Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 09/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 09/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Ciasta bez pieczenia od A do Z



"Znasz kogoś jak mu powiesz „ej, chodźmy na kremówki” to on powie „nie, dzięki stary, nie lubię kremówek”? Kremówki są pycha! (...) Kremówki to jedno z najlepszych ciastek, ja to wiem. Masz chusteczkę? Pociekło mi. Na samą myśl o kremówkach się ślinię."

Ja lubię ciasta. A ponieważ nie mam w obecnym piekarnika, jestem w czarnej... mniej szlachetnej części pleców. Jakiś czas temu miałam chęć przeczytać książkę o makaronach. Coś się jednak pokitwasiło i dostałam taką o ciastach bez pieczenia. Czyżby ktoś nade mną czuwał? Piekarnika brak, ale to nie oznacza, że przestałam marzyć o pysznym cieście.
Na co macie ochotę? Ciasto wykwintne, np keks na zimno z mango, tort straciatella albo śnieżny tort czekoladowy? A może coś z "klasycznych i lubianych"? Do wyboru między innymi mandarynkowy torcik tiramisu, sernik, wieniec pomarańczowy. Jeśli urządzamy przyjęcie dla najmłodszych warto wypróbować Hobbita (torcik mleczno- ryżowy), psiaka, węża albo Marshmallow (truskawkowy piankowiec). Lubicie ciasta z alkoholem? Proszę bardzo: adwokat, czekoladowy tort z biszkoptami, czereśniak, sułtański mus lodowy. W książce znajdziemy również rozdziały: łatwe i szybkie, dla gości, dobry pomysł oraz owocowe. Dla każdego coś się znajdzie. Nikt z lubiących ciasta nie powinien poczuć się oszukany.

Podstawą każdego ciasta na zimną są biszkopty, herbatniki, wafle lub keks. Do tego śmietana lub twarożek i dodatki typu owoce. Potem na trochę do lodówki i gotowe. Niezbyt trudne, prawda? Też tak myślę. Autor(ka) książki ma całkowitą rację pisząc, że "ciasta bez pieczenia to super alternatywa dla słodkich wypieków nie tylko na lato". Chociaż uważam, że lato to najlepsza pora na wypróbowanie wielu przepisów- tyle jest owoców, że szkoda zmarnować ten okres.

Sama książka jest bardzo przejrzysta i przyjemnie się z niej korzysta. Każdy przepis zajmuje jedną stronę, opisy przygotowania cista są wypunktowane i idealne (nie za krótkie, nie za długie). Każdy przepis przyozdobiony jest ładnym i niezbyt dużym zdjęciem- w tej książce to treść jest ważna, a nie zdjęcia na całą stronę. Jak można się było spodziewać, w książce znajdziemy "lokowanie produktu", czyli znany nam z większości filmów product placement. No ale czy jeśli książka jest wydana z/przez/dzięki firmie Dr. Oetker można mieć do niej pretensje? Przynajmniej mam pewność, że dane składniki są dość łatwo dostępne.
Książka jest w twardej oprawie, jest przez to trochę cięższa, ale dzięki temu nie zniszczy się tak szybko.Ktoś zainwestował również w gruby śliski papier, za co mu serdecznie dziękuję. Nie lubię, gdy książka, która ma mi z założenia służyć przez wiele lat jest drukowana na papierze toaletowym.

Cieszę się, że zamiast kolejnej książki o makaronach dostałam książkę o ciastach. Bardzo się cieszę.Naprawdę bardzo się cieszę. A książkę polecam. Zarówno tym, którzy mają piekarniki, jak i tym bez. Nareszcie będę mogła "piec" ciasta. Jupi!

09/10

Ciasta bez pieczenia od A do Z, Weltbild, 2012

Za książkę dziękuję wydawnictwu

czwartek, 2 sierpnia 2012

Pogoń za duchami Tatiana Polakowa


Z książką Tatiany Polakowej zetknęłam się po raz pierwszy. Słyszałam o niej wcześniej, ale jakoś nie miałam okazji. Okazja na szczęście się trafiła. Jeśli dobrze policzyłam, Pogoń za duchami, to 10 książka pisarki wydana w Polsce (Polakowa wydała łącznie 22 książki, więc jak na polskie realia i tak mamy szczęście).

Głównymi bohaterkami książki Pogoń za duchami są Anfisa, pisarka specjalizująca się w kryminałach oraz dziennikarka Żenia. Któregoś pięknego dnia Żenia dostaje ciekawą propozycję od tajemniczego mężczyzny. Ma, jak mniemam jako ghostwriter, napisać jego autobiografię. Aby praca przebiegała sprawniej dostaje zaproszenie na piękną wyspę położoną na jeziorze Ładoga. Aby połączyć pożyteczne z przyjemnym Żenia zaprasza na wyprawę Anfisę.

Od samego początku wyprawa idzie jak po grudzie. W Petersburgu zostaje skradziony samochód Anfisy, tajemniczy mężczyzna budzi w Anfisie podejrzenia i strach. Najgorsze jest jednak przed nimi. Już od początku pobytu dziewczynom wszystko coraz mniej się podoba. "Pracodawcę" Żeni, Lwa Nikołajewicza, otacza jakaś tajemnica. Towarzyszy mu dość dziwna Olimpiada Nikołajewna, jego dawna opiekunka oraz niemniej dziwni mężczyźni: Mścisław- adwokat, Oleg- biznesowy partner oraz Rusłan- stary przyjaciel. Zapomniałabym na śmierć. Lew Nikołajewicz mieszka w zamku. Prawdziwym wielkim zamczysku na prawie opuszczonej wyspie... 

Na zamku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Dziewczyny słyszą jęki, towarzysze Lwa zachowują się bardzo podejrzanie, a Olimpia... w każdym razie z godziny na godzinę zaczyna być coraz bardziej niebezpiecznie. Może gdyby przyjaciółki nie miały skłonności do pakowania się w kłopoty, wszystko byłoby w porządku. One jednak zaczynają prowadzić śledztwo. Kim jest tajemniczy Lew i jego świta? Co się stało w zamku i czy dziewczynom coś grozi?

Moje pierwsze wrażenie? NUUUDA. Nic się nie dzieje. To przecież jakaś obyczajówka, a nie kryminał. I co ma być sławna rosyjska pisarka? "Ło borze". 20 strona, nic się nie dzieje. 30 strona, przyjaciółki prowadzą śledztwo, ale gdzie są trupy! Przecież to kryminał, tam mają być trupy!!!
A potem sobie uzmysłowiłam, że aby był kryminał, śledztwo i ciekawe zwroty akcji, sceny nie muszą wyglądać jak w Teksańskiej masakrze. Zaczęłam doceniać, przestałam się denerwować i oczekiwać w napięciu na umarlaka. Doszłam do wniosku, że to książka bardziej w stylu Agaty Christie. Trzeba trochę pomyśleć, nie trupy są najważniejsze. A i trupy będą, wierzcie mi. Będzie i to dużo :))) (jupi!)
Po przemyśleniu wszystkiego dochodzę do wniosku, że wiem, dlaczego Tatiana Polakowa jest taka popularna. Ona jest świetna. Nie sztuką jest wrzucenie kilku trupów na początku książki i krążenie wokół nich jak sęp. Sztuką jest napisać ciekawą historię, a historia Polakowej, gdy nie myślało się ciągle o mającym nastąpić morderstwie, była naprawdę bardzo fajna. A to, że musiałam rozpocząć czytanie od początku, aby mieć inne nastawienie, to się wytnie.

Pogoń za duchami jest interesującą, trochę humorystyczną książką idealną na wakacje. Tło bardzo ciekawe, bohaterowie wyraziści i z charakterem, zwroty akcji. Czegóż więcej chcieć? Mam szczerą nadzieję, że niedługo będę miała okazję przeczytać kolejną książkę Polakowej. Naprawdę warto. Nie nastawiajcie się tylko na morderstwo na 3 stronie :)

09/10

Tatiana Polakowa, Pogoń za duchami, Świat książki, 2012


za książkę dziękuję wydawnictwu

czwartek, 15 marca 2012

Kora jest samotna Holly Webb

W świecie przemocy i komputerów czasami trafia się coś, na widok czego mięknie nam serce. Mi serducho zmiękło, gdy zobaczyłam okładkę książki Kora jest samotna autorstwa Holly Webb. Czy jest coś słodszego niż ufny szczeniaczek?




