Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 sierpnia 2012
Pogoń za duchami Tatiana Polakowa
Z książką Tatiany Polakowej zetknęłam się po raz pierwszy. Słyszałam o niej wcześniej, ale jakoś nie miałam okazji. Okazja na szczęście się trafiła. Jeśli dobrze policzyłam, Pogoń za duchami, to 10 książka pisarki wydana w Polsce (Polakowa wydała łącznie 22 książki, więc jak na polskie realia i tak mamy szczęście).
Głównymi bohaterkami książki Pogoń za duchami są Anfisa, pisarka specjalizująca się w kryminałach oraz dziennikarka Żenia. Któregoś pięknego dnia Żenia dostaje ciekawą propozycję od tajemniczego mężczyzny. Ma, jak mniemam jako ghostwriter, napisać jego autobiografię. Aby praca przebiegała sprawniej dostaje zaproszenie na piękną wyspę położoną na jeziorze Ładoga. Aby połączyć pożyteczne z przyjemnym Żenia zaprasza na wyprawę Anfisę.
Od samego początku wyprawa idzie jak po grudzie. W Petersburgu zostaje skradziony samochód Anfisy, tajemniczy mężczyzna budzi w Anfisie podejrzenia i strach. Najgorsze jest jednak przed nimi. Już od początku pobytu dziewczynom wszystko coraz mniej się podoba. "Pracodawcę" Żeni, Lwa Nikołajewicza, otacza jakaś tajemnica. Towarzyszy mu dość dziwna Olimpiada Nikołajewna, jego dawna opiekunka oraz niemniej dziwni mężczyźni: Mścisław- adwokat, Oleg- biznesowy partner oraz Rusłan- stary przyjaciel. Zapomniałabym na śmierć. Lew Nikołajewicz mieszka w zamku. Prawdziwym wielkim zamczysku na prawie opuszczonej wyspie...
Na zamku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Dziewczyny słyszą jęki, towarzysze Lwa zachowują się bardzo podejrzanie, a Olimpia... w każdym razie z godziny na godzinę zaczyna być coraz bardziej niebezpiecznie. Może gdyby przyjaciółki nie miały skłonności do pakowania się w kłopoty, wszystko byłoby w porządku. One jednak zaczynają prowadzić śledztwo. Kim jest tajemniczy Lew i jego świta? Co się stało w zamku i czy dziewczynom coś grozi?
Moje pierwsze wrażenie? NUUUDA. Nic się nie dzieje. To przecież jakaś obyczajówka, a nie kryminał. I co ma być sławna rosyjska pisarka? "Ło borze". 20 strona, nic się nie dzieje. 30 strona, przyjaciółki prowadzą śledztwo, ale gdzie są trupy! Przecież to kryminał, tam mają być trupy!!!
A potem sobie uzmysłowiłam, że aby był kryminał, śledztwo i ciekawe zwroty akcji, sceny nie muszą wyglądać jak w Teksańskiej masakrze. Zaczęłam doceniać, przestałam się denerwować i oczekiwać w napięciu na umarlaka. Doszłam do wniosku, że to książka bardziej w stylu Agaty Christie. Trzeba trochę pomyśleć, nie trupy są najważniejsze. A i trupy będą, wierzcie mi. Będzie i to dużo :))) (jupi!)
Po przemyśleniu wszystkiego dochodzę do wniosku, że wiem, dlaczego Tatiana Polakowa jest taka popularna. Ona jest świetna. Nie sztuką jest wrzucenie kilku trupów na początku książki i krążenie wokół nich jak sęp. Sztuką jest napisać ciekawą historię, a historia Polakowej, gdy nie myślało się ciągle o mającym nastąpić morderstwie, była naprawdę bardzo fajna. A to, że musiałam rozpocząć czytanie od początku, aby mieć inne nastawienie, to się wytnie.
Pogoń za duchami jest interesującą, trochę humorystyczną książką idealną na wakacje. Tło bardzo ciekawe, bohaterowie wyraziści i z charakterem, zwroty akcji. Czegóż więcej chcieć? Mam szczerą nadzieję, że niedługo będę miała okazję przeczytać kolejną książkę Polakowej. Naprawdę warto. Nie nastawiajcie się tylko na morderstwo na 3 stronie :)
09/10
Tatiana Polakowa, Pogoń za duchami, Świat książki, 2012
za książkę dziękuję wydawnictwu
Etykiety:
09/10,
2012,
agata christie,
kryminał,
książka,
literatura,
morderstwo,
opinia,
Pogoń za duchami,
recenzja,
rosja,
Świat książki,
Tatiana Polakowa,
trup,
weltbild
niedziela, 8 lipca 2012
Za wszystko trzeba płacić Aleksandra Marinina
Wszystko co dobre kiedyś się kończy, a za swoje długi kiedyś trzeba zapłacić.
Po raz kolejny miałam przyjemność przeczytać świetny kryminał. Po raz kolejny dzięki Aleksandrze Marininej. Z jednej strony cieszę się, że kolejne książki tej autorki są tłumaczone na polski, z drugiej żałuję, że z takim opóźnieniem. „Za wszystko trzeba płacić” to 11 książka Marininy, a pisarka napisała ich już 35. Mamy więc trochę do nadrobienia, ale na dobrą literaturę warto czekać…
Tym razem wszystko idzie nie tak. Anastazję nawiedza przeszłość w postaci Denisowa, mafioza, z którym policjantka współpracowała w jednej z wcześniejszych książek (a właściwie w dwóch). Jakiś czas wcześniej poprosiła ona Denisowa o pomoc w rozwiązaniu jednego ze swoich śledztw- zginął wtedy jego pasierb i Nastia miała świadomość, że ma wielki dług u Denisowa. Nadeszła pora by go spłacić. Teraz to on potrzebuje jej pomocy w odnalezieniu zabójcy jego eks-kochanki…. ale od początku…
Pewien człowiek, Lebiedew, wynalazł preparat poprawiający w znacznym stopniu aktywność intelektualną. Po jego śmierci wszystkie papiery otrzymała jego żona, która postanowiła ułożyć sobie życie od nowa i wyjechać do Austrii. O tajnych notatkach marzy jednak para lekarzy- Aleksander Borodankow i jego żona Olga, którzy w swoim tajnym labolatorum prowadzą bezskuteczne próby odtworzenia preparatu wartego miliony. Ponieważ im się to nie udaje, Olga postanawia z pomocą swojego przyjaciela odzyskać papiery. Podczas próby ich przejęcia ginie nie tylko wdowa po Lebiediewie lecz również przypadkowa kobieta. To właśnie ona jest „główną postacią” książki. To ona jest punktem zapalnym całej historii. Okazuje się bowiem, że była to żona przyjaciela Denisowa, a jednocześnie jego była kochanka. Mafiozo obiecuje swojemu przyjacielowi pomoc w znalezieniu mordercy i postanawia zwrócić się w ten sprawie do Kamieńskiej.
Gdyby tylko pomoc Denisowowi była jedynym problemem pani major. Niestety. Jakby mało jej było kłopotów, zostaje oskarżona o granie na dwie strony, sama zaś podejrzewa o to Denisowa. Jak to rozegrać? Jak sprawić by wilk był syty, a owca cała?
Zakręcone? Będzie jeszcze bardziej, ale naprawdę warto przeczytać. Za wszystko trzeba płacić to chyba najbardziej skomplikowana książka rosyjskiej autorki. Pełno w niej splotów przypadków oraz wypływających spraw z przeszłości. W książce występuje tylu bohaterów, że bardzo trudno się pogubić. Najciekawsze jest jednak to, że bohaterowie, którzy teoretycznie nie mają żadnego wpływu na głównych bohaterów jednym swoim słowem lub czynem potrafią zmienić całą fabułę.
W książce nie podobało mi się jedynie zakończenie. Po tak wspaniałej lekturze pełnej zwrotów akcji, wciągającej historii rozwiązanie wszystkich łamigłówek następuje pod sam koniec książki. Prawie wszytkich łamigłównek na raz. Jakby autorkę ktoś popędzał. Oprócz tej małej rysy, książka jest genialna.
