Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lipca 2012

Za wszystko trzeba płacić Aleksandra Marinina


Wszystko co dobre kiedyś się kończy, a za swoje długi kiedyś trzeba zapłacić.
Po raz kolejny miałam przyjemność przeczytać świetny kryminał. Po raz kolejny dzięki Aleksandrze Marininej. Z jednej strony cieszę się, że kolejne książki tej autorki są tłumaczone na polski, z drugiej żałuję, że z takim opóźnieniem.  „Za wszystko trzeba płacić” to 11 książka Marininy, a pisarka napisała ich już 35. Mamy więc trochę do nadrobienia, ale na dobrą literaturę warto czekać…
Tym razem wszystko idzie nie tak. Anastazję nawiedza przeszłość w postaci Denisowa, mafioza, z którym policjantka współpracowała w jednej z wcześniejszych książek (a właściwie w dwóch).  Jakiś czas wcześniej poprosiła ona Denisowa o pomoc w rozwiązaniu jednego ze swoich śledztw- zginął wtedy jego pasierb i Nastia miała świadomość, że ma wielki dług u Denisowa. Nadeszła pora by go spłacić. Teraz to on potrzebuje jej pomocy w odnalezieniu zabójcy jego eks-kochanki…. ale od początku…

Pewien człowiek, Lebiedew, wynalazł preparat poprawiający w znacznym stopniu aktywność intelektualną. Po jego śmierci wszystkie papiery otrzymała jego żona, która postanowiła ułożyć sobie życie od nowa i wyjechać do Austrii. O tajnych notatkach marzy jednak para lekarzy- Aleksander Borodankow i jego żona Olga, którzy w swoim tajnym labolatorum prowadzą bezskuteczne próby odtworzenia preparatu wartego miliony. Ponieważ im się to nie udaje, Olga postanawia z pomocą swojego przyjaciela odzyskać papiery. Podczas próby ich przejęcia ginie nie tylko wdowa po Lebiediewie lecz również przypadkowa kobieta. To właśnie ona jest „główną postacią” książki. To ona jest punktem zapalnym całej historii. Okazuje się bowiem, że była to żona przyjaciela Denisowa, a jednocześnie jego była kochanka. Mafiozo obiecuje swojemu przyjacielowi pomoc w znalezieniu mordercy i postanawia zwrócić się w ten sprawie do Kamieńskiej.

Gdyby tylko pomoc Denisowowi była jedynym problemem pani major. Niestety. Jakby mało jej było kłopotów, zostaje oskarżona o granie na dwie strony, sama zaś podejrzewa o to Denisowa. Jak to rozegrać? Jak sprawić by wilk był syty, a owca cała?

Zakręcone? Będzie jeszcze bardziej, ale naprawdę warto przeczytać.  Za wszystko trzeba płacić to chyba najbardziej skomplikowana książka rosyjskiej autorki. Pełno w niej splotów przypadków oraz wypływających spraw z przeszłości. W książce występuje tylu bohaterów, że bardzo trudno się pogubić. Najciekawsze jest jednak to, że bohaterowie, którzy teoretycznie nie mają żadnego wpływu na głównych bohaterów jednym swoim słowem lub czynem potrafią zmienić całą fabułę.

W książce nie podobało mi się jedynie zakończenie. Po tak wspaniałej lekturze pełnej zwrotów akcji, wciągającej historii rozwiązanie wszystkich łamigłówek następuje pod sam koniec książki. Prawie wszytkich łamigłównek na raz. Jakby autorkę ktoś popędzał. Oprócz tej małej rysy, książka jest genialna.
Osobom, które nigdy nie czytały książek Aleksandry Marininej radzę zacząć od początku serii ponieważ, z racji tego, że to już 11 książka autorki dostępna w Polsce, czytelnik rozpoczynający przygodę z Kamieńską od tej pozycji może mieć problemy ze zrozumieniem różnych spraw. Autorka bowiem ciągnie niektóre wątki przez wiele tomów. I chwała jej za to, bo przynajmniej wiem, że Nastia jest postacią posiadającą historię.

Jednym słowem: polecam

 10/10
Aleksandra Marinina, Za wszystko trzeba płacić, WAB, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 5 lipca 2012

T Wiktor Pielewin

Podobno Wiktor Pielewin to Ktoś. Przez duże K. Podobno pisarz bardzo dobry, poczytny i doceniany. Podobno, bo chociaż wiele książek z literatury rosyjskiej przeczytałam, to na Pielewina nigdy wcześniej się nie natknęłam


Przenieście się na chwilę do początku XX wieku i poznajcie hrabiego T. Chyba XX, bo tak naprawdę hrabia mógłby żyć w dowolnie wybranym okresie.
T wyrusza na poszukiwania Pustelni Optyńskiej. Ma jedna duże problemy z dotarciem do niej. Może gdyby wiedział czym ona jest i gdzie się znajduje, byłoby mu łatwiej?

Tylko takie opowiedzenie książki ma dla mnie sens (może tłumacząc jeszcze, że Pustelnia Optyńska pochodzi z książki Bracia Karamazow Dostojewskiego). Każda następna strona książki sprawia, że czujemy się jak Alicja w Krainie czarów, Thomas Anderson w Matrixie albo Jake Epping po przeniesieniu się do ’63 roku.

Nikt tak naprawdę nie wie, kim jest hrabia T. Nawet sam T. Coś mu podpowiada, że powinien wyruszyć do Pustelni, więc wyrusza. Jednak komuś kompletnie to nie odpowiada, więc pod różnymi postaciami postanawia go zabić. Co jakiś czas T spotyka „Boga”, który opowiada mu o sobie, o nim, o świecie- opowiada jednak tak, że zarówno główny bohater jak i czytelnik mają coraz większy mętlik w głowie. T niczym V może być każdym. Szlachetnym hrabią broniącym ludu, szarlatanem wyklętym przez cerkiew, mistrzem tajemniczej walki zwanej NZP, co oznacza niesprzeciwianie się złu przemocą. Może być bohaterem książki, gry… może być tym, kim chcecie, albo kim chce tajemniczy autor, a raczej autorzy. Bo okazuje się, że „Bóg” jest jednym z autorów, którzy na gorąco wymyślają kolejne stronnice historii T. Jeden odpowiada za erotyzm, inny za przygody, jeszcze inny za coś tam jeszcze. Ogólnie rzecz biorąc T jest zbiorem pomysłów grupy ludzi która nawet za sobą nie przepada.
[…]
Czy hrabia dowie się kim jest i dotrze do upragnionego miejsca? Sprawdźcie. Może nie zgubicie się w książce i nadążycie za bohaterem?

Ja chyba nie nadążyłam. Z Dostojewskim miałam do czynienia, z Tołstojem również, a miałam duży problem z połączeniem fantastyki z mistycyzmem, kultury popularnej ze stylizacją na stare dobre czasy. Zabierałam się do niej dwa razy, udało mi się przeczytać, ale z dużymi przerwami. Książka jest bardzo ciekawa, ale trzeba na nią poświęcić trochę czasu. Nie dlatego, że 400 stron, ale dlatego, że jest wymagająca.

Nie powiem, coś w Pielewinie jest. Autor ma bardzo interesujący styl, potrafi łączyć różne epoki nie nudząc przy tym czytelnika. Jest jednak pewien problem- trzeba wiedzieć, z czym to się je. Bez znajomości, choćby pobieżnej, literatury i kultury rosyjskiej można mieć problem.

Polecam wszystkim kochającym wyzwania.
 pozostawiam bez oceny

Wiktor Pielewin, T, WAB, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

niedziela, 1 lipca 2012

Myszy i ludzie John Steinbeck


Jak mamę kocham, bardzo rzadko płaczę podczas czytania książek. Czasem zdarza mi się płakać ze śmiechu. Tym razem płakałam ze współczucia i poczucia bezsilności.

Kto zmusił mnie do płaczu? John Steinbeck, a dokładniej jego książka „Myszy i ludzie”. Tytuł bardzo znany. Znałam go i ja. Gdy czytałam Dallas ’63 po raz kolejny zetknęłam się z tym tajemniczym tytułem. Główny bohater książki- Jake Epping AKA George Amberson postanowił wystawić w szkole w której uczył sztukę na podstawie tej książki. A ja wtedy postanowiłam, że ją przeczytam. Przeczytałam i płakałam.
Książka „Myszy i ludzie” nie poraża objętością. To tylko 120 stron, ale śmiało mogę powiedzieć, że to jedne z najważniejszych stron mojego życia literackiego. Myszy i ludzie to opowieść o dwóch facetach, George’u Miltonie i Lennim Smallu wędrujących po świecie w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Lennie i George  to bardzo specyficzna para- pierwszy wielki, silny, a przy tym głupi jak kilkulatek, drugi niski ale łepski. Z powodu choroby Lenniego przyjaciele co ruch muszą się przeprowadzać, ponieważ niedostosowany do życia mężczyzna często sprowadza na nich kłopoty. Gdy docierają do kolejnej przystani po drodze do swojego wymarzonego miejsca, mają nadzieję, że to właśnie tam uda im się uciułać pieniądze i kupić małą farmę. Lennie marzył bowiem o małym domku, w którym mieszkałby z Georgem, miałby króliki, którymi mógłby się opiekować. Piękne marzenie, prawda? Niestety tym razem nie będzie szczęśliwego zakończenia. Lennie i George nie będą mieli małej farmy z puchatymi króliczkami. Dlaczego?

