Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 07/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 07/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2011

Heather Graham, Noc morze i gwiazdy - Raj tropików

Romansidła idealnie nadają się na lekturę w pochmurne dni. Tak więc otulcie się w ciepły kocyk, zaparzcie ulubioną herbatę i zanurzcie się w historii, która mogłaby się wydarzyć naprawdę.

Czy można wyobrazić sobie coś bardziej romantycznego, niż piękną kobietę i przystojnego mężczyznę, którzy wyszli cało z katastrofy lotniczej i zostali uwięzieni na malowniczej wysepce pośrodku oceanu? Bohaterowie książki Heather Graham „Noc, morze i gwiazdy” bez problemu mogliby wymyślić dla siebie coś bardziej ekscytującego.

Sky Delaney, młodej projektantce wracającej właśnie z podróży służbowej, nie mogło zdarzyć się nic gorszego. Utknęła na kompletnym tzw. zadupiu (bez ubrań na zmianę, szczotki do włosów, czy szczoteczki do zębów) z chamem i gburem w jednym. Jakby tego było mało, podczas ucieczki z samolotu skręciła kostkę. Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak. Kyle Jagger, jej jedyny towarzysz na pustkowiu, nie dość, że jest impertynentem i chamem, to na dodatek jest niesamowicie przystojny…

Jak można się domyślić, między bohaterami zaczyna iskrzyć. Niestety, jest to bardziej zwierzęcy instynkt, niż głębokie uczucie. Kyle zostawił na lądzie (prawie) byłą żonę i syna, Sky- narzeczonego. Pomimo wyrzutów sumienia, nieokrzesany Kyle coraz bardziej rozpala umysł i ciało Sky.

Zawsze mi się wydawało, że jeśli romans, to musi być płytki. Okazuje się, że nie zawsze. Heather Graham potrafi pisać tak fajnie, że nawet historia, którą można znaleźć w co trzecim romansidle, może wydać się ciekawa. Być może to dlatego, że autorka potrafi dobrze scharakteryzować bohaterów. Zarówno Kyle, jak i Sky mają swoją przeszłość, uczucia, troski, przemyślenia. Nie są to bezmyślne postaci, które mają za zadanie spotkać się, pokochać i spłodzić dziecko na końcu książki. Graham musiała się trochę nad nimi pogłowić. Na uwagę zasługują również wątki poboczne, głównie rodzinne tajemnice obojga bohaterów. Każde z nich przeżyło już trochę i te przeżycia odcisnęły na nich swoje piętno.

Książkę Heather Graham czyta się bardzo szybko. Autorka nie zanudza nas bezsensownymi opisami, które nic nie wnoszą do lektury, ma bardzo przyjemny styl, a akcja toczy się na tyle szybko, że książka mogłaby posłużyć za scenariusz amerykańskiego filmu o rozbitkach.

07/10

Heather Graham, Noc, morze i gwiazdy, G+J,  2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

sobota, 23 lipca 2011

Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander - (nie)Zwykłe życie …

Czyli o tym, czy Szkoci to ciekawy i interesujący naród, czy też taki, jaki znamy z kawałów o Szkotach.
Według The Times’a „książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę”. Czy faktycznie?

Wierni czytelnicy książek Smitha doczekali się trzeciego tomu serii „44 Scotland Street”. Życie bohaterów z którymi bardzo łatwo się zżyć zmieniło się ostatnimi czasy. Domenica wyjechała prowadzić badania na drugim końcu świata, Bruce postanowił przeprowadzić się do Londynu, Pat rozpoczęła studia, Matthew usiłuje sobie poradzić z dużą sumą pieniędzy. 

Brzmi trochę jak telenowela, prawda? Gdy przeczytałam pierwszy „rozdział” pod tytułem „Co zdarzyło się do tej pory” miałam mieszane uczucia. Po pierwsze nie byłam pewna, czy uda mi się zaprzyjaźnić z bohaterami książki skoro poznałam ich dopiero teraz, po drugie czułam się trochę jak nowa sąsiadka na przyjęciu starych przyjaciół. Czułam się sztucznie i obco, nie wiedziałam jak ustosunkować się do nowinek, które zaczęły mnie dosłownie torpedować z każdej strony.

Potem było o wiele lepiej. Szybko przyzwyczaiłam się do mieszkańców Scotland Street i choć nadal czułam, że jestem nowa, zaaklimatyzowałam się. Nie wiem dlaczego, ale ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Irene- kobietę, którą w rzeczywistości chyba bym zagryzła. Autor tak wspaniale stworzył Irene, że nie mogłam się oprzeć jej „urokowi”. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego.