Kora jest samotna to książeczka przeznaczona głównie dzieci mniej więcej do podstawówki. Wtedy czytanie takich opowieści może im pokazać, że... no właśnie. Czego możemy się nauczyć czytając takie książki?

Helenka i jej brat Waldek dostają od rodziców małego słodkiego pieska- Korę. Miał to być ich wspólny zwierzak, jednak to głównie Waldek się nim zajmuje. Helenka, chociaż bardzo chciałaby uczestniczyć we wspólnych zabawach za bardzo boi się psiaka. Kiedyś z parku Helenka miała nieoczekiwane spotkanie z dużym psem, którego bardzo się przestraszyła. Od tej pory nie potrafi sobie poradzić z paraliżującym strachem.

Waldek i Helenka spędzają wakacje na wsi. Podczas spaceru z Korą Waldek ulega wypadkowi. Łamie nogę i musi przez jakiś czas pozostać w szpitalu, a Kora jest samotna, bo nie ma się z nią kto bawić. Dziadek Helenki, który co jakiś czas opiekuje się dziewczynką nie ma na to siły, rodzice albo pracują albo przesiadują w  szpitalu. Z Korą jest coraz więcej problemów wychowawczych. Czy Helenka zwalczy swój lęk i zajmie się psiną?

Tak, jak wspomniałam na początku, czytając książkę Kora jest samotna możemy się wiele nauczyć. Zaczynając od tego, że należy uważać co się robi, bo można spędzić wakacje w szpitalu, poprzez to, że zwierzę to nie zabawka i trzeba mu zapewnić opiekę, kończąc na tym, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Ja książeczką byłam zachwycona. Jest napisana prostym językiem, jest ciekawa i pouczająca. Takich pozycji dla dzieci trochę mi brakuje w czasach, gdy dzieciaki wychowuje telewizja i komputer.

09/10
Kora jest samotna, Holly Webb, Zielona Sowa, 2011

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu

piątek, 17 lutego 2012

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął Jonas Jonasson

Życiowa podróż szwedzkiego Forresta Gumpa po ostatnich stu latach losów świata
Nie wiem, kto porównał Allana Karlssona do Forresta Gumpa, ale albo nie zapoznał się z jedną postacią albo z drugą. To tak, jakby porównać Karen z książki "Dziewczyna, która pływała z delfinami" do bohatera filmu "Uwolnić orkę". W końcu i tu i tu występowało w tytule zwierzę żyjące w wodzie...
... a w książce Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął oraz w Forreście Gumpie występuje motyw podróży z przygodami.

Allan Karlsson to żwawy staruszek żyjący w domu spokojnej starości. W dniu swojego zniknięcia miał obchodzić swoje 100 urodziny. Jednak ponieważ główny bohater nie czuje się stary otwiera okno w swoim pokoju i ucieka. Książka Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął mogłaby być nudną historią o staruszku, który postanowił uciec, jednak autor Jonas Jonasson postarał się o to, aby na żywotnego Allana czekało mnóstwo przygód. Od czego wszystko się zaczyna? Od wizyty na dworcu autobusowym. Allan nie należy do bogatych osób i nie wie, co dokładnie chce robić ze swoim wolnym życiem. Podczas wizyty na dworcu zostaje poproszony przez młodego człowieka o popilnowanie jego torby podróżnej. Zgadza się, jednak do głowy przychodzi mu głupi pomysł i postanawia ukraść walizkę. Okazuje się, że właścicielem torby/walizki nie był zwykły młody człowiek lecz członek gangu. Tak właśnie rozpoczyna się śmieszna i ciekawa historia staruszka.


Allan nieświadomy zagrożenia i zawartości walizki wsiada to pierwszego autobusu i kupuje bilet za tyle ile ma przy sobie gotówki. Wysiada na przysłowiowym zadupiu. Poznaje uroczego złodziejaszka Juliusa Jonssona. W jego towarzystwie odkrywa zawartość walizki. Z powodów, których nie zdradzę nie chcąc robić spoilerów, bohaterowie muszą natychmiast uciekać. Nie będzie to jednak nudna ucieczka. Po drodze spotkają kilka barwnych postaci, które koniec końców postanowią im towarzyszyć. 


Każdy z bohaterów występujących w książce okazuje się bardzo ciekawy. Każdy ma ciekawą historię do opowiedzenia. Najciekawszą ma jednak główny bohater książki. Chcecie wiedzieć dlaczego Allan jest taki jaki jest i kim był zanim został uciekającym stulatkiem? Jeśli tak, koniecznie przeczytajcie książkę Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął .


Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął to ciekawa i zabawna opowieść. Wcale się nie dziwię, że ta "brawurowa powieść zachwyciła 1,5 miliona czytelników", ponieważ mnie również zachwyciła. Chociaż sama historia jest nieprawdopodobna, myślę, że na świecie mógł istnieć ktoś, czyje życie było równie pokręcone. Zazdroszczę autorowi wyobraźni. Serio. Ja nie potrafiłabym wymyślić takich rzeczy jak on.




09/10 


Stulatek, Stulatek który wyskoczył przez okno i zniknął, Jonas Jonasson, Świat książki, 2012 

Recenzję tej książki mieliście możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu

sobota, 28 stycznia 2012

Pałac Północy Carlos Ruiz Zafon

Audiobooka "Pałac Północy" dostałam w prezencie z okazji wymiany. Najpierw bardzo długo nie mogłam się przemóc i zacząć słuchać, później nie miałam jakoś nastroju na napisanie recenzji książki. Dłużej jednak czekać nie mogłam, bo niedługo zapomnę jaką miałam na jej temat opinię ;)

1916 rok. Porucznik Peake w nieznanych czytelnikowi przyczyn przybywa do Kalkuty z dwoma noworodkami uciekając przed bliżej nieokreślonymi prześladowcami
"Jedynie pewność, że pozostało mu zaledwie kilka godzin życia, a może nawet mniej, dodawała mu sił, by nie poddawać się po tym, jak w trzewiach tego przeklętego miejsca opuścił kobietę, której przysiągł, iż będzie jej strzec choćby za cenę własnego życia." 
Próbując ocalić dzieci porucznik dociera do domu Aryami Bosé. Udaje mi się bezpiecznie dostarczyć dzieci do ich babki. Aryami wiedząc, że i tutaj grozi im niebezpieczeństwo postanawia je rozdzielić. Wiesza im na szyjach medaliki. Zatrzymuje wnuczkę, a wnuka oddaje do sierocińca. Wydawać by się mogło, że chłopiec jest bezpieczny, jednak dziwna wizyta pewnego jegomościa w sierocińcu w poszukiwaniu nowo narodzonych dzieci sprawia, że nie możemy być tego tacy pewni.

Kalkuta, rok 1932, sierociniec St. Patrick. Ben, wychowanek sierocińca oraz jego przyjaciele: Isobel, Ian, Roshan, Siraj, Michael i Seth już niedługo skończą 16 lat i będą musieli opuścić bezpieczną przystań St. Patrick. Dawno temu przyjaciele stworzyli tajemnicze stowarzyszenie Chowbar Society, którego siedzibą jest tytułowy Pałac Północy. Niedługo potem w sierocińcu zjawia się Aryami Bosé ze swoją wnuczką Sheere. Ben zafascynowany piękną dziewczyną zaprasza ją do siedziby stowarzyszenia. Aby mogła zostać pełnoprawnym członkiem musi opowiedzieć jakąś historię ze swojego życia. Opowiedziana historia sprawia, że przyjaciele postanawiają znaleźć budynki o których opowiada Sheere. W ten sposób zaczyna się dla nich gra na śmierć i życie... Wkrótce okazuje się, że Ben i Sheere to rodzeństwo, zaś Aryami to ich babka, która usiłuje przestrzec wszystkich przez zbliżającym się niebezpieczeństwem... Na jaw zaczyna wychodzić straszna tajemnica z dawnych lat. Ktoś usiłuje odnaleźć i zabić rodzeństwo. Wszyscy, którzy stają na drodze tajemniczej postaci bardzo tego żałują. Coś, co powinno zniechęcić przyjaciół do poszukiwań, mobilizuje ich tylko. Na ich drodze pojawiają się pociąg w ogniu, krzyk umierających dzieci, śmierć, strach oraz on... Kim "on" jest i co dokładnie wydarzyło się przed rokiem 1916?