Tego pisać już nie będę. Jak wspomniałam książka jest na tyle krótka, że każde napisane zdanie może stać się spoilerem i zepsuć komuś przyjemność czytania. A czyta się ją bardzo szybko. W książce jest mało słów, a wiele emocji. Historia jest dość prosta i nieskomplikowana. Ot, opowieść o dwójce przyjaciół. Zwykła, niezwykła opowieść…

10/10

Myszy i ludzie, John Steinbeck, Prószyński, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 28 czerwca 2012

Putin człowiek bez twarzy Masha Gessen

Władimir Putin- któż go nie zna. Prawnik,polityk, były funkcjonariusz KGB, szef FSB. Działacz polityczny, pracownik administracji itd. Prezydent od 12 lat... a ilu ludzi tyle o nim opinii- jedni go kochają, drudzy nienawidzą.

A co na jego temat sądzi autorka książki "Putin. Człowiek bez twarzy" Masha Gessen? Nie lubi go. Chociaż nie lubi, to mało powiedziane. Autorka go nienawidzi -można to wyczytać już na pierwszych stronach książki. "Biografia" prezydenta mogłaby według mnie spokojnie służyć za akt oskarżenia. Masha Gessen opisuje wszystkie niedobre działania Putina (albo i nie jego). Jedno jest pewne. Papier wszystko zniesie. Putin manipuluje- a pokaże mi ktoś polityka, który nie manipuluje ludźmi? Wiem, że Władimir Putin święty nie jest, nawet się na takiego nie kreuje. Nie jest też zbyt towarzyski, a ja jego temat wiadomo niewiele- tylko tyle na ile on sam pozwoli. Putin okrutny niczym Iwan Groźny- przecież każdy wie, że był on funkcjonariuszem KGB. Każdy, kto ma choć blade pojęcie o służbach specjalnych wie i nie trzeba mu tego mówić, że tacy ludzie nie chodzą po ulicy i nie rozdają cukierków. Putin idzie po trupach do celu- zapewne tak. Ale przecież on i tak nie kreuje się na kryształowego człowieka, zresztą w czasach, gdy to robił istniała zasada Ty albo Ciebie. Nie bądźmy naiwni- jaki koń jest każdy widzi. Niczym niewyróżniający się polityk dzięki znajomościom i "temu czemuś" pnie się po szczeblach władzy. Nie wychyla się, nie prosi- wykonuje swoją robotę i jest pod ręką. Doszedł na szczyt i tego szczytu się trzyma. Całkiem nieźle mu to wychodzi biorąc pod uwagę, że ostatnie wybory również wygrał (uczciwie czy nie to już inna opowieść). Że jest szarą eminencją i nawet gdy nie rządzi to rządzi też każdy wie. Moim zdaniem rządzi całkiem nieźle, bo myśląc o tym, jak Rosja wygląda, sądzę, że nie wygląda najgorzej. Spotkałam się z opiniami o tym, jaki to Putin be, bo Rosja wygląda tak, jak wygląda. Bezrobocie? Kiepska opieka medyczna? A u nas to co? Kraj mlekiem i miodem płynący? Byłam tam, na własne oczy widziałam- według mnie źle nie jest, a na 100% mogłoby być gorzej. Autorka, niestety, nie odkryła przede mną niczego, czego bym nie wiedziała. Nie podoba mi się natomiast ton, w którym książka jest utrzymana, a oskarżanie Putina o terroryzm... (nie powiem, też o tym kiedyś pomyślałam) bez dowodów nic nie da- pogadać może każdy. Być może ktoś mnie posądzi o bycie nieobiektywną- być może, nie mówię, że nie. W końcu kto może być obiektywny mając wyrobione już zdanie? Ci, którzy byli nastawieni negatywnie do człowieka tylko się w swoich przekonaniach utwierdzili. A inni? Gdyby książka miała sprawić, że na Kremlu zatrzęsą się mury, to myślę, że by się nie ukazała. Kto wie, może to książka napisana za pozwoleniem współczesnego cara? W końcu jeśli jest taki zły i niedobry, wie o wszystkim i wszystkimi rządzi to mógł zakończyć tworzenie książki zanim się ono na dobre zaczęło i rozprawić się ze złą dziennikarką? Może to taka "opozycja"? W końcu żeby ktoś był "za", ktoś musi być "przeciw".

Z racji tego, że książka sama w sobie jest ciekawa, ale nie podoba mi się podejście do tematu autorki- pozostawiam ją bez oceny.

Putin człowiek bez twarzy, Masha Gessen, Prószyński, 2012

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Blog osławiony między niewiastami Artur Andrus


Uśmiechnij się! To dzieje się naprawdę!

Artur Andrus. Mężczyzna, który robi wszystko, aby móc przeżyć. Jest dziennikarzem, poetą, autorem tekstów piosenek, piosenkarzem, artystą kabaretowym, konferansjerem- czego potrzebujesz to dostaniesz. Na wyraźne życzenie może zostać nawet Piotrem Bałtroczykiem (którego lubię, więc pozdrawiam).

Do rzeczy jednak. Miałam niedawno dużą przyjemność przeczytać książkę pana Artura Blog osławiony między niewiastami. Po książkę sięgnęłam trochę z przekory ponieważ czytając ją męczyłam moją pracę licencjacką dotyczącą blogów (firmowych). Skoro więc siedziałam po uczy w blogowej tematyce, postanowiłam sprawdzić z czym je się teksty Andrusa, jako, że nigdy nie przeczytałam nic, co by wyszło spod pióra tego pana. Nie zawiodłam się. Blog osławiony między niewiastami to książka ciekawa, odmóżdżająca i pouczająca przede wszystkim. Tak naprawdę to nawet nie książka, ale zbiór luźnych tekstów o otaczającej nas rzeczywistości. Niby Artur Andrus porusza tematy, które nie są niczym szczególnym: nazwy ulic, zwyczaj wywieszania w restauracjach zdjęć znanych gości, słów które zagościły w naszym języku, gwiazdach podejmujących się każdego wyzwania- od prognozy pogody, przez prowadzenie pokazów na komentowaniu sportu włącznie. Czym te teksty mogą nas zauroczyć? Wszystkim, albo niczym. W moim przypadku jest to polot autora, lekkość z jaką potrafi opisać otaczający nas świat (czuję się jak w alternatywnej rzeczywistości), trafność przemyśleń.

Czytając kolejne teksty z Bloga… marzyłam, aby umieć ubrać w słowa myśli w taki sam sposób. Każde z nas obserwuje codziennie kuriozalne sytuacje, absurdy rodem z filmów Barei. Jednak niewiele osób potrafi opisać wszystko tak, jak Andrus.

Jeśli dobrze obliczyłam, to przy dobrej organizacji możemy czytać książkę prawie przez rok. Średnio jeden tekst na dwa dni. Tak niewiele, a ile radości. Chcesz się odmóżdżyć przed/po ważnym egzaminie? Masz dość swojej pracy, sąsiadów, klientów? Masz wrażenie, że są dni, gdy żyje się jak w Misiu? Jeśli na chociaż jedno pytanie odpowiedziałeś/aś „tak”- sięgnij po tę książkę. Nie będziesz żałować. Obiecuję.

Artur Andrus, Blog osławiony między niewiastami, Prószyński, 2012

10/10. Zdecydowanie

Za możliwość odstresowania się dziękuję wydawnictwu 



piątek, 27 kwietnia 2012

Jeden dzień David Nicholls

Tak się przyjęło, że historie miłosne mają być słodkie, wręcz cukierkowe, miłe dla oka i zawsze kończące się "happyendem". Tylko, czy miłość zawsze jest słodka, łatwa i usłana różami? Niestety nie.
Jeden dzień Davida Nichollsa jest, moim zdaniem, prawdziwą historią miłosną. Trudną, dziwną i niełatwą. Prawdziwą, taką, która każdemu może się przytrafić.

Głównych bohaterów, Emmę i Dextera poznajemy w dzień ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Bardzo przypominają bohaterów Love story. Dzieli ich wszystko: podejście do życia, pochodzenie. Emma pochodzi z robotniczej rodziny, jest zakompleksioną dziewczyną, które ma wielkie ambicje i pragnie zmienić świat. Dexter to playboy. Pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jego jedynym zmartwieniem jest to, w czyim łóżku obudzi się następnego dnia. Nie ma planów na przyszłość, chce się bawić. Chociaż tych dwoje dzieli praktycznie wszystko, coś zaczyna iskrzyć. Być może dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają. Po spędzone razem nocy każde z nich idzie w swoją stronę, lecz pamiętny 15 lipca będzie dla nich zawsze dniem magicznym. 

Czy 15go lipca narodziła się między nimi miłość czy przyjaźń, tego nie jestem w stanie pojąć. Coś się jednak narodziło. Coś, co sprawiło, że zawsze o sobie myśleli niezależnie od tego co robili i z kim byli. Emma, jako romantyczka przeżywała to uczucie głęboko. Myślała, pisała, może nawet marzyła. Dexter, jako prawdziwy mężczyzna, wychodził chyba z założenia, że ona zawsze będzie. I o dziwo zawsze była- jeśli nie w sensie dosłownym, to myślami. 


