Bardzo nie lubiłam książek kucharskich. Włożyć, zrobić, pokroić… Same polecenia, nakazy i zakazy, w dodatku w formie bezosobowej. Do niedawna jedynymi książkami kucharskimi, w których się zaczytywałam były pozycje Nigelli Lawson. Tylko Nigella przemawiała do czytelnika, jak do przyjaciółki, nie do klienta. Teraz znalazłam godną rywalkę Nigelli- Annie Rigg. Książka „Dekorowanie ciast, ciasteczek i tortów” to poradnik pełen pasji i wspaniałych pomysłów. Autorka zwraca się do czytelnika jak przyjaciółka, a nie wszystkowiedzący mentor. Prowadzi nas przez kręte meandry jednej z najtrudniejszych części pieczenia- dekorowania. Dzięki niej dowiadujemy się, krok po kroku, jak zaczarować nasze wypieki. Zrobić i ozdobić wiosenne ciasteczka, marcepanowe serduszka, babeczki marchewkowe i bałwanki w szaliczkach. Nauczymy się kandyzować płatki róż, odpowiednio roztapiać czekoladę i robić płatki róży z masy cukrowej. Wydaje się niemożliwe, a jest dziecinnie łatwe. Oprócz przepisów na torty, ciasta i ciasteczka oraz sposobów dekorowania dowiemy się również, jak zrobić papierowe szpryce, w jakie końcówki rękawów cukierniczych powinnyśmy się zaopatrzyć, jak za pomocą specjalnych farbek stworzyć kolorowy lukier. Do dekorowania koniecznie możemy również użyć niezliczonej ilości posypek, brokatów, błyszczyków i kryształków, dzięki którym wypieki będą wyglądać lepiej, niż w cukierni.
Dodatkowym atutem książki są wspaniałe fotografie wykonane przez Kate Whitaker. Taka wizualizacja podsyca apetyt na stawienie czoła wypiekom.
Annie Rigg, Dekorowanie ciast, ciasteczek i tortów, RM, 2010
niedziela, 13 listopada 2011
Przekąski na imprezę. Łatwiejsze niż myślisz, Abigail Brown, Tomás García, Michele Gomes
Czy marzą Ci się domowe imprezy, których przyjaciółki długo będą Ci zazdrościć? Jeśli tak, sięgnij po książkę „Przekąski na imprezę łatwiejsze niż myślisz”.Do niedawna wydawało mi się, że na imprezach nic nie zastąpi chipsów, kanapek i sałatek. Szybkie „dania” które łatwo zjeść bez specjalnych ceremonii. Okazuje się, że bardzo się myliłam. Dzięki autorom książki: Abigaile Brown, Tomasowi Garcia, Michele Gomes i Mellissie Webb dowiedziałam się, że idealnymi przekąskami na imprezę są również koreczki, tosty z bakłażanem, bruschetty, fondue, jagnięcina, a nawet sushi.
W książce- poradniku „Przekąski na imprezę łatwiejsze niż myślisz” znajdziemy ponad 150 przepisów na dania idealne zarówno na wieczór z przyjaciółkami, jak i przyjęcie pokazowe dla przyszłej teściowej.
Czy wiedziałyście, że przygotowanie prawdziwego sushi jest banalnie proste? Też w to nie wierzyłam, a jednak.
Co dokładnie znajdziemy w książce? Poradnik podzielony jest na kilka rozdziałów: canapes, tapas, fondue i sushi. W każdym w rozdziałów dowiemy się czym są dane potrawy, czym się charakteryzują, jak je podawać, no i oczywiście jak je przygotować. Mamy tam dokładne instrukcje obsługi krok po kroku. Niezwykle rzadko pojawiają się książki kucharskie, dzięki którym nawet najbardziej oporny użytkownik kuchni jest w stanie przygotować prawdziwą ucztę.
Nadchodzi czas w życiu młodej kobiety, gdy zaczyna nam zależeć na oprawie spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Dorastamy, chcemy się wykazać, zaczyna nam zależeć na jakości tego, co jemy. Wtedy z pomocą może nam przyjść właśnie ta książka.
Poradnik ma jeden minus. Część składników z których przyrządzamy dania opisane w książce nie należy do produktów tanich. Po zastanowieniu i podliczeniu dochodzę jednak do wniosku, że kupno chipsów i dużej ilości niezdrowych przekąsek wyjdzie tak samo drogo jak kupno kawałka dobrej ryby. Od niedawna wychodzę z założenia, że lepiej mniej, a lepszej jakości jedzenia, niż więcej śmieciowego.
Smacznego i udanej imprezy
Abigail Brown, Tomás García, Michele Gomes, Przekąski na imprezę. Łatwiejsze niż myślisz. Canapés, tapas, fondue, sushi, G+J, 2011
W książce- poradniku „Przekąski na imprezę łatwiejsze niż myślisz” znajdziemy ponad 150 przepisów na dania idealne zarówno na wieczór z przyjaciółkami, jak i przyjęcie pokazowe dla przyszłej teściowej.
Czy wiedziałyście, że przygotowanie prawdziwego sushi jest banalnie proste? Też w to nie wierzyłam, a jednak.
Co dokładnie znajdziemy w książce? Poradnik