Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 października 2012

Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury Francesca Simon

Każdy, kto w jakikolwiek sposób zetknął się ze współczesną literaturą dla dzieci, na pewno słyszał o Francesce Simon i Koszmarnym Karolku, który przy bliższym poznaniu nie jest aż taki koszmarny.

Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury to 36 książka o chłopcu, który nie cierpi się uczyć, ale jakimś cudem ciągle przyswaja ciekawą wiedzę. Jeśli oglądając Park Jurajski, zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak naprawdę wyglądały i co jadły przedstawione w filmie gady, możecie uzupełnić braki dzięki tej książce. Jeśli wasze dziecko uważa, że nauka jest głupia, można mu udowodnić, że się myli. Książki o Koszmarnym Karolku będą idealną lekturą dla dzieci od około 6 roku życia. Na początku nie wszystko zrozumieją, ale ich wyobraźnia zostanie rozpalona, ponieważ tytułowy Karolek opisuje interesujące go zagadnienia w taki sposób, że nie można się nudzić, czytając książkę.

W książce „Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury” znajdziemy informacje o tym kiedy i gdzie żyły dinozaury, poznamy nazwy tych najpopularniejszych i tych, które nie zostają bohaterami filmów, dowiemy się co jadły ( i ile), jak wyglądały, ile ważyły, w jaki sposób polowały i jak się broniły. Karolek opowie nam również o tym, gdzie najlepiej kopać, aby się do gadzich kości dokopać i w jaki sposób zniknęły z powierzchni naszej planety. A opowiada o tym wszystkim naprawdę bardzo ciekawie. Chociaż nie jest to książka naukowa, jest w niej dużo ciekawych i przydatnych informacji, które pozwolą waszym pociechom i młodszemu rodzeństwu zabłysnąć w szkole i stać się prawdziwym znawcą wśród szkolnych rówieśników. Gdyby moje dziecko pochłaniało książki o Koszmarnym Karolku i przyswajało wiedzę w nich zawartą, byłabym szczęśliwa.

Francesca Simon, Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury, Znak emotikon, 2012

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl



„Cześć dinofani!!!
Witajcie w mojej fantastycznej nowej książce o wszystkim, co dotyczy dinozaurów! Czy nie byłoby super mieć własnego tyranozaura, kiedy wpada do was ktoś taki, jak Wredna Wandzia lub Doskonały Damianek? [...] Poczekajcie tylko, aż dowiecie się, jakiej wielkości była kupka tyranozaura i jak dużo mógł pochłonąć JEDNYM kęsem… (Damianka, Wandzię, Wojtusia, Władzia, panią Kat- Topolską…)
Właśnie taaak!
Karolek”








czwartek, 15 grudnia 2011

Najlepsze książki 2011 - za co kocham wydawnictwa

zdjęcie pochodzi z http://dborck.wordpress.com/wjms-book-club/


Rok powoli zbliża się ku końcowi, więc postanowiłam zastanowić się, jakie wydawnictwa kocham za jakie książki. Nie wiem, co mnie naszło, no ale naszło, więc do dzieła.


















niedziela, 13 listopada 2011

Robokalipsa - Daniel Wilson

„Maszyny pełne miłości i wdzięku”

Czyżby? Być może w świecie idealnym tak. Wiadomo jednak, że świat idealny nie jest, więc …
Aż chce się powiedzieć „ a nie mówiłam? ”. Kiedyś słyszałam kawał o facecie, który po usłyszeniu, że komputer wykona za niego połowę pracy postanowił kupić dwa. Tak to już z ludźmi jest. Jeśli coś może zrobić za nich komputer- bardzo dobrze. Wprawdzie później okazuje się, że nie jesteśmy już w stanie sami tego wykonywać, no ale w końcu otacza nas technika. W „Robokalipsie” jest identycznie. Maszyny robią za nas prawie wszystko. Prowadzą nasze domy, pomagają w domach starców, robią za nas zakupy. Na drogach nie ma wypadków, ponieważ samochody kontaktują się ze sobą. Na wojnie nie ma zabitych, bo zamiast żołnierzy, na ulice wychodzą roboty patrolowe. Do czasu. Z nieznanych powodów zaczynają się pojedyncze incydenty z udziałem robotów, ale nikt nie wie, jaka jest tego przyczyna. Może błąd oprogramowania lub zwarcie? Nie tym razem.

