. Niestety, włoskie życie sprawia, że Marlena nie może się skupić. Czuje się zagubiona, więc postanawia przeprowadzić się na jakiś czas do opuszczonej chatki znajomego, aby móc całkowicie się skupić. Nie przypuszcza, że ta przeprowadzka zmieni na zawsze jej życie.
Pewnego dnia, podczas jednej ze swoich wypraw poznaje Lavinię, 80-letnią kobietę, o której słyszała wiele opowieści. Jest nią zauroczona i coś ją do niej przyciąga, lecz Lavinia odtrąca przybyszkę. Na szczęście Marlena nie zostaje odrzucona przez córki Lavinii- w innym wypadku ta książka by nie powstała.
Marlena de Blasi przekazała czytelnikom historię, której streszczać się nie powinno, nie wiem nawet, czy się da to zrobić. Perypetie rodziny Lavinii są śmieszne, wzruszające i straszne zarazem. Poznając historię starej, trochę zgorzkniałej kobiety, poznajemy także ją samą. Lavinia, która na początku nie wzbudza pozytywnych uczuć, dzięki swojej opowieści staje się z dnia na dzień bardziej ludzka. Zaczynamy ją rozumieć i lubić, tak samo jak zaczęła ją rozumieć i lubić sama de Blasi. Pod koniec książki zaczęłam nawet zastanawiać się, czy nie chciałabym się zaprzyjaźnić ze staruszką.
O trudach życia, wojnach, rozstaniach i śmierci może nam opowiedzieć każdy starszy mieszkaniec dowolnego kraju. Wszędzie znajdziemy odpowiedniki Lavinii- nawet w swoim mieście. I każda z takich opowieści zasługuje na wysłuchanie i opisanie tak samo, jak historia Włoszki. Tylko nie każdy potrafiłby tak opisać taką historię, jak autorka książki. Neutralnie i uczuciowo zarazem. Z pokorą i ciekawie.
Chociaż w Toskańskiej opowieści jest wiele smutnych momentów, a historia nie jest cukierkowa i słodka, wspominam ją ciepło, tak samo jak ciepło będę wspominać wszystkich bohaterów tej opowieści- a jest ich naprawdę wielu. Większość książek o włoskiej krainie jest wesoła, kolorowa- aż chce się tam jechać, kupić pierwszy z brzegu dom i zamieszkać. Nie tym razem. Ta książka, pisana przez samo życie, nie będzie nas do tego zachęcać. Przekonacie się, że raj dla jednych, jest piekłem dla drugich. Że to, co kochamy, możemy także nienawidzić. Że nawet nic nie znaczące na pierwszy rzut oka wydarzenia mogą zmienić całe nasze życie. Że tylko słuchając- zrozumiemy. Książka jest idealna na samotny i cichy wieczór, podczas którego będziemy mogli odpowiednio się nastroić, przenieść do Toskanii i wysłuchać historii o życiu.
08/10
Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść, Marlena de Blasi, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja książki opublikowana na dlalejdis.pl
niedziela, 1 stycznia 2012
Zapraszam do stołu Kuchnia Jerzego Knappe
Któż z nas oglądając „Przepis na życie” nie zakochał się w kochających kuchnię i gotowanie bohaterach? Teraz jeden z bohaterów- Jerzy Knappe- zaprasza nas do stołu.
Można dziwić się różnym rzeczom, Temu, że bezrobotna bohaterka robi zakupy w drogim supermarkecie, że „z ulicy” trafia do załogi restauracji, a potem do jej kuchni. Jednak to, w jaki sposób bohaterowie odnoszą się do tego, co robią na co dzień, sprawia, że zakochujemy się zarówno w nich, jak i w daniach, które tworzą.
Stacje telewizyjne odcinają, jak tylko się da, kupony od seriali, które stały się hitami. Dlaczego by więc po wydanych pamiętnikach i książkach bohaterów, nie spróbować wydać książki kucharskiej, którą napisał główny bohater?
O dziwo, tym razem, udało się. Myślę, że nie miało prawa się nie udać. W końcu to książka kucharska, a przepisy, które wykorzystywali bohaterowie, ktoś musiał stworzyć.
Książka „Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe” to zbiór przepisów, którymi delektowali się bohaterowie serialu. Znajdziemy tu przepisy na: miskę glazurowanych warzyw, krewetki w białym winie z chilli, mus z grejpfruta, kruche ciasto z kremem cytrynowym, zupę z cukinii, spaghetti z salami i suszonymi pomidorami i wiele innych. W teorii przepisy wydają się spójne, więc myślę, że śmiało można kilka z nich wypróbować (ja jeszcze okazji nie miałam). Oprócz przepisów w książce znajdziemy wiele zdjęć (które na pewno ucieszą fanów serialu) oraz trochę opowieści z serialem związanych.
Za to, jak książka wygląda odpowiadają tak naprawdę nie bohaterowie serialu, lecz Agnieszka Pilaszewska, która zajęła się tekstami i przepisami w książce (na co dzień jest ona scenarzystką serialu) oraz Dorota Kwiecińska i Anna Chwilczyńska (przygotowują wszystkie potrawy, które możemy oglądać w kolejnych odcinkach „Przepisu na życie”)- autorki przepisów kulinarnych.
Do tej, w przeciwieństwie do innych serialowych, książki zabrano się profesjonalnie i wyszło z tego naprawdę coś całkiem fajnego. Chociaż autorki przepisów nie są zawodowymi kucharzami, każdy z przepisów wygląda smakowicie. A ponieważ w gotowaniu nie chodzi o tytuły, lecz o smaki oraz przyjemność z gotowania i jedzenia, śmiało mogę powiedzieć, że na tę książkę można wydać pieniądze.
08/10
Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Można dziwić się różnym rzeczom, Temu, że bezrobotna bohaterka robi zakupy w drogim supermarkecie, że „z ulicy” trafia do załogi restauracji, a potem do jej kuchni. Jednak to, w jaki sposób bohaterowie odnoszą się do tego, co robią na co dzień, sprawia, że zakochujemy się zarówno w nich, jak i w daniach, które tworzą.