Tego, co zdążyło się w książce opowiadać nie będę. Po pierwsze zapewne pominęłabym najważniejsze, bo nadal od mnogości wątków i kolorytu postaci czuję się trochę zakręcona, po drugie wiem, że gdybym była wierną czytelniczką to za spoilery bym pogryzła, a gdybym zaczynała dopiero przygodę ze Smithem to niewiele by mi to dało.

Niemniej jednak książka wydaje się bardzo fajna. To takie połączenie sielanki z fraszką i odrobiną autoironii. Gdy czytałam o dylematach Matthew w sklepach z ubraniami miałam przed oczyma Szkota z kawału który przestał się jąkać gdy dowiedział się o cenach rozmów z Londynem. A Matthew? Nie wiedząc co zrobić z pieniędzmi kupował w sklepie wszystko, co wpadło mu w oko. Jak dla mnie, całkowicie zakręcone.

The Times miał rację, choć często tak dobre recenzje są mocno przesadzone. Książka idealnie nadaje się jako lekarstwo na chandrę. Radzę tylko nie popełniać mojego błędu i zaprzyjaźnić się z mieszkańcami Scotland Street zaczynając lekturę od tomu pierwszego.

07/10

Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander, Wydawnictwo MUZA, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 18 lipca 2011

Nora Roberts, Wzburzone fale - Miłość ponad wszystko


Jeśli nie macie ochoty na optymistyczną wakacyjną lekturę, z której dowiecie się, jak piękne może być bezinteresowne postępowanie, nie sięgajcie po tę książkę.
Nie wiem dlaczego, ale wszystkie książki Nory Roberts są ciekawe. Zarówno łzawe romansidła jak i kryminały. „Wzburzone fale” to kolejna udana książka tej autorki. Nora Roberts powieści ma na swoim koncie ponad 200. A każda, którą czytałam zwyczajnie, choć bez fajerwerków, mi się spodobała. Książki Nory Roberts należą do tych, które mają być lekkie i przyjemne. Taka są właśnie „Wzburzone fale.”

Dawno temu do jednego z wielu małych amerykańskich miasteczek przyjeżdża Cameron - młody, doświadczony przez życie chłopak. W czasie próby kradzieży samochodu, zostaje przyłapany przez Raymonda Quinna, który zamiast zadzwonić na policję, postanawia, wraz z żoną Stellą, zaopiekować się krnąbrnym nastolatkiem. W podobnych okolicznościach do domu Quinnów trafiają Etan i Philips.

Właściwa akcja książki toczy się po kilkunastu latach od przygarnięcia trudnych chłopców. Każdy z „braci” dorósł, wyprowadził się z domu i prowadzi swoje życie. Cameron, główny bohater, jeździ beztrosko po całym świecie, wygrywając wyścigi i sypiając z każdą piękną kobietą, jaka mu się nawinie. Jego beztroskie życie przerywa telegram z wiadomością, że Raymond Quinn umiera. Po przyjeździe do domu Cam i jego bracia dostają od ojca zadanie. Po jego śmierci mają się zaopiekować najnowszym „przybłędą”, Sethem.

Chociaż każdy z braci prowadzi zupełnie inny tryb życia, ze względu na obietnicę złożoną ojcu, postanawiają zaopiekować się nowym chłopakiem. Najbardziej rozumie go Cam, który w młodym chłopaku widzi siebie. Rozpoczyna się walka o możliwość opieki nad Sethem oraz wojna o dobre imię Ray’a.

„Wzburzone fale” to świetny wakacyjny kompan. Idealna zarówno na krótki wypad nad wodę, jak i na długą podróż. Autorka, dzięki znanym tylko sobie sposobom, bardzo wciąga czytelnika. I chociaż końcówki można się domyślić po dwóch rozdziałach, ogólna akcja powieści nie jest oklepana. Pod przykrywką płytkiego romansidła skrywają się poważniejsze tematy tj. siła plotki, braterska miłość, problemy z adopcją. Dzięki swojemu optymizmowi i wartkiej akcji nie znudzicie się, a poważne sprawy są przemycone tak zręcznie, że nie zauważycie, iż ta książka traktuje o czymś całkiem poważnym.

07/10

Nora Roberts, Wzburzone fale, Książnica, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

środa, 11 maja 2011

Beata Pawlikowska, Blondynka jaguar i tajemnica Majów - Z Blondynką w świecie Majów

Chyba każdy w Polsce kojarzy Beatę Pawlikowską. Jedni z telewizji, inni z radia, jeszcze inni w połączeniu z pewnym panem. Piękna, uśmiechnięta Blondynka, która zaprzecza całej teorii o kobietach z włosami blond. Piękna, mądra, nie bojąca się wyzwań. Kobieta, z którą można przemierzyć cały świat.