Maszyny stworzone przez człowieka stają przeciwko nam. Rządzi nimi Archos, komputer, który uważa, że „dopóki jedna rasa gnębi drugą, nie ma miejsca na pokój”. Po części ma rację, tylko jak gnębić coś, co nie ma uczuć? Ta maszyna ma. Jest pełna gniewu, nienawiści i rządzy władzy. Kieruje się chęcią zemsty.

Czy ludzkość jest skazana na wyginięcie? Na szczęście nie. Istnieją bowiem ludzie, którzy odkrywają w sobie siłę by walczyć. O siebie, o najbliższych. Są takie momenty w życiu, gdy z największego tchórza i egoisty wychodzi prawdziwy żołnierz gotowy do walki na śmierć i życie. Życie nie tylko swoje, ale i całej ludzkości.

Jak przekonać czytelników do tej pozycji? Daniel Wilson miał ułatwione zadanie. Zachęcają nas do tego Steven Spielberg i Stephen King. Jeśli King mówi, że coś jest dobre, musi takie być. Jeśli Spielberg chce coś przerobić na film, oznacza, że sale kinowe będą pękać w szwach.

Zastanawiało mnie przez chwilę, skąd pomysł autora na to, aby cała książka była utrzymana w bardzo obrazowym stylu. Czytając poszczególne sceny mogłam je sobie wyobrazić bez najmniejszego problemu. Zagadka rozwiązała się sama po przeczytaniu podziękowań. Autor pisząc wiedział, że jego książka zostanie zekranizowana.

 Daniel Wilson napisał książkę w bardzo fajny sposób. Nie jesteśmy naocznymi świadkami wydarzeń. Oglądamy je razem z bohaterem jako zdarzenia zarejestrowane przez różne roboty. Całość czyta się bardzo fajnie. Akcja, zgodnie z obietnicą Stephena Kinga wciąga tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bohaterowie są ciekawi, trójwymiarowi. Fabuła pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji. Czegóż więcej oczekiwać po książce? Chyba jeszcze tylko jakiegoś morału. Ten morał musimy jednak znaleźć sami. Dla jednych będzie to „nie ufaj do końca technice”, dla innych „każdy może zostać bohaterem”.

Jeśli do 2013 roku nie zostaniemy świadkami buntu maszyn rodem z Matrixa lub Terminatora, do zobaczenia na kinowej premierze Robokalipsy. Warto jednak najpierw przeczytać książkę.

10/10

Daniel H. Wilson, Robokalipsa, Znak, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 27 października 2011

KONKURS wydawnictwa Znak- WYRAŹ SWÓJ NASTRÓJ KOLOREM

Zachęceni bardzo pozytywnym odzewem ze strony młodzieży i szkół po akcji czytelniczej opartej na serii Jutro  postanowiliśmy przygotować kolejny projekt w oparciu o książkę, która w ciągu roku zrobiła furorę we Włoszech i 10 innych krajach - Biała jak mleko czerwona jak krew.

KONKURS - WYRAŹ SWÓJ NASTRÓJ KOLOREM
Przygotowaliśmy dla młodych konkurs w oparciu o ciekawy motyw pojawiający się w książce - patrzenia na świat przez kolory. Szczegóły konkursowe można obejrzeć tu:
KONKURS - WYRAŹ SWÓJ NASTRÓJ KOLOREM
Sam konkurs ruszy razem ze startem strony www.bialajakmleko.pl - 28 października 2011. Dodatkowo na stronie www.bialajakmleko.pl  będzie można dowiedzieć się w jakim kolorze jest nasz nastrój, a także poznać autora książki - Allesandro D'Avenię.

www.bialajakmleko.pl

piątek, 21 października 2011

Richard Evans, Stokrotki w śniegu - Opowieść wigilijna na miarę XXI wieku


Każdy z nas kojarzy zapewne „Opowieść wigilijną”. Dickens pokazał w niej przemianę skąpca i egoisty Ebenezera Scrooge'a pod wpływem duch Jakuba Marleya.