Spotkałam się z wieloma głosami o książce Carlosa Zafona. Podobno jest płytka, monotonna, dziecinna. Nie dla mnie. Historia Bena i jego przyjaciół wciągnęła mnie bez reszty. Ponieważ książki słuchałam w drodze do pracy, aż chciało mi się wychodzić z domu. Książka, według mnie, jest bardzo ciekawa i wciągająca. Nie widzę w niej nic płytkiego i dziecinnego. Na uwagę w audiobooku zasługuje Piotr Fronczewski, który ma wspaniały głos i książka dzięki niemu wiele zyskuje, przede wszystkim tajemniczość.

Pałac Północy to moja pierwsza książka Carlosa Zafona. Nie wiem, czy kiedyś będę miała okazję sięgnąć po inne, ale tą jestem zachwycona. Bardzo długo słuchałam książki w błogiej nieświadomości, odkrywałam kolejne tajemnice z bohaterami książki. Jeśli ktoś nie jest uprzedzony do Zafona i nie miał jeszcze przyjemności spotkania z nim, polecam właśnie Pałac Północy

09/10
Pałac Północy, Carlos Ruiz Zafon, Muza, 2011
czyta: Piotr Fronczewski

piątek, 13 stycznia 2012

Pasja smaku Gordon Ramsay

Pasja smaku dla wymagających.

Gordon Ramsay to szkocki szef kuchni, restaurator, autor książek kucharskich. Jedni go podziwiają, inni są oburzeni tym, jak traktował uczestników Hell's Kitchen. Jednego nie można mu odmówić- potrafi gotować.

Gdy dostałam do rąk jego książkę „Pasja smaku” jeszcze nie wiedziałam, że są to  przepisy z restauracji Aubergine. Może gdybym wiedziała to od początku, nie śliniłabym się na myśl, że będę mogła wykorzystywać przepisy Gordona Ramsay’a w kuchni. A chyba nie będę mogła…

Na początek plusy książki. „Pasja smaku” jest przepięknie wydana, zawiera mnóstwo ciekawych zdjęć potraw od których ślinka cieknie. Znajdziemy w niej przepisy na zupy, przystawki, makarony i risotta, warzywa, ryby i owoce morza, mięso dziczyznę i drób, desery oraz lody i sorbety. Każda z potraw opisana w tej książce (no może prawie każda) sprawia, że kiszki zaczynają grać marsza i wołać o jedzenie. Czy nie mielibyście ochoty na eskalopki z łososia ze słodko-kwaśnym sosem paprykowym? A może lubicie kaczkę z karmelizowanymi brzoskwiniami? Jeśli nie, to na pewno do gustu przypadnie Wam zupa z rzeżuchy z ostrygami lub terrina z królika z kapustą z borowikami.


Zauważyliście to samo co ja? No właśnie. To nie są dania, które zrobimy sobie w środowy wieczór. To zrobienia takich dań potrzeba dużo wolnego czasu i chyba jeszcze więcej pieniędzy. Wiem, że nie powinnam się spodziewać przepisów na pierogi cioci Małgosi ale to chyba za wysokie progi na moje nogi. Przynajmniej do czasu gdy przejdę kurs z gotowania w czymś a’la Hell's Kitchen i wygram w totka. Na początku książki znalazłam składniki bazowe, czyli to, dzięki czemu zaoszczędzimy mnóstwo czasu w czasie gotowania. O ile rozumiem bulion rybny i bulion warzywny, to bulion z langust…? Ile razy w życiu robiłyście coś z langusty?




Wracając do plusów. Gdybym trafiła do Aubergine chyba nie mogłabym się zdecydować. Myślę jednak, że moim posiłkiem byłyby: zupa z homara z młodymi warzywami, na przystawkę sałatka z królika z cykorią w śmietanie, na główne danie wybrałabym coś z ryb, na przykład pieczoną żabnicę z sosem z czerwonego wina lub makaronów, choćby tagliatelle z truflami, a na deser… hmm… może terrinę z różowego grejpfruta, pomarańczy i owocu passiflory. Brzmi cudownie, prawda?

Muszę dziś postawić dwie oceny

09/10 za samą książkę oraz
05/10 za możliwości zastosowania dużej ilości przepisów przez statystyczną Polkę

 Gordon Ramsay, Pasja smaku. Przepisy z restauracji Aubergine, wydawnictwo Publicat, 2011

recenzja książki opublikowana na kobieta20.pl

*zdjęcia znalezione przez google

 Smakoszy namawiam na obejrzenie jednego z programów Gordona Ramsay'a. Mam też nadzieję, że już niedługo uda mi się zdobyć jakąś kolejną książkę kucharską i ją zrecenzować :)
 


środa, 11 stycznia 2012

To i sio Urszula Kozłowska

„Wyjątkowy zbiór wierszy, wysmakowanych językowo i graficznie. Znajdziecie w nich utwory zgrabne i zabawne, a jednocześnie ciekawe i mądre. Pełne humoru, łamańców jezykowych i gier słownych. Poprzez zabawę z językiem nauka czytania będzie prawdziwą przyjemnością!”


Czy można ćwiczyć język bawiąc się? Oczywiście, że tak. Wystarczy znaleźć tylko co, co nie będzie zbyt trudne i nie zanudzi na śmierć naszego maluszka. No może już nie takiego malucha, ale z sześciu lub siedmiolatkiem już spokojnie można zacząć zabawę z łamańcami językowymi przygotowanymi przez Urszulę Kozłowską. Młodszym dzieciom możemy je czytać (takie wierszyki jak tytułowy „To i sio” na pewno je zaciekawią), a te starsze mogą zacząć próby poprawnego przeczytania same.

„To i sio w wierszykach bryka:
żuk po bruku, muł po stole...
Zdzisio dostał właśnie bzika,
wół woli siedzieć w dole.

Drab zawzięcie goni kraba,
kelner zaś strofuje szpaka,
gdzieś na głazie siedzi żaba,
mops je dropsa. Ale draka!

Solisz mola...? Toż to bzdura!
Lepiej w szczawiu szukaj pawia.
I niech wierszy tych lektura
nieustannie cię rozbawia!”

Fajny wierszyk, prawda? W książce znajdziemy takich aż 30, więc przynajmniej przez miesiąc będziecie mogli ćwiczyć dykcję. Myślę, że dzięki tego typu wierszykom możemy również rozbudzać wyobraźnię młodego czytelnika. Na uwagę zasługują przepiękne ilustracje, które zawdzięczamy Joannie Furgalińskiej.

Cóż jeszcze mogę powiedzieć. Chyba nic sensownego. O wierszykach za bardzo nie ma jak opowiadać, nie można ich streścić, zaciekawić czytelnika fabułą, więc trochę trudno było mi napisać recenzję tej książki. Takie książki można polecić lub nie, więc polecam, jako wierszyki, które nie tylko będą dobrym towarzyszem zabaw, lecz również nauki.

09/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu



To i sio, Urszula Kozłowska, wydawnictwo Wilga, 2008

czwartek, 5 stycznia 2012

Uniwersum Metro 2033: Piter - Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky

Świat już nigdy nie będzie taki sam. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Dajcie się wziąć za rękę i zaprowadzić w niebezpieczne korytarze petersburskiego metra.