W swojej najnowszej książce „Blondynka, jaguar i tajemnica Majów” Beata Pawlikowska zabiera czytelników w fascynującą podróż po pięknej i niebezpiecznej Gwatemali. Razem z autorką będziemy mogli rozwikłać tajemnice świata Majów, dowiedzieć się, jak ciekawie może wyglądać podróż po tym odległym kraju, co niezwykłego możemy tam zobaczyć i jakie niebezpieczeństwa będą na nas czyhać.

„Blondynka, jaguar i tajemnica Majów” to swego rodzaju pamiętnik podzielony na rozdziały, przyozdobiony przepięknymi fotografiami. W każdym z rozdziałów czeka nas fascynująca opowieść. A to o kierowcach autobusów, którzy jeżdżą jak szaleni, a to o tajemniczym kogucie, który towarzyszy Pani Beacie przez praktycznie całą drogę. Dowiemy się mnóstwa rzeczy o tym, co łączy i dzieli nasze narody. Okazuje się, że mamy naprawdę bardzo wiele wspólnego. Osobom  poszukującym wielkich tajemnic polecam rozdział o Biblii Majów- jest o wiele ciekawsza od naszej i chyba lepiej oddaje ludzką i boską naturę.

Oprócz opowieści o niebezpiecznych, a zarazem fascynujących podróżach po kraju, kulturze, obrzędach, czeka nas po prostu bardzo przyjemna podróż palcem po mapie. Trudno opisać książkę podróżniczą, taką, jaką jest „Blondynka, jaguar i tajemnica Majów”. Autorka pisze trochę o tym, trochę o owym. Czułam się, jakbym czytała maile z podróży przyjaciółki. Nie jestem w stanie, w jednym zdaniu, napisać o czym jest książka Pani Beaty. Wiem natomiast jaka jest. To interesująca, wciągająca i przede wszystkim bardzo optymistyczna opowieść mądrej i wrażliwej kobiety nie tyle o podróży, co o życiu.

Książka ta, choć dla mnie to bardziej pamiętnik, to pomysł na wspaniały prezent. Nie tylko dla osób, które interesują się podróżami. Również dla pasjonatów fotografii, tych, którzy uwielbiają przygody, ludzi pogodnych i szczęśliwych.

7/10

Beata Pawlikowska, Blondynka, jaguar i tajemnica Majów, wydawnictwo G J RBA, National Geographic Warszawa 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Richard Brandt, Potęga Google′a - W świecie geeków

Czy dwie osoby mogą zmienić świat? Czy dwóch studentów jest w stanie stworzyć coś tak rozpoznawalnego, jak puszka Coca Coli czy Microsoft? Czy z małego studenckiego projektu może powstać coś, z czego korzysta większość ludzi posiadających dostęp do internetu?

Pora poznać Larrego i Sergeya. Facetów, którzy odmienili oblicze internetu. Gdyby nie oni, nie wiedzielibyśmy, jakie sekrety skrywają przed nami miliony stron internetowych. Nie wiesz, o kim mówię? Więc wygoogluj ich sobie… tak. Myślę o twórcach największej i najbardziej rozpoznawalnej wyszukiwarki internetowej, jaką jest Google.

Chociaż wydawać się może, że genialni ludzie są dziwni, bohaterowie książki Richarda Brandta to normalni, jeszcze dość młodzi, faceci. Fakt, że chronią swojej prywatności, nie jest to jednak cechą rozpoznawalną dziwaków. Cóż może być ciekawego w książce o facetach, którzy stworzyli wyszukiwarkę? Wszystko.
Google, jedna z firm-marzeń wszystkich geeków. Na własne uszy słyszałam legendy o tej super firmie. W świecie dużych chłopców są zabawki, gry, dobre jedzenie, oranżada, rowery… taki duży plac zabaw. Wszystko po to, aby pracownicy czuli się w pracy jak w domu, swobodnie. Bo człowiek staje się najbardziej wydajny, gdy kocha swoją pracę.