Stacje telewizyjne odcinają, jak tylko się da, kupony od seriali, które stały się hitami. Dlaczego by więc po wydanych pamiętnikach i książkach bohaterów, nie spróbować wydać książki kucharskiej, którą napisał główny bohater?
O dziwo, tym razem, udało się. Myślę, że nie miało prawa się nie udać. W końcu to książka kucharska, a przepisy, które wykorzystywali bohaterowie, ktoś musiał stworzyć.
Książka „Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe” to zbiór przepisów, którymi delektowali się bohaterowie serialu. Znajdziemy tu przepisy na: miskę glazurowanych warzyw, krewetki w białym winie z chilli, mus z grejpfruta, kruche ciasto z kremem cytrynowym, zupę z cukinii, spaghetti z salami i suszonymi pomidorami i wiele innych. W teorii przepisy wydają się spójne, więc myślę, że śmiało można kilka z nich wypróbować (ja jeszcze okazji nie miałam). Oprócz przepisów w książce znajdziemy wiele zdjęć (które na pewno ucieszą fanów serialu) oraz trochę opowieści z serialem związanych.
Za to, jak książka wygląda odpowiadają tak naprawdę nie bohaterowie serialu, lecz Agnieszka Pilaszewska, która zajęła się tekstami i przepisami w książce (na co dzień jest ona scenarzystką serialu) oraz Dorota Kwiecińska i Anna Chwilczyńska (przygotowują wszystkie potrawy, które możemy oglądać w kolejnych odcinkach „Przepisu na życie”)- autorki przepisów kulinarnych.
Do tej, w przeciwieństwie do innych serialowych, książki zabrano się profesjonalnie i wyszło z tego naprawdę coś całkiem fajnego. Chociaż autorki przepisów nie są zawodowymi kucharzami, każdy z przepisów wygląda smakowicie. A ponieważ w gotowaniu nie chodzi o tytuły, lecz o smaki oraz przyjemność z gotowania i jedzenia, śmiało mogę powiedzieć, że na tę książkę można wydać pieniądze.
08/10
Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
poniedziałek, 14 listopada 2011
Grzegorz Łapanowski Smakuje
I Ty bądź bohaterem w swojej kuchni.
„Przepis to tylko instrukcja. Najważniejsze, aby gotować z miłością”.
Rynek autorskich książek kucharskich dzieli się obecnie na dwie kategorie. Książek pisanych i wydawanych bo: jestem sławna, więc się sprzeda oraz tych pisanych z pasją przez ludzi, którzy mają pojęcie o sztuce gotowania. Nie jest ważne, czy książka ta zawiera przepisy na zupy, dania polskie, włoskie, japońskie. Ważne jest to, że jest rzetelna, interesująca i pisana z prawdziwej miłości do gotowania.
Po przeczytaniu książki Grzegorza Łapanowskiego „Smakuje” mam 99% pewności, że książka ta należy do kategorii drugiej. Książek dobrych, które przydadzą się nie tylko, gdy nie będziemy wiedzieć, jak zrobić zupę pomidorową, ale także zwyczajnie do czytania.
„Najbardziej niezwykłe jest to, że kuchnia nie zna granic”. Grzegorz Łapanowski ma całkowitą rację. Także, gdy mówi o tym, że „na kuchnię nie ma monopolu- gotować może każdy”. Ważne, żeby gotować z uczuciem.
Grzegorz Łapanowski bardzo dużą rolę przywiązuje do składników. Przyznaję mu całkowitą rację, jednak muszę się przyznać, że sama na tym polu grzeszę często wybierając produkty tańsze kosztem jakości. Autor stara się przekazać czytelnikowi jak ważne jest to, co wkłada później do garnka. Nie tylko dla smaku, ale też zdrowia i gospodarki. Bo kto będzie hodował piękne i dorodne malinówki, jeśli większość kupuje tanie pomidory w hipermarkecie? Jaką będziemy mieć szansę za kilka lat na dobrą wędlinę skoro kupujemy cokolwiek byle taniej? To wszystko niestety prawda. Pytanie tylko, co kupi statystyczny Polak z najniższą krajową w kieszeni, mając do wyboru kg pomidorów za 3 i 8 zł? Te tańsze. Łapanowski przekonuje, że jeśli zaczniemy wybierać produkty polskie, tradycyjne, regionalne, ekologiczne, to w końcu rynek zacznie odbierać nasze sygnały i się zmieni. Ja proponuję na początek podwyższenie pensji. Wtedy, obiecuję, będę kupowała tylko to, co najlepsze. Ale nie zmienia to faktu, że z autorem, co do wyższości produktów dobrej jakości, zgadzam się w 100%.
Po wstępnie dotyczącym zakupów możemy przejść dalej. Dochodzimy do indeksu produktów i terminów kulinarnych. Najpierw się z tego śmiałam. A później dowiedziałam się, czarny bez, akacja, goździk i hibiskus to kwiaty jadalne, że istnieje 30 odmian mięty, co to są stynki oraz, że szparagi dostępne są także w październiku i listopadzie (byłam pewna, że tylko od maja do czerwca). Tak więc nawet z takiego indeksu i tablicy sezonowości można się czegoś nauczyć.
Jedzenie.
Co jeszcze znajdziemy w książce?
„Smakuje” podzielona jest na 14 rozdziałów:
- Chleb- „dzieło sztuki, produkt magiczny i symboliczny”. Dowiemy się tutaj o rodzajach chleba, zakwasu, poznamy tajemnice wyrobu czegoś, co jemy codziennie. Do tego kilka bardzo interesujących przepisów, które wypróbuję, jak tylko będę miała taką możliwość. Czekają na nas przepisy na pizzę, chleb, podpłomyki, grissini,
- Tłuszcze- „fundament, nośnik smaku”. Tu nauczymy się, jak zrobić masło klarowane, masło z koprem włoskim, czy config z gęsiny.