Richard Evans w książce „Stokrotki w śniegu” pokazał czytelnikom bardzo podobną historię.
Nic tak nie działa na człowieka, jak myśl o tym, że „to” może się NAM przytrafić.

Głównym bohaterem książki jest James Kier, bogaty, egoistyczny i okrutny przedsiębiorca. Nie zależy mu na niczym innym niż pieniądze. Dla pieniędzy jest gotów sprzedać najlepszego przyjaciela, wyrzucić uczciwego człowieka na bruk. Pewnie byłby potworem do śmierci, gdyby nie błąd w druku w pewnej gazecie. Umiera James Kier, kierowca autobusu. Dziennikarz przez niedopatrzenie pisze artykuł o śmierci znanego potentata nieruchomości uśmiercając tym samym głównego bohatera. W normalnych warunkach dziennikarzyna skończyłby na bruku, a gazeta byłaby pozwana do sądu. Zdarza się jednak coś, co sprawia, że myśl o słodkiej zemście na dziennikarzu schodzi na dalszy plan.

Internet ma to do siebie, że pozostając anonimowym można napisać wszystko i na każdy temat. Po otworzeniu artykułu o swojej śmierci James spogląda na komentarze i zamiera. Wszyscy go nienawidzą i cieszą się z jego śmierci. Byli współpracownicy, bliscy znajomi, płotki, którym w przyszłości przedsiębiorca rzucał kłody pod nogi. Wszyscy, oprócz jednej osoby: prawie byłej żony. To, co zobaczył bohater tak nim wstrząsa, że zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem dochodząc do jednego wniosku: cały świat go nienawidzi. Czy jest szansa, że James odkupi swoje winy? Oczywiście, że tak. W końcu na tym polega magia przemiany. Pytanie tylko: ile to będzie kosztować.

Stokrotki w śniegu to naprawdę bardzo dobra książka. Nie ma sensu owijać w bawełnę, aby wyznać to na końcu. Evans ma talent, nie tylko pisarski. Jego dar polega na tym, że potrafi poruszyć w człowieku te struny, które, jak sądzimy, nigdy nie drgną. Autor nie sili się na słodkie hollywoodzkie sceny żalu i miłości. Przedstawia świat i życie takimi, jakimi są. Złymi, brutalnymi. Pokazuje też jednak, jak wiele zależy od nas samych. Jeśli spotka nas coś, co poruszy właściwą struną, możemy się zmienić. Może zabrzmi to trochę ckliwie, ale Evans pokazuje, że każdy człowiek, niezależnie od tego co zrobił, zasługuje na drugą szansę, a także to, że każda Bestia ma swoją Piękną i różę, która odmierza czas, który nam pozostał.

Jeśli uważacie, że nie macie sobie nic do zarzucenia, zastanówcie się, co Wy na miejscu Jamesa przeczytalibyście w komentarzach pod artykułem o Waszej śmierci. Może warto od czasu do czasu zrobić coś dobrego aby nie żałować, jak bohater „Opowieści wigilijnej”?

10/10

Richard Evans, Stokrotki w śniegu, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 16 czerwca 2011

Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami - Życie idioty to nie bułka z masłem*

W swoim życiu przeczytałam wiele książek, dobre, złe, wciągające jak rwąca rzeka i nudne jak flaki z olejem. Do tej pory nie czytałam jednak książki takiej, jak ta.



 
Opowieść, która miała być „ma miarę bestsellerowego Forresta Gumpa” jest tak samo dobra jak przygody Forresta, a może nawet lepsza.
„Dziewczyna, która pływała z delfinami” to debiut Sabiny Berman, meksykańskiej autorki scenariuszy.  Po przeczytaniu jej książki dochodzę do wniosku, że autorka wybrała zły zawód. Powinna zacząć pisać szybciej. O wiele szybciej.