Google, to nie tylko firma. To znak, to marka, to potęga. To przykład na to, że marzenia się spełniają. W odniesieniu do Larrego i Sergeya idealnie nadaje się powiedzenie „od zera do miliardera”. W książce znajdziemy nie tylko opowieść o Gogole jako firmie, ale również wiele ciekawych informacji o tym, jak zrodził się sam pomysł projektu, jak powstawała firma, skąd młodzi i niebogaci chłopcy wzięli pieniądze na rozkręcenie interesu, jaką wizję mieli i mają Larry i Sargey, jakie są ich zapatrywania na sprawy internetu w Chinach oraz, co najważniejsze, możemy dowiedzieć się wiele o sprawie własności, prywatności itp.

Jedni uważają, że Google, to samo dobro, symbol. Inni twierdzą, że firma jest wcieleniem zła, że właściciele przywłaszczają sobie to, co powinno być wspólne. Kto ma rację? Nie wiadomo.  Pewne jest jedno. Sergey i Larry stworzyli coś, o czym do tej pory nikomu się nie śniło. Wielką bibliotekę, która, pod względem innowacyjności i wielkości, jest porównywalna do Biblioteki Aleksandryjskiej.

Aby przeczytać tę książkę i dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy, nie trzeba być geekem, maniakiem komputerowym, czy też informatykiem. Książka napisana jest w łatwy oraz przystępny sposób i jestem pewna, że trafi do szerokiego grona odbiorców.

7/10

Richard L. Brandt, Potęga Google′a. Poznaj sekrety Larry’ego i Sergeya, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


 

sobota, 2 kwietnia 2011

Jacek Piekara, Młot na czarownice - Na rany Chrystusa i inne herezje

W alternatywnym średniowieczu, w świecie, gdzie Jezus nie umarł na krzyżu lecz zstąpił z niego i policzył się z wrogami, po ziemi stąpa sługa Pana, młot na czarownice, miecz aniołów… inkwizytor Mordimer.

„Młot na czarownice” to kolejny zbiór opowiadań Jacka Piekary o przygodach sługi bożego.  Książka składa się z pięciu, dość obszernych opowiadań, w których inkwizytor przemierza świat nawracając zagubione owieczki.  Heretycy głoszą, że Jezus zginął na krzyżu, ale wierni słudzy boży z radością naprowadzają ich na właściwą drogę. W średniowiecznym świecie, pełnym zła, herezji i czarów, inkwizytorzy nigdy się nie nudzą. Zawsze znajdzie się coś, co zwróci ich uwagę. Czy to chłopiec  ze stygmatami tam, gdzie nie powinno ich być (ponieważ w świecie, który stworzył Piekara, Jezus miał o jedną ranę mniej niż według naszej wiary), czy też stwór, który uwielbia mężczyzn i słodycze.  Altermatywne średniowiecze to jednak nie tylko czarownice i magia. To również czas pijaństwa, morderstw, cuchnących obywateli, smrodu popsutych zębów i bóg wie czego jeszcze.


Każde z opowiadań czytelnik może traktować zarówno jako kolejny rozdział, jak i osobną historię. W każdej części mamy okazję do podziwiania przenikliwości Mordimera Madderdina. W każdym z opowiadań autor skupia się na poszczególnych cechach swoich bohaterów. Poznamy między innymi kobietę tak zazdrosną i zgorzkniałą, że wydaje w ręce inkwizytorów swoją siostrę, murgrabiego, dla którego największą podnietą jest zadawanie bólu innym, śpiewaczkę, która marzy o pieniądzach i władzy.
Chociaż opowiadanie opowiadaniu nierówne, to Młot na czarownice Jacka Piekary czyta się bardzo dobrze. Mordimera Madderdina polubiłam od pierwszego spotkania. Bo chociaż Inkwizytor to miecz aniołów i młot na czarownice, pijaczyna łasy na pieniądze i lubiący przygodny seks mężczyzna, to mimo wszystko jest on bohaterem pozytywnym. Wbrew pozorom ma serce.


Książka Jacka Piekary charakteryzuje się czarnym humorem, ironią i prostym językiem. W świecie Inkwizytora nikt nie przejmuje się higieną i kulturą, wysłannicy kościoła nie ukrywają się ze swoją miłością do pieniądza, słabością do sięgania po kieliszek. Mam przeczucie, że książki Piekary to satyra na otaczający nas świat. Ciekawe, jak by się prezentowały w kanonie lektur szkolnych?

7/10

Jacek Piekara, Młot na czarownice,  2010, Fabryka Słów

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 3 marca 2011

Irena Matuszkiewicz, Szepty - Wesołe jest życie staruszki?

Książka Ireny Matuszkiewicz to opowieść o skomplikowanych i zakłamanych relacjach rodzinnych oraz prostych i szczerych między całkowicie obcymi sobie osobami.