„Piter” Szymuna Wroczka to pierwsza z części projektu Dmitrija Glukhovskiego „Uniwersum metro”. Początkowo nie skojarzyłam, że z tą książką ma coś wspólnego autor książki „Czas zmierzchu”, która do mnie nie przemówiła. Skupiłam się na nazwisku Wroczek. Czytając „Czas zmierzchu”, miałam przeczucie, że Metro 2033 Glukhovskiego bardziej mi się spodoba i nie myliłam się, chociaż tym razem akcja nie dzieje się w Moskwie, a w Petersburgu.

Świat się zmienił. Nie jest już taki, jakim my go znamy. Po wybuchu bomby atomowej życie przenosi się do korytarzy metra. Nowy świat Petersburga składa się z wielu stacji metra. Każda stacja to jakby osobne państwo. Mieszkańcy danej stacji podróżują do sąsiadów, jednych lubią, z innymi się nienawidzą- coś na kształt osiedlowych „gangów” z naszego dzieciństwa. Przy życiu mieszkańców metra utrzymuje hodowla zwierząt i roślin, na powierzchnię nie za bardzo mogą wychodzić z różnych powodów. W takim świecie żyje główny bohater książki Iwan- digger z Wasilieostrowskiej. Właśnie szykuje się do ślubu ze swoją ukochaną Tanią. Przygotowania do wielkiego wydarzenia przerywa zła wiadomość: ktoś ukradł agregat prądotwórczy, bez którego mieszkańcy stacji długo nie przetrwają. Dzięki niemu mieli prąd, powietrze, światło potrzebne do utrzymania hodowli. Po krótkim śledztwie okazuje się, że cenny agregat ukradli mieszkańcy innej stacji zwani Chodniakami. Mieszkańcy Waśki łączą swoje siły z mieszkańcami kilku innych stacji i ruszają na wojnę.

Książka „Piter” jest naprawdę świetna. Autor bardzo szybko wciąga czytelnika w swój świat- czujemy się jak u siebie i chcemy przeżywać kolejne przygody z mieszkańcami metra. „Piter” jest pełen niespodzianek. Przedzierając się mrocznymi tunelami razem z głównym bohaterem, dowiadujemy się rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy wiedzieć.

Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości co do Dmitrija Glukhovskiego, już minęły. On naprawdę potrafi pisać. Gdybym spotkanie z nim zaczęła od tej książki, zostawiając „Czas zmierzchu” na inną okazję, od razu trafiłby na listę polecanych przeze mnie pisarzy. Zarówno Glukhovskiego jak i Wroczka warto spróbować, zatopić się w światy przez nich stworzone. Do tej pory nie wiem, kto miał większy wpływ na to, jak książka „Piter” wygląda: Glukhovski czy Wroczek. I tak naprawdę chyba nie będę dociekać, choć przyznam, że mnie to intryguje. Najważniejsze, że książka jest na tyle fajna, że ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić.

Wracając do samej książki, „Piter” nie zawiedzie was. To połączenie historii, fantastyki, przygody. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Fabuła sama w sobie nie jest skomplikowana, ale historia… wciągnie was w kanały całkowicie.

09/10

Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky, Uniwersum Metro 2033, Piter, Insignis, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl


p.s. dla tych, którym podoba się taka tematyka przedstawiam zwiastun gry Metro 2033 [gra z 2010 ale nie mogłam się powstrzymać :) ]

środa, 5 października 2011

Ja anielica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Diabelska śmiertelniczka w świecie aniołów


„Ja, Wiktoria Biankowska, obiecuję wieść przykładne życie na Ziemi i już nigdy nie pomagać diabłom w ich niecnych sprawkach


To zobowiązanie Wiki jest prawie tak samo realne jak słowa Beletha: „Ja, diabeł Beleth, obiecuję nigdy więcej nie zawracać słowy śmiertelnikom i nie nastawać na życie ich chłopaków. Szybciej Kleopatra przestanie kupować buty, a Azazel śnić o podbiciu Piekła.

Witamy ponownie. Po szczęśliwym zakończeniu „Ja, diablica” Wiktoria wiedzie spokojny żywot z Piotrkiem. Jest im ze sobą jak w niebie, (nie)stety nie na długo. Beleth nie może żyć bez swojej ukochanej. Wcale się mu nie dziwię. Wiktoria jest jedyna i wyjątkowa. Nie tylko dzięki swojej Iskrze ale również dzięki swojemu podejściu do świata i życia. Beleth jednak nie może opuścić Wiktorii nie tylko z powodu uczucia które ich łączy.

Dzięki na pozór niewinnemu podstępowi Wiktoria przypomina sobie wszystkie dobre i złe chwile. Niedługo potem spotyka się z Belethem i dowiaduje się, dlaczego dążył do spotkania z nią. Beleth marzy o skrzydłach które utracił. Tylko dzięki nim będzie mógł wrócić do Nieba. Diabeł w Niebie? Po cóż mu to? Nie będę Wam psuła lektury.

W książce spotkamy wszystkich bohaterów poprzedniej części: Wiki, Azazela, Beletha, Kleopatrę i Piotra, a także kilku nowych, wśród których na chwilę uwagi zasługuje Gabriel, który, pomimo, że żyje w świecie bardzo odległym od Piekła, na wiele wspólnego z Luckiem. Myślę, że mogli by się nawet zaprzyjaźnić.

Kto myśli, że kłopoty Wiktorii są związane tylko z ponownym pojawieniem się diabełków jest w błędzie. W tej części duży wpływ na akcję książki będzie mieć pewien anioł… Moroni. Co zaserwują nam tym razem bohaterowie? Przekonajcie się sami. Warto.

Nie rozumiem wprawdzie pewnych decyzji głównej bohaterki, no ale cóż… to jej życie. Ja w kilku momentach wybrałabym inaczej.

„Ja, anielica” nie jest strzałem w dziesiątkę, ale na dziewiątkę z plusem zasługuje na pewno. Wiadomo, pierwsza część serii w większości przypadków jest najlepsza. Autorka po raz kolejny udowodniła jednak, że pisać potrafi i ma pomysł na książkę. Nie jest to może dzieło na miarę Mickiewicza, ale kto powiedział, że tylko wielka literatura musi być fajna? Katarzyna Berenika Miszczuk oficjalnie trafia na listę moich ulubionych autorów.

09/10
Ja anielica,  Katarzyna Berenika Miszczuk, WAB, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 20 września 2011

Bear Grylls, Wilczy szlak - Niesamowita przygoda na Alasce

Do tej pory Bear Grylls kojarzył mi się tylko z jedzeniem robaków i pokazywaniem, jak za pomocą scyzoryka przeżyć w każdym miejscu na globie. A tu taki talent pisarski!

Gdy chciałam sięgnąć po „Wilczy szlak”, myślałam, że dowiem się, jak przeżyć w dziczy, w której czają się wilki, że będzie to spowiedź z jakiejś wyprawy podróżnika przedstawiona tak, aby zrozumieli ją gimnazjaliści. Nic bardziej mylnego. Bear Grylls stworzył niesamowitą powieść przygodową, która wciąga jak dzika przyroda Alaski.

Głównym bohaterem „Wilczego szlaku” jest Beck, zaradny chłopiec, którego rodzina od małego lubiła podróżować i nauczyła go, jak przeżyć w każdych warunkach. Gdy Beck wraz ze swoim wujkiem i kolegą Tikaanim leci do małej wioski na Alasce, ich samolot niespodziewanie spada. Pilot umiera, a ukochany wujek Al (i jedyna bliska Beckowi osoba) jest ciężko ranny. Na domiar złego okazuje się, że data ich przybycia była trzymana w tajemnicy ze względu na film, który miał kręcić Al. Beck, chociaż jest jeszcze dzieckiem, musi z minuty na minutę stać się prawdziwym mężczyzną. Tylko od niego zależy, czy przeżyją. Musi jak najszybciej sprowadzić pomoc. Nie mając innego wyjścia chłopcy zostawiają mężczyznę w bezpiecznym miejscu i rozpoczynają niebezpieczną wędrówkę do rodzinnej wioski Tikaani’ego.