Osobom, które nigdy nie czytały książek Aleksandry Marininej radzę zacząć od początku serii ponieważ, z racji tego, że to już 11 książka autorki dostępna w Polsce, czytelnik rozpoczynający przygodę z Kamieńską od tej pozycji może mieć problemy ze zrozumieniem różnych spraw. Autorka bowiem ciągnie niektóre wątki przez wiele tomów. I chwała jej za to, bo przynajmniej wiem, że Nastia jest postacią posiadającą historię.
Jednym słowem: polecam
10/10
Aleksandra Marinina, Za wszystko trzeba płacić, WAB, 2012
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
czwartek, 5 lipca 2012
T Wiktor Pielewin
Podobno Wiktor Pielewin to Ktoś. Przez duże K. Podobno pisarz bardzo dobry, poczytny i doceniany. Podobno, bo chociaż wiele książek z literatury rosyjskiej przeczytałam, to na Pielewina nigdy wcześniej się nie natknęłam
Przenieście się na chwilę do początku XX wieku i poznajcie hrabiego T. Chyba XX, bo tak naprawdę hrabia mógłby żyć w dowolnie wybranym okresie.
T wyrusza na poszukiwania Pustelni Optyńskiej. Ma jedna duże problemy z dotarciem do niej. Może gdyby wiedział czym ona jest i gdzie się znajduje, byłoby mu łatwiej?
Tylko takie opowiedzenie książki ma dla mnie sens (może tłumacząc jeszcze, że Pustelnia Optyńska pochodzi z książki Bracia Karamazow Dostojewskiego). Każda następna strona książki sprawia, że czujemy się jak Alicja w Krainie czarów, Thomas Anderson w Matrixie albo Jake Epping po przeniesieniu się do ’63 roku.
Nikt tak naprawdę nie wie, kim jest hrabia T. Nawet sam T. Coś mu podpowiada, że powinien wyruszyć do Pustelni, więc wyrusza. Jednak komuś kompletnie to nie odpowiada, więc pod różnymi postaciami postanawia go zabić. Co jakiś czas T spotyka „Boga”, który opowiada mu o sobie, o nim, o świecie- opowiada jednak tak, że zarówno główny bohater jak i czytelnik mają coraz większy mętlik w głowie. T niczym V może być każdym. Szlachetnym hrabią broniącym ludu, szarlatanem wyklętym przez cerkiew, mistrzem tajemniczej walki zwanej NZP, co oznacza niesprzeciwianie się złu przemocą. Może być bohaterem książki, gry… może być tym, kim chcecie, albo kim chce tajemniczy autor, a raczej autorzy. Bo okazuje się, że „Bóg” jest jednym z autorów, którzy na gorąco wymyślają kolejne stronnice historii T. Jeden odpowiada za erotyzm, inny za przygody, jeszcze inny za coś tam jeszcze. Ogólnie rzecz biorąc T jest zbiorem pomysłów grupy ludzi która nawet za sobą nie przepada.
[…]
Czy hrabia dowie się kim jest i dotrze do upragnionego miejsca? Sprawdźcie. Może nie zgubicie się w książce i nadążycie za bohaterem?
Ja chyba nie nadążyłam. Z Dostojewskim miałam do czynienia, z Tołstojem również, a miałam duży problem z połączeniem fantastyki z mistycyzmem, kultury popularnej ze stylizacją na stare dobre czasy. Zabierałam się do niej dwa razy, udało mi się przeczytać, ale z dużymi przerwami. Książka jest bardzo ciekawa, ale trzeba na nią poświęcić trochę czasu. Nie dlatego, że 400 stron, ale dlatego, że jest wymagająca.
Nie powiem, coś w Pielewinie jest. Autor ma bardzo interesujący styl, potrafi łączyć różne epoki nie nudząc przy tym czytelnika. Jest jednak pewien problem- trzeba wiedzieć, z czym to się je. Bez znajomości, choćby pobieżnej, literatury i kultury rosyjskiej można mieć problem.
Polecam wszystkim kochającym wyzwania.
pozostawiam bez oceny
Wiktor Pielewin, T, WAB, 2012
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
czwartek, 28 czerwca 2012
Putin człowiek bez twarzy Masha Gessen
Władimir Putin- któż go nie zna. Prawnik,polityk, były funkcjonariusz KGB, szef FSB. Działacz polityczny, pracownik administracji itd. Prezydent od 12 lat... a ilu ludzi tyle o nim opinii- jedni go kochają, drudzy nienawidzą.
A co na jego temat sądzi autorka książki "Putin. Człowiek bez twarzy" Masha Gessen? Nie lubi go. Chociaż nie lubi, to mało powiedziane. Autorka go nienawidzi -można to wyczytać już na pierwszych stronach książki. "Biografia" prezydenta mogłaby według mnie spokojnie służyć za akt oskarżenia. Masha Gessen opisuje wszystkie niedobre działania Putina (albo i nie jego). Jedno jest pewne. Papier wszystko zniesie. Putin manipuluje- a pokaże mi ktoś polityka, który nie manipuluje ludźmi? Wiem, że Władimir Putin święty nie jest, nawet się na takiego nie kreuje. Nie jest też zbyt towarzyski, a ja jego temat wiadomo niewiele- tylko tyle na ile on sam pozwoli. Putin okrutny niczym Iwan Groźny- przecież każdy wie, że był on funkcjonariuszem KGB. Każdy, kto ma choć blade pojęcie o służbach specjalnych wie i nie trzeba mu tego mówić, że tacy ludzie nie chodzą po ulicy i nie rozdają cukierków. Putin idzie po trupach do celu- zapewne tak. Ale przecież on i tak nie kreuje się na kryształowego człowieka, zresztą w czasach, gdy to robił istniała zasada Ty albo Ciebie. Nie bądźmy naiwni- jaki koń jest każdy widzi. Niczym niewyróżniający się polityk dzięki znajomościom i "temu czemuś" pnie się po szczeblach władzy. Nie wychyla się, nie prosi- wykonuje swoją robotę i jest pod ręką. Doszedł na szczyt i tego szczytu się trzyma. Całkiem nieźle mu to wychodzi biorąc pod uwagę, że ostatnie wybory również wygrał (uczciwie czy nie to już inna opowieść). Że jest szarą eminencją i nawet gdy nie rządzi to rządzi też każdy wie. Moim zdaniem rządzi całkiem nieźle, bo myśląc o tym, jak Rosja wygląda, sądzę, że nie wygląda najgorzej. Spotkałam się z opiniami o tym, jaki to Putin be, bo Rosja wygląda tak, jak wygląda. Bezrobocie? Kiepska opieka medyczna? A u nas to co? Kraj mlekiem i miodem płynący? Byłam tam, na własne oczy widziałam- według mnie źle nie jest, a na 100% mogłoby być gorzej. Autorka, niestety, nie odkryła przede mną niczego, czego bym nie wiedziała. Nie podoba mi się natomiast ton, w którym książka jest utrzymana, a oskarżanie Putina o terroryzm... (nie powiem, też o tym kiedyś pomyślałam) bez dowodów nic nie da- pogadać może każdy. Być może ktoś mnie posądzi o bycie nieobiektywną- być może, nie mówię, że nie. W końcu kto może być obiektywny mając wyrobione już zdanie? Ci, którzy byli nastawieni negatywnie do człowieka tylko się w swoich przekonaniach utwierdzili. A inni? Gdyby książka miała sprawić, że na Kremlu zatrzęsą się mury, to myślę, że by się nie ukazała. Kto wie, może to książka napisana za pozwoleniem współczesnego cara? W końcu jeśli jest taki zły i niedobry, wie o wszystkim i wszystkimi rządzi to mógł zakończyć tworzenie książki zanim się ono na dobre zaczęło i rozprawić się ze złą dziennikarką? Może to taka "opozycja"? W końcu żeby ktoś był "za", ktoś musi być "przeciw".
Z racji tego, że książka sama w sobie jest ciekawa, ale nie podoba mi się podejście do tematu autorki- pozostawiam ją bez oceny.