Chociaż „Szepty” to opowieść o relacjach międzyludzkich, najbardziej wciągająca wydała mi się historia Funi. Nobliwa pani, z osobistych względów, musiała porzucić swoje samodzielne życie i przeprowadzić się do domu córki. Niestety, nie jest w stanie poczuć się tam, jak u siebie w domu. Nie może dogadać się z córką, która bardzo przypomina jej zmarłego męża, wnuczka zauważa ją tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje, a zięć? Zwyczajnie ignoruje. Córka więzi więc swoją matkę w złotej klatce, nie pozwalając jej na jakiekolwiek obowiązki domowe. Na domiar złego w domu każdy ma swój własny świat, a mieszkańcy porozumiewają się tytułowym szeptem. Życie Funi zmienia się o 180 stopni dopiero po poznaniu Alebabek.

Alebabki, (nie mylić z Alibabkami), to kobitki wchodzące w jesień życia. Nie są to jednak schorowane, biegające do kościoła i wiecznie narzekające na młodzież i rząd mohery. Alebabki to dziewczyny z dużym poczuciem humoru, wielkimi pokładami energii, które w wolnym czasie biegają na wykłady, uczestniczą w warsztatach, chodzą do kina i przede wszystkim umilają sobie czas dobrym towarzystwem.

Funia, Mundzia, Jola, Michasia, Wiera i Honorata, jak wszyscy, mają swoje problemy i zmartwienia. Jedna nie potrafi dogadać się ze swoją rodziną, druga ma problemy z mężem, trzecia z nałogiem. Nie przeszkadza im to jednak w najmniejszym stopniu cieszyć się życiem. Przyjaciółki, bo tak nazwałabym, grupę kobiet, są zaprzeczeniem starszych pań, o których myślimy, mówiąc „starsza pani”. W przerwach między dokształcaniem i ciekawymi filmami Alebabki spotykają się na wspólnych obiadach, dzieląc się plusami i minusami życia

Książka Ireny Matuszkiewicz napisana jest w ciepły i optymistyczny sposób. Starsze panie zamiast narzekać na swój los, cieszą się każdym dniem. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w życiu staruszków jest miejsce na tak wielkie radości i prawdziwe przyjaźnie.

Kiedyś wydawało mi się, że młodzi czytają książki o pięknych, młodych i bogatych, a dopiero w kwiecie wielu sięgamy po literaturę ze starszymi ludźmi w rolach głównych. Irena Matuszkiewicz udowadnia, że nawet osoba wchodząca dopiero w dorosłe życie może śmiać się i wzruszać, zaczytując się w przygodach żwawych staruszek. I jeszcze jedno: to nieprawda, że wszystkie okładki kłamią. „Szepty” to naprawdę poruszająca opowieść!

7/10


Irena Matuszkiewicz, „Szepty”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
 

czwartek, 24 lutego 2011

Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie - Mali ludzie, wielkie czyny

„Obok stały „Choroby owiec”, [...]. Babcia Obolała była ekspertem od owiec, choć uważała je za „worki kości, oczu i zębów, które tylko szukają nowych sposobów żeby zdechnąć”   

Z twórczością Terry’ego Pratchetta zetknęłam się po raz trzeci. Miałam przyjemność przeczytać wcześniej „Kolor magii” i „Równoumagicznienie”. Choć jego książki nie należą do typowej fantastyki, są jedyne w swoim rodzaju. Nie zrozumie tego ten, kto jeszcze nie sięgnął po żadną z książek Terry’ego Pratchetta.
„Każda kraina potrzebuje swojej własnej czarownicy” i chociaż prawdziwe czarownice mogą powstać tylko na bardzo twardej skale, kreda też czasem może sprawić niespodziankę.

Główną bohaterką książki Terry’ego Pratchetta jest Tiffany Obolała, jedna z siedmiorga dzieci rodziny Obolałych. Na pozór zwyczajna dziewczynka, zajmująca się wyrobem mleka i serów oraz pilnowaniem wiecznie klejącego się brata Wentwortha, ma w sobie coś wyjątkowego. Mała Tiffany jest dzieckiem bardzo ciekawym świata. Gdy tylko może, dokształca się u przejezdnych nauczycieli wypytując ich o każdy nurtujący drobiazg. Dzięki swojej inteligencji, sprytowi i dobrej znajomości baśni dla dzieci, Tiffany udaje się unieszkodliwić potwora, który pewnego słonecznego dnia nawiedza krainę dziewczynki. Poczynania dziecka śledzą Nac Mac Feegle’gowie i Panna Tyk, która postanawia uzmysłowić Tiffany jej wielki dar i nauczyć ją bycia czarownicą.
Jakiś czas po potyczce z rzecznym stworem zostaje uprowadzony mały Wentworth, a Tiffany opuszcza rodzinny dom, by z pomocą małych, lecz dzielnych stworzeń, uwolnić brata z rąk złej Królowej, która porwała chłopca do swojego świata.