Po drodze czeka ich wszystko, czego można się spodziewać i czego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Chodzenie po zamarzniętych jeziorach, szukanie przełęczy, bliskie spotkania z niedźwiedziami, codzienne poszukiwanie jedzenia. Teoretycznie, chłopcy nie powinni mieć szans na przeżycie. Okazuje się, że inteligencja, determinacja i „doświadczenie” zdobywane latami będą na wagę złota.

Tak jak wspominałam wcześniej, nie spodziewałam się po autorze tak fajnej książki przygodowej. Przypomniała mi ona książki ojca, które czytałam w dzieciństwie. Nie ma w niej Ufo, wampirów, bohaterów z ponadludzkimi siłami. Nie znajdziecie w niej również udziwnień, przygód rodem z Bonda i techniki z kosmosu. To klasyczna, naprawdę dobra książka przygodowa idealna zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Pokazuje, na jak mało przydadzą się nam komórki i GPS’y w starciu z prawdziwą naturą. Jak wiele zależy od hartu naszego ducha, determinacji, od tego czy odróżniamy północ od południa. Mnie ta książka uświadomiła, że nie miałabym najmniejszych szans na przeżycie choćby doby na Alasce.

W XXI wieku zatraciliśmy wiele zdolności. Nie znamy się na jadalnych roślinach, nie rozpoznajemy grzybów, bez GPS’a nie mamy pojęcia, gdzie północ, a gdzie zachód. Dzięki wszystkim dostępnym udoskonaleniom świata nie znamy rzeczy i prawd, które dla naszych dziadków były oczywiste. Myślę, że właśnie to, oprócz pokazania czytelnikowi piękna i niebezpieczeństw dzikiej przyrody, chciał nam przekazać Bear Grylls. Abyśmy nie zatracili zdolności, które człowiek posiada od zarania dziejów.

09/10

Bear Grylls, Wilczy szlak, Pascal, 2011

recenzja opublikowana na stronie dlalejdis.pl

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje - Niesamowite historie ze świata równoległego

Jest rok 1895, Londyn. W rządzie Wielkiej Brytanii zasiada Winston Churchill, ktoś wymyśla telefony. Wszystko się zgadza. Na tym tle tylko Marsjanie wyglądają dość dziwnie.
Któż mógłby się spodziewać, że można w tak fajny sposób połączyć historię i fantastykę? Na pewno nie ja. A jednak. Da się. I może być to zabieg bardzo fajny. Tak właśnie w skrócie przedstawia się książka „Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje” Roberta Rankina.

Czas płynie sobie spokojnie. Cyrkowcy jeżdżą po świecie, pokazując kobiety- małpy, skaczące pchły i inne ciekawostki, którymi mogą zainteresować się kmiotkowie. W rządzie też po staremu, wiadomo przecież, że gawiedź nie wie, co dzieje się w tajnych gabinetach. A tam rządzący w towarzystwie panów w czerni knują jak za pomocą grypy, rzeżączki i gruźlicy pozbyć się Marsjan tak, aby nikt się nie zorientował. Udaje się. Ziemia może być spokojna, Marsjanie już nas nie zaatakują. Mamy jeszcze przybyszy z Jowisza i Wenus, ale oni są do nas przyjaźnie nastawieni. W tym samym czasie George Fox pracuje w cyrku u „profesora” Coffina, pokazując rozkładające się już zwłoki przybysza z innej planety. Niestety, atrakcja jest już u schyłku „życia” i należy znaleźć coś na jej miejsce. Coś, dzięki czemu staną się sławni i bogaci. Gdy zrozpaczeni mężczyźni myślą, że już nic ich nie uratuje, nieznany iluzjonista przepowiada George’owi, że znajdzie on legendarną Dziewczynę Płaszczkę i że na jego barkach spoczną losy wszechświata. Tak. Nie miasta, nie kraju, nie świata, lecz właśnie wszechświata. Rozochocony wizją pieniędzy profesor postanawia sprzedać swój nędzny dobytek i zasponsorować młodemu Foxowi podróż w poszukiwaniu Cudu Świata. Tak oto zaczyna się historia, która trzyma w napięciu do ostatniej kartki. Wierzcie mi na słowo lub sprawdźcie sami.

Książka Roberta Rankina faktycznie zasługuje na znalezienie się w gronie „prawdopodobnie najlepszych książek na świecie” w dziedzinie fantastyki. Autor idealnie łączy świat, który znamy z historii ze światem fantastycznym. Jest autorem zabawnym, wciągającym i bardzo dobrze posługującym się piórem. Żadna linijka jego książki nie jest napisana jako zapchajdziura. Powieść jest świetnie przemyślana.

A teraz smaczek. Nie wszystkim wyda się to właściwe, ale podczas swojej podróży główni bohaterowie spotkają na swojej drodze kelnera austriackiego pochodzenia, Adolfa Hitlera. Cóż, chociaż może dla niektórych to lekka przesada, portret rasistowskiego, nadętego pracownika, który marzy, aby wszystkich bogatych obcych wysłać w diabły również się autorowi udał.

Książki nie ma co opowiadać, bo czyż można opowiedzieć przygody bohatera, którego można przyrównać do Indiany Jonesa? Jedno jest pewne. Przygód główni bohaterowie mają co niemiara i proponuję najszybciej jak się da, zaopatrzyć się w egzemplarz „Dziewczyny Płaszczki” Naprawdę warto.



09/10

Robert Rankin, Dziewczyna Płaszczka i inne nienaturalne fantazje, Prószyński, 2011


recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

sobota, 13 sierpnia 2011

Turcja półprzewodnik obyczajowy, Agata Bromberek, Agata Wielgołaska - (nie)obiektywnym okiem na Turcję

"Turcja? Kebaby w bułce, z surówką. Ciepło, upalnie, słonecznie. Niscy, śniadzi młodzieńcy i ciemnych oczach. Wąsaci panowie. Islam. Harem. Zniewolone kobiety w chustkach na głowie. Wielożeństwo. Kawa po turecku. Piosenki Tarkana. Kapadocja, gdzie kręcono "Gwiezdne wojny". Orhan Pamuk. Kilometry piaszczystych plaż usianych hotelami. Wielki bazar w Stambule. Tureckie swetry. Chałwa. Porwania kobiet. Bardzo chcą do Unii Europejskiej.*"
Czy z tym faktycznie kojarzy nam się Turcja? Mam wrażenie, że połowa osób jadących do Turcji wie tylko, że będzie tam dużo osób z ciemną karnacją (żeby nie nazwać ich brudasami, bo jak my jedziemy tam to przystojni Turcy, a dopiero jak do nas przyjadą to "brudasy") i plaża z hotelem oraz basenem.
Nie będę udawać alfy i omegi mówiąc, że o Turcji wiem o wiele więcej, bo dopiero teraz dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Do rzeczy. Czy to się je?
"Turcja półprzewodnik obyczajowy" to dzieło Agaty Bromberek i Agaty Wielgołaskiej, dziewczyn, które mieszkały w Turcji na tyle długo (grubo ponad 2 tygodnie) aby móc co nie co o niej opowiedzieć.

"Turcja półprzewodnik obyczajowy" to na 100% nie jest przewodnik dla osób, które chcą spędzić kilka dni na plaży hotelowej i ewentualnie pojechać na jakąś wycieczkę, aby cyknąć parę zdjęć i potem chwalić się przed znajomymi "byłam... widziałam... poznałam". To książka dla osób, które zastanawiają się, czy Turcja to odpowiednie dla nich miejsce oraz dla osób, które jak ja, lubią ot tak poczytać o kulturze innych.

"Turcję.." czyta się jak książkę przygodową, a nie jak przewodnik. Dowiemy się z niej praktycznie wszystkiego. Ta pozycja powinna stać się vademecum dla wszystkich, którzy chcą tak naprawdę przeżyć Turcję dogłębnie. Dowiemy się z niej wielu ciekawych rzeczy począwszy od tego, jaki szok  możemy przeżyć zamieszkując w tym kraju, poprzez to, czego powinniśmy spróbować, jak wyglądają domy typowych Turków, jakie są ich relacje z rodziną i znajomymi, aż do tego, po co nam oko proroka (sama takie mam, choć w Turcji nie byłam) i o tym, dlaczego na niebieskookiego osobnika niektórzy mogą patrzeć z podejrzliwością.