Putin człowiek bez twarzy, Masha Gessen, Prószyński, 2012
recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl
A co na jego temat sądzi autorka książki "Putin. Człowiek bez twarzy" Masha Gessen? Nie lubi go. Chociaż nie lubi, to mało powiedziane. Autorka go nienawidzi -można to wyczytać już na pierwszych stronach książki. "Biografia" prezydenta mogłaby według mnie spokojnie służyć za akt oskarżenia. Masha Gessen opisuje wszystkie niedobre działania Putina (albo i nie jego). Jedno jest pewne. Papier wszystko zniesie. Putin manipuluje- a pokaże mi ktoś polityka, który nie manipuluje ludźmi? Wiem, że Władimir Putin święty nie jest, nawet się na takiego nie kreuje. Nie jest też zbyt towarzyski, a ja jego temat wiadomo niewiele- tylko tyle na ile on sam pozwoli. Putin okrutny niczym Iwan Groźny- przecież każdy wie, że był on funkcjonariuszem KGB. Każdy, kto ma choć blade pojęcie o służbach specjalnych wie i nie trzeba mu tego mówić, że tacy ludzie nie chodzą po ulicy i nie rozdają cukierków. Putin idzie po trupach do celu- zapewne tak. Ale przecież on i tak nie kreuje się na kryształowego człowieka, zresztą w czasach, gdy to robił istniała zasada Ty albo Ciebie. Nie bądźmy naiwni- jaki koń jest każdy widzi. Niczym niewyróżniający się polityk dzięki znajomościom i "temu czemuś" pnie się po szczeblach władzy. Nie wychyla się, nie prosi- wykonuje swoją robotę i jest pod ręką. Doszedł na szczyt i tego szczytu się trzyma. Całkiem nieźle mu to wychodzi biorąc pod uwagę, że ostatnie wybory również wygrał (uczciwie czy nie to już inna opowieść). Że jest szarą eminencją i nawet gdy nie rządzi to rządzi też każdy wie. Moim zdaniem rządzi całkiem nieźle, bo myśląc o tym, jak Rosja wygląda, sądzę, że nie wygląda najgorzej. Spotkałam się z opiniami o tym, jaki to Putin be, bo Rosja wygląda tak, jak wygląda. Bezrobocie? Kiepska opieka medyczna? A u nas to co? Kraj mlekiem i miodem płynący? Byłam tam, na własne oczy widziałam- według mnie źle nie jest, a na 100% mogłoby być gorzej. Autorka, niestety, nie odkryła przede mną niczego, czego bym nie wiedziała. Nie podoba mi się natomiast ton, w którym książka jest utrzymana, a oskarżanie Putina o terroryzm... (nie powiem, też o tym kiedyś pomyślałam) bez dowodów nic nie da- pogadać może każdy. Być może ktoś mnie posądzi o bycie nieobiektywną- być może, nie mówię, że nie. W końcu kto może być obiektywny mając wyrobione już zdanie? Ci, którzy byli nastawieni negatywnie do człowieka tylko się w swoich przekonaniach utwierdzili. A inni? Gdyby książka miała sprawić, że na Kremlu zatrzęsą się mury, to myślę, że by się nie ukazała. Kto wie, może to książka napisana za pozwoleniem współczesnego cara? W końcu jeśli jest taki zły i niedobry, wie o wszystkim i wszystkimi rządzi to mógł zakończyć tworzenie książki zanim się ono na dobre zaczęło i rozprawić się ze złą dziennikarką? Może to taka "opozycja"? W końcu żeby ktoś był "za", ktoś musi być "przeciw".
Z racji tego, że książka sama w sobie jest ciekawa, ale nie podoba mi się podejście do tematu autorki- pozostawiam ją bez oceny.
Putin człowiek bez twarzy, Masha Gessen, Prószyński, 2012
recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl
piątek, 9 marca 2012
Po Syberii Colin Thubron
Syberia- bezkresna kraina geograficzna leżąca na terenie Rosji. Gdzie nie pojedziesz, tam Syberia. Począwszy od Uralu na zachodzie i Oceanu Arktycznego na północy, aż do Oceanu Spokojnego na wschodzie i Kazachstanu na południu.
Syberia to naprawdę bezkresny obszar. Nie tylko pod względem geograficznym ale też kulturowym, ludności, krajobrazu. Tam jest wszystko są wszyscy: Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini, Tatarzy, Kazachowie i Czuwasze, Buriaci, Jakuci i Polacy. Na Syberii stare współżyje z młodym. Dosłownie i w przenośni. Choćby patrząc politycznie: stary system niby umarł i nastał nowy, chociaż tak naprawdę to współistnieją obok siebie. I nie chodzi mi tu o Putina i Jelcyna jako nowe i stare lecz o ostatniego cara, Lenina i Stalina. Zresztą Putina jako prezydenta tam jeszcze nie ma, bo, jeśli dobrze zrozumiałam, podróż Collina Thubrona miała miejsce pod koniec lat 90tych. Może to i lepiej, bo ludność Syberii chyba źle znosi zmiany.
Autor zabiera czytelników na niesamowitą wycieczkę po calutkiej prawie krainie Od Jekaterynburga poprzez Tobolsk do Worokut, Omsk, Nowosybirsk i Krasnojarsk, po Nerczyńsk, Ałbazin, Chabarowsk do Jakucka i na Magadan. Muszę się przyznać, że po raz pierwszy czytałam książkę jakieś 2- 3 miesiące. Nie pamiętam nawet ile dokładnie. Broń Boże nie dla tego, że książka jest zła lub że trudno ją się czyta. Czyta się ją świetnie, ale ja potrzebowałam dużych przerw pomiędzy kolejnymi powrotami do kraju, który fascynuje mnie od dzieciństwa. Przerw na przemyślenia, pławienie się w tym, co przeczytałam. Największą przyjemność sprawiało mi powracanie do lektury, przeskakiwanie o kilka rozdziałów, powroty i znów znajdywanie ciekawych ustępów. Książki nie czytałam od początku do końca. Być może nawet pominęłam jakieś fragmenty, ale na 100% wrócę jeszcze kiedyś do lektury- wtedy je nadrobię.
Książki Po Syberii opowiedzieć się nie da, bo i nie ma po co. Wsiadł chłop do auta i pojechał zobaczyć jakieś zamknięte kopalnie? Autor był zafascynowany widokami z pociągu podczas podróży koleją transsyberyjską podczas gdy jego sąsiad nudził się jak mops? To nie ma najmniejszego sensu. Lepiej skupić się na ludziach, bo to oni, mali bohaterowie chwili są według mnie najważniejsi w tej lekturze. Uwierzyłbyś, gdyby ktoś Ci powiedział, że kobieta, która spędziła wiele lat w obozie pracy w myśl słów „dajcie mi człowieka paragraf zawsze się znajdzie” nie będzie miała żalu do swoich oprawców i do państwa? Autorowi też się to w głowie nie mieści. Czy wiecie, że wiele osób uważa Romanowów za prawdziwych świętych i że modli się do nich o lepszą Rosję? Czy przyszłoby Ci do głowy, że stare babinki jadące w odświętnych strojach do Chramu/klasztoru po świętą wodę będzie wskakiwać prawie jak Pan Bóg stworzył do rzeczki aby zanurkować w uzdrawiającej wodzie? Nie śniło się to mi, ani autorowi. Byliśmy tak samo zaskoczeni, a Syberia skrywa takich ludzi i wydarzeń setki, tysiące, miliony.
Dla takich chwil i bohaterów warto czytać tę książkę powoli, na raty, z przyjemnością. Czytać jak pamiętnik prababci znaleziony na strychu, jak listy najlepszego przyjaciela z podróży. Książka po Syberii była dla mnie właśnie takimi listami od przyjaciela. Z każdego z nich dowiadywałam się nowych rzeczy o nowym miejscu na świecie, miejscu i ludziach, których zapewnie nigdy nie zobaczę, nigdy nie poznam.
Książka ta jest dla mnie wartościowa również z powodu przemijania. Syberia, ostatnia ostoja starej wiary, starej kultury, ludzi, którzy pamiętają to, czego nikt już nie pamięta lub pamiętać nie chce- istnieją. Istnieją tam, oddaleni od nad o tysiące kilometrów. Nic nie jest w stanie ich zniszczyć. Ani mijający czas, ani zmieniające się otoczenie. Z jednej strony jest to piękne, z drugiej przerażające. Przecież dzisiaj, gdy czytamy tę książkę, może ich już nie być. Może nie być kobiety, która przeżyła pracę ponad ludzkie siły i nie miała tego za złe nikomu. Może nie być już kobiety, która święcie wierzy, że rodzina carska sprawi, że Rosja będzie lepszym miejscem. Książka Po Syberii zatrzymała tych ludzi. Nawet, gdy nie będzie ich już pośród nas, nadal będą istnieć na kartkach papieru. Ktoś o nich przeczyta za kilka dni, ktoś za kilka miesięcy, ktoś za kilka lat. A pamięć o nich, o tych ludziach, miejscach i wydarzeniach będzie trwać.