Rzadko czytuję książki o osobach upośledzonych. Nigdy natomiast nie czytałam książki, której narratorem jest osoba z autyzmem. Podobno życie jest jak pudełko czekoladek. W przypadku Karen, głównej bohaterki książki, absolutnie się z tym zgadzam, z tym, że każdy dzień jest jak pudełko czekoladek.

Główna bohaterka, to zamknięta w sobie, zaniedbana autystyczna dziewczynka. Mieszka w piwnicy zamknięta przez swoją matkę. Dziecko „wychodzi na światło dzienne” dzięki ciotce Izabelle, która przyjeżdża do Mazatlan  aby przejąć swój spadek- fabrykę tuńczyków. Po przyjeździe oprócz interesu, o którym nie ma pojęcia, zastaje swoją siostrzenicę skrzętnie ukrywaną przed światem przez swoja zmarłą siostrę.

Życie z Karen nie należy do łatwych. Dziewczyna jest na poziomie przestraszonej małpki. Nie potrafi mówić, zachowuje się jak dzikus, śpi w piwnicy. Dzięki cierpliwości i determinacji ciotki dowiaduje się czym jest woda i mydło, a przede wszystkim, że dzięki słowom można się porozumiewać ze światem. Powoli poznaje poszczególne wyrazy, uczy się jeść, kąpać, korzystać z toalety. Chociaż autystyczna dziewczynka teoretycznie wie, jak przetrwać żyjąc w społeczeństwie, często zamyka się w sobie. Jej ulubionym towarzystwem są ryby. To wśród ryb, głęboko pod wodą Karen czuje się naprawdę wolna i szczęśliwa. Z biegiem czasu zaczyna chodzić do szkoły i, o dziwo, dostaje się na studia. Chociaż życie Karen jest nieskomplikowane, dosięgają ją kłopoty. Rodzinny interes zaczyna plajtować, a od decyzji Karen i Izabelle zależą losy wielu rodzin.

Dzięki dziwnym zbiegom okoliczności fascynacja Karen może stać się odpowiedzią na kłopoty rodzinne. Czy młoda kobieta, której choroba nie pozwala na swobodne życie wśród ludzi będzie potrafiła współpracować z obcym tajemniczym mężczyzną? Czy osoba upośledzona potrafi otworzyć intratny interes? Dlaczego życie wielu rodzin zależy od "głupka"? Tego wszystkiego dowiecie się czytając książkę „Dziewczyna, która pływała z delfinami”.

Książka Sabiny Berman jest jedyna w swoim rodzaju. Niewiele jest książek, o których nie potrafię za bardzo opowiedzieć. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy dana pozycja zrobi na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Mogłabym oczywiście streścić powieść, tylko po co?

Karen, chociaż jest upośledzona posiada kilka zalet: jest uczciwa, ma doskonałą pamięć, zmysł organizacji przestrzeni, w dziwnie prosty sposób pojmuje otaczający ją świat. Nie ma w niej pychy, zakłamania, obca jest jej zazdrość. Te wszystkie cechy sprawiają, że zaczynamy kochać Karen jak własną córkę.

Jeżeli na bezludną wyspę mogłabym zabrać określoną liczbę książek, ta na 100% znalazłaby się na liście.

Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami, Znak, 2011

10/10

*Forrest Gump

Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata - Amerykanie też potrafią kochać po włosku


Podobno miłość nie zna granic. Nie ważne, gdzie mieszkamy. Miłość może nas dopaść nawet na końcu świata. Czasem jednak trzeba zamieszkać na końcu świata, by spotkać osobę, która przeniosła się na koniec świata z tego samego miejsca co my.

„Przyjaciele Eliany mówili, że jej życie to bajka. […]Niestety, wymarzony dom okazał się jedynie piękną klatką, z której nie można uciec. Kiedy Eliana traci już nadzieję i wiarę w przyszłość, wtedy los stawia na jej drodze nieznajomego.” Po takim opisie książki byłam pewna, że trafiłam na lekkie romansidło. Na szczęście już podczas czytania pierwszych stron książki przekonałam się, że trafiłam na piękną historię, która z typowym wakacyjnym romansidłem ma mało wspólnego.