„Wolni Ciut ludzie” to kolejna książka Terry’ego Pratchetta z serii „Świat dysku”, pierwsza z podserii z Tyffany Obolałą, w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Dzięki pochodzeniu tłumacza Ciut ludzie nabyli śląskiego akcentu, dzięki czemu ich dialogi są śmieszne i niespotykane w tego typu pozycjach. Książka wiele zawdzięcza dobremu panu Cholewie, który chyba wziął sobie do serca powiedzenie o tłumaczeniach i kobietach.

Chociaż akcja książki jest umiejscowiona w Świecie Dysku, czytelnik nie odczuwa tego tak, jak w innych powieściach Pratchetta, gdzie było to wyraźnie zaznaczane. „Wolni Ciut ludzie” wciągają czytelnika i nie pozwalają mu się nudzić nawet przez chwilę. Fantastyka Terry’ego Pratchetta to mieszanka baśni braci Grimm, Alicji z krainy czarów, Czarnoksiężnika z krainy Oz i ludowych opowieści. Dzięki połączeniu różnych światów, książka  Pratchetta jest wyjątkowa.

Przygoda Tiffany wciąga bardziej niż większość bajek i baśni razem wziętych. Być może dlatego, że na każdym kroku młodej czarownicy towarzyszą sześciocalowi wojownicy znani przede wszystkim z „kradzenia, pijatyk i bijatyk”. Dzięki umiejętnościom odziedziczonym po Babci Obolałej, dodatkowym myślom i wejrzeniom oraz patelni, sznurkowi i książce „Choroby owiec” Tiffany może pokonać każdego, nawet najgroźniejszego potwora, który zagraża życiu braciszka i ukochanej krainie.
A terozki nie zastanawiajcie się długo i sięgnijcie po egzemplarz „Wolnych ciut ludzi”. Bydzie piknie.


7/10



Pratchett Terry, Wolni Ciut Ludzie Przekład: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


czwartek, 17 lutego 2011

Nora Roberts (J.D. Robb), Śmiertelna fantazja - Wirtualne życie, rzeczywista śmierć

Z twórczością Nory Roberts spotkałam się po raz pierwszy. Początkowo do jej najnowszej książki podeszłam sceptycznie. Pomyślałam, że tak płodna autorka nie może tworzyć książek ciekawych i unikatowych. Okazało się, na szczęście, że bardzo się myliłam.
Głównymi bohaterami serii In death są Eve Dallas, porucznik wydziału zabójstw nowojorskiej policji i jej mąż Roarke. Powieść „Śmiertelna fantazja” opowiada o jednym ze śledztw prowadzonych przez inteligentną i błyskotliwą panią porucznik. Sam scenariusz książki jest podobny do innych kryminałów, jednak „Śmiertelną fantazję” od innych odróżnia tło  powieści.

Główni bohaterowie żyją w świecie całkowicie skomputeryzowanym. Obsługują ich inteligentne roboty, jedzenie jest wytwarzane w zmyślonych maszynach, nikt nie przejmuje się zwyczajnym gotowaniem. W nowoczesnym świecie królują oczywiście fantazyjne gry i komputery. Nikt już nie siedzi z myszką w ręce. Wszystko dzieje się w wirtualnej rzeczywistości na wielkich hologramach. Gracze podczas misji przenoszą się do innej rzeczywistości, odczuwają każde uderzenie przeciwnika.

Podczas jednej z takich zabaw w okrutny sposób ginie Bart Minnock, właściciel prężnie rozwijającej się firmy produkującej gry. Dla Evy Dallas byłoby to kolejne zwyczajne śledztwo, gdyby nie to, że głowa Barta zostaje znaleziona na drugim końcu pokoju, w którym gracz przebywał całkowicie sam. Nie ma narzędzia zbrodni, a główny dowód w sprawie ulega samozniszczeniu. Porucznik musi zmierzyć się ze zjawiskami, których nie rozumie i z nierzeczywistymi przeciwnikami. Czy jej się uda? Kto i przede wszystkim jak zamordował Barta?

„Śmiertelna fantazja” to jeden z lepszych kryminałów, jakie czytałam. Wartka akcja i ciekawe dialogi sprawiają, że czytelnik sam próbuje rozwiązać zagadkę kryminalną, a to nie takie łatwe. Nora Roberts może pochwalić się prawdziwą umiejętnością pisania ciekawych książek. Nie zauważyłam w jej powieści schematów często powtarzanych przez autorów kryminałów, autorka nie próbuje na siłę upodabniać swojego stylu pisania do stylu wielkich autorów tego gatunki. Książkę Nory Roberts czyta się po prostu szybko i przyjemnie.


7/10


Nora Roberts (J.D. Robb), „Śmiertelna fantazja”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011



recenzja zamieszczona na kobieta20.pl 

czwartek, 10 lutego 2011

Marika Krajniewska, Za zakrętem - Rosyjska przyjaźń rodzi się z bólu

Niewiele jest książek, które potrafią zaczarować czytelnika ukazanym bólem. Marice Krajniewskiej się udało. Jej powieść na długo pozostanie w mojej pamięci.

Czego można spodziewać się po pisarce opisującej rzeczywistość Petersburga? Biedy, broni, korupcji, gangsterskich porachunków?  Nie tym razem.

„Za zakrętem” to nasycona, a wręcz przesycona uczuciami opowieść o wielkim bólu i miłości, która łączy dwie całkowicie obce sobie kobiety. Anna i Irina straciły w wypadku swoje jedyne dzieci- Julię i Romka. Początkowo kobiety nienawidzą się, jedna drugą obwinia o stratę pociechy. Z czasem okazuje się, że bohaterki nie potrafią już bez siebie żyć, tak jak ich dzieci nie potrafiły żyć bez siebie. Nikt nie zna kobiet tak, jak one siebie nawzajem. Nikt nie potrafi ukoić ich bólu. Nikt inny nie jest w stanie uzupełnić luk po dzieciach w ich życiu.

Aby poradzić sobie z niesłabnącym bólem i tęsknotą, bohaterki zatracają się w powtarzanych codziennie czynnościach. Anna rzuca się w wir pracy i odwiedza miejsca bliskie córce, Irina zaszywa się w domu. Czy tak różniące się od siebie bohaterki mogą stać się dla siebie tlenem? Czy cierpienie we dwoje jest lepsze niż w samotności? Czasami tak, choć nie zawsze z upływem czasu rany się  zabliźniają.

Marika Krajniewska we wspaniały sposób opisuje uczucia targające bohaterkami, wczuwa się w ich monotonne i bezsensowne istnienie. Choć wychowana w Polsce, autorka idealnie wyczuwa rosyjska duszę. Nie odnajdziemy w jej książce polskiego sposobu myślenia i postrzegania świata. Zabrakło mi natomiast żywego Petersburga. Miasto trzech imion jest miejscem wyjątkowym zarówno dla Rosjan, jak i literatury rosyjskiej. To miasto Gogola i Puszkina, żywy twór, miasto żyjące samo w sobie. W książce „Za zakrętem” jest to jedynie bezbarwne tło powieści, której akcja równie dobrze mogłaby się toczyć w Warszawie lub Lwowie.  Natomiast sama opowieść jak najbardziej zasługuje na przeczytanie.


7/10

Marika Krajniewska, „Za zakrętem”, Wydawnictwo Papierowy Motyl, Warszawa 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl  

poniedziałek, 7 lutego 2011

Eva Gudrymowicz-Schiller, Do widzenia Profesorze - Wspomnienie pewnej miłości

 

Czy można zakochać się w dzieciństwie i kochać miłością prawdziwą do końca życia? Według Evy Gudrymowicz-Schiller, autorki książki „Do widzenia profesorze”, owszem.


Kaja, po przeprowadzce zmienia szkołę. Z pomocą kuzynki szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu. Nastolatka, jak każdy w jej wieku, dzieli czas na szkołę, zabawę, spotkania z przyjaciółmi. Coś jednak wyróżnia Kaję spośród jej rówieśników. Dziewczyna zakochuje się w „Wicku” szkoły. Nie jest to dziecinne zauroczenie, które mija po kilku tygodniach. To miłość prawdziwa i dojrzała.

W wyniku dobrych lub złych decyzji, Kaja decyduje się wyznać miłość ukochanemu kilka dni przed swoim ślubem i dostaje kosza. Wychodzi więc za mąż, rodzi dzieci, pracuje, rozwodzi się. Wszystko się zmienia, tylko nie to magiczne uczucie. Chwilę przed jedną z najpoważniejszych życiowych decyzji, Kaja spotyka się z ukochanym profesorem. Czy tym razem im się uda?