Jak to w miłosnych historiach bywa, ten "jeden dzień" sprawił, że w końcu spotkali się na zawsze. Jak do tego doszło i jak skończyła się historia miłosna na miarę Love story? 


Książka Davida Nichollsa jest ciepła i zapada w pamięć, chociaż muszę się przyznać, że początkowo miałam z nią problemy. Nie potrafiłam się w nią wgryźć, złapać kontaktu z bohaterami. Nie rozumiałam ich zachowania. Ok, pójść z kimś do łóżka po kilku chwilach znajomości- niech będzie, mogę zrozumieć. Ale cały ciąg dalszy? Czy naprawdę po jednej nocy można naprawdę pokochać? I kochać pomimo tego, że ktoś, na pierwszy rzut oka, ma w głębokim poważaniu nasze uczucia? Z drugiej strony jest zachowanie Dextera. Jak można być takim egoistą i bucem? Jezuśku! Czy on potrafił spojrzeć na siebie w lustrze? Będąc jednak na 50tej, 100, 200 stronie powoli zaczynałam rozumieć. To jest właśnie trudna miłość. O ile zachowanie Dextera dalej mnie wkurzało, to potrafiłam już zrozumieć Emmę. W końcu miłość nie wybiera, nie oszukujmy się. 

Ale 20 lat? No cóż. To właśnie miłość, to właśnie życie. 


Gorąco polecam, szczególnie tym, którzy uważają, że miłości nie ma, tym, którzy myślą, że to ich związek jest skomplikowany- aby podnieść ich na duchu. Tym, którzy są w szczęśliwym związku, aby docenili to, co mają. 


08/10

 Jeden dzień, David Nicholls, Świat książki, 2011
 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

środa, 11 kwietnia 2012

Dwaj łakomi Włosi Antonio Carluccio, Gennaro Contaldo

Życie rodzinne we Włoszech nie wygląda już  tak, jak kiedyś. Rodziny stały się mniej liczne i więcej matek podejmuje stałą pracę. W rezultacie rodzinne posiłki są krótsze i nie pozwalają już na długi odpoczynek. Do ich przygotowywania używa się półproduktów; mamy jednak nadzieję, że Włochy nigdy nie staną się ofiarą gotowych, mrożonych dań, tak popularnych w innych krajach. Kiedy obowiązki zawodowe zajmują kobietom coraz więcej czasu, coraz mniej z nich przekazuje kulinarną wiedzę swoim dzieciom. W rezultacie wiele młodych kobiet nie umie gotować (lub nie dba o to, by się tego nauczyć,  o zgrozo!).

Dobrych książek kucharskich nigdy za wiele. Szczególnie takich, które są pisane z prawdziwą miłością i pasją, a nie dla zarobienia paru groszy. Dwaj łakomi Włosi autorstwa Antonio Carluccio, Gennaro Contaldo jest właśnie taką perełką. Godne polecenia są nie tylko przepisy, ale również przepiękne zdjęcia wykonane przez Chrisa Terry.

Do rzeczy jednak.
Warto zacząć od interesującego wprowadzenia, z którego dowiemy się między innymi tego skąd autorzy książki się znają, dlaczego postanowili stworzyć książkę kucharską, o czym myśleli podczas przygotowywania pozycji, jak ich zdaniem zmienił się świat (fragment we wstępie). Ja dzięki wprowadzeniu doszłam do wniosku, że nie tylko Włochy się zmieniły. Polska również, ja też. Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem bardziej celebrowano posiłki, wspólne jedzenie było czymś naturalnym. Dziś jem(y) w biegu, często poza domem, na wspólnych posiłkach spotykamy się od święta (nawet z najbliższą rodziną). Czas to zmienić. Może dania, które tu znajdziecie Wam w tym pomogą?

Czego możemy spróbować? Autorzy przygotowali dla czytelników sześć rozdziałów, a w każdym z nich coś, przemówi do nas przez żołądek do serca. Jesteście spragnieni przystawek? Takich prawdziwych, które przygotowują nas na pyszny obiad, a nie zapychają jeszcze przed głównym daniem... Jeśli tak, to może skusicie się na pieczone roladki z cukinii, sałatkę z prawdziwków, kasztany w maśle lub sałatkę z mozzarellą i pomidorami? Na pierwsze danie proponuję krem z pokrzywy, świeży makaron wstążki z białym winem i grzybami albo makaron linguine z małżami i krewetkami. Na danie główne barwenę w pomidorach, grillowany tuńczyk w smakowitej kruszonce lub kurczak z karczochami, cebulą, ziemniakami i rozmarynem. Miłośnikom sałatek i surówek polecam gulasz z papryki, pomidorów i cebuli, słupki z cukinii smażone w głębokim oleju oraz młode cebulki w słodko-kwaśnym sosie z octu balsamicznego (ja też inaczej sobie wyobrażałam sałatki i surówki). Pora na deser. Może ciasto karmelowo-pomarańczone, jabłka i truskawki z serem lub tyrolski strudel jabłkowy? Na koniec przekąski, bo przecież nie codziennie mamy czas na gotowanie wielkiego obiadu. Co powiecie na prawdziwą pizzę neapolitańską?

Na samą myśl o tych potrawach aż ślinka cieknie. Dzięki pięknym zdjęciom podczas wertowania książki czułam burczenie w brzuchu i gdybym tylko miała odpowiednie miejsce i środki od razu poleciałabym do sklepu po odpowiednie, naturalne, włoskie składniki. Nie wszystkie przepisy w książce są typu "makaron z małżami i krewetkami". Znajdziemy też tutaj dania dla statystycznego Kowalskiego, choćby kliseczki z kurczaka, omlet z bazylią, zupę z wiosennych warzyw i wieprzowiny. Dla smakoszy też coś się znajdzie. Jeśli ktoś ma ochotę na królika w marynacie z cytrusów czy koźlę w sosie jajeczno- cytrynowym to też nie będzie zawiedziony.

Niezależnie od naszych preferencji, zasobności portfela czy wyposażenia kuchni każdy, kto lubi kuchnię włoską będzie zachwycony. Nie tylko mnogością i różnorodnością przepisów lecz też sposobem ich przedstawienia. Czytając je miałam wrażenie, że dostałam maila od przyjaciółki albo dzwoni do mnie mama dyktując z miłością po kolei wszystkie czynności. Dwaj łakomi Włosi to książka interesująca, ciepła, pełna pasji i zaangażowania. Zajmie jedno z najlepszych miejsc w mojej przyszłej kuchni. Obiecuję.

10/10


Dwaj łakomi Włosi, Antonio Carluccio i Gennaro Contaldo, Muza, 2012

Recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

środa, 28 marca 2012

Urodziłam się dziewczynką

[...] Później zapytałam się jednego z takich ochotników, co się poprawiło, odkąd Plan zaczął tu działać. - Ochrona dzieci- odrzekł bez wahania. Co jeszcze? Tym razem musiał chwilę pomyśleć. - Nic- odparł.
Książka, a raczej książeczka, "Urodziłam się dziewczynką" ma wielu autorów. Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips oraz Irvine Welsh. Część z nich znam, choćby Joanne Harris, która jest autorką jednej z moich ulubionych książek "Czekolada", o innych nigdy nie słyszałam, ale przecież nie o to chodzi, abym znała autorów poszczególnych reportaży/dzienników/ opowiadań*.

W książce spodobało mi się to, że każdy z tym autorów reprezentował inny styl, inne spojrzenie na świat, inną wrażliwość. Czytając czułam, czy dana osoba wczuła się w historię swoich bohaterów czy też stara się stać z boku i jedynie opowiadać to co widzi. Przy niektórych tekstach płakałam, przy innych zastanawiałam się "to już? tylko na tyle stać autora?"

O czym traktuje książka "Urodziłam się kobietą"? O kobietach przede wszystkim, ale także o otaczającym je świecie i o roli Planu w życiu mieszkańców Togo, Sierra Leone, Ghany, Brazylii, Kambodży, Ugandy i Dominikany. Znajdziemy tam historie o handlu żywym towarem, o okaleczeniach, gwałtach, seksie z nauczycielami, prostytucji, trudności w dostępności do szkół, opieki medycznej, pomocy psychologicznej. Jednak nie tylko o tym tu przeczytamy. Znajdziemy w niej również tematy dotyczące głodu, problemów rodzinnych, zazdrości. Najbardziej wzruszyła mnie historia mężczyzny, policjanta, który stracił swoją ukochaną córkę. Nie została zabita, nie została sprzedana. Przez chwilową nieuwagę zgubiła się i wiele lat przemieszkała w dżungli niczym bohater Księgi dżungli. Każda z opowiedzianych historii jest wyjątkowa i wzruszająca. Zaczynamy się jednak zastanawiać co, tak naprawdę, robią te wszystkie organizacje charytatywne zajmujące się pomocą w biednych krajach. W gazecie przeczytamy, że wybudowano studnię, w TV usłyszymy o dostawie leków, ale tak naprawdę jest to kropla w morzu potrzeb. Zamiast pomagać ofiarom gwałtu montuje się tabliczki z hasłami w stylu "nie zgadzaj się na seks".

Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego nikt nie pisze o dziewczynach z województwa X czy Y, które pojechały do Niemiec jako hostessy i zostały prostytutkami? Dlaczego nikt nie zainteresuje się tym, że kilka kilometrów od stolicy żyją ludzie, którzy nie mają jeszcze prądu? Dlaczego wiele osób żyjących na wsiach musi iść do wychodka zamiast do łazienki? Dlaczego biedniejsi zamiast iść na studia są "zmuszani" do wyboru zawodówki? W Polsce, w każdym kraju na świcie (no może prawie każdym) jest takich ludzi bardzo wielu. Nikt im nie pomaga, nikt się nimi nie interesuje, nikt nie pisze o ich życiu książek. Czy dzieci z Afryki zasługują na więcej niż Jaś czy Małgosia? Czy posiłek dla dziewczynki z Kambodży jest ważniejszy niż obiad Kasi?

* każdy może odbierać te teksty jak chce. Dla mnie część z nich była reportażami, inne zapiskami z podróży

08/10

Urodziłam się dziewczynką, Tim Butcher, Xiaolu Guo, Joanne Harris, Kathy Lette, Deborah Moggach, Marie Phillips, Irvine Welsh, Świat książki, 2012

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu

sobota, 17 marca 2012

Shit! Rok w Brukowcu Joanna Żebrowska

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda życie od kuchni w gazetach typu Fakty czy SE? Ja czasami tak. I to, co mogłam przeczytać w książce Shit! Rok w Brukowcu Joanny Żebrowskiej działy się "rzeczy, o których się fizjologom nie śniło".
Edyta Piórko, główna bohaterka książki, marzy o wielkiej karierze dziennikarskiej. Niestety w Warszawie, przepraszam Warszawowie, nie jest to takie łatwe. Dzięki znajomościom udaje się jej dostać do redakcji gazety Hit. Chociaż miała dylemat, czy sobie poradzi, przyjęła propozycję i zaczęła swoją "oszałamiającą" karierę.

Jakie artykuły pisała? Ano takie, jaki możemy podziwiać przez szybę w kiosku. Coś na wzór "chciała mnie zabić poduszka". Na początku nie za bardzo sobie radziła, ale w końcu nie jest to aż takie trudne, prawda? (trzeba mieć tylko dużą wyobraźnię, wielu znajomych ze zwierzętami i trochę drobnych dla bezdomnych)

Edyta ma też życie uczuciowe(moim zdaniem ameba ma większe, no ale co tam). Rafał, miłość jej życia, ideałem nie jest. Oschły, pedantyczny, dziwny- "idealny" facet dla wrażliwej dziewczyny w wielkim mieście. Ponieważ jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby Edyta cieszyła się z tego co miała. Lepszy wróbel w garści ( w postaci pracy i Rafała) niż gołąb na dachu. Tylko, że nawet wróbel może uciec. I ucieka. Związek z Rafałem się kończy, Edyta jest załamana. Jednak miłość może czekać bliżej niż spodziewa się nasza bohaterka...

Hmm... Będzie ciężko. Treść książki jak treść. Można trochę poczytać o pracy w szmatławcu, poznać kuluary tej fascynującej roboty, dowiedzieć się w jaki sposób powstają artykuły, na które codziennie rzuca się szara masa, w jaki sposób zdobywa się bohaterów do artykułów ( z jednej strony chyba nikt normalny by się nie zniżył do zgody na publikację swojej twarzy pod nagłówkiem "chciał mnie zabić kiełbasą krakowską", a z drugiej strony sposoby na zdobycie bohaterów mnie zszokowały). Tutaj mogłabym dać nawet 8 punktów, bo poprawiło mi to humor.

Problemy zaczynają się przy głównej bohaterce. Edyta nie ma głębi. Jej postać, według mnie, nie została przemyślana. Ot taka sierota co kocha nad życie faceta który ma ją w czterech literach. Tylko, że Edyta nie dość, że płytka i beznamiętna jest to jeszcze całkiem bez życia wewnętrznego. Nie przypadła mi ona do gustu. Albo autorka jej nie lubiła, albo miała problem ze stworzeniem czegoś sensownego. Z innymi bohaterami tak samo. Najwięcej polotu mają w sobie przyjaciel głównej bohaterki- gej (chociaż miałam wrażenie, że jego postać została zaczerpnięta z Seksu w wielkim mieście) oraz współpracownicy i szef Edyty.

Drugą sprawą, która strasznie mnie irytowała jest bezsensowne, według mnie, zmienianie nazw własnych miejsc. Czy nie można normalnie napisać Warszawa? Trzeba to zmieniać na Warszawowo? Bohaterka nie może mieszkać na Woli? Musi na Niewoli? Rozumiem, że pewnych rzeczy autorka ujawnić nie może ( z logicznych względów), ale zmieniać tak bezsensownie nazwy miejscowości/dzielnic itd?

Nie mam pojęcia, po co takie zabiegi stosowała autorka i chyba nie chcę się dowiadywać. Książka, która miała swój potencjał (nie pamiętam innych polskich książek o tej tematyce) dużo traci przez płytkich bohaterów i te dziwne zmiany nazw. Szkoda


06/10


Shit! Rok w Brukowcu, Joanna Żebrowska, 2011

książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu



piątek, 9 marca 2012

Po Syberii Colin Thubron

Syberia- bezkresna kraina geograficzna leżąca na terenie Rosji. Gdzie nie pojedziesz, tam Syberia. Począwszy od Uralu na zachodzie i Oceanu Arktycznego na północy, aż do Oceanu Spokojnego na wschodzie i Kazachstanu na południu.


Syberia to naprawdę bezkresny obszar.  Nie tylko pod względem geograficznym ale też kulturowym, ludności, krajobrazu. Tam jest wszystko są wszyscy: Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini, Tatarzy, Kazachowie i Czuwasze, Buriaci, Jakuci i Polacy. Na Syberii stare współżyje z młodym. Dosłownie i w przenośni. Choćby patrząc politycznie: stary system niby umarł i nastał nowy, chociaż tak naprawdę to współistnieją obok siebie. I nie chodzi mi tu o Putina i Jelcyna jako nowe i stare lecz o ostatniego cara, Lenina i Stalina. Zresztą Putina jako prezydenta tam jeszcze nie ma, bo, jeśli dobrze zrozumiałam, podróż Collina Thubrona miała miejsce pod koniec lat 90tych. Może to i lepiej, bo ludność Syberii chyba źle znosi zmiany.

Autor zabiera czytelników na niesamowitą wycieczkę po calutkiej prawie krainie Od Jekaterynburga poprzez Tobolsk do Worokut, Omsk, Nowosybirsk i Krasnojarsk, po Nerczyńsk, Ałbazin, Chabarowsk do Jakucka i na Magadan. Muszę się przyznać, że po raz pierwszy czytałam książkę jakieś 2- 3 miesiące. Nie pamiętam nawet ile dokładnie. Broń Boże nie dla tego, że książka jest zła lub że trudno ją się czyta. Czyta się ją świetnie, ale ja potrzebowałam dużych przerw pomiędzy kolejnymi powrotami do kraju, który fascynuje mnie od dzieciństwa. Przerw na przemyślenia, pławienie się w tym, co przeczytałam. Największą przyjemność sprawiało mi powracanie do lektury, przeskakiwanie o kilka rozdziałów, powroty i znów znajdywanie ciekawych ustępów. Książki nie czytałam od początku do końca. Być może nawet pominęłam jakieś fragmenty, ale na 100% wrócę jeszcze kiedyś do lektury- wtedy je nadrobię.

Książki Po Syberii opowiedzieć się nie da, bo i nie ma po co. Wsiadł chłop do auta i pojechał zobaczyć jakieś zamknięte kopalnie? Autor był zafascynowany widokami z pociągu podczas podróży koleją transsyberyjską podczas gdy jego sąsiad nudził się jak mops? To nie ma najmniejszego sensu. Lepiej skupić się na ludziach, bo to oni, mali bohaterowie chwili są według mnie najważniejsi w tej lekturze. Uwierzyłbyś, gdyby ktoś Ci powiedział, że kobieta, która spędziła wiele lat w obozie pracy w myśl słów „dajcie mi człowieka paragraf zawsze się znajdzie” nie będzie miała żalu do swoich oprawców i do państwa? Autorowi też się to w głowie nie mieści. Czy wiecie, że wiele osób uważa Romanowów za prawdziwych świętych i że modli się do nich o lepszą Rosję? Czy przyszłoby Ci do głowy, że stare babinki jadące w odświętnych strojach do Chramu/klasztoru po świętą wodę będzie wskakiwać prawie jak Pan Bóg stworzył do rzeczki aby zanurkować w uzdrawiającej wodzie? Nie śniło się to mi, ani autorowi. Byliśmy tak samo zaskoczeni, a Syberia skrywa takich ludzi i wydarzeń setki, tysiące, miliony. 