Głównymi bohaterami książki Richarda Paula Evansa pod tytułem „Kolory tamtego lata” są zmęczona życiem Eliana, wiecznie pracujący Maurizio i tajemniczy Ross Story.
Eliana, młoda Amerykanka zakochuje się we Włochu Maurizio i przeprowadza się do kraju, „którego język brzmi jak poezja, a jedzenie smakuje niczym dar niebios”. Życie wydaje jej się piękne tylko przez chwilę. Po krótkiej sielance okazuje się, że Bóg obdarzył ich chorowitym, wymagającym opieki dzieckiem, mężczyzna, który w Ameryce był 100% dżentelmenem nagle zaczyna traktować Elianę jak pomoc domową. Teściowa jej nie akceptuje, mąż ciągle zdradza. Świat, młodej jeszcze, kobiety z dnia na dzień staje się coraz bardziej bezbarwny. Jedyną jej radością jest malowanie obrazów i rozmowy z Anną, siostrą męża. Odcięta od świata i przyjaciół Eliana nie wierzy już w miłość. Do czasu.
Któregoś dnia do Włoch przeprowadza się tajemniczy mężczyzna, Ross Story. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wynajmuje mieszkanie w domu, w którym mieszkają samotne kobiety i chore dziecko. Z dnia na dzień Eliana i Ross stają się sobie bliscy…

Teoretycznie szybko powinni się w sobie zakochać, skonsumować nowy związek i żyć długo i szczęśliwie. Jednak, jak pisałam na początku, „Kolory tamtego lata” to nie płytkie romansidło. Nie jestem pewna, czy ta historia, tak, jak obiecuje autor, wydarzyła się naprawdę, ale mogę ręczyć własną ręką, że jest bardzo realistyczna.

Autor uwiódł mnie swoim stylem. Jest lekki i miły. Evans nie zanudza czytelnika długimi opisami, nie wymyśla historyjek rodem z Mody na sukces. Jego bohaterowie są realistyczni, posiadają głębię.

Książka, ogólnie rzecz biorąc, mnie zachwyciła. Dodatkowym jej plusem jest to, że akcja toczy się we Włoszech.  „Kolory tamtego lata” polecam nie tylko na wakacyjny wypad. Każdy, kto czasami kupuje książki, powinien dołożyć tę pozycję do swojej domowej biblioteczki

9/10

Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Nicolas Werth, Wyspa Kanibali - Syberyjskie zezwierzęcenie

Istnieją książki i książki. Bardzo rzadko zdarzają się takie, których zrecenzować nie można. Do takich należy „Wyspa kanibali” Nicolasa Wertha opisująca głód i kanibalizm wśród ludzi wysiedlonych na Syberię w latach 30tych.

Tytułowa „Wyspa kanibali”, czyli wyspa Nazino położona na rzece Ob., stała się w latach 30tych ostatnim miejscem na Ziemi dla ponad 2 milionów osób. Chociaż, jako rusycystka, wiedziałam o masowych przesiedleniach na Syberię z rozkazu Stalina, zdawałam sobie sprawę z bardzo trudnych warunków mieszkalnych i socjalnych, które doprowadziły tysiące ludzi do kanibalizmu, nie wyobrażałam sobie, że miało to aż taką skalę, że przeraził się jej sam Stalin rozkazując zaprzestanie przesiedleń.
Początkowo wyspa Nazino miała stać się kolejną kolonią rosyjską. Syberia, wielka kraina leżała odłogiem, a mogła stać się domem i miejscem pracy dla milionów ludzi. Ponieważ na Syberię nikt z własnej woli się nie wyprowadzi, wyspę mieli zasiedlić ludzie z marginesu- rozkułaczeni i ich rodziny, osoby niezatrudnione w zakładach produkcyjnych, działające na szkodę państwa, osoby przybyłe do dużych miast bez zaproszenia (pozwolenia), uchodźcy, byli więźniowie, osoby pozbawione praw obywatelskich- istna śmietanka towarzyska. Plan zakładał przewiezienie wyżej wymienionych osób w miejsce odcięte od świata, zagospodarowanie około miliona hektarów terenów, wybudowanie wiosek pracy (wioski miały składać się ze 100 domów po 60 metrów, po 20 mieszkańców  na budynek). Państwo miało zapewnić drewno, żelazo, gwoździe itd. Niestety, jak to często bywało z planami w Rosji, ktoś czegoś nie dopilnował, zapomniał, przydzielił innej osobie. W wyniku zaniedbań 2 miliony osób zostały zostawione same sobie z wielką kupą mąki na dziewiczych terenach Syberii. Nietrudno się więc dziwić temu, że ludzie przekształcili się w zwierzęta. Słabsze osobniki były przywiązywane do drzewa, obcinano im soczyste części ciała… i zjadano. Do nadzoru  koloni wyznaczono małe oddziały dowódców, lekarzy. Oni jednak, oprócz zabicia części osób, nie mieli na nic wpływu. Ludźmi zawładnął zew natury. Na Syberii pozostawiono 2 miliony osób, które stały się zwierzętami walczącymi o przeżycie. „Na wyspie Nazino człowiek przestał być człowiekiem. Zamienił się w szakala”.  Tak w skrócie przedstawia się historia narodzin Stalinowskiego kanibalizmu.