Książka „Do widzenia profesorze” jest typowo polską pozycją dla kobiet. Dużo w niej melancholii, niespełnionych pragnień, żalu… Nie oznacza to oczywiście, że  „typowo polskie” znaczy złe. Jednak czegoś mi tu brakuje. Może więcej optymizmu, więcej radości z życia. A tak, polska bohaterka, smutna i brzydka Warszawa, uczucie bez szans na przyszłość. Wydaje mi się czasem, że wolę Harlequiny. Tam wiadomo, że na ostatniej stronie przeczytamy „i odeszli w blasku zachodzącego słońca” albo inne dyrdymały. W polskich książkach tego mi właśnie brakuje. Nasze książki są zbyt prawdziwe, aby móc się przy nich odprężyć. Czytając historię głównej bohaterki „Do widzenia profesorze”, nie pozostaje nam nic innego, jak zaparzyć melisę i przygotować paczkę chusteczek.

Jest jednak coś, co kazało mi czytać książkę do końca. Pojęcia nie mam co, ale autorka pisała tak ciekawie, że choć domyślałam się, że historia Kai nie poprawi mi humoru, odwracałam kolejną stronę i kolejną, i tak do samego końca.

Nawet jeśli niezbyt podoba mi się nastrój pozycji, muszę przyznać autorce, że potrafi zatrzymać czytelnika. Pani Eva ma lekkie pióro, dialogi bohaterów są ciekawe, a sam „scenariusz” życia realistyczny. Kaja nie wygrywa dwóch biletów dookoła świata, nie wygrywa w totka, nie jest właścicielką wielkiego zamku. To zwykła kobieta, jakich wiele mijamy codziennie na ulicy, a jej historia równie dobrze mogłaby być historią sąsiadki z mieszkania obok.

Jeśli więc nie cierpisz na depresję, zaparz sobie kubek dobrzej herbaty, przyszykuj chusteczki i zanurz się w historii pięknej miłości.


7/10





Eva Gudrymowicz-Schiller, „Do widzenia Profesorze”, Papierowy Motyl 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 25 stycznia 2011

Anna Brzezińska, Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny - Nie taka wiedźma straszna



Długo nie mogłam się zdecydować, co napisać w recenzji, aby oddać to, jak bardzo spodobała mi się „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” Anny Brzezińskiej.


Aby docenić przygody babuni Jagódki, trzeba samemu zanurzyć się w jej piękny świat.

„Wiedźma z wilżyńskiej doliny” to opowieść o starszej pani, która mieszka na obrzeżach wioski i od czasu do czasu para się czarami. Główna bohaterka, babunia Jagódka „lubi proste życie. Święty spokój, gorzałkę i jurnego parobka.” Ten opis z całości oddaje charakter babci. Życie wiedźmy byłoby idealne, gdyby nie to, że każdy czegoś od niej chce. Mogłoby się wydawać, że wiedźmę wszyscy będą omijać szerokim łukiem. Niestety. Po babcine uroki zawsze ustawia się kolejka chętnych. Raz jest to pleban, raz księżniczka polująca na rycerza na białym rumaku, a innym razem banda zadufanych w sobie wieśniaków, którym wydaje się, że mogą przechytrzyć starą wiedźmę.

„Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny” to książka optymistyczna i pełna humoru. W zabawny sposób ukazuje przywary plebana, karczmarza, kupców, rycerzy i innych wielmożnych zamieszkujących tereny wilżyńskiej doliny. Autorka pokazuje świat, który można odnieść do otaczającej nas rzeczywistości. Po przeczytaniu książki widzę, że nie ma ludzi idealnych, każdy z nas ma coś za uszami, a ludźmi kierowała i kierować będzie żądza władzy i ciągła pogoń za bogactwem.

Zaryzykowałabym tezę, że książka ta nadaje się do czytania dzieciom w równym stopniu, jak baśnie braci Grimm.  Bo czym różni się historia plebana, który lubi sobie poużywać życia i babuni, która lubi sobie czasem walnąć kieliszek czegoś mocniejszego od historii porzuconych przez rodziców Jasia i Małgosi, którzy błąkają się po lesie?

Gdy przeczytałam, że autorka jest mediewistką nie spodziewałam się, że napisze tak fantastyczną książkę z pogranicza baśni i fantastyki. Pozycję Anny Brzezińskiej można traktować jak zbiór opowiadań o babuni lub jako opowieść o jej przygodach. W każdym przypadku będziecie zadowoleni i na 100% sięgniecie po inne książki tej autorki.




7/10

Anna Brzezińska, „Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny”, Agencja Wydawnicza Runa, Warszawa 2010

recenzja zamieszczona na kobieta20.pl