Chociaż do Turcji się nie wybieram, książka zagości w mojej osobistej biblioteczce. Nie po to, aby móc pochwalić się przed znajomymi kolejnym przewodnikiem, ale po to, że do niektórych książek człowiek chce zwyczajnie, co jakiś czas, wracać. Na końcu książki znajdziemy kilka podpowiedzi dotyczących samodzielnej nauki tureckiego oraz kilka przydatnych (i życiowych) informacji dla tych, którzy myślą, że rezydent biura podróży pracujący w Turcji 3/4 roku spędza opalając się na plaży. Dodatkiem (całkiem miłym) jest zbiór kilku zdjęć zrobionych przez autorki książki.

* fragment książki
09/10

 Turcja półprzewodnik obyczajowy, Agata Bromberek, Agata Wielgołaska, Nowy Świat, 2011

 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:

wtorek, 2 sierpnia 2011

Woda dla słoni, Sara Gruen - Życie to najbardziej spektakularne widowisko na Ziemi

Często czytając prawdziwe historie nie możemy uwierzyć w ich prawdziwość i wydaje się nam, że to fikcja. Rzadziej, że czytając zmyśloną historię mamy wrażenie, że to mogło wydarzyć się naprawdę.
Tytuł recenzji, to tak naprawdę podtytuł książki. Oddaje on jednak idealnie to, co można by w jednym zdaniu napisać o powieści Sary Gruen. „Woda dla słoni” pokazuje, że na świecie nie ma nic bardziej zaskakującego i spektakularnego niż ludzkie życie.

Głównym bohaterem jest Jakob Jankowski, student weterynarii polskiego pochodzenia mieszkający w USA. Po tragicznej śmierci rodziców dowiaduje się, że jego ojciec, również weterynarz od dawna przyjmował zapłatę za leczenie w naturze, a dodatkowo rodzice Jakoba, aby opłacić jego studia wzięli kredyt pod hipotekę ich domu i nie spłacali go. Chłopakowi nie pozostaje nic innego jak tylko zabrać kilka swoich rzeczy i się wyprowadzić. Z radosnego i myślącego o seksie chłopaka z dnia na dzień Jakob musi stać się odpowiedzialny. Chociaż od ukończenia studiów i uzyskania dyplomu dzieli go tylko egzamin, bohater wychodzi z niego i wyrusza w świat.

Tutaj właśnie zaczyna się niesamowita historia. Jakob przypadkiem wskakuje do pociągu którym jedzie trupa cyrkowa. Dzięki swojej wiedzy o zwierzętach, właściciel chylącego się ku bankructwu przybytku zatrudnia chłopaka… Co dalej? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie. Mogę tylko dodać, że w życiu Jakoba pojawi się piękna Marlena, a całą historię opowiada stary Jakob żyjący w domu starców.

Dla kogo książka? Dla wszystkich bez wyjątku: dużych i małych, mężczyzn i kobiet. Nie jest to romansidło. To raczej połączenie powieści obyczajowej z przygodową, więc panowie również powinny się dobrze bawić przy lekturze. Ze względu na brak niechlujstwa jest idealna do czytania zarówno po kilka minut w autobusach (nie zapomnimy o czym czytaliśmy i nie będziemy mieć problemów z powrotem do wątku), jak i kilkugodzinnych podróży, ponieważ akcja wciąga jak rwący potok, więc się nie znudzimy opowieścią.

„Woda dla słoni” ma dla mnie jeden minus. Zanim przeczytałam książkę widziałam film. Przez to nie mogę się opędzić od echa koszmarnego polskiego w ustach aktorów i Jakoba z gębą Pattisona. A tak miałam ochotę wyobrazić sobie przystojnego Jakoba… I  nic. Siła filmu zwyciężyła. Poza tymi drobnymi mankamentami, które nie leżą po stronie książki byłam wniebowzięta, więc ze spokojnym sumieniem mogę dodać Wodę dla słoni do swojej biblioteczki

09/10

Woda dla słoni, Sara Gruen, Rebis, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

środa, 13 lipca 2011

Żmijojad, Wiktor Suworow - Dobre, bo rosyjskie


Książka mrożąca krew w żyłach, wciągająca akcja, bezwzględna walka o władzę… Czy aby na pewno?



Papier zniesie wszystko. Według tego, co mamy okazję przeczytać na okładkach przeróżnych książek, każda z nich powinna zgarniać po kilka nagród na przeróżnych konkursach. Często jest tak, że jedyna akcja, strach i ciekawi bohaterowie istnieją tylko i wyłącznie w opisie pozycji. Szczęśliwie dla mnie „Żmijojad” Wiktora Suworowa spełnia swoje obietnice.

Akcja książki toczy się w Rosji w czasie sprawowania władzy przez Stalina. Kto zna choć trochę historię tego kraju wie, że władzy nigdy nie przejmowano po dobroci i po koleżeńsku. Tytułowego Żmijojada poznajemy podczas jednej z wielu prób „przyjacielskich” zmian na stanowiskach.

Główny bohater, szary, „zwykły” obserwator na dworcu kolejowym, nieoczekiwanie dostaje awans i przeniesienie na stanowisko pomocnika wykonawcy. Nikt, nawet sam zainteresowany,  nie wie, dlaczego. Wkrótce okazuje się, że Żmijojad posiada umiejętności, które komuś są niezbędnie potrzebne. Główny bohater ma fotograficzną pamięć. Wie, kto, kiedy i jakim pociągiem przyjechał, jak był ubrany, co miał na sobie i jak się zachowywał. Dzięki swoim zdolnościom zostaje wciągnięty w grę, na którą niekoniecznie ma ochotę.

W tle przemyka czytelnikowi Luśka- Jolanta, dzielnicowa naganiaczka grupy zajmującej się okradaniem przyjezdnych. W tym samym czasie poznajemy głupie dziewczę, które ryzykując swoją cnotę i życie chadza codziennie na potańcówki do parku. Co łączy ze sobą te trzy, na pierwszy rzut oka zupełnie niezwiązane ze sobą, osoby? Przekonajcie się sami.

„Żmijojad” Wiktora Suworowa to faktycznie książka, w której krew się leje. Autor nie bawi się w poetyckie opisy miasta, nie marnuje cennych kartek na bezsensowne i nic nie wnoszące dialogi. Każda rzecz, każdy ruch i słowo które znalazły się na kartach powieści mają jakieś znaczenie. Przez karty książki przewijają się „zwykli” urzędnicy, pracownicy wyższego szczebla rosyjskich instytucji z którymi nie chcielibyśmy mieć do czynienia, a nawet sam wódz Stalin. Dzięki autorowi poznajemy od kuchni to, czego wiedzieć większość by nie chciała.  Wiktor Suworow to pisarz ukształtowany, który wie czego chce i nie uczy się kosztem czytelników.  

Kimże jest człowiek, który jest w stanie napisać tak prawdziwą książkę jak "Żmijojad" ? To były oficer armii sowieckiej i wywiadu wojskowego GRU. Autor był agentem z krwi i kości. Uciekł do Wielkiej Brytanii, za co zaocznie skazano go na karę śmierci. Pomimo rozpadu ZSRR, decyzji nie zmieniono. Być może dlatego jego książka jest taka, jaka jest. Może opowiada nam znaną sobie historię?

Jeśli interesuje Was historia Rosji, macie ochotę dowiedzieć się, jak wyglądał świat, którego nie pokazują w telewizji lub zwyczajnie lubicie książki które wciągają i są naszpikowane dobrą akcją, zaopatrzcie się w „Żmijojada” i bawcie się dobrze.