Tę książkę warto przeczytać. A jeśli interesujesz się tamtymi stronami, Po Syberii jest Twoją książką „must have”.
10/10
Po Syberii, Colin Thubron, Czarne, 2011
wtorek, 3 stycznia 2012
Czas zmierzchu Dmitry Glukhovsky
Zachłysnęłam się moim szczęściem, zanim na dobre otworzyłam książkę, że będę miała okazję przeczytać książkę rosyjskiego Dana Browna. O jego poprzedniej książce Metro 2033 tyle dobrego czytałam.
Mam nauczkę raz na zawsze. Nie oceniać książki po okładce, a autora po jego poprzednim sukcesie.
Współczesna Moskwa. Tłumaczowi średniego kalibru udaje się przeżyć od pierwszego do pierwszego dzięki tłumaczeniom instrukcji obsługi i temu podobnych tekstów. Gdy dostaje propozycję przetłumaczenia dziwnego starego dokumentu za potrójną stawkę, bierze zlecenie, chociaż nie za bardzo zna język, w którym napisany jest dokument. Początkowo idzie mu bardzo opornie. Powoli przebija się przez zagmatwane linijki ze słownikiem w ręku, a czytelnik mozolnie czyta powstający tekst razem z nim. Okazuje się, że jest to dziennik z wyprawy konkwistadorów na Jukatan w poszukiwaniu nieokreślonych świętych tekstów Majów. Główny bohater zaczyna żyć drugim życiem. Nie może się doczekać kolejnych części zlecenia, aby znów zagłębić się w fascynujący świat. Z tajemniczym tłumaczeniem wiążą się jednak pewne… tajemnice i kłopoty. Osoby, które miały z nim do czynienia znikają w tajemniczych okolicznościach. Czy tłumaczowi grozi niebezpieczeństwo? Na pewno grozi mu choroba psychiczna. Życie bohaterów dziennika zaczyna mieszać mu się z jego życiem. Jeden świat przenika drugi…
Coś, co miało sprawić mi wielką przyjemność, sprawiło mi wielki problem. Chyba pierwszy raz w życiu modliłam się, aby książka się skończyła. Akcja, która miała być ciekawa i wartka była nudna i płytka. Nie działo się nic. Na domiar złego XVI dziennik przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Każdy akapit dziennika zaczynał się od „iż” co sprawiało, że czyta się to koszmarnie. Sam bohater to zauważył. Bohater nieciekawy, fabuła rodem z „Mody na sukces”, strony, które ciągną się w nieskończoność. Po raz pierwszy miałam ochotę utopić książkę, wykląć autora i popełnić rytualne samobójstwo. A stron do przeczytania nie ubywało.
W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać, ale to, co wycierpiałam na początku sprawiło, że przestało mnie to obchodzić. Dobrnąć do końca. Tylko tyle. Co z tego, że autor faktycznie ma talent, skoro szansa na przejście przed pierwszą, koszmarnie nudną, część książki, jest jak szansa na trafienie czwórki w totka?
Nie przeczę, Dmirty Glukhovsky jest autorem ciekawym. Jestem pewna, że gdy wrócę do jego poprzedniej książki, „Metro” będę zachwycona. Co nie zmienia faktu, że za bardzo mnie zmęczył, abym mogła pozytywnie ocenić „Czas zmierzchu”. To książka dla wytrawnych czytelników, takich, którzy docenią zabiegi autora. Boję się jednak, że Dmirty Glukhovsky przecenił przeciętnego czytelnika, który nie chce być zanudzany na śmierć w oczekiwaniu na zwrot akcji. Albo przecenił czytelników, albo za bardzo przesadził i się nie zorientował.
05/10
Czas zmierzchu, Dmitry Glukhovsky, Insignis, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Mam nauczkę raz na zawsze. Nie oceniać książki po okładce, a autora po jego poprzednim sukcesie.
Współczesna Moskwa. Tłumaczowi średniego kalibru udaje się przeżyć od pierwszego do pierwszego dzięki tłumaczeniom instrukcji obsługi i temu podobnych tekstów. Gdy dostaje propozycję przetłumaczenia dziwnego starego dokumentu za potrójną stawkę, bierze zlecenie, chociaż nie za bardzo zna język, w którym napisany jest dokument. Początkowo idzie mu bardzo opornie. Powoli przebija się przez zagmatwane linijki ze słownikiem w ręku, a czytelnik mozolnie czyta powstający tekst razem z nim. Okazuje się, że jest to dziennik z wyprawy konkwistadorów na Jukatan w poszukiwaniu nieokreślonych świętych tekstów Majów. Główny bohater zaczyna żyć drugim życiem. Nie może się doczekać kolejnych części zlecenia, aby znów zagłębić się w fascynujący świat. Z tajemniczym tłumaczeniem wiążą się jednak pewne… tajemnice i kłopoty. Osoby, które miały z nim do czynienia znikają w tajemniczych okolicznościach. Czy tłumaczowi grozi niebezpieczeństwo? Na pewno grozi mu choroba psychiczna. Życie bohaterów dziennika zaczyna mieszać mu się z jego życiem. Jeden świat przenika drugi…
Coś, co miało sprawić mi wielką przyjemność, sprawiło mi wielki problem. Chyba pierwszy raz w życiu modliłam się, aby książka się skończyła. Akcja, która miała być ciekawa i wartka była nudna i płytka. Nie działo się nic. Na domiar złego XVI dziennik przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Każdy akapit dziennika zaczynał się od „iż” co sprawiało, że czyta się to koszmarnie. Sam bohater to zauważył. Bohater nieciekawy, fabuła rodem z „Mody na sukces”, strony, które ciągną się w nieskończoność. Po raz pierwszy miałam ochotę utopić książkę, wykląć autora i popełnić rytualne samobójstwo. A stron do przeczytania nie ubywało.
W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać, ale to, co wycierpiałam na początku sprawiło, że przestało mnie to obchodzić. Dobrnąć do końca. Tylko tyle. Co z tego, że autor faktycznie ma talent, skoro szansa na przejście przed pierwszą, koszmarnie nudną, część książki, jest jak szansa na trafienie czwórki w totka?
Nie przeczę, Dmirty Glukhovsky jest autorem ciekawym. Jestem pewna, że gdy wrócę do jego poprzedniej książki, „Metro” będę zachwycona. Co nie zmienia faktu, że za bardzo mnie zmęczył, abym mogła pozytywnie ocenić „Czas zmierzchu”. To książka dla wytrawnych czytelników, takich, którzy docenią zabiegi autora. Boję się jednak, że Dmirty Glukhovsky przecenił przeciętnego czytelnika, który nie chce być zanudzany na śmierć w oczekiwaniu na zwrot akcji. Albo przecenił czytelników, albo za bardzo przesadził i się nie zorientował.
05/10
Czas zmierzchu, Dmitry Glukhovsky, Insignis, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
niedziela, 13 listopada 2011
Demony Leningradu - Adam Przechrzta
My, z wojennoj razwedki…
Nie będę ukrywać. Byłam, jestem i zapewne jeszcze długo będę zachwycona książką „Demony Leningradu” Adama Przechrzty.
Leningrad ’42. Wojna niemiecko-radziecka zbiera żniwa nie tylko na polu walki. Jak to zwykle bywa, najbardziej obrywają ci, którzy nie są niczemu winni- zwykli mieszkańcy miast. W Leningradzie głód, smród, ubóstwo. Każdy radzi sobie jak tylko może. Ulice ściele trup, a ludzie ratują się przed śmiercią jak tylko mogą- często wódką i gulaszem z „ludziny”. Wprawdzie kanibalizm jest zakazany, ale nawet oficerowie NKWD nie mają lekko. Każdy orze jak może.
Do miasta przybywa major GRU - Razumowski. Ma za zadanie odnaleźć i zlikwidować przywódcę sekty antropofagów, grupy kanibali, którzy znani są jako Doskonali. Nie imają się ich kule, nie zabija ich mróz. Nikt nie wie, jak wyglądają. Sytuację pogarsza fakt, że oprócz demonicznego Breii, wynikiem śledztwa jest zainteresowany sam Stalin. Czy Razumowski i jego wojennaja razwiedka rozwiążą sprawę zanim Stalin straci cierpliwość? Gdyby i tego było mało, major GRU musi toczyć nieustanną walkę z NKWD. Na szczęście po swojej stronie ma wiernych jak sabaki ludzi, którzy dla niego są w stanie zrobić wszystko.
Książka dzieli się tak de facto na dwie części. Tę, w której akcja dzieje się na ulicach Leningradu i tę, gdzie major Razumowski przenosi się do Moskwy. I tu i tu nie zabraknie głównym bohaterom przygód i problemów. Czy ktoś wyjdzie z tego cało? To nie romansidło. Tu nie ma miejsca na happy end, piękny zachód słońca i parę kochanków trzymającą się za ręce. Tu trzeba walczyć i przetrwać lub zginąć. A sytuacji do zejścia z tego świata będzie naprawdę wiele.
Chętnie zdradziłabym więcej o treści książki, ale boję się, że każdy opisany przeze mnie fragment będzie spoilerem, a tego bym nie chciała, bowiem „Demony Leningradu” zasługują na to, aby móc zaskakiwać czytelnika cały czas. Aby was zachęcić, powiem tak: będzie miłość i śmierć, nienawiść i przyjaźń i jakiej wielu z nas marzy. Będzie Rosja taką, jaką znamy z historii i taka, o jakiej pewnie nawet Stalinowi się nie śniło. Do tego cięty język, intrygi i ciekawe zwroty akcji. Prawdziwa gratka dla wielbicieli Hansa Klossa i Stirlitza, bo o takim majorze jak Razumowski powinni kręcić filmy. I byłyby to naprawdę dobre filmy.
„Demony Leningradu” trzymają w napięciu od początku do końca. Autorowi należą się brawa za kreację postaci, tło historyczne i za całokształt atmosfery Rosji. Gdyby ktoś dał mi do przeczytania książkę zaklejając przedtem nazwisko autora, w życiu bym się nie zorientowała, że tak wspaniale osadzona w rosyjskich [radzieckich] realiach książka wyszła spod pióra Polaka.
10/10
Adam Przechrzta, Demony Leningradu, Fabryka Słów, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
10/10,
2011,
Adam Przechrzta,
breia,
Demony Leningradu,
Fabryka Słów,
fantastyka,
Fantasy,
książka,
literatura polska,
nkwd,
razumowski,
recenzja,
rosja,
Sara Gruen,
stalin
niedziela, 18 września 2011
Aleksandra Marianina, Obraz pośmiertny
Tytuł najnowszej książki Aleksandry Marininy najlepiej odzwierciedla to, co recenzent stara się przekazać za pomocą tytułu. W tym wypadku szukanie słów na streszczenie książki jest całkowicie zbędne.
Dawno już nie czytałam dobrego kryminału. Kryminały czytywałam, ale żaden z nich do pięt nie dorastał książce „Obraz pośmiertny” Główną „bohaterką” książki jest młoda aktorka u szczytu kariery -Alina Waznis. Nie mająca łatwego dzieciństwa Alina ucieka z rodzinnego miasta i przenosi się do Moskwy. Zostaje aktorką i związawszy się z reżyserem po pewnym czasie zyskuje sławę. Niektórzy wróżą jej nawet światową karierę. Pod sam koniec zdjęć do najnowszego filmu mającego przynieść Alinie i jej ukochanemu reżyserowi sławę po wsze czasy Alina niespodziewanie opuszcza ziemski padół. W tym momencie wkraczają, jak zawsze specyficzna, Nastia Kamieńska oraz jej kolega Jura Korotkow.
Rozwikłanie sprawy, na pierwszy rzut oka, będzie banalnie proste. Albo Alina popełniła samobójstwo albo została zabita. W razie, gdyby Alina jedna nie popełniła samobójstwa, potencjalnych morderców w książce mamy pod dostatkiem: macocha, brat, kochanek, zazdrosna pijaczka aktorka, przyjaciel oraz demon dzieciństwa Czy jednak wszystko jest tak proste, jak się wydaje? Oczywiście, że nie. Aby znaleźć odpowiedź Nastia będzie musiała stworzyć obraz pośmiertny ofiary. Nie będzie to niestety takie łatwe, ponieważ Alina była skryta i wyalienowana. Nie miała przyjaciół, nie utrzymywała stosunków z rodziną, nawet jej ukochany bardzo mało o niej wiedział. Jak więc prześledzić całe życie denatki nie mając praktycznie nic? Dla Nastii nie ma rzeczy niemożliwych. Przecież każdy człowiek zostawia po sobie ślady, głównie nieświadomie.
„Obraz pośmiertny” to kolejna świetna książka rosyjskiej autorki Aleksandry Marininy. Nie wiem, czy nie polubiłam autorki aż tak, że nie widzę w jej pisarstwie żadnych wad, czy też faktycznie Marianina pisze tak dobrze jak mi się wydaje. Chociaż „Obraz pośmiertny” nie zawiera pościgów, mrożących krew w żyłach zwrotów akcji i nie znajdziecie tam teksów, które można cytować po wielu latach… jest w tej książce coś takiego, że nie można się od niej oderwać.
Książki Marininy mają dwa mocne, a nawet bardzo mocne punkty. Autorka świetnie potrafi kreować świat i postacie. Od pierwszej książki o przygodach Anastazji miałam już swoich ulubieńców. Każdy z bohaterów jest skonstruowany tak, że w każdej chwili można na podstawie książek nakręcić filmy, a potencjalnemu aktorowi wystarczyłoby do odegrania danej roli przeczytanie książki. Każda postać ma swój charakter, głębię, nałogi, problemy. Są jak żywe istoty, które zaczynamy darzyć uczuciami. Drugim mocnym punktem Marininy jest jej warsztat. Są napisane, według mnie, perfekcyjnie. Niejeden autor mógłby brać u niej lekcje pisarstwa. Śmiało mogę powiedzieć, że dla mnie Aleksandra Marianina jest drugą Agathą Christie.
Jeśli ktoś lubi kryminały dla inteligentnych, interesuje go nie zalewająca kartki krew, ale ogólna intryga i lubi bohaterów z głębią, to będzie książka dla niego. Obiecuję
10/10
Aleksandra Marianina, Obraz pośmiertny, wydawnictwo WAB, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
10/10,
2011,
Agatha Christie,
Aleksandra Marianina,
blog,
kryminał,
książka,
literatura,
morderstwo,
Nastia Kamieńska,
Obraz pośmiertny,
policja,
recenzja,
rosja,
WAB
środa, 13 lipca 2011
Żmijojad, Wiktor Suworow - Dobre, bo rosyjskie
Książka mrożąca krew w żyłach, wciągająca akcja, bezwzględna walka o władzę… Czy aby na pewno?
Papier zniesie wszystko. Według tego, co mamy okazję przeczytać na okładkach przeróżnych książek, każda z nich powinna zgarniać po kilka nagród na przeróżnych konkursach. Często jest tak, że jedyna akcja, strach i ciekawi bohaterowie istnieją tylko i wyłącznie w opisie pozycji. Szczęśliwie dla mnie „Żmijojad” Wiktora Suworowa spełnia swoje obietnice.
Akcja książki toczy się w Rosji w czasie sprawowania władzy przez Stalina. Kto zna choć trochę historię tego kraju wie, że władzy nigdy nie przejmowano po dobroci i po koleżeńsku. Tytułowego Żmijojada poznajemy podczas jednej z wielu prób „przyjacielskich” zmian na stanowiskach.
Główny bohater, szary, „zwykły” obserwator na dworcu kolejowym, nieoczekiwanie dostaje awans i przeniesienie na stanowisko pomocnika wykonawcy. Nikt, nawet sam zainteresowany, nie wie, dlaczego. Wkrótce okazuje się, że Żmijojad posiada umiejętności, które komuś są niezbędnie potrzebne. Główny bohater ma fotograficzną pamięć. Wie, kto, kiedy i jakim pociągiem przyjechał, jak był ubrany, co miał na sobie i jak się zachowywał. Dzięki swoim zdolnościom zostaje wciągnięty w grę, na którą niekoniecznie ma ochotę.
W tle przemyka czytelnikowi Luśka- Jolanta, dzielnicowa naganiaczka grupy zajmującej się okradaniem przyjezdnych. W tym samym czasie poznajemy głupie dziewczę, które ryzykując swoją cnotę i życie chadza codziennie na potańcówki do parku. Co łączy ze sobą te trzy, na pierwszy rzut oka zupełnie niezwiązane ze sobą, osoby? Przekonajcie się sami.
„Żmijojad” Wiktora Suworowa to faktycznie książka, w której krew się leje. Autor nie bawi się w poetyckie opisy miasta, nie marnuje cennych kartek na bezsensowne i nic nie wnoszące dialogi. Każda rzecz, każdy ruch i słowo które znalazły się na kartach powieści mają jakieś znaczenie. Przez karty książki przewijają się „zwykli” urzędnicy, pracownicy wyższego szczebla rosyjskich instytucji z którymi nie chcielibyśmy mieć do czynienia, a nawet sam wódz Stalin. Dzięki autorowi poznajemy od kuchni to, czego wiedzieć większość by nie chciała. Wiktor Suworow to pisarz ukształtowany, który wie czego chce i nie uczy się kosztem czytelników.
Kimże jest człowiek, który jest w stanie napisać tak prawdziwą książkę jak "Żmijojad" ? To były oficer armii sowieckiej i wywiadu wojskowego GRU. Autor był agentem z krwi i kości. Uciekł do Wielkiej Brytanii, za co zaocznie skazano go na karę śmierci. Pomimo rozpadu ZSRR, decyzji nie zmieniono. Być może dlatego jego książka jest taka, jaka jest. Może opowiada nam znaną sobie historię?
Jeśli interesuje Was historia Rosji, macie ochotę dowiedzieć się, jak wyglądał świat, którego nie pokazują w telewizji lub zwyczajnie lubicie książki które wciągają i są naszpikowane dobrą akcją, zaopatrzcie się w „Żmijojada” i bawcie się dobrze.
Żmijojad, Wiktor Suworow, Rebis, 2011
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
poniedziałek, 4 lipca 2011
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II - Ludzie kontra elfy
Minęło 20 lat odkąd Enrissa, Namiestniczka z prawdziwego zdarzenia, rządziła Imperium Anryjskim. Teraz jej miejsce zajęła krucha i niepewna siebie Salome Jasna zupełnie niepodobna do swojej poprzedniczki.
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.
Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?
Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.
Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.
Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.
Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.
Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć.
8/10
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.
Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?
Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.
Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.
Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.
Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.
Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć.
8/10
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Nicolas Werth, Wyspa Kanibali - Syberyjskie zezwierzęcenie
Istnieją książki i książki. Bardzo rzadko zdarzają się takie, których zrecenzować nie można. Do takich należy „Wyspa kanibali” Nicolasa Wertha opisująca głód i kanibalizm wśród ludzi wysiedlonych na Syberię w latach 30tych.
Tytułowa „Wyspa kanibali”, czyli wyspa Nazino położona na rzece Ob., stała się w latach 30tych ostatnim miejscem na Ziemi dla ponad 2 milionów osób. Chociaż, jako rusycystka, wiedziałam o masowych przesiedleniach na Syberię z rozkazu Stalina, zdawałam sobie sprawę z bardzo trudnych warunków mieszkalnych i socjalnych, które doprowadziły tysiące ludzi do kanibalizmu, nie wyobrażałam sobie, że miało to aż taką skalę, że przeraził się jej sam Stalin rozkazując zaprzestanie przesiedleń.
Początkowo wyspa Nazino miała stać się kolejną kolonią rosyjską. Syberia, wielka kraina leżała odłogiem, a mogła stać się domem i miejscem pracy dla milionów ludzi. Ponieważ na Syberię nikt z własnej woli się nie wyprowadzi, wyspę mieli zasiedlić ludzie z marginesu- rozkułaczeni i ich rodziny, osoby niezatrudnione w zakładach produkcyjnych, działające na szkodę państwa, osoby przybyłe do dużych miast bez zaproszenia (pozwolenia), uchodźcy, byli więźniowie, osoby pozbawione praw obywatelskich- istna śmietanka towarzyska. Plan zakładał przewiezienie wyżej wymienionych osób w miejsce odcięte od świata, zagospodarowanie około miliona hektarów terenów, wybudowanie wiosek pracy (wioski miały składać się ze 100 domów po 60 metrów, po 20 mieszkańców na budynek). Państwo miało zapewnić drewno, żelazo, gwoździe itd. Niestety, jak to często bywało z planami w Rosji, ktoś czegoś nie dopilnował, zapomniał, przydzielił innej osobie. W wyniku zaniedbań 2 miliony osób zostały zostawione same sobie z wielką kupą mąki na dziewiczych terenach Syberii. Nietrudno się więc dziwić temu, że ludzie przekształcili się w zwierzęta. Słabsze osobniki były przywiązywane do drzewa, obcinano im soczyste części ciała… i zjadano. Do nadzoru koloni wyznaczono małe oddziały dowódców, lekarzy. Oni jednak, oprócz zabicia części osób, nie mieli na nic wpływu. Ludźmi zawładnął zew natury. Na Syberii pozostawiono 2 miliony osób, które stały się zwierzętami walczącymi o przeżycie. „Na wyspie Nazino człowiek przestał być człowiekiem. Zamienił się w szakala”. Tak w skrócie przedstawia się historia narodzin Stalinowskiego kanibalizmu.
Książki, jak napisałam na początku, nie można zrecenzować. Bo cóż tu zrecenzować? Styl autora? Akcję? Budowanie napięcia? „Wyspa Kanibali” jest przerażającym dokumentem. Nie jestem pewna, w jaki sposób autorowi udało się napisać o wydarzeniach lat 30tych tak obszerny dokument pełen cytatów osób, które były naocznymi świadkami tamtych wydarzeń. Nie wiem również, w jaki sposób niektórzy ludzie nie zmienili się w bezlitosne zwierzęta jedzące pieczone mięso swoich sąsiadów w dosłownych tego słowa znaczeniu.
Po przeczytaniu książki nasuwa mi się jedna myśl. W jaki sposób można bez użycia siły pozbawić ludzkości tyle osób i w jaki sposób mogą potoczyć się zaniedbane przez kogoś sprawy.
8/10
Nicolas Werth, Wyspa Kanibali, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
08/10,
2011,
blog,
gułag,
historie prawdziwe,
kanibal,
książka,
literatura,
Nazino,
Nicolas Werth,
recenzje,
rosja,
syberia,
Wyspa Kanibali,
Znak
wtorek, 8 marca 2011
Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga I - Miłość, magia i polityka
Na „Namiestniczkę” czekałam z wielką niecierpliwością. Rosyjska fantastyka? Cudownie. Lecz chociaż bardzo lubię literaturę rosyjską, po rozpoczęciu lektury „Namiestniczki”, miałam mieszane uczucia. Już początek książki obfituje w olbrzymią ilość postaci i wątków, a zagłębianie się w opasłe tomisko to dopiero początek.
Główną bohaterką książki Wiery Szkolnikowej jest Enrissa, tytułowa namiestniczka imperium Anryjskiego. Enrissa jest osobą inteligentną, opanowaną i pewną siebie. Włada swoim państwem lepie niż niejeden mężczyzna, a swojego tytułu nie traktuje z przymrużeniem oka.
Aby książka zainteresowała czytelnika, życie bohaterów nie może być łatwe i piękne. Potrzebne są problemy, z którymi główny bohater, koniec końców, się upora. Co czeka naszą namiestniczkę? Nad spokojne niebo imperium nadciągają ciemne chmury. Enrissa dowiaduje się o starożytnym proroctwie, w myśl którego do imperium ma powrócić wygnaniec aby obalić kraj. Aby tego uniknąć musi, między innymi, odnaleźć Księgę, która podobno zniknęła w nieznanych okolicznościach.
Na uwagę zasługują również inne wątki, według mnie, nie mniej ważne niż główny. Podejrzane i dość specyficzne uczucia między bliźniakami Ivenną i Innuonem, pakty i gierki magów będących pomocnikami namiestniczki, próby wyswatania Innuona przez matkę, Lady Sibillę.
Gdyby „Namiestniczka” była opowieścią o samej Enrissie, nie byłoby problemu. Niestety, lub na szczęście, autorka wprowadziła tyle postaci i wątków, że chwilami nie wiem, kto jest głównym bohaterem. Namiestniczka, bliźniaki Innuon i Ivenna, Soenna, a może magowie pełniący rolę doradców? Na ośmiuset stronach wątek każdej z tych osób jest prawie tak samo ważny, jak wątek tytułowej bohaterki, co niewprawionym czytelnikom może przysporzyć sporych problemów. Autorka książki nie popisała się również tłem powieści, choć to akurat nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, bo w książkach fantasy już chyba wszystko, co mogło zostać wymyślone, już dawno zostało opisane.
„Namiestniczka” to połączenie powieści sensacyjnej, legend, baśni, miłości, wojen, polityki, magi… a wszystko to w mroźnej i śnieżnej krainie, która przywodzi mi na myśl zimową Rosję.
Pomimo zawiłości akcji, pomieszanych wątków, w których chwilami ciężko się rozeznać i ogromnej liczby bohaterów głównych i postaci pobocznych , których mogłyby pozazdrościć tasiemce, książka Wiery Szkolnikowej naprawdę mi się spodobała. I chociaż, być może, wbrew reklamie na okładce książki, nie jest to najlepsza fantastyka na świecie, z chęcią przeczytam następne księgi powieści.
Książkę polecam miłośnikom fantastyki, którzy nie zrażają się mnogością wątków i mają dobrą pamięć.
5/10
Namiestniczka księga I, Wiera Szkolnikowa, Prószyński i S-ka, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Główną bohaterką książki Wiery Szkolnikowej jest Enrissa, tytułowa namiestniczka imperium Anryjskiego. Enrissa jest osobą inteligentną, opanowaną i pewną siebie. Włada swoim państwem lepie niż niejeden mężczyzna, a swojego tytułu nie traktuje z przymrużeniem oka.
Aby książka zainteresowała czytelnika, życie bohaterów nie może być łatwe i piękne. Potrzebne są problemy, z którymi główny bohater, koniec końców, się upora. Co czeka naszą namiestniczkę? Nad spokojne niebo imperium nadciągają ciemne chmury. Enrissa dowiaduje się o starożytnym proroctwie, w myśl którego do imperium ma powrócić wygnaniec aby obalić kraj. Aby tego uniknąć musi, między innymi, odnaleźć Księgę, która podobno zniknęła w nieznanych okolicznościach.
Na uwagę zasługują również inne wątki, według mnie, nie mniej ważne niż główny. Podejrzane i dość specyficzne uczucia między bliźniakami Ivenną i Innuonem, pakty i gierki magów będących pomocnikami namiestniczki, próby wyswatania Innuona przez matkę, Lady Sibillę.
Gdyby „Namiestniczka” była opowieścią o samej Enrissie, nie byłoby problemu. Niestety, lub na szczęście, autorka wprowadziła tyle postaci i wątków, że chwilami nie wiem, kto jest głównym bohaterem. Namiestniczka, bliźniaki Innuon i Ivenna, Soenna, a może magowie pełniący rolę doradców? Na ośmiuset stronach wątek każdej z tych osób jest prawie tak samo ważny, jak wątek tytułowej bohaterki, co niewprawionym czytelnikom może przysporzyć sporych problemów. Autorka książki nie popisała się również tłem powieści, choć to akurat nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, bo w książkach fantasy już chyba wszystko, co mogło zostać wymyślone, już dawno zostało opisane.
„Namiestniczka” to połączenie powieści sensacyjnej, legend, baśni, miłości, wojen, polityki, magi… a wszystko to w mroźnej i śnieżnej krainie, która przywodzi mi na myśl zimową Rosję.
Pomimo zawiłości akcji, pomieszanych wątków, w których chwilami ciężko się rozeznać i ogromnej liczby bohaterów głównych i postaci pobocznych , których mogłyby pozazdrościć tasiemce, książka Wiery Szkolnikowej naprawdę mi się spodobała. I chociaż, być może, wbrew reklamie na okładce książki, nie jest to najlepsza fantastyka na świecie, z chęcią przeczytam następne księgi powieści.
Książkę polecam miłośnikom fantastyki, którzy nie zrażają się mnogością wątków i mają dobrą pamięć.
5/10
Namiestniczka księga I, Wiera Szkolnikowa, Prószyński i S-ka, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
05/10,
2011,
blog,
elfy,
fantastyka,
książka,
literatura,
Namiestniczka księga I,
opinie,
Prószyński i S-ka,
recenzje,
rosja,
Wiera Szkolnikowa
poniedziałek, 7 marca 2011
Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi - Nieludzka ziemia Józefa Czapskiego
Stosunki polsko- rosyjskie w sprawie Katynia były, są i będą napięte. Być może nie byłyby takie, gdyby w sprawy ludzkie nie mieszały się rządy, ustawy i raporty.
Interesuję się tematyką polsko- rosyjską i stricte rosyjską od dawna, dlatego chętnie sięgnęłam po książkę- dokument Józefa Czapskiego pt „Na nieludzkiej ziemi”.
Książka ta składa się z trzech części. Pierwsza, Wspomnienia starobielskie, objętościowo niewielka, skupia się na nazwiskach. Czapski stara się wymienić jak najwięcej osób, z którymi zetknął się w czasie obozowego życia, tworząc swoisty spis nazwisk napotkanych, lecz niezapomnianych, oddając im w ten sposób swego rodzaju hołd. Pamięć jest najważniejsza.
Część druga, Na nieludzkiej ziemi, opowiada o myślach, przeżyciach i spostrzeżeniach Czapskiego na ziemi Sowieckiej głównie w latach 1941-42, choć część ta była pisana dłużej. W tym czasie, autor był oddelegowany do grupy poszukującej polskich zaginionych oficerów. Tak, oficerów, którzy później zostali odnalezieni w Katyniu.
Część trzecia, Prawda o Katyniu, to porównanie tez niemieckich, rosyjskich i polskich dotyczących zamordowanych oficerów. To również ból związany z milczeniem i kłamstwami Francji i Anglii. Czapski bez zbędnych upiększeń opisuje, co, dokładnie stało się z naszymi oficerami, w jaki sposób zostali zamordowani.
Dzięki zapiskom Czapskiego dowiadujemy się, w jaki sposób, w jakich warunkach wywożono Polaków na wschód, jak wyglądało życie w Rosji, najpierw w rzeczywistości obozowej, gdzie pomimo nieludzkich warunków, ludzie zachowali resztki człowieczeństwa, gdzie pomimo wielkiego głodu ludzie dzielili się ze sobą kromką chleba. Potem nadeszła era „wolności”. Polacy zostali uwolnieni, jednocześnie zostali przywróceni do czynnej służby, aby walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. W tym właśnie czasie autor usiłował trafić na jakikolwiek trop swoich przyjaciół. Czapskiemu nie udało się dotrzeć do grobów. O odkryciu dowiedział się drogą radiową, w czasie swojego pobytu w Iraku razem z Armią Polską.
Nie mnie oceniać ludzi, dlatego nie będę pisać, co sądzę o postawie kolejnych państw w odniesieniu do Katynia i Polaków. Wiem jednak, że za każdą zbrodnię odpowiada kilka osób, reszta zmuszona jest do wykonywania rozkazów pod groźbą śmierci. Czytałam wiele książek o życiu obozowym Polaków, Niemców i Rosjan. I wiem, że tamten okres skrzywdził naród rosyjski nie mniej niż nas. Oni również ginęli, przymierali głodem, patrzyli, jak ich najbliżsi odchodzą. Mam wrażenie, że Polacy i Rosjanie są sobie bliżsi niż myślą. Nie chcą się jednak do tego przyznać. Wydaje mi się również, że Czapski opisując ludzi rzucających jedzenie do ciężarówek wiozących oficerów do obozów, to, jak pojedynczy ludzie odnosili się do siebie, nie widział w Rosjanach wrogów, lecz takich ludzi jak wszyscy.
6/10
Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Interesuję się tematyką polsko- rosyjską i stricte rosyjską od dawna, dlatego chętnie sięgnęłam po książkę- dokument Józefa Czapskiego pt „Na nieludzkiej ziemi”.
Książka ta składa się z trzech części. Pierwsza, Wspomnienia starobielskie, objętościowo niewielka, skupia się na nazwiskach. Czapski stara się wymienić jak najwięcej osób, z którymi zetknął się w czasie obozowego życia, tworząc swoisty spis nazwisk napotkanych, lecz niezapomnianych, oddając im w ten sposób swego rodzaju hołd. Pamięć jest najważniejsza.
Część druga, Na nieludzkiej ziemi, opowiada o myślach, przeżyciach i spostrzeżeniach Czapskiego na ziemi Sowieckiej głównie w latach 1941-42, choć część ta była pisana dłużej. W tym czasie, autor był oddelegowany do grupy poszukującej polskich zaginionych oficerów. Tak, oficerów, którzy później zostali odnalezieni w Katyniu.
Część trzecia, Prawda o Katyniu, to porównanie tez niemieckich, rosyjskich i polskich dotyczących zamordowanych oficerów. To również ból związany z milczeniem i kłamstwami Francji i Anglii. Czapski bez zbędnych upiększeń opisuje, co, dokładnie stało się z naszymi oficerami, w jaki sposób zostali zamordowani.
Dzięki zapiskom Czapskiego dowiadujemy się, w jaki sposób, w jakich warunkach wywożono Polaków na wschód, jak wyglądało życie w Rosji, najpierw w rzeczywistości obozowej, gdzie pomimo nieludzkich warunków, ludzie zachowali resztki człowieczeństwa, gdzie pomimo wielkiego głodu ludzie dzielili się ze sobą kromką chleba. Potem nadeszła era „wolności”. Polacy zostali uwolnieni, jednocześnie zostali przywróceni do czynnej służby, aby walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. W tym właśnie czasie autor usiłował trafić na jakikolwiek trop swoich przyjaciół. Czapskiemu nie udało się dotrzeć do grobów. O odkryciu dowiedział się drogą radiową, w czasie swojego pobytu w Iraku razem z Armią Polską.
Nie mnie oceniać ludzi, dlatego nie będę pisać, co sądzę o postawie kolejnych państw w odniesieniu do Katynia i Polaków. Wiem jednak, że za każdą zbrodnię odpowiada kilka osób, reszta zmuszona jest do wykonywania rozkazów pod groźbą śmierci. Czytałam wiele książek o życiu obozowym Polaków, Niemców i Rosjan. I wiem, że tamten okres skrzywdził naród rosyjski nie mniej niż nas. Oni również ginęli, przymierali głodem, patrzyli, jak ich najbliżsi odchodzą. Mam wrażenie, że Polacy i Rosjanie są sobie bliżsi niż myślą. Nie chcą się jednak do tego przyznać. Wydaje mi się również, że Czapski opisując ludzi rzucających jedzenie do ciężarówek wiozących oficerów do obozów, to, jak pojedynczy ludzie odnosili się do siebie, nie widział w Rosjanach wrogów, lecz takich ludzi jak wszyscy.
6/10
Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
czwartek, 10 lutego 2011
Marika Krajniewska, Za zakrętem - Rosyjska przyjaźń rodzi się z bólu
Niewiele jest książek, które potrafią zaczarować czytelnika ukazanym bólem. Marice Krajniewskiej się udało. Jej powieść na długo pozostanie w mojej pamięci.
Czego można spodziewać się po pisarce opisującej rzeczywistość Petersburga? Biedy, broni, korupcji, gangsterskich porachunków? Nie tym razem.
„Za zakrętem” to nasycona, a wręcz przesycona uczuciami opowieść o wielkim bólu i miłości, która łączy dwie całkowicie obce sobie kobiety. Anna i Irina straciły w wypadku swoje jedyne dzieci- Julię i Romka. Początkowo kobiety nienawidzą się, jedna drugą obwinia o stratę pociechy. Z czasem okazuje się, że bohaterki nie potrafią już bez siebie żyć, tak jak ich dzieci nie potrafiły żyć bez siebie. Nikt nie zna kobiet tak, jak one siebie nawzajem. Nikt nie potrafi ukoić ich bólu. Nikt inny nie jest w stanie uzupełnić luk po dzieciach w ich życiu.
Aby poradzić sobie z niesłabnącym bólem i tęsknotą, bohaterki zatracają się w powtarzanych codziennie czynnościach. Anna rzuca się w wir pracy i odwiedza miejsca bliskie córce, Irina zaszywa się w domu. Czy tak różniące się od siebie bohaterki mogą stać się dla siebie tlenem? Czy cierpienie we dwoje jest lepsze niż w samotności? Czasami tak, choć nie zawsze z upływem czasu rany się zabliźniają.
Marika Krajniewska we wspaniały sposób opisuje uczucia targające bohaterkami, wczuwa się w ich monotonne i bezsensowne istnienie. Choć wychowana w Polsce, autorka idealnie wyczuwa rosyjska duszę. Nie odnajdziemy w jej książce polskiego sposobu myślenia i postrzegania świata. Zabrakło mi natomiast żywego Petersburga. Miasto trzech imion jest miejscem wyjątkowym zarówno dla Rosjan, jak i literatury rosyjskiej. To miasto Gogola i Puszkina, żywy twór, miasto żyjące samo w sobie. W książce „Za zakrętem” jest to jedynie bezbarwne tło powieści, której akcja równie dobrze mogłaby się toczyć w Warszawie lub Lwowie. Natomiast sama opowieść jak najbardziej zasługuje na przeczytanie.
7/10
Marika Krajniewska, „Za zakrętem”, Wydawnictwo Papierowy Motyl, Warszawa 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Czego można spodziewać się po pisarce opisującej rzeczywistość Petersburga? Biedy, broni, korupcji, gangsterskich porachunków? Nie tym razem.
„Za zakrętem” to nasycona, a wręcz przesycona uczuciami opowieść o wielkim bólu i miłości, która łączy dwie całkowicie obce sobie kobiety. Anna i Irina straciły w wypadku swoje jedyne dzieci- Julię i Romka. Początkowo kobiety nienawidzą się, jedna drugą obwinia o stratę pociechy. Z czasem okazuje się, że bohaterki nie potrafią już bez siebie żyć, tak jak ich dzieci nie potrafiły żyć bez siebie. Nikt nie zna kobiet tak, jak one siebie nawzajem. Nikt nie potrafi ukoić ich bólu. Nikt inny nie jest w stanie uzupełnić luk po dzieciach w ich życiu.
Aby poradzić sobie z niesłabnącym bólem i tęsknotą, bohaterki zatracają się w powtarzanych codziennie czynnościach. Anna rzuca się w wir pracy i odwiedza miejsca bliskie córce, Irina zaszywa się w domu. Czy tak różniące się od siebie bohaterki mogą stać się dla siebie tlenem? Czy cierpienie we dwoje jest lepsze niż w samotności? Czasami tak, choć nie zawsze z upływem czasu rany się zabliźniają.
Marika Krajniewska we wspaniały sposób opisuje uczucia targające bohaterkami, wczuwa się w ich monotonne i bezsensowne istnienie. Choć wychowana w Polsce, autorka idealnie wyczuwa rosyjska duszę. Nie odnajdziemy w jej książce polskiego sposobu myślenia i postrzegania świata. Zabrakło mi natomiast żywego Petersburga. Miasto trzech imion jest miejscem wyjątkowym zarówno dla Rosjan, jak i literatury rosyjskiej. To miasto Gogola i Puszkina, żywy twór, miasto żyjące samo w sobie. W książce „Za zakrętem” jest to jedynie bezbarwne tło powieści, której akcja równie dobrze mogłaby się toczyć w Warszawie lub Lwowie. Natomiast sama opowieść jak najbardziej zasługuje na przeczytanie.
7/10
Marika Krajniewska, „Za zakrętem”, Wydawnictwo Papierowy Motyl, Warszawa 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