Książki, jak napisałam na początku, nie można zrecenzować. Bo cóż tu zrecenzować? Styl autora? Akcję? Budowanie napięcia? „Wyspa Kanibali” jest przerażającym dokumentem. Nie jestem pewna, w jaki sposób autorowi udało się napisać o wydarzeniach lat 30tych tak obszerny dokument pełen cytatów osób, które były naocznymi świadkami tamtych wydarzeń. Nie wiem również, w jaki sposób niektórzy ludzie nie zmienili się w bezlitosne zwierzęta jedzące pieczone mięso swoich sąsiadów w dosłownych tego słowa znaczeniu.
Po przeczytaniu książki nasuwa mi się jedna myśl. W jaki sposób można bez użycia siły pozbawić ludzkości tyle osób i w jaki sposób mogą potoczyć się zaniedbane przez kogoś sprawy.

8/10

Nicolas Werth, Wyspa Kanibali, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Richard Brandt, Potęga Google′a - W świecie geeków

Czy dwie osoby mogą zmienić świat? Czy dwóch studentów jest w stanie stworzyć coś tak rozpoznawalnego, jak puszka Coca Coli czy Microsoft? Czy z małego studenckiego projektu może powstać coś, z czego korzysta większość ludzi posiadających dostęp do internetu?

Pora poznać Larrego i Sergeya. Facetów, którzy odmienili oblicze internetu. Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy, jakie sekrety skrywają przed nami miliony stron internetowych. Nie wiesz, o kim mówię? Więc wygoogluj ich sobie… tak. Myślę o twórcach największej i najbardziej rozpoznawalnej wyszukiwarki internetowej, jaką jest Google.

Chociaż wydawać się może, że genialni ludzie są dziwni, bohaterowie książki Richarda Brandta to normalni, jeszcze dość młodzi, faceci. Fakt, że chronią swojej prywatności, nie jest to jednak cechą rozpoznawalną dziwaków. Cóż może być ciekawego w książce o facetach, którzy stworzyli wyszukiwarkę? Wszystko.
Google, jedna z firm-marzeń wszystkich geeków. Na własne uszy słyszałam legendy o tej super firmie. W świecie dużych chłopców są zabawki, gry, dobre jedzenie, oranżada, rowery… taki duży plac zabaw. Wszystko po to, aby pracownicy czuli się w pracy jak w domu, swobodnie. Bo człowiek staje się najbardziej wydajny, gdy kocha swoją pracę.

Google, to nie tylko firma. To znak, to marka, to potęga. To przykład na to, że marzenia się spełniają. W odniesieniu do Larrego i Sergeya idealnie nadaje się powiedzenie „od zera do miliardera”. W książce znajdziemy nie tylko opowieść o Gogole jako firmie, ale również wiele ciekawych informacji o tym, jak zrodził się sam pomysł projektu, jak powstawała firma, skąd młodzi i niebogaci chłopcy wzięli pieniądze na rozkręcenie interesu, jaką wizję mieli i mają Larry i Sargey, jakie są ich zapatrywania na sprawy internetu w Chinach oraz, co najważniejsze, możemy dowiedzieć się wiele o sprawie własności, prywatności itp.