9/10


 Żmijojad, Wiktor Suworow, Rebis, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 16 czerwca 2011

Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata - Amerykanie też potrafią kochać po włosku


Podobno miłość nie zna granic. Nie ważne, gdzie mieszkamy. Miłość może nas dopaść nawet na końcu świata. Czasem jednak trzeba zamieszkać na końcu świata, by spotkać osobę, która przeniosła się na koniec świata z tego samego miejsca co my.

„Przyjaciele Eliany mówili, że jej życie to bajka. […]Niestety, wymarzony dom okazał się jedynie piękną klatką, z której nie można uciec. Kiedy Eliana traci już nadzieję i wiarę w przyszłość, wtedy los stawia na jej drodze nieznajomego.” Po takim opisie książki byłam pewna, że trafiłam na lekkie romansidło. Na szczęście już podczas czytania pierwszych stron książki przekonałam się, że trafiłam na piękną historię, która z typowym wakacyjnym romansidłem ma mało wspólnego.

Głównymi bohaterami książki Richarda Paula Evansa pod tytułem „Kolory tamtego lata” są zmęczona życiem Eliana, wiecznie pracujący Maurizio i tajemniczy Ross Story.
Eliana, młoda Amerykanka zakochuje się we Włochu Maurizio i przeprowadza się do kraju, „którego język brzmi jak poezja, a jedzenie smakuje niczym dar niebios”. Życie wydaje jej się piękne tylko przez chwilę. Po krótkiej sielance okazuje się, że Bóg obdarzył ich chorowitym, wymagającym opieki dzieckiem, mężczyzna, który w Ameryce był 100% dżentelmenem nagle zaczyna traktować Elianę jak pomoc domową. Teściowa jej nie akceptuje, mąż ciągle zdradza. Świat, młodej jeszcze, kobiety z dnia na dzień staje się coraz bardziej bezbarwny. Jedyną jej radością jest malowanie obrazów i rozmowy z Anną, siostrą męża. Odcięta od świata i przyjaciół Eliana nie wierzy już w miłość. Do czasu.
Któregoś dnia do Włoch przeprowadza się tajemniczy mężczyzna, Ross Story. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wynajmuje mieszkanie w domu, w którym mieszkają samotne kobiety i chore dziecko. Z dnia na dzień Eliana i Ross stają się sobie bliscy…

Teoretycznie szybko powinni się w sobie zakochać, skonsumować nowy związek i żyć długo i szczęśliwie. Jednak, jak pisałam na początku, „Kolory tamtego lata” to nie płytkie romansidło. Nie jestem pewna, czy ta historia, tak, jak obiecuje autor, wydarzyła się naprawdę, ale mogę ręczyć własną ręką, że jest bardzo realistyczna.

Autor uwiódł mnie swoim stylem. Jest lekki i miły. Evans nie zanudza czytelnika długimi opisami, nie wymyśla historyjek rodem z Mody na sukces. Jego bohaterowie są realistyczni, posiadają głębię.

Książka, ogólnie rzecz biorąc, mnie zachwyciła. Dodatkowym jej plusem jest to, że akcja toczy się we Włoszech.  „Kolory tamtego lata” polecam nie tylko na wakacyjny wypad. Każdy, kto czasami kupuje książki, powinien dołożyć tę pozycję do swojej domowej biblioteczki

9/10

Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


poniedziałek, 2 maja 2011

Luca Spaghetti, Masz przyjaciela - Przyjaciel potrzebny od zaraz



Czy wyobrażacie sobie, że macie znajomego, który nazywa się Łukasz Makaron? Dziwne nazwisko, prawda? Taki facet istnieje jednak naprawdę. Może nie ogólnie Makaron, ale Spaghetti. Luca Spaghetti. I o dziwo, facet istnieje naprawdę, nie jest tylko wymysłem Elizabeth Gilbert autorki książki „Jedz, módl się, kochaj”. 

Książka, której autorem jest wspomniany wyżej Luca Spaghetti to przepiękna i zabawna zarazem opowieść o przyjaźni, życiu i… jedzeniu, które w życiu Włochów jest bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze.  Książka „Masz przyjaciela” wciąga jak bagno. Porywa, jak rwąca rzeka.
Książka „Masz przyjaciela” podzielona jest na trzy części.
W pierwszej „Rzymie, nie bądź taki, pomóż” autor opowiada o swojej młodości, o początkowych kompleksach dotyczących nazwiska, które przypadło mu w spadku po przodkach. Znajdziemy tam przyjemną opowieść o chłopcu, którego miłością jest piłka nożna i jedzenie. Będziemy rosnąć i dojrzewać razem z głównym bohaterem ciesząc się z sukcesów jego ukochanej drużyny piłkarskiej.
Część druga „ Rzymianin w Stanach” opowiada o wielkiej miłości bohatera do podróży. Słabo znając angielski Luca wyrusza ze swoim najlepszym kumplem na spotkanie wielkiej przygody- USA. Poznaje tam tak odmienną od włoskiej kulturę amerykańską, zdobywa nowych przyjaciół i zwiedza. Cały kraj za wszelką cenę.
Część trzecia „Amerykanka w Rzymie” to wzruszająca i przezabawna opowieść o spotkaniu autora z autorką książek, Elizabeth. Luca, początkowo dość negatywnie nastawiony do znajomej, która w ramach „wymiany” przyjeżdża do Włoch, platonicznie się w niej zakochuje praktycznie od pierwszego wrażenia. Początkowe obawy związane ze złym wyobrażeniem, szybko przeradzają się w prawdziwą przyjaźń. Nie wyobrażacie sobie, ile wspólnego mogą mieć dwie zupełnie sobie obce osoby wiodące całkowicie inne życie, żyjące na dwóch końcach świata. Oprócz miłości do jedzenia i piłki nożnej łączy ich fascynacja muzyką i ciekawość świata.
Każdego, kto ma zły humor, książka „Masz przyjaciela” nastawi do świata bardzo pozytywnie. Optymistom polecam książkę na słoneczne popołudnie, albo wieczór z herbatą i czymś słodkim. Słowem- książka dla każdego. Dla miłośników jedzenia, podróży, dla tych, którzy chcą przyjemnie spędzić czas na lekturze naprawdę dobrej książki.

9/10

Luca Spaghetti, Masz przyjaciela, Rebis, 2011

niedziela, 1 maja 2011

Wampir z M-3, Andrzej Pilipiuk - Śladami PRL’owskich wampirów


„A więc twierdzicie, Obywatelu, że wampiry istnieją? Niby kraj socjalistyczny, ateizm w modzie, a tu taka wtopa. I jak się krzyżem odwijać? Jak wodą, tfu, święconą chlapać? A czosnek, tylko granulowany i z importu z bratniej Czechosłowacji!”   


Wampir z M-3” miał być „powieścią obnażającą zmierzch zgniłego kapitalizmu”. Dla mnie to powieść obnażająca zakłamanie socjalizmu. Fakt faktem, wampiry nie istnieją, ale gdyby istniały w czasach PRL-u, to wyobrażam sobie ich bytowanie dokładnie tak, jak autor książki.
Andrzej Pilipiuk, z którego twórczością, trochę wstyd się przyznać, spotkałam się po raz pierwszy, bardzo szybko stał się jednym w moich ulubionych polskich autorów. Facet ma talent i wyobraźnię. Nie ma co zaprzeczać. Kto byłby w stanie, w dobie wielbicieli Zmierzchu i innych wyżelowanych wampirzych wymoczków, potrafi stworzyć wampiry chodzące do pracy, wyrabiające 100% normy, walczące o kartki i dewizy?

Wampir z M-3opowiada historię grupy „zimnych”. Jedną z nich jest Gosia Brona, uczennica liceum, kochająca Limahla. W powodu nieudanych wakacji, złych ocen i miłosnego odrzucenia dziewczyna postanawia się powiesić. Po jakimś czasie budzi się w rodzinnym grobowcu. Gdy „uszczęśliwiona” rodzina częstuje Gośkę śrutówką, nastolatka odkrywa, że coś z nią jest nie tak. Wkrótce odnajdują ją wampiry i tłumaczą powoli acz dosadnie, że jej dotychczasowe życie właśnie uległo wielkiej zmianie. Odtąd nie będzie musiała martwić się klasówkami, kartkami na mięso i chłodem. Dzięki pomocy Marka, Małgorzata znajduje ciepłe schronienie i przyjaciół. Myli się jednak ten, kto sądzi, że wampiry mają w czasach PRL spokojne życie. Nie dość, że muszą uciekać przed ZOMO i ubecją, to jeszcze czekają ich potyczki z tajnym oddziałem SB  „Z” jak zabobon (nie zaświaty).

W książce znajdziemy nie tylko wampiry ale również wilkołaki, mumie i inne stwory. Jeśli ktoś ma już serdecznie dość bohaterów Zmierzchu, to również znajdzie coś dla siebie.
Gdybym miała krótko scharakteryzować książkę Pilipiuka, powiedziałabym, że jest rzeczowa, zabawna, z nutką socjalistycznego podejścia do życia.  Najlepiej jednak książkę charakteryzuje poniższy cytat:
„Być wampirem w PRL to nie przelewki. W społeczeństwie bezklasowym trudno tytułować się hrabią. Płaszcz i smoking nosi albo kelner albo iluzjonista, a krew obywateli Rzeczpospolitej Ludowej ma posmak deficytu i reglamentacji.”

Wampir z M-3” to pozycja dobra zarówno dla miłośników wampirów, jak i tych, którzy PRL wspominają z łezką w oku.



9/10





Wampir z M-3, Andrzej Pilipiuk, Fabryka Słów, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 21 kwietnia 2011

Anthony Bourdain, Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego

Podtytuł książki („w poszukiwaniu posiłku doskonałego”), to idealne podsumowanie całości, która porwała mnie jak rwąca rzeka w fascynującą podróż po smakach, aromatach i kulturze.

Jedzenie, gotowanie, kuchnia. Ludzie kochają jeść. Programów kulinarnych, tak w Polsce, jak i za granicą, jest multum. Nikt jednak nie mówi o tym, co dzieje się poza kuchnią. Praktycznie żaden z kucharzy nie wychyla nosa poza własną kuchnię, aby sprawdzić skąd się bierze jedzenie, a przepisy przedstawiane w programach i książkach są wyrwane z kontekstu, nie mają swojej historii ani otoczki kulturowej. Anthony Bourdain w swojej książce Świat od kuchni” postanowił to zmienić. Podtytuł książki („w poszukiwaniu posiłku doskonałego”), to idealne podsumowanie całości, która porwała mnie jak rwąca rzeka w fascynującą podróż po smakach, aromatach i kulturze.

Kto interesuje się gotowaniem, temu nie trzeba przedstawiać autora. Outsider kuchni. Osoba, która wykrzyczała wszystkim w twarz swoje marzenia i nie boi się ich spełniać. Autor programu „Bez rezerwacji”. Kucharz z prawdziwego zdarzenia, bez garnituru i „ą”, „ę”.

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jaką historię mają poszczególne potrawy? Jeśli nie, koniecznie sięgnijcie po „Świat od kuchni” i dowiedzcie się, jak wygląda gotowanie od kuchni w Japonii, Wietnamie, Rosji, Maroko, Meksyku, Anglii, Portugalii. Do każdego z tych miejsc Anthony Bourdain udał się w jakimś celu. Nie było to bezsensowne zwiedzanie kolejnych miast szlakami dla turystów, lecz prawdziwa kuchnia od kuchni. Dzięki niemu nasza wiedza poszerza się o tematykę doboru półproduktów, przygotowania, podawania i samego jedzenia, które nie jest mniej ważną czynnością od samego gotowania. Między wierszami możemy również wyczytać część przepisów, które później będą mogły zagościć na naszych stołach.

Anthony Bourdain jest zupełnym przeciwieństwem uśmiechniętego kucharza w białych, czystych ciuszkach, mizdrzącego się do kamery i pokazującego zygzaki na talerzu w programie kulinarnym w plenerze. On nie wstydzi się i nie boi się tego, że najpierw zwierzynę trzeba upolować, trochę się ubrudzić, spocić. Pokazuje to, co każda prawdziwa kucharka ma w swojej kuchni- artystyczny nieład. Anthony Bourdain to kucharz autentyczny. Być może właśnie za to uwielbiany i szanowany. Ma swój styl i nie boi się nowych wyzwań. To kucharz, którego ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Tylko w książce Bourdain’a możecie przeczytać o tym, skąd faktycznie bierze się jedzenie, które później ktoś nam serwuje w wykwintnej restauracji. Czy jagnięcina smakowałaby nam tak samo, gdybyśmy widzieli zarzynanie zwierzęta? Warto sprawdzić.




9/10

Anthony Bourdain, Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego, Carta Blanca, Warszawa 2011


recenzja zamieszczona na dlalejdis.pl

sobota, 2 kwietnia 2011

Ally Condie, Dobrani - Wolność ma swoją cenę

W idealnych domach, na idealnych dzielnicach, w idealnych miastach, w idealnym świecie mieszkają idealni ludzie. Nie znają chorób, biedy, cierpienia. Nie znają również wolności.


Świat jest idealny. Cassia, główna bohaterka książki, stoi przed najpoważniejszą zmianą w swoim życiu. Czeka ją Bankiet Doboru. Doboru? Tak, ponieważ piękny, idealny świat, to nie dzieło natury, lecz człowieka. Specjalna organizacja zajmuje się wszystkim, co dotyczy ludzi i ich życia. Począwszy od wielkości rabatek przed domami, poprzez organizację czasu wolnego kończąc na dobieraniu partnerów. Po co to wszystko? Aby było idealnie. Wszyscy powinni być równi. Aby społeczeństwo było zdrowe i posiadało idealne potomstwo to Państwo sprawuje pieczę nad doborem przyszłych małżonków. To Państwo decyduje kto gdzie będzie pracować i jak spędzać wolny czas.
Okazuje się jednak, że nieważne, jak bardzo Funkcjonariusze, przedstawiciele Państwa, usiłują sprawować kontrolę nad obywatelami, zawsze znajdzie się ktoś, kto śni o wolności i możliwości podejmowania samodzielnych decyzji.  Cassia, tak jak inni obywatele właśnie czeka na swojego partnera. Okazuje się, że idealnym dla niej partnerem jest jej kolega z dzieciństwa Xander. Gdy dziewczyna chce obejrzeć informacje, które dostała o swoim wybranku, jej oczom nie ukazuje się jednak twarz Xandera lecz zupełnie innego chłopaka- Ky’a. Nie jest to jednak możliwe. Ky należy do Aberracji i nie jest brany. pod uwagę przy budowaniu kolejnego pokolenia obywateli.  Co się więc stało? Czy Cassia będzie szczęśliwa z Xanderem, czy też zbuntuje się i wybierze Ky’a?


Ally Condie pisząc „Dobranych” wzorowała się według mnie na świecie orwellowskim, gdzie człowiek pozbawiony jest możliwości wyboru i wszyscy są inwigilowani. Na początku myślałam, że autorka nie uniesie ciężaru antyutopii- na szczęście myliłam się. Candie poradziła sobie z tym zadaniem bardzo dobrze. Antyutopijna historia o perypetiach młodych ludzi jest bardzo przekonująca. Otaczający bohaterów świat nie jest naciągany, autorka dokładnie przemyślała to, o czym chce napisać i co pragnie pokazać.


Książka Ally Condie porusza tematy najważniejsze: miłość, przyjaźń i wolność, z której nie codziennie zdajemy sobie sprawę. Ludzie wolni swojej wolności nie doceniają do momentu, gdy jej nie stracą. Nie jest jednak trudno buntować się, gdy wiemy o co walczymy i co straciliśmy. Bohaterowie książki „Dobrani” walczą nie wiedząc dokładnie o co, bo wolności nigdy nie posiadali.
9/10

Ally Condie, Dobrani, Prószyński, 2011

recenzja zamieszczona na kobieta20.pl