- Sery. Jeśli wreszcie chcesz się nauczyć robić własny ser, ten rozdział jest dla Ciebie (ja sztukę robienia sera białego mam opanowaną). Polskie fondue, carpese pl, czy kozi ser z burakami są w zasięgu Twojej ręki.
- Jaja. Chociaż wydaje się, że jakie jajko jest każdy widzi, nie jest to takie łatwe. Podobno na ten temat można napisać osobną książkę. Gdy dowiemy się co nie co o jajach, będziemy mogli spróbować zrobić jajecznicę z grzybami i grzankami, omlet japoński, czy domowy majonez.
- Zupy. Tutaj czekają na nas przepisy między innymi na krem z topinambura, wywar rybny, czy chłodnik ekspresowy.
- Makarony. Serowa pasta z szynką, orzechami i szpinakiem pieczona w gniazdku? A może razowe penne?
- Drób. „Kurczę pieczone… smażone, duszone, wyluzowane, faszerowane lub mielone”. Macie ochotę na skrzydełka w miodzie?
- Wieprzowina. „To nie jest rozdział dla wegetarian. Z całym szacunkiem”
- Wołowina. Tatar z serem pleśniowym, medaliony wołowe, korzenne ogony wołowe. To wszystko dla tych, którzy kochają wołowinę.
- Jagnięcina. Jak w każdym rozdziale trochę historii, teorii lub wspomnień i luźnych przemyśleń, a potem… przepisy na pieczony udziec z winogronami lub comber z grilla.
- Ryby. A tutaj korzenny śledź z cebulą i jabłkami, karp z pieca, czy parzony pstrąg.
Rozdziały o warzywach, kaszach i owocach również w książce „Smakuje” znajdziemy.
Czytając miałam wrażenie, że autor wybrał przepisy i produkty tak, aby nasza dieta była zbilansowana. Tłustą kaczkę możemy połączyć ze zdrową kaszą i warzywami, a drób z makaronem.
Wprawdzie nie wszystkie przepisy przypadły mi do gustu, choćby te z wołowiny za którą nie przepadam, albo z kaszy, ale część z nich na pewno kiedyś wypróbuję.
To, co cenię w książkach kucharskich, to obecność autora duchem i ciałem. Przepisy nie są dla mnie najważniejsze. Równie ważne jest to, co autor może i chce mi powiedzieć. A Grzegorz Łapanowski ma do powiedzenia naprawdę wiele. Między przepisami znajdziemy ciekawe przemyślenia, trochę teorii i historii. Tak naprawdę to nie wiem, czy jego zapiski są dodatkiem do przepisów, czy też przepisy uzupełniają historię, którą autor chciał nam przekazać. Tak czy siak, jestem zadowolona. Opowiadania zaostrzają apetyt (przez kilka dni myślałam o świeżym chlebie prosto z pieca), a przepiękne zdjęcia sprawiają, że ślinka cieknie.
Jeśli oprócz przepisów ważne jest dla Ciebie jeszcze to „coś”, to możesz ze spokojnym sumieniem nabyć tę książkę. Będziesz zadowolona.
Ja polecam.
08/10
Grzegorz Łapanowski, Smakuje, G+J, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
niedziela, 21 sierpnia 2011
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota, Suzy Backer - Mam kota na punkcie kota
Czy jesteś w stanie uwierzyć w to, że życia można nauczyć się od kota? Nie? W takim razie przekonaj się sama
„To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” Suzy Backer we współpracy ze swoją kotką Binky napisała książę, dzięki której dowiemy się dokładnie tego, co powinniśmy wiedzieć o świecie i życiu.
„Lat temu siedemnaście za sprawą „To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” świat poznał nauki kota ponadprzeciętnego, czyli mojej kotki Binky […] jak mawiają w branży muzycznej- Binky zaliczyła podwójną platynę. Często słyszę pytanie, czy sława nie uderzyła jej do głowy. Gdzie tam! Binky nie spoczęła na laurach, tylko nauczała dalej”.
Książka Suzy Backer nie należy do obszernych dzieł. Chociaż ma około 70 kartek, większość zapełniają zabawne rysunki „z życia kota” z krótkimi podpisami. Nie znaczy to jednak, że książka ta jest nudna. Wręcz przeciwnie. Czytając ją, każdy posiadacz kota, odnajdzie tam swojego pupila, czasem popadnie w zadumę, a czasem będzie śmiać się do rozpuku. To naprawdę ciekawe, że autorka wychwyciła tyle ciekawych cech.
Dzięki książce dowiemy się, że sen to bardzo poważna sprawa, a pielęgnacja zajmuje niemało czasu: trzeba umyć się za uszami, między palcami i oczywiście pod pachami. Należy dbać o paznokcie oraz fryzurę. Binky uczy nas także, że niegrzecznie jest bekać w towarzystwie oraz, że pieniądze to tylko papier. Czyż nie jest to prawdą? Właśnie. A tego wszystkiego, o czym pewnie część osób nie wie lub nie pamięta uczy nas kot.
Plusem książki jest przepiękne wydanie. Śmieszne rysunki na ładnym papierze i w twardej okładce prezentują się świetnie i idealnie nadają się na prezent dla kociara lub kociary. Minusem jest cena, ponieważ książka kosztuje prawie 30 złotych, ale czego nie robi się dla przyjaciół.

Na początku myślałam, że moje zafascynowanie książką wynika z tego, że pierwszy raz trafiłam na coś w tym stylu dlatego postanowiłam odczekać jakiś czas i wrócić do niej z nadzieją, że może jednak nie jest tak zabawna, jak myślałam na początku. Niestety. Przy drugim czytaniu śmiałam się tak samo, więc chyba faktycznie książka zasługuje na uznanie.
Choć na pierwszy rzut oka zdawać się może, że książka ta jest przeznaczona tylko dla dzieci, nic bardziej mylnego. Nadaje się zarówno dla małych jak i dużych, a może nawet dla dorosłych nadaje się najbardziej. Cóż jeszcze? Chyba zapomniałam o tym, co znajdziemy na początku książki: test na kociarza. Ja zwyczajnie lubię koty. Nie zaliczyło mnie do kociarzy, nie jestem przez nie opętana i nie muszę udać się do weterynarza. To dobrze? Nie wiem
08/10
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota, Suzy Backer, WAB, 2011
„To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” Suzy Backer we współpracy ze swoją kotką Binky napisała książę, dzięki której dowiemy się dokładnie tego, co powinniśmy wiedzieć o świecie i życiu.
„Lat temu siedemnaście za sprawą „To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota” świat poznał nauki kota ponadprzeciętnego, czyli mojej kotki Binky […] jak mawiają w branży muzycznej- Binky zaliczyła podwójną platynę. Często słyszę pytanie, czy sława nie uderzyła jej do głowy. Gdzie tam! Binky nie spoczęła na laurach, tylko nauczała dalej”.
Dzięki książce dowiemy się, że sen to bardzo poważna sprawa, a pielęgnacja zajmuje niemało czasu: trzeba umyć się za uszami, między palcami i oczywiście pod pachami. Należy dbać o paznokcie oraz fryzurę. Binky uczy nas także, że niegrzecznie jest bekać w towarzystwie oraz, że pieniądze to tylko papier. Czyż nie jest to prawdą? Właśnie. A tego wszystkiego, o czym pewnie część osób nie wie lub nie pamięta uczy nas kot.
Plusem książki jest przepiękne wydanie. Śmieszne rysunki na ładnym papierze i w twardej okładce prezentują się świetnie i idealnie nadają się na prezent dla kociara lub kociary. Minusem jest cena, ponieważ książka kosztuje prawie 30 złotych, ale czego nie robi się dla przyjaciół.
Na początku myślałam, że moje zafascynowanie książką wynika z tego, że pierwszy raz trafiłam na coś w tym stylu dlatego postanowiłam odczekać jakiś czas i wrócić do niej z nadzieją, że może jednak nie jest tak zabawna, jak myślałam na początku. Niestety. Przy drugim czytaniu śmiałam się tak samo, więc chyba faktycznie książka zasługuje na uznanie.
Choć na pierwszy rzut oka zdawać się może, że książka ta jest przeznaczona tylko dla dzieci, nic bardziej mylnego. Nadaje się zarówno dla małych jak i dużych, a może nawet dla dorosłych nadaje się najbardziej. Cóż jeszcze? Chyba zapomniałam o tym, co znajdziemy na początku książki: test na kociarza. Ja zwyczajnie lubię koty. Nie zaliczyło mnie do kociarzy, nie jestem przez nie opętana i nie muszę udać się do weterynarza. To dobrze? Nie wiem
08/10
To co warto wiedzieć wiem od swojego kota, Suzy Backer, WAB, 2011
sobota, 20 sierpnia 2011
Tim Powers, Na nieznanych wodach - W świecie karaibskiej magii
„Na nieznanych wodach” Tima Powersa to powieść, która stała się inspiracją dla filmu o zwariowanym piracie.
Tak, przygody Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów na nieznanych wodach” powstało w oparciu właśnie o tę książkę.
Czy może stać się tak, że ze zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny, z minuty na minutę można stać się piratem? W niektórych przypadkach tak. Przedstawiam wam historię Johna Chandagnaca, zwykłego przeciętniaka płynącego na spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Dzięki dziwnemu i podejrzanemu zbiegowi okoliczności na jego drodze, a właściwie to na drodze statku, którym miał przyjemność podróżować, stanęli najprawdziwsi piraci z krwi i kości. John, mając do wyboru zginąć lub dołączyć do zgrai bandytów, postanawia żyć. Gdy okazuje się, że jego życie jest coś warte, dzięki umiejętności gotowania i posługiwania się bronią Johna Chandagnaca, staje się Jackiem Shandy.
Piraci, którzy mieli przyjemność wtargnąć na okręt, którym podróżował John nie przybyli tam przypadkiem. Umówili się na to z niejakim Benjaminem Curwoodem, szalonym profesorem, który w zamian za małą pomoc w powołaniu do życia zmarłej żony i przeniesienie jej duszy w ciało pięknej córki, obiecuje piratom statek. Tak właśnie zaczyna się przygoda Jacka Shandy’ego na nieznane wody i lądy w poszukiwaniu magicznej Fontanny, a właściwie źródła młodości. Czy uda mu się przeżyć niebezpieczne przygody? Czy nie przepłaci za swoją decyzję życiem?
Gdy na okładce książki przeczytałam słowa Orsona Scotta Carda: „Nikt tak dobrze nie snuje opowieści jak Tim Powers”, nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać, gdyż nie wiedziałam, czy pochwała z ust pisarza, którego nie lubię to dobry czy zły znak. Okazuje się jednak, że Orson Scott Card miał rację. Książka o piratach jest przednia. Wprawdzie, co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w lekturze, aby przetrawić odpowiednie przygody, ale ogólnie książka idealnie nadaje się na wakacje. W książce brakowało mi jednak mocno zarysowanych charakterów. Bo chociaż pirat piratowi nierówny, to miałam problemy z tym, kto jest kim. Gdyby autor poświęcił poszczególnym postaciom więcej czasu, może nawet odnalazłabym swojego ulubionego bohatera? A tak musiałam się zadowolić głównym bohaterem, który też niestety nie za bardzo wybijał się na tle swoich kompanów.
08/10
Tim Powers, Na nieznanych wodach, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na:dlalejdis.pl
Tak, przygody Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów na nieznanych wodach” powstało w oparciu właśnie o tę książkę.
Czy może stać się tak, że ze zwyczajnego, niczym niewyróżniającego się mężczyzny, z minuty na minutę można stać się piratem? W niektórych przypadkach tak. Przedstawiam wam historię Johna Chandagnaca, zwykłego przeciętniaka płynącego na spotkanie z dawno niewidzianą rodziną. Dzięki dziwnemu i podejrzanemu zbiegowi okoliczności na jego drodze, a właściwie to na drodze statku, którym miał przyjemność podróżować, stanęli najprawdziwsi piraci z krwi i kości. John, mając do wyboru zginąć lub dołączyć do zgrai bandytów, postanawia żyć. Gdy okazuje się, że jego życie jest coś warte, dzięki umiejętności gotowania i posługiwania się bronią Johna Chandagnaca, staje się Jackiem Shandy.
Piraci, którzy mieli przyjemność wtargnąć na okręt, którym podróżował John nie przybyli tam przypadkiem. Umówili się na to z niejakim Benjaminem Curwoodem, szalonym profesorem, który w zamian za małą pomoc w powołaniu do życia zmarłej żony i przeniesienie jej duszy w ciało pięknej córki, obiecuje piratom statek. Tak właśnie zaczyna się przygoda Jacka Shandy’ego na nieznane wody i lądy w poszukiwaniu magicznej Fontanny, a właściwie źródła młodości. Czy uda mu się przeżyć niebezpieczne przygody? Czy nie przepłaci za swoją decyzję życiem?
Gdy na okładce książki przeczytałam słowa Orsona Scotta Carda: „Nikt tak dobrze nie snuje opowieści jak Tim Powers”, nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać, gdyż nie wiedziałam, czy pochwała z ust pisarza, którego nie lubię to dobry czy zły znak. Okazuje się jednak, że Orson Scott Card miał rację. Książka o piratach jest przednia. Wprawdzie, co jakiś czas trzeba sobie zrobić przerwę w lekturze, aby przetrawić odpowiednie przygody, ale ogólnie książka idealnie nadaje się na wakacje. W książce brakowało mi jednak mocno zarysowanych charakterów. Bo chociaż pirat piratowi nierówny, to miałam problemy z tym, kto jest kim. Gdyby autor poświęcił poszczególnym postaciom więcej czasu, może nawet odnalazłabym swojego ulubionego bohatera? A tak musiałam się zadowolić głównym bohaterem, który też niestety nie za bardzo wybijał się na tle swoich kompanów.
08/10
Tim Powers, Na nieznanych wodach, Wydawnictwo Literackie, 2011
recenzja opublikowana na:dlalejdis.pl
Etykiety:
08/10,
2011,
blog,
fantastyka,
Jack Sparrow,
książka,
literatura,
Na nieznanych wodach,
piraci,
Piraci z Karaibów,
recenzja,
recenzje,
Tim Powers,
Wydawnictwo Literackie
poniedziałek, 4 lipca 2011
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II - Ludzie kontra elfy
Minęło 20 lat odkąd Enrissa, Namiestniczka z prawdziwego zdarzenia, rządziła Imperium Anryjskim. Teraz jej miejsce zajęła krucha i niepewna siebie Salome Jasna zupełnie niepodobna do swojej poprzedniczki.
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.
Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?
Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.
Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.
Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.
Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.
Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć.
8/10
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.
Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?
Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.
Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.
Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.
Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.
Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć.
8/10
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
sobota, 28 maja 2011
Martyna Wojciechowska, Kobieta na krańcu świata 2 - Niezapomniana podróż przez Azję i Afrykę
Czy marzyłaś kiedyś o dalekich podróżach? Czy marzył Ci się koniec świata? Czasami marzenia się spełniają. Idealnym przykładem kobiety, która nie boi się zawędrować na kraniec świata Jest Martyna Wojciechowska.
W swojej najnowszej książce „Kobieta na krańcu świata 2” autorka zabiera czytelników w cudowną i fascynującą podróż do Azji i Afryki. Nie jest to jednak podróż dla samej podróży. Martyna Wojciechowska ma cel. Pokazać czytelnikom świat, jakiego nie znamy. Świat, gdzie rzeczy, na które nie zwracamy uwagi, tam są czymś nie do przejścia. Świat, w którym coś, co jest naturalne, dla nas jest dziwaczne i niezrozumiałe.
W Tajlandii Martyna spotyka Macieng, lokalną atrakcję turystyczną, choć dla bohaterki to, czym tak by się wyróżniała będąc na zachodzie, jest całkowicie naturalne. Macieng nosi 30 cm obrożę na bardzo długiej szyi. Dzięki temu czuje się wyjątkowa. Według tajlandzkich kanonów mody Macieng jest piękna.
W Etiopii poznajemy historię niewidomej czterdziestoletniej Mury Adaut, która dzięki dobremu sercu lekarzy ze szpitala Quiha w Mekele dostała szansę na przywrócenie dawno utraconego wzroku. Mura, tak jak półtora miliona mieszkańców Etiopii straciła wzrok z powodu katarakty, zaćmy, jaskry lub bielma. Jako jedna z niewielu, biorąc pod uwagę ilość niewidomych osób, otrzymała szansę na wyzdrowienie. Pacjenci czekający w okolicach szpitala na swoją kolej mają powypisywane numery flamastrami na czole. Nikt nie marudzi na kolejki, na brak miejsc, na odległość od szpitala. Ludzie są wdzięczni za otrzymaną szansę, bowiem w wielu przypadkach jest to ich jedyna szansa na utrzymanie się, a więc przeżycie.
„Kobieta na krańcu świata 2” to jednak nie zbiór smutnych opowieści. W książce przeczytamy historię Shirley Joubert, która została matką chrzestną hipopotama, będziemy mogli dowiedzieć się, jak wygląda życie najprawdziwszej gejszy, odwiedzimy Japonię, aby spotkać się z Watanabe Kanae- modelkę i kierowcę ciężarówki (tak, jednocześnie), która uważa należy do subkultury gyaru (subkultura, w której dziewczyny tapirują włosy, ubierają się jak lolitki, noszą korony i diademy- uważają się za księżniczki). W Indonezji spotkamy się z opiekunkami orangutanów, a w Tanzanii poznamy kapitan samolotu.
Oprócz naprawdę ciekawych historii w książce czekają na nas przepiękne fotografie. Martyna Wojciechowska stworzyła coś wspaniałego. Interesujący i wciągający dziennik podróży.
„ Druga seria Kobiety na krańcu świata była realizowana w Afryce i Azji. Etiopia wprowadziła autorkę w melancholijny nastrój i skłoniła do przemyśleń na temat braku sprawiedliwości na świecie, Borneo natomiast natychmiast przywróciło uśmiech za sprawą gromadki wesołych orangutanów, które- nie tylko w przenośni- weszły jej na głowę!”
Ten tekst to nie pusty chwyt marketingowy. Zresztą przekonajcie się o tym same.
8/10
8/10
Martyna Wojciechowska, Kobieta na krańcu świata 2, wydawnictwo G+J RBA, National Geographic, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Być jak Grace Kelly
Skromność, talent, elegancja. Te trzy słowa mogą idealnie określić Grace Kelly, aktorkę i księżną Monako.
„Grace Kelly – niekwestionowany ideał piękna, gwiazda filmowa, księżna Monako. W ciągu zaledwie siedmiu lat zagrała w jedenastu filmach, robiąc zawrotną karierę i zachwycając świat talentem oraz urodą.”Znajomość księżnej z biografem gwiazd, Donaldem Spoto, rozpoczęła się w 1975 roku. Spoto chciał przeprowadzić wywiad z Grace Kelly o jej rolach. Dzięki jakiejś niewyjaśnionej chemii krótki wywiad zamienił się w wieloletnią dozgonną przyjaźń. Gdy biograf chciał rozpocząć książkę za czasów przyjaźni z księżną, ta poprosiła go, aby zrobił to dopiero 25 lat po jej śmierci. Spoto swojej obietnicy dotrzymał.
W książce „Wyższe sfery. Życie Grace Kelly”, autor opisuje życie młodej Grace, jej sukcesy i porażki, drogę na szczyt, miłość i śmierć. Komu wydaje się, że życie tej pięknej dziewczyny było pasmem sukcesów, jest w błędzie. Urodzona w bogatej rodzinie Grace, wcale nie miała „z górki”. Bogactwo jej ojca nie było wynikiem pochodzenia, lecz żyłki do interesów, przez co rodzina Kelly nie należała do śmietanki towarzyskiej Filadelfii. Grace nigdy nie była rozpieszczonym bachorem. W ich domu zawsze panował rygor, dziewczynka była ignorowana przez ojca. O wszystko, w tym o siebie, musiała walczyć jak lwica. Tylko dzięki swojemu uporowi, udało się jej wyrwać z domu, co nie oznacza, że rodzina przestała mieć na nią wpływ. O możliwość samodzielnego podejmowania decyzji księżna musiała walczyć bardzo długo. Miłości i akceptacji ze strony ojca nie udało się jej wywalczyć.
Dzięki swojej przyjaźni z księżną, Doland Spoto dotarł do informacji, o których marzyło zapewne wielu autorów książek. Grace Kelly nie miała przed nim tajemnic. Wiele lat znajomości zaowocowało naprawdę ciekawą biografią. Takich informacji, jak w książce „Wyższe sfery życia Grace Kelly”, nie znajdziemy w żadnej innej pozycji.
Książkę polecam zarówno miłośnikom biografii sław, jak i wszystkim, którzy interesują się filmem, bowiem w tej publikacji wątek Grace Kelly jako aktorki jest bardzo rozbudowany, a „partneruje” jej tam między innymi mistrz Alfred Hitchcock.
8/10
Donald Spoto, Wyższe sfery. Życie Grace Kelly, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Etykiety:
08/10,
2010,
aktorka,
Alfred Hitchcock,
biografia,
blog,
Dolnośląskie,
Donald Spoto,
książka,
księżna,
literatura,
recenzja,
recenzje,
Wyższe sfery. Życie Grace Kelly
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Nicolas Werth, Wyspa Kanibali - Syberyjskie zezwierzęcenie
Istnieją książki i książki. Bardzo rzadko zdarzają się takie, których zrecenzować nie można. Do takich należy „Wyspa kanibali” Nicolasa Wertha opisująca głód i kanibalizm wśród ludzi wysiedlonych na Syberię w latach 30tych.
Tytułowa „Wyspa kanibali”, czyli wyspa Nazino położona na rzece Ob., stała się w latach 30tych ostatnim miejscem na Ziemi dla ponad 2 milionów osób. Chociaż, jako rusycystka, wiedziałam o masowych przesiedleniach na Syberię z rozkazu Stalina, zdawałam sobie sprawę z bardzo trudnych warunków mieszkalnych i socjalnych, które doprowadziły tysiące ludzi do kanibalizmu, nie wyobrażałam sobie, że miało to aż taką skalę, że przeraził się jej sam Stalin rozkazując zaprzestanie przesiedleń.
Początkowo wyspa Nazino miała stać się kolejną kolonią rosyjską. Syberia, wielka kraina leżała odłogiem, a mogła stać się domem i miejscem pracy dla milionów ludzi. Ponieważ na Syberię nikt z własnej woli się nie wyprowadzi, wyspę mieli zasiedlić ludzie z marginesu- rozkułaczeni i ich rodziny, osoby niezatrudnione w zakładach produkcyjnych, działające na szkodę państwa, osoby przybyłe do dużych miast bez zaproszenia (pozwolenia), uchodźcy, byli więźniowie, osoby pozbawione praw obywatelskich- istna śmietanka towarzyska. Plan zakładał przewiezienie wyżej wymienionych osób w miejsce odcięte od świata, zagospodarowanie około miliona hektarów terenów, wybudowanie wiosek pracy (wioski miały składać się ze 100 domów po 60 metrów, po 20 mieszkańców na budynek). Państwo miało zapewnić drewno, żelazo, gwoździe itd. Niestety, jak to często bywało z planami w Rosji, ktoś czegoś nie dopilnował, zapomniał, przydzielił innej osobie. W wyniku zaniedbań 2 miliony osób zostały zostawione same sobie z wielką kupą mąki na dziewiczych terenach Syberii. Nietrudno się więc dziwić temu, że ludzie przekształcili się w zwierzęta. Słabsze osobniki były przywiązywane do drzewa, obcinano im soczyste części ciała… i zjadano. Do nadzoru koloni wyznaczono małe oddziały dowódców, lekarzy. Oni jednak, oprócz zabicia części osób, nie mieli na nic wpływu. Ludźmi zawładnął zew natury. Na Syberii pozostawiono 2 miliony osób, które stały się zwierzętami walczącymi o przeżycie. „Na wyspie Nazino człowiek przestał być człowiekiem. Zamienił się w szakala”. Tak w skrócie przedstawia się historia narodzin Stalinowskiego kanibalizmu.
Książki, jak napisałam na początku, nie można zrecenzować. Bo cóż tu zrecenzować? Styl autora? Akcję? Budowanie napięcia? „Wyspa Kanibali” jest przerażającym dokumentem. Nie jestem pewna, w jaki sposób autorowi udało się napisać o wydarzeniach lat 30tych tak obszerny dokument pełen cytatów osób, które były naocznymi świadkami tamtych wydarzeń. Nie wiem również, w jaki sposób niektórzy ludzie nie zmienili się w bezlitosne zwierzęta jedzące pieczone mięso swoich sąsiadów w dosłownych tego słowa znaczeniu.
Po przeczytaniu książki nasuwa mi się jedna myśl. W jaki sposób można bez użycia siły pozbawić ludzkości tyle osób i w jaki sposób mogą potoczyć się zaniedbane przez kogoś sprawy.
8/10
Nicolas Werth, Wyspa Kanibali, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
08/10,
2011,
blog,
gułag,
historie prawdziwe,
kanibal,
książka,
literatura,
Nazino,
Nicolas Werth,
recenzje,
rosja,
syberia,
Wyspa Kanibali,
Znak
wtorek, 22 marca 2011
Jacek Piekara, Miecz aniołów - Wiara kontra magia
„Przykro będzie, jeśli już nigdy nie dasz rady wsadzić go w rzyć młodego chłopca, prawda? – spytałem i znowu ścisnąłem mocniej”
Po książkę Jacka Piekary sięgnęłam bardzo chętnie. Chociaż o jego twórczości słyszałam nie tylko pochlebne opinie, nie czuję się zawiedziona. Piekara nie tworzy dla grzecznych, dobrze ułożonych dziewczynek, ani dla ludzi traktujących ze śmiertelną powagą kwestię wiary.
„Miecz aniołów” to zbiór opowiadań, których bohaterem jest Mordimer Madderin - licencjonowany inkwizytor biskupa Hez-hezronu, młot na czarownice, miecz aniołów itd. W skrócie- facet, który upewnia się, że wszystko dzieje się po myśli Kościoła. Myli się jednak ten, kto myśli, że Mordimer chodzi sobie grzecznie po świecie i spędza wieczory nad modlitewnikiem.
Piekara w swoich książkach o niezwyciężonym inkwizytorze przenosi nas do alternatywnego Średniowiecza, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zstąpił z niego i zajął się wyrównywaniem rachunków.
„Legioniści zerwali się w udawanym przerażeniu, które zaraz zamieniło się w prawdziwe, kiedy Jezus chlasnął mieczem i ściął jednemu z nich głowę, tak, że fontanna krwi z kadłuba bluznęła prosto na publiczność, a głowa odtoczyła się na skraj sceny. Oczywiście trwoga ogarnęła tylko drugiego z legionistów, gdyż pierwszy zginął, zanim zdążył się zorientować, że spektakl przybrał tak niespodziewany obrót.” Dla autora nie ma rzeczy niemożliwych. W tej rzeczywistości nawet przedstawienia teatralne dzieją się naprawdę. Makabryczne? Nie, po prostu niezwykłe spojrzenie na polską literaturę.
W „Mieczu aniołów” czytelnik ma okazję zapoznać się z pięcioma opowiadaniami: Głupcy idą do nieba, Kości i zwłoki, Sierotki, Maskarada i tytułowym Mieczem aniołów. Każde z tych opowiadań jest od siebie niezależne, więc można je czytać w dowolnej kolejności. Co je łączy? Między innymi Mordimer Madderin, alkohol i chędożenie. Łączy je również ciekawe podejście autora do otaczającego świata.
Chociaż opowiadania nie są genialne pod względem artystycznym, autor nie konstruuje intrygi niczym Agatha Christie, Miecz aniołów czyta się szybko i przyjemnie. Książka ta, moim zdaniem, powstała po to, aby pokazać choć niektóre przywary współczesnych. Świat Piekary nie jest skomplikowany, jego bohaterowie nie zastanawiają się nad pięknem wszechświata lecz na tym czy, z kim i gdzie spędzą tę noc, czy na trzeźwo i głodno, czy też nie. Co nie oznacza, że autor pisząc książkę myślał tylko o jednym.
Piekara, świadomie lub nie, pokazuje ludzi takimi, jacy są. Bez zbędnych upiększeń i ozdobników. Gwałty, zabójstwa, pijaństwo, bluźnierstwa, chęć zysku, żądzą władzy. Taki jest świat i autor nie boi się o tym pisać. A to, że akcja opowiadań dzieje się w Średniowieczu? Tło opowiadań dodaje tylko smaczku.
8/10
Jacek Piekara, Miecz aniołów, Fabryka Słów, 2010
„Miecz aniołów” to zbiór opowiadań, których bohaterem jest Mordimer Madderin - licencjonowany inkwizytor biskupa Hez-hezronu, młot na czarownice, miecz aniołów itd. W skrócie- facet, który upewnia się, że wszystko dzieje się po myśli Kościoła. Myli się jednak ten, kto myśli, że Mordimer chodzi sobie grzecznie po świecie i spędza wieczory nad modlitewnikiem.
Piekara w swoich książkach o niezwyciężonym inkwizytorze przenosi nas do alternatywnego Średniowiecza, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu, lecz zstąpił z niego i zajął się wyrównywaniem rachunków.
„Legioniści zerwali się w udawanym przerażeniu, które zaraz zamieniło się w prawdziwe, kiedy Jezus chlasnął mieczem i ściął jednemu z nich głowę, tak, że fontanna krwi z kadłuba bluznęła prosto na publiczność, a głowa odtoczyła się na skraj sceny. Oczywiście trwoga ogarnęła tylko drugiego z legionistów, gdyż pierwszy zginął, zanim zdążył się zorientować, że spektakl przybrał tak niespodziewany obrót.” Dla autora nie ma rzeczy niemożliwych. W tej rzeczywistości nawet przedstawienia teatralne dzieją się naprawdę. Makabryczne? Nie, po prostu niezwykłe spojrzenie na polską literaturę.
W „Mieczu aniołów” czytelnik ma okazję zapoznać się z pięcioma opowiadaniami: Głupcy idą do nieba, Kości i zwłoki, Sierotki, Maskarada i tytułowym Mieczem aniołów. Każde z tych opowiadań jest od siebie niezależne, więc można je czytać w dowolnej kolejności. Co je łączy? Między innymi Mordimer Madderin, alkohol i chędożenie. Łączy je również ciekawe podejście autora do otaczającego świata.
Chociaż opowiadania nie są genialne pod względem artystycznym, autor nie konstruuje intrygi niczym Agatha Christie, Miecz aniołów czyta się szybko i przyjemnie. Książka ta, moim zdaniem, powstała po to, aby pokazać choć niektóre przywary współczesnych. Świat Piekary nie jest skomplikowany, jego bohaterowie nie zastanawiają się nad pięknem wszechświata lecz na tym czy, z kim i gdzie spędzą tę noc, czy na trzeźwo i głodno, czy też nie. Co nie oznacza, że autor pisząc książkę myślał tylko o jednym.
Piekara, świadomie lub nie, pokazuje ludzi takimi, jacy są. Bez zbędnych upiększeń i ozdobników. Gwałty, zabójstwa, pijaństwo, bluźnierstwa, chęć zysku, żądzą władzy. Taki jest świat i autor nie boi się o tym pisać. A to, że akcja opowiadań dzieje się w Średniowieczu? Tło opowiadań dodaje tylko smaczku.
8/10
Jacek Piekara, Miecz aniołów, Fabryka Słów, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
08/10,
2010,
blog,
Fabryka Słów,
fantastyka,
inkwizycja,
Jacek Piekara,
książka,
literatura,
Miecz aniołów,
Mordimer Madderdin,
opinie,
recenzje
sobota, 12 lutego 2011
Bernard Cornwell Ostatnie królestwo - Przyszłość rodzi się w ogniu wojny
„Ostatnie królestwo” to kolejna historyczna propozycja Bernarda Cornwella.
Kto lubi spokojne i pełne melancholii pozycje, niech zostawi „Ostatnie królestwo” miłośnikom książek pełnych zwrotów akcji, w których krew leje się strumieniami.
Głównym bohaterem książki jest Uhtred, angielski eldormen. Poznajemy go jako dziesięcioletniego chłopca mieszkającego w XIX wiecznej Anglii w czasie walk z Duńczykami, znanymi jako Wikingowie. Podczas jednej z niezliczonych w tych czasach wojen o terytoria, ginie ojciec Uhtreda, a on sam zostaje porwany przez Wikingów w myśl zasady- należy zostawić jedną osobę przy życiu, aby opisywała okrucieństwo i siłę Duńczyków. Uhtred nie zostaje jednak ani wypuszczonym aby głosić duńską potęgę, ani zgładzony- żyje w obozie Duńczyków jako swego rodzaju maskotka. W biegiem czasu zdobywa coraz większe zaufanie Wikingów i sam zaczyna im ufać. Tworzy się między nimi dziwna więź- wszak jak można kochać zabójców swojego ojca?
Uhtred dorasta pod bacznym okiem Ragnara, ucząc się sztuki walki. Zabija też pierwszych ludzi. To właśnie swojego wroga zaczyna darzyć uczuciem. Ragnar staje się dla niego jak ojciec, a jego kompani jak rodzina. Po wielu walkach i zwrotach akcji, Ragnar ginie, a nastoletni Uhtred dostaje się do obozu Anglików i zaczyna służyć pod wodzą Alfreda, ostatniego władcy niepodległego angielskiego królestwa.
Książka Bernarda Cornwella, choć na pierwszy rzut oka wydaje się długa i monotonna, niesamowicie wciąga. Narratorem powieści jest sam Uhtred, dzięki czemu powieść czyta się jak pamiętnik. „Ostatnie królestwo” to opowieść o miłości, wojnie, męstwie i decyzjach, które wpływają nie tylko na losy głównych bohaterów, ale również na losy całego kraju.
Bernard Cornwell to autor, który zaciekawi czytelników lubiących powieści historyczne okraszone głębokimi scenami walk. To autor dla tych, których nie przerażają ponad pięciuset stronnicowe powieści. „Cornwell uchodzi za mistrza militarnych opisów i fani historycznych batalii na pewno będą nimi zauroczeni. Warto podkreślić, że są to książki dla wszystkich, którzy lubią przygody w oprawie historycznej.”
Powieść tę czytało mi się bardzo dobrze i zadziwiająco szybko, choć nigdy za książkami historycznymi nie przepadałam. Szczególnie przypadł mi do gustu sposób przedstawienia postaci oraz porównania kultur Wikingów z chrześcijaństwem. Okazuje się bowiem, że poganie i wierzący mają ze sobą więcej wspólnego, niż można sądzić.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak potoczyły się losy Uhtreda, czy postanowił zostać Duńczykiem czy też walczyć po stronie Anglii, jeśli chcecie się poznać przejmującą opowieść chłopca od którego zależały losy całego kraju, koniecznie sięgnijcie po książkę Cornwella. Obiecuję, że nie pożałujecie i po skończonej lekturze zaczniecie czytać inne książki tego autora. Ma on nam jeszcze wiele do zaoferowania.
8/10
Bernard Cornwell, „Ostatnie królestwo”, Instytut Wydawniczy Erica, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
08/10,
2010,
Bernard Cornwell,
blog,
Erica,
książka,
literatura,
opinie,
Ostatnie królestwo,
powieść historyczna,
recenzje,
walka,
wiking,
wojna
Subskrybuj:
Posty (Atom)