Jedni uważają, że Google, to samo dobro, symbol. Inni twierdzą, że firma jest wcieleniem zła, że właściciele przywłaszczają sobie to, co powinno być wspólne. Kto ma rację? Nie wiadomo.  Pewne jest jedno. Sergey i Larry stworzyli coś, o czym do tej pory nikomu się nie śniło. Wielką bibliotekę, która, pod względem innowacyjności i wielkości, jest porównywalna do Biblioteki Aleksandryjskiej.

Aby przeczytać tę książkę i dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy, nie trzeba być geekem, maniakiem komputerowym, czy też informatykiem. Książka napisana jest w łatwy oraz przystępny sposób i jestem pewna, że trafi do szerokiego grona odbiorców.

7/10

Richard L. Brandt, Potęga Google′a. Poznaj sekrety Larry’ego i Sergeya, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


 

czwartek, 10 marca 2011

Jan Tomasz Gross, Złote żniwa - Niewygodna prawda czy wierutne kłamstwo? Recenzja przedpremierowa

Nieczęsto spotykamy się z szumem medialnym przed publikacją książki lub ukazaniem się filmu. Wokół tej książki już rozpętała się mała burza. Co będzie po oficjalnej premierze? „Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów” bo o nich mowa, to najnowsza książka- zbiór esejów autorstwa Jana Tomasza Grossa. 


Ogólnym tematem książki są procedery, których dopuszczali się Polacy- bezczeszczenie żydowskich ciał i szkieletów w poszukiwaniu pieniędzy o kosztowności. Autor przywołuje publikacje, z którymi czytelnicy interesujący się tymi zagadnieniami mogli spotkać się już wcześniej, dodając później własne spostrzeżenia.
Nie mogę stwierdzić, czy opisywane przez pana Grossa wydarzenia miały miejsce naprawdę, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor od początku pisania książki ma wyrobione zdanie i jest nastawiony negatywnie do Polaków nazywając ich cmentarnymi hienami.
Nie mogę uwierzyć, że Ci sami Polacy, którzy przez lata ukrywali całe żydowskie rodziny narażając siebie i swoich bliskich na śmierć, ci sami Polacy, którzy pomagali Żydom w ucieczkach z getta, w końcu ci sami Polacy, którzy razem z Żydami umierali w obozach zagłady mogliby bezcześcić żydowskie mogiły w poszukiwaniu złotych zębów i obrączek.
Jan Tomasz Gross opisuje chciwość Polaków i innych narodów, którzy usiłują się wzbogacić na Żydach, którzy przeżyli okres Zagłady. To, że Niemcy zawłaszczali sobie mienie żydowskie, które udało im się zdobyć w obozach jest historycznym faktem. Natomiast nie uwierzę, że cały polski naród brał udział w tych czynach. Zapewne zdarzały się wyjątki, ponieważ zawsze wśród owiec znajduje się ta czarna, a wśród czarnych charakterów zawsze znajdzie się przyjaciel, jednak mam wrażenie, że Gross skupia się tylko i wyłącznie na kilku przypadkach, przypisując to większości.
Na uwagę zasługuje fakt, że do napisania książki skłoniła Pana Grossa fotografia ukazująca grupę ludzi nad kurhanem kości- jest to według autora niezbity dowód na uwiecznienie Polaków „podczas pracy”. Nie wiem jednak, czy autor może, ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, czy zdjęcie przedstawia faktycznie to, co jest mu przypisywane.
Warto zwrócić uwagę również na dwie inne pozycje Grossa „Sąsiedzi” i „Strach”, w których autor również atakuje Polaków rzekomo mordujących Żydów, zastanawiając się nad źródłem polskiego antysemityzmu w czasie wojny. Książka okazała się na tyle kontrowersyjna, że prokuratura postanowiła zbadać, czy Gross nie nawołuje do waśni narodowych*.
Nie mnie oceniać autora, zastanawiać się, czy jego nastawienie ma związek z pochodzeniem. Książka natomiast do mnie nie przemówiła. Nie zniechęcam jednak do jej przeczytania. Wręcz przeciwnie. Polecam ją, abyście mogli na sami zastanowić się nad tym, co jest prawdą, a co jedynie niechęcią lub nienawiścią.