Dla takich chwil i bohaterów warto czytać tę książkę powoli, na raty, z przyjemnością. Czytać jak pamiętnik prababci znaleziony na strychu, jak listy najlepszego przyjaciela z podróży. Książka po Syberii była dla mnie właśnie takimi listami od przyjaciela. Z każdego z nich dowiadywałam się nowych rzeczy o nowym miejscu na świecie, miejscu i ludziach, których zapewnie nigdy nie zobaczę, nigdy nie poznam. 

Książka ta jest dla mnie wartościowa również z powodu przemijania. Syberia, ostatnia ostoja starej wiary, starej kultury, ludzi, którzy pamiętają to, czego nikt już nie pamięta lub pamiętać nie chce- istnieją. Istnieją tam, oddaleni od nad o tysiące kilometrów. Nic nie jest w stanie ich zniszczyć. Ani mijający czas, ani zmieniające się otoczenie. Z jednej strony jest to piękne, z drugiej przerażające. Przecież dzisiaj, gdy czytamy tę książkę, może ich już nie być. Może nie być kobiety, która przeżyła pracę ponad ludzkie siły i nie miała tego za złe nikomu. Może nie być już kobiety, która święcie wierzy, że rodzina carska sprawi, że Rosja będzie lepszym miejscem. Książka Po Syberii zatrzymała tych ludzi. Nawet, gdy nie będzie ich już pośród nas, nadal będą istnieć na kartkach papieru. Ktoś o nich przeczyta za kilka dni, ktoś za kilka miesięcy, ktoś za kilka lat. A pamięć o nich, o tych ludziach, miejscach i wydarzeniach będzie trwać.

Tę książkę warto przeczytać. A jeśli interesujesz się tamtymi stronami, Po Syberii jest Twoją książką „must have”.

10/10
 
Po Syberii, Colin Thubron, Czarne, 2011

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

środa, 7 marca 2012

Baśniobór Gwiazda Wieczorna wschodzi Brandon Mull






„Bezczynność byłaby błędem, Niewiedza już was nie chroni”


Co robią dzieci odwiedzające dziadków na wsi? Na pewno nikt by nie pomyślał o tym, że chronią tajemniczy rezerwat przed jeszcze bardziej tajemniczym stowarzyszeniem.


Kendra i Seth to na pozór zwyczajne dzieci. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Kendra została owróżkowiona, a i młody Seth ma swoje za uszami. Ale zacznijmy od początku. W mieście jakich  na świecie wiele, w zwyczajnej szkole pojawia się nowy uczeń. Wszyscy są nim zauroczeni. Wszyscy oprócz Kendry, która zamiast przystojnego nastolatka widzi ohydnego stwora. Nieoczekiwanie na drodze Kendry pojawia się mężczyzna mówiący, że zna jej sekret, jest znajomym jej dziadka i chętnie pomoże jej w pozbyciu się zagrożenia. Dziewczynka zgadza się i z dużą pomocą swojego młodszego brata pozbywa się kłopotu. Okazuje się jednak, że to właśnie oni wpadli w kłopoty. Tajemniczy mężczyzna należy bowiem do niebezpiecznego Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej chcącego przejąć tajemniczy artefakt z tajemniczego rezerwatu- Baśnioboru. Dużo słów tajemniczy, prawda? Bo i cała historia i ogólnie książka są tajemnicze.

Akcja powieści Brandowa Mulla toczy się bowiem w tajemniczym świecie pełnym wróżek, skrzatów, dulionów, golemów i innych dziwnych stworzeń. W tajemniczym świecie toczy się równie tajemnicza historia. W pięciu rezerwatach do których nie powinien dostać się nikt niepowołany umieszczone są artefakty dzięki którym można otworzyć więzienie i uwolnić najgorsze z możliwych stworów. Dzieci, po ostatniej wizycie w Baśnioborze (o tym możecie przeczytać w poprzedniej książce) nie powinny więcej pojawiać się u dziadków. Jednak zaistniałe okoliczności zmuszają strażnika rezerwatu- prywatnie ich dziadka- do ściągnięcia dzieciaków…

Wiem, że to wszystko brzmi strasznie nieprawdopodobnie, ale po rozpoczęciu lektury i przeniesieniu się do tego niezwykłego świata szybko zapomnimy o tej całej bajkowej otoczce. Książkę czyta się szybko i bardzo fajnie. Autor potrafi zauroczyć czytelnika i sprawić, że kartki niemal same się przesuwają. Wcale się nie dziwię, że książka jest na pierwszym miejscy na liście bestsellerów dla dzieci „New York Timesa”. Zasługuje na to. Jest naprawdę świetna i mam nadzieję, że niedługo uda mi się przeczytać pierwszą część przygód w Baśnioborze.

10/10

Baśniobór Gwiazda Wieczorna wschodzi, Brandon Mull, Wab, 2011

recenzja została opublikowana na stronie kobieta20.pl

piątek, 24 lutego 2012

Kieliszek trucizny P. Baccalario A. Gatti

Czy od dzieciństwa można wyrabiać sobie gust czytelniczy? Oczywiście. Jeśli kochacie kryminały, Kieliszek trucizny jest książką, którą bez obaw możecie polecić przyszłym fanom Agathy Christie.




Kryminały albo się kocha, albo nienawidzi. Nie można przechodzić obok nich obojętnie. Kiedy dostałam książkę Kieliszek trucizny autorstwa P. Baccalario i A. Gatti nie wiedziałam jak można połączyć morderstwa, które muszą w tego typu książkach występować z literaturą dla dzieci i młodzieży. Na szczęście autorom się udało. Bo choć po tę lekturę mogą spokojnie sięgnąć dzieciaki z podstawówki nie jest ona naiwna i osoby, które już dawno mogą raczyć się cydrem również będą zadowolone z książki.

Paryż, czasy współczesne. Czym po lekcjach mogą zajmować się statystyczne dzieciaki? Głównie oglądaniem telewizji i graniem w gry komputerowe. Jednak bohaterowie książki Kieliszek trucizny nie są statycznymi dzieciakami. Nikola i Simon, bo ich mam na myśli kochają zagadki kryminalne. Czytają kryminały, rozwiązują śledztwa razem z autorem książek, czasami śledzą ludzi spotkanych na ulicy.
Pewnego dnia, dzięki sztuczce zastosowanej ma matce bohaterowie wymykają się do ulubionej naleśnikarni. Pałaszując słodki deser zwracają uwagę na jegomościa awanturującego się w sklepie. Nagle słyszą hałas. Po wyjściu na ulicę okazuje się, że ktoś owego jegomościa o mały włos nie rozjechał samochodem. Po krótkim namyśle postanawiają go śledzić. Jednak nie tylko Nikola i Simon się nim interesują. Okazuje się bowiem, że ich ojciec- policjant podejrzewa tego samego człowieka o zamordowanie właścicieli kamienicy w której mieszkał za pomocą zatrutego cydru. Młodzi coraz bardziej zaczynają interesować się tą sprawą. Dzięki swojemu gadulstwu mówią oni o tym swojemu sąsiadowi Ludwikowi...
Niedługo potem okazuje się, że nie tylko Nikola i Simon lubią zagadki. Lubują się w nich także Leon- spec od informatyki, listonosz Wiktor, emerytowany mecenas Ferdynand, matka Ludwika- Jaśmina. Dzięki Ludwikowi spotykają się w opuszczonym mieszkaniu swojej kamienicy i postanawiają wspólne rozwiązać zagadkę kieliszka trucizny. Smaczku dodaje fakt, że mieszkanie, które wybrali na swoją tymczasową siedzibę należało do najsłynniejszego detektywa w historii Paryża.

Chociaż książka nie jest tak skomplikowana jak książki Agaty Christie naprawdę przyjemnie się ją czyta. Autor nie odkrywa przez nami wszystkich kart, więc można pobawić się w Herkulesa Poirota i rozwiązać zagadkę, która tak zaciekawiła bohaterów książki. Kieliszek trucizny czyta się szybko i sprawnie. Autor nie rozwleka tego, co można ująć w jednym zdaniu, pisze wartkim językiem, potrafi zainteresować czytelnika. No i tak jak mówiłam na początku, jest to książka od lat 7 do 107. Każdy, kto lubi zagadki z trupem w tle będzie się dobrze bawić przy jej lekturze

8/10

Kieliszek trucizny, Baccalario Pierdomenico, Gatti Alessandro, Zielona Sowa, 2011

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu

wtorek, 17 stycznia 2012

Taniec ze smokami George R.R. Martin

Nigdy nie sądziłam, że recenzja fajnej książki będzie dla mnie taka trudna do napisania. Książka R.R. Martina „Taniec ze smokami” wygrała w moja zdolnością do pisania spójnych tekstów.

Kim jest George R.R. Martin? To twórca wielu książek science fiction i fantasy. Tym, którzy nie interesują się tego typu tematyką na pewno jest znany dzięki serialowi na podstawie jego książki z siedmioczęściowej sagi Pieśń lodu i ognia, „Gra o Tron”. W serialu tym poznaliśmy losy rodziny Starków i Lanninsterów, Daenerys Targaryen, Khala Drogo. Przyznam się bez bicia, że po raz pierwszy z Martinem zetknęłam się właśnie przy okazji oglądania tego serialu i od razu polubiłam bohaterów sagi Pieśń lodu i ognia.

Co czeka Was w piątej (dla polskich czytelników to 7 tom) części sagi? Trudno opisać, ponieważ dzieje się tu dużo i nic zarazem. Jak sam autor nas informuje „Książka, którą macie w rękach, jest piatym tomem Pieśni lodu i ognia. Czwaerym była Uczta dla wron. Niemniej te tom nie następuje po poprzednim w tradycyjnym sensie, lecz raczej jest do niego równoległy. […] Podział jest tu geograficzny, a nie chronologiczny”.

W Tańcu ze smokami spotykamy dwoje moich ulubionych bohaterów: Daenerys Targaryen – córkę Aerysa Obłąkanego, żonę zmarłego Khala, obecnie królową, matkę smoków oraz Tyriona Lannistera, bardzo ciekawego karła, syna lorda Tywina Lannistera, którego Turion pozbawił życia. Dowiemy się również czegoś więcej o Jonie Snow, bękarcie Neda Starka, który mieszka na murze na dalekiej północy broniąc granic państwa oraz Brana. Trudno krótko i zwięźle opowiedzieć o tym, co dzieje się w najnowszej części sagi. Chwilami wszystko prawie stoi w miejscu jak sadzawka, momentami akcja zaczyna przypominać strumyk który zaczyna nabierać prędkości. Autor funduje czytelnikom swego rodzaju huśtawkę- sprawdza, ile wytrzymamy w stagnacji czytając o tym, jak Turion je i pije na umór, a Daenerys wysłuchuje mieszkańców swojego „królestwa”. Jedno jest pewne- sympatycy sagi na pewno się nie zawiodą.

W sadze najbardziej podoba mi się to, że pomimo tego, że jest to fantastyka, jest ona bardzo rzeczywista i… brutalna, co mi się podoba. Nie znajdziemy tam wyidealizowanego świata, magii, pięknej miłości. Są za to intrygi, walka o władzę, morderstwa.  Moimi ulubionymi bohaterami, poza Eddardem Starkiem, który szybko stracił głowę (dosłownie) są Turion oraz Daenerys. Oboje prawdziwi do krwi.

Jeśli jeszcze nigdy nie spotkaliście się z książkami R.R. Martina, zmieńcie ten stan rzeczy najszybciej jak się da, bo naprawdę warto.



08/10


Taniec ze smokami, George R.R. Martin, Zysk i S-ka, 2011

Recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl

A dla zainteresowanych mapy świata R.R. Martina

czwartek, 8 grudnia 2011

Wampirek świętuje Boże Narodzenie, Angela Sommer Bodenburg

Kopciuszek, Jaś i Małgosia, Królewna Śnieżka, Król lew… to bajki z naszego dzieciństwa. Świat się jednak zmienia, a wraz z nim i bajki, które kołyszą dzieci do snu.


Wyobrażacie sobie, że czytacie dziecku do snu: „Antoś nie poznał osobiście innych krewnych wampirka, ale widział trumny w których śpią w grobowcu Trzęsikamieniów”. Do niedawna ja też sobie tego nie wyobrażałam. Ale tak jak mówiłam, czasy się zmieniają.

Angela Sommer Bodenburg w swojej najnowszej książce „Wampirek świętuje Boże Narodzenie” przedstawia nam historię w klimacie zbliżających się świąt. Głównymi bohaterami książki dla dzieci są: Antek, dziewięcioletni przeciętny chłopiec, „Wampirek Rydygier, najlepszy przyjaciel Antosia, [który] ma dopiero sto czterdzieści sześć lat i z racji młodego wieku nie odczuwa jeszcze pragnienia krwi”, jego siostra Ania i starszy brat Lumpi. Na dalszym planie przewijają się: ciotka Rydygiera, Dorotka oraz stróż cmentarny Sęp-Kowalski i ogrodnik Węszynos których życiowym powołaniem są polowania na wampiry.

Zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia, lecz Antoś niespecjalnie cieszy się z powodu nadchodzących świąt. Od dłuższego czasu nie ma bowiem kontaktu ze swoimi przyjaciółmi. Rodzice Antka, aby poprawić mu humor proponują synowi możliwość zaproszenia przyjaciół na kolację wigilijną. Na szczęście nie wiedzą, co ich czeka, bo nie mają pojęcia o pochodzeniu przyjaciół Antosia.

Wampirki na wieść o zaproszeniu są bardzo szczęśliwi- to będą ich pierwsze święta. Zanim jednak dojdzie do kolacji wigilijnej na bohaterów książki czeka wiele przygód. Jakich?

Po przeczytaniu książki byłam na początku przerażona. Bajka dla dzieci z wampirami, trumnami i kradzieżami w roli głównej? Co to, to nie! Później jednak zaczęłam sobie przypominać, że te bajki, które my znamy z dzieciństwa też nie były takie niewinne. Kopciuszek mieszkała z patologiczną rodziną, Jaś i Małgosia cudem uniknęli okrutnej śmierci, Simba musiał zmierzyć się z okrutnym wujem w walce o tron. Dlaczego więc nie przeczytać dzieciom bajki o wampirach, które wcale nie są takie straszne jak się nam wydaje.

Bajka jest zabawna i wciągająca, interesująca i pouczająca. Może nie nadaje się dla malucha, ale myślę, że pierwszoklasista posiadający inteligentnych rodziców, którzy wytłumaczą mu wszystko co trzeba, będzie zadowolony z lektury.

Tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o cyklu książek Angeli Sommer Bodenburg zapraszam tutaj


Wampirek świętuje Boże Narodzenie, Angela Sommer Bodenburg, WAB, 2011

10/10

środa, 7 grudnia 2011

Dallas '63 Stephen King

Stephen King jest pisarzem specyficznym. Jego książki nie są dla wszystkich, przez co jeszcze bardziej go lubię. Nie każdy czuje się dobrze w wykreowanym przez niego świecie.



Jedni Kinga kochają, inni go nie trawią. Ja go zawsze bardzo lubiłam, a moje uczucie umocniło się po przeczytaniu jego najnowszej książki Dallas’63.

Kto oczekuje po książkach happy endów, przewidywalności i uśmiechów niech nie zaczyna ze Stephenem Kingiem. W jego książkach nie ma miejsca na bajki. Jego książki są jak życie, „brutal, full od zasadzkas i czasami kopas w dupas” jak to się kiedyś mówiło. Jego książki nie należą również do najłatwiejszych. Najlepiej czytać je z małymi przerwami, aby wszystko, o czym King pisze zdążyło się nam przyswoić.

W swojej najnowszej książce, Dallas ’63, King porusza temat podróży w czasie i zmian wydarzeń. Głównym bohaterem powieści jest Jake Epping, nauczyciel w jednej ze szkół średnich. Epping jest człowiekiem zmęczonym życiem, zmęczonym nauczaniem, mającym żal do swojej byłej żony alkoholiczki. Ostatnio jedynym światełkiem w tunelu jest wzruszająca praca napisana przez jednego z uczniów z kursu dla dorosłych, Harrego Dunninga- kuśtykającego sprzątacza pracującego w szkole, w której Jake uczy.

Najzwyklejszy w świecie nauczyciel zna (nie)zwykłego właściciela baru, niejakiego Ala Templetona. Pewnego dnia dostaje dziwny telefon z zaproszeniem do baru Ala na ważną rozmowę. Niespodziewający się niczego Jake przychodzi i tak zaczyna się bardzo ciekawa historia.

Okazuje się, że Al odkrył bardzo dawno temu przejście w czasie. Dzięki króliczej norze może cofać się do roku 1958. Problem w tym, że jest stary i umierający, a każda podróż w czasie do postarza. Przed śmiercią wyznaje to wszystko skołowanemu nauczycielowi i zapoznaje go ze swoim tajemniczym planem. Al dobrą i światłą przyszłość Ameryki widzi w prezydencie Kennedym. Nie można dopuścić do zamachu. Po próbach mających na celu uratowanie między innymi Harrego, Jake na własne oczy widzi, że przyszłość, z trudem bo z trudem, można zmienić. Nie jest jednak pewny, czy jest na to gotowy. Do szybkiego podjęcia decyzji przekonuje go samobójstwo Ala.

Przenosimy się w przeszłość. Tam wszystko wydaje się lepsze. Życie jest tanie,  jedzenie dobre i niezdrowe, nikt nie przejmuje się prawami czarnoskórych. Jake, jako George Amberson, radzi sobie w przeszłości nadzwyczajnie dobrze. Dzięki dokumentom, które dostał przed podróżą i podrobionym dyplomom dostaje pracę w małej miejscowości. Tam poznaje miłość swojego życia Sadie. Pragnie związać się z piękną kobietą. Tylko czy taka interwencja w przeszłości nie zmieni za bardzo przyszłości? I co z planem uratowania USA przed przyszłością? Czy da się to pogodzić? A może Jake (George) wybierze spokojne życie nauczyciela i nie będzie próbował zrobić tego, po co tam przybył? Przekonajcie się sami.

Książkę byłam zmuszona czytać z przerwami, choć miałam ochotę ją pochłonąć w całości. Gdy odrywałam się od niej nie mogłam się doczekać powrotu do świata przedstawionego przez Kinga. Czułam się tak, jakbym czekała na następny odcinek ukochanego serialu. Dallas ’63 wciąga niesamowicie, choć pewnie nie wszystkim będzie się podobać. Trzeba się przyzwyczaić do wielu postaci, bardzo rozbudowanej fabuły i ponad 850 stron przez które trzeba przebrnąć. Opłaca się jednak, jak przy każdej książce Mistrza. King, jak zawsze, spełnił moje oczekiwania w 100%.

Pod koniec książki czułam się jak bohaterka "Misery". Miałam ochotę zmusić ukochanego pisarza do zmiany zakończenia. Czułam się jak bohater „Cmętarza zwieżąt”, który zrobi wszystko, aby przywrócić do życia ukochaną osobę. Czy Was końcówka książki zaskoczyła tak samo jak i mnie?

Dallas ’63, Stephen King,  Prószyński i S-ka, 2011

10/10 


recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl





piątek, 18 listopada 2011

Kreatywny Klub Dyskusyjny #11: Czy boimy się czytać polskich autorów?

Kreatywny Klub Dyskusyjny skupia miłośników książek, którym niestraszne są długie dysputy na tematy (około)literackie. Jeżeli jesteś zainteresowany dialogiem z innymi molami książkowymi - w każdą środę włącz się do nowej dyskusji! Odpowiedz na pytania związane z tematem (zawsze jest ich kilka), a potem opowiedz, do jakich refleksji skłonił Cię dany problem. Możesz rozpocząć dyskusję u siebie na blogu (koniecznie podaj link, dodam go do bazy KKD) i/lub dołączyć do wymiany zdań, jaka wywiąże się pod danym postem, oznaczonym logo Kreatywnego Klubu Dyskusyjnego. Zainteresowany? Znakomicie! Zachęcam do wymiany poglądów :)
"Łolaboga". Pytanie "Co więc robić? Łagodniej traktować rodzimych autorów? Omijać polską literaturę? A może "ryzykować" i nie przejmować się niczym?" chciałoby się skomentować tak jak pisałam już kilka razy na AK: Nie czytam. No ale niech będzie więcej.

Najłatwiej jest z autorami wąchającymi kwiatki od spodu. Przecież Mickiewicz, Prus, czy Konopnicka nie wyjdą z grobu i nie powiedzą "nie znasz się! to książka nie dla ciebie!". Można przeczytać, pochwalić albo zjechać od góry do dołu i git. Spokój. Co zrobić, gdy autor żyje? Mam pecha i jeśli trafiam na coś polskiego, jest to przeważnie coś kiepskiego. Chociaż było kilka wyjątków:  Demony Leningradu Adama Przechrzty, Ireny Matuszkiewicz, czy też Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny Anny Brzezińskiej. I chociaż Demony Leningradu, anielicę i diablicę oceniłam bardzo wysoko, autorzy nie pisali mi komentarzy (nie spodziewałam się ich, bo to zdarza się rzadko). Autorki Szeptów i Wiedźmy również się nie wypowiadały, choć ich książki nie zostały ocenione celująco. Ci ludzie mają dystans. Gdy natomiast kończyłam recenzję książek "Piotra Olkowicza", W stronę słońca (o serialowej Majce) oraz Dusza kobiety... Ego mężczyzny... Jedna historia dwa punkty widzenia... nie zdziwiłabym się, gdybym przeczytała niezbyt przychylne komentarze. Tak się jednak nie stało, chociaż książki oceniłam na całe "1". Autorzy albo olali albo okazali się normalnymi ludźmi z dystansem. Bo to, że coś mi się nie podoba nie oznacza, że nie spodoba się innym (a zła recenzja czasami nakręca na książkę bardziej niż ta pozytywna). Nie przeczytałam, że to lektury nie dla mnie, że się nie znam, że jestem za młoda/stara na takie książki. Było ok. Nie zmienia to jednak faktu, że się bałam. Jak zjadę najnowszą książkę Kinga, to facet nie pofatyguje się i nie napisze mi "dupa z Ciebie nie recenzentka".
Ogólnie rzecz ujmując do współczesnej polskiej literatury podchodzę z dużą nieufnością. Za każdym razem dobrze się zastanawiam zanim po daną książkę sięgnę i ostatnio ani razu się nie zawiodłam. Książki były dobre i zwyczajnie nie było się do czego przyczepić. Jeśli autorowi nie spodoba się moja recenzja, trudno. Ja się tłumaczyć nie będę, jestem czytelnikiem, mam prawo ocenić produkt który posiadam. Producent przyprawy nie bluzga nikomu na stronie, gdy musztarda jest dla nas za mało pikantna, więc dlaczego robi to autor książki? I dlaczego ja mam się tłumaczyć, kajać i przepraszać?

Zupełnie inną sprawą jest wartość danej pozycji i poczytność samego autora. Im mniejszy piesek tym głośniej ujada, a krowa co dużo ryczy mało mleka daje- takie mam ostatnio wrażenie. Dobra książka sama się obroni, nie potrzebuje do tego przemówień autora.

Zapomniałabym. Czy traktuję polskich autorów łagodniej? A niby z jakiej paki? Piszą- będą ocenieni. Książka, jak napisałam wyżej, to produkt. Nie ważne czy polska czy też nie. Wszystkie które czytam podlegają ocenie (subiektywnej oczywiście, o czym niektórzy zapominają) takiej samej. Nie oceniam czegoś łagodniej bo to debiut/polska/zagraniczna/pośmiertna książka. Bo i z jakiej paki? To, że nie możemy porównać obrazka 5-latki do Moneta nie oznacza, że nie możemy porównać książek- wszak to nie wypracowanie uczennicy podstawówki tylko książka.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Kreatywny Klub Dyskusyjny #9: Kim jesteś, blogerze?

Kreatywny Klub Dyskusyjny skupia miłośników książek, którym niestraszne są długie dysputy na tematy (około)literackie. Jeżeli jesteś zainteresowany dialogiem z innymi molami książkowymi - w każdą środę włącz się do nowej dyskusji! Odpowiedz na pytania związane z tematem (zawsze jest ich kilka), a potem opowiedz, do jakich refleksji skłonił Cię dany problem. Możesz rozpocząć dyskusję u siebie na blogu (koniecznie podaj link, dodam go do bazy KKD) i/lub dołączyć do wymiany zdań, jaka wywiąże się pod danym postem, oznaczonym logo Kreatywnego Klubu Dyskusyjnego. Zainteresowany? Znakomicie! Zachęcam do wymiany poglądów :)


Kim więc jesteś, blogerze?
Dla świata nikim ważnym. Rusycystką która nie pracuje w zawodzie, po godzinach pracy redaktor naczelną babskiej strony. Dzięki temu miałam o wiele łatwiejszy dostęp do wydawnictw z czego korzystam (o ja niedobra)
Czy czujesz się istotnym elementem świata literatury?
Istotnym? A gdzie tam. Jeśli bloger jest elementem, to ja jestem elemencikiem. Nie mam wielu czytelników, nie jestem znana z świecie jak choćby Klaudyna :) Ale ponieważ każdy element jest ważny, nie jest źle.
Jaka jest Twoja misja? W jakim celu blogujesz?
Nie mam misji. Nikogo nie nawrócę, nikogo nie namówię do czytania jeśli nie chce. Bloguję, bo mam ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami na temat przeczytanych książek. Tak jest milej.
Czy uważasz, że czytelnik może ufać Twoim ocenom?
Myślę, że tak. nigdy nie pozwoliłabym sobie na napisanie o gniocie "kupcie koniecznie". Nie rób drugiemu co Tobie niemiłe: jeśli ja nie chcę zostać oszukana przez innych blogerów, sama też nie mam prawa ich okłamywać.
Masz ambicje zostać krytykiem literackim?
Nieee... nie mam.  Po pierwsze nie czuję się autorytetem, a tylko autorytet może się nazywać "krytykiem literackim", po drugie "krytyka" łatwiej skrytykować, a ja nigdy nie miałam ochoty na wychylanie się
Cenisz sobie to, czym zajmujesz się w blogosferze?
Oczywiście, że tak. Gdybym sobie tego nie ceniła, czy bym siedziała i pisała?
Jakie miejsce zajmuje w niej Twój blog?
To już nie pytanie do mnie tylko do osób, które do mnie zaglądają. Pojęcia nie mam, co sądzą o mnie i moich wypocinach.
Kim jesteś?
Książkoholiczką :D

środa, 5 października 2011

Ja anielica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Diabelska śmiertelniczka w świecie aniołów


„Ja, Wiktoria Biankowska, obiecuję wieść przykładne życie na Ziemi i już nigdy nie pomagać diabłom w ich niecnych sprawkach


To zobowiązanie Wiki jest prawie tak samo realne jak słowa Beletha: „Ja, diabeł Beleth, obiecuję nigdy więcej nie zawracać słowy śmiertelnikom i nie nastawać na życie ich chłopaków. Szybciej Kleopatra przestanie kupować buty, a Azazel śnić o podbiciu Piekła.

Witamy ponownie. Po szczęśliwym zakończeniu „Ja, diablica” Wiktoria wiedzie spokojny żywot z Piotrkiem. Jest im ze sobą jak w niebie, (nie)stety nie na długo. Beleth nie może żyć bez swojej ukochanej. Wcale się mu nie dziwię. Wiktoria jest jedyna i wyjątkowa. Nie tylko dzięki swojej Iskrze ale również dzięki swojemu podejściu do świata i życia. Beleth jednak nie może opuścić Wiktorii nie tylko z powodu uczucia które ich łączy.

Dzięki na pozór niewinnemu podstępowi Wiktoria przypomina sobie wszystkie dobre i złe chwile. Niedługo potem spotyka się z Belethem i dowiaduje się, dlaczego dążył do spotkania z nią. Beleth marzy o skrzydłach które utracił. Tylko dzięki nim będzie mógł wrócić do Nieba. Diabeł w Niebie? Po cóż mu to? Nie będę Wam psuła lektury.

W książce spotkamy wszystkich bohaterów poprzedniej części: Wiki, Azazela, Beletha, Kleopatrę i Piotra, a także kilku nowych, wśród których na chwilę uwagi zasługuje Gabriel, który, pomimo, że żyje w świecie bardzo odległym od Piekła, na wiele wspólnego z Luckiem. Myślę, że mogli by się nawet zaprzyjaźnić.

Kto myśli, że kłopoty Wiktorii są związane tylko z ponownym pojawieniem się diabełków jest w błędzie. W tej części duży wpływ na akcję książki będzie mieć pewien anioł… Moroni. Co zaserwują nam tym razem bohaterowie? Przekonajcie się sami. Warto.

Nie rozumiem wprawdzie pewnych decyzji głównej bohaterki, no ale cóż… to jej życie. Ja w kilku momentach wybrałabym inaczej.

„Ja, anielica” nie jest strzałem w dziesiątkę, ale na dziewiątkę z plusem zasługuje na pewno. Wiadomo, pierwsza część serii w większości przypadków jest najlepsza. Autorka po raz kolejny udowodniła jednak, że pisać potrafi i ma pomysł na książkę. Nie jest to może dzieło na miarę Mickiewicza, ale kto powiedział, że tylko wielka literatura musi być fajna? Katarzyna Berenika Miszczuk oficjalnie trafia na listę moich ulubionych autorów.

09/10
Ja anielica,  Katarzyna Berenika Miszczuk, WAB, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 4 października 2011

Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Witamy w Los Diablos


Dwa światy jedna miłość. Czy to możliwe? A i owszem. Jeśli posiadasz iskrę bożą wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.

 
Ja, Wiktoria Biankowska ( zwana dalej Potępioną ),
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy
.”

Nie będę owijać w bawełnę. „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk to chyba jedna z najfajniejszych polskich współczesnych powieści jaką do tej pory czytałam.

Bohaterowie? W rolach głównych: Piękna Wiktoria, ciapowaty, ale podobno przystojny, śmiertelnik Piotr i bosko (wróć, diabelnie) seksowny Beleth, Lucyfer, bezpłciowa (dosłownie) Śmierć, egoistyczna Kleopatra i Azazel z przerośniętym ego bez którego połowa rzeczy w Piekle by się nie wydarzyła. W pozostałych rolach, czyli kto zamieszkuje piekiełko: Napoleon, Marylin Monroe, Elvis Presley, caryca Katarzyna II, król Artur, Jim Morrison, Kurt Cobain i inni.
Miejsce akcji: dość ponure miasto Warszawa oraz piękna i malownicza Niższa Arkadia zwana potocznie Piekłem.

Ciekawie, prawda? Mi też się spodobało. Od pierwszej strony co zdarza się niezwykle rzadko. Książka „Ja, diablica” opowiada o losach Wiki, która zginęła w dziwnych okolicznościach i trafiła do piekła zostając etatową Diablicą. Teoretycznie do jej zadań ma należeć rekrutowanie dusz, w praktyce Wiktoria dużo się nie napracuje. O wiele więcej czasu zajmie jej zgłębianie tajemnicy swojej śmierci, usiłowanie zdobycia miłości swojego życia Piotra i wpadanie w tarapaty z Belethem i Azazelem. Sam proces zostania Diablicą też jest trochę tajemniczy, bowiem okazuje się, że Wiktoria zginąć nie miała, a ponieważ posiada tak zwaną iskrę bożą, nie powinna, dla bezpieczeństwa własnego i innych, dostać również mocy Diablicy. Co się stało? Nie zdradzę już ani jednej informacji. Ta książka jest zbyt fajna, aby robić spoilery, a każde kolejne zdanie potraktowałabym osobiście jako psucie naprawę dobrej zabawy.

Katarzynę Berenikę Miszczuk od większości polskich współczesnych pisarzy odróżnia jedno. Dziewczyna naprawdę potrafi pisać i ma pomysły. Nie dopisuje kolejnych zdań na siłę starając się wyrobić określoną objętość, nie wciska czytelnikowi ckliwych historii rodem z romansideł. Jej styl jest świeży i wciągający. Bohaterowie nie są jedynie kalkami z innych książek lub seriali. Ona wymyśliła wszystko naprawdę. Od bohaterów, których wielu pisarzy może jej zazdrościć, aż po mechanizmy rządzące w Niższej Arkadii. Brakowało mi tylko jednego. Dodatkowych 252 stron, co dałoby 666 diabelsko interesujących stronic.

Dla mnie „Ja, diablica” to strzał w dziesiątkę. Gdyby tylko było więcej takich książek…

10/10

Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk, Wab, 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 20 września 2011

Bear Grylls, Wilczy szlak - Niesamowita przygoda na Alasce

Do tej pory Bear Grylls kojarzył mi się tylko z jedzeniem robaków i pokazywaniem, jak za pomocą scyzoryka przeżyć w każdym miejscu na globie. A tu taki talent pisarski!

Gdy chciałam sięgnąć po „Wilczy szlak”, myślałam, że dowiem się, jak przeżyć w dziczy, w której czają się wilki, że będzie to spowiedź z jakiejś wyprawy podróżnika przedstawiona tak, aby zrozumieli ją gimnazjaliści. Nic bardziej mylnego. Bear Grylls stworzył niesamowitą powieść przygodową, która wciąga jak dzika przyroda Alaski.

Głównym bohaterem „Wilczego szlaku” jest Beck, zaradny chłopiec, którego rodzina od małego lubiła podróżować i nauczyła go, jak przeżyć w każdych warunkach. Gdy Beck wraz ze swoim wujkiem i kolegą Tikaanim leci do małej wioski na Alasce, ich samolot niespodziewanie spada. Pilot umiera, a ukochany wujek Al (i jedyna bliska Beckowi osoba) jest ciężko ranny. Na domiar złego okazuje się, że data ich przybycia była trzymana w tajemnicy ze względu na film, który miał kręcić Al. Beck, chociaż jest jeszcze dzieckiem, musi z minuty na minutę stać się prawdziwym mężczyzną. Tylko od niego zależy, czy przeżyją. Musi jak najszybciej sprowadzić pomoc. Nie mając innego wyjścia chłopcy zostawiają mężczyznę w bezpiecznym miejscu i rozpoczynają niebezpieczną wędrówkę do rodzinnej wioski Tikaani’ego.

Po drodze czeka ich wszystko, czego można się spodziewać i czego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Chodzenie po zamarzniętych jeziorach, szukanie przełęczy, bliskie spotkania z niedźwiedziami, codzienne poszukiwanie jedzenia. Teoretycznie, chłopcy nie powinni mieć szans na przeżycie. Okazuje się, że inteligencja, determinacja i „doświadczenie” zdobywane latami będą na wagę złota.

Tak jak wspominałam wcześniej, nie spodziewałam się po autorze tak fajnej książki przygodowej. Przypomniała mi ona książki ojca, które czytałam w dzieciństwie. Nie ma w niej Ufo, wampirów, bohaterów z ponadludzkimi siłami. Nie znajdziecie w niej również udziwnień, przygód rodem z Bonda i techniki z kosmosu. To klasyczna, naprawdę dobra książka przygodowa idealna zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Pokazuje, na jak mało przydadzą się nam komórki i GPS’y w starciu z prawdziwą naturą. Jak wiele zależy od hartu naszego ducha, determinacji, od tego czy odróżniamy północ od południa. Mnie ta książka uświadomiła, że nie miałabym najmniejszych szans na przeżycie choćby doby na Alasce.

W XXI wieku zatraciliśmy wiele zdolności. Nie znamy się na jadalnych roślinach, nie rozpoznajemy grzybów, bez GPS’a nie mamy pojęcia, gdzie północ, a gdzie zachód. Dzięki wszystkim dostępnym udoskonaleniom świata nie znamy rzeczy i prawd, które dla naszych dziadków były oczywiste. Myślę, że właśnie to, oprócz pokazania czytelnikowi piękna i niebezpieczeństw dzikiej przyrody, chciał nam przekazać Bear Grylls. Abyśmy nie zatracili zdolności, które człowiek posiada od zarania dziejów.

09/10

Bear Grylls, Wilczy szlak, Pascal, 2011

recenzja opublikowana na stronie dlalejdis.pl