1/10




Jan Tomasz Gross, „Złote żniwa”, Znak, 2011

* http://ludzie.wprost.pl/sylwetka/Jan-Tomasz-Gross/
książka ukazała się na stronie kobieta20.pl

poniedziałek, 7 marca 2011

Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi - Nieludzka ziemia Józefa Czapskiego

Stosunki polsko- rosyjskie w sprawie Katynia były, są i będą napięte. Być może nie byłyby takie, gdyby w sprawy ludzkie nie mieszały się rządy, ustawy i raporty. 



Interesuję się tematyką polsko- rosyjską i stricte rosyjską od dawna, dlatego chętnie sięgnęłam po książkę- dokument Józefa Czapskiego pt „Na nieludzkiej ziemi”.

Książka ta składa się z trzech części. Pierwsza, Wspomnienia starobielskie, objętościowo niewielka, skupia się na nazwiskach. Czapski stara się wymienić jak najwięcej osób, z którymi zetknął się w czasie obozowego życia, tworząc swoisty spis nazwisk napotkanych, lecz niezapomnianych, oddając im w ten sposób swego rodzaju hołd. Pamięć jest najważniejsza.
Część druga, Na nieludzkiej ziemi, opowiada o myślach, przeżyciach i spostrzeżeniach Czapskiego na ziemi Sowieckiej głównie w latach 1941-42, choć część ta była pisana dłużej. W tym czasie, autor był oddelegowany do grupy poszukującej polskich zaginionych oficerów. Tak, oficerów, którzy później zostali odnalezieni w Katyniu.
Część trzecia, Prawda o Katyniu, to porównanie tez niemieckich, rosyjskich i polskich dotyczących zamordowanych oficerów. To również ból związany z milczeniem i kłamstwami Francji i Anglii. Czapski bez zbędnych upiększeń opisuje, co, dokładnie stało się z naszymi oficerami, w jaki sposób zostali zamordowani.

Dzięki zapiskom Czapskiego dowiadujemy się, w jaki sposób, w jakich warunkach wywożono Polaków na wschód,  jak wyglądało życie w Rosji, najpierw w rzeczywistości obozowej, gdzie pomimo nieludzkich warunków, ludzie zachowali resztki człowieczeństwa, gdzie pomimo wielkiego głodu ludzie dzielili się ze sobą kromką chleba. Potem nadeszła era „wolności”. Polacy zostali uwolnieni, jednocześnie zostali przywróceni do czynnej służby, aby walczyć przeciwko wspólnemu wrogowi. W tym właśnie czasie autor usiłował trafić na jakikolwiek trop swoich przyjaciół.  Czapskiemu nie udało się dotrzeć do grobów. O odkryciu dowiedział się drogą radiową, w czasie swojego pobytu w Iraku razem z Armią Polską.

Nie mnie oceniać ludzi, dlatego nie będę pisać, co sądzę o postawie kolejnych państw w odniesieniu do Katynia i Polaków. Wiem jednak, że za każdą zbrodnię odpowiada kilka osób, reszta zmuszona jest do wykonywania rozkazów pod groźbą śmierci. Czytałam wiele książek o życiu obozowym Polaków, Niemców i Rosjan. I wiem, że tamten okres skrzywdził naród rosyjski nie mniej niż nas. Oni również ginęli, przymierali głodem, patrzyli, jak ich najbliżsi odchodzą.  Mam wrażenie, że Polacy i Rosjanie są sobie bliżsi niż myślą. Nie chcą się jednak do tego przyznać. Wydaje mi się również, że Czapski opisując ludzi rzucających jedzenie do ciężarówek wiozących oficerów do obozów, to, jak pojedynczy ludzie odnosili się do siebie, nie widział w Rosjanach wrogów, lecz takich ludzi jak wszyscy.


6/10



Józef Czapski, Na nieludzkiej ziemi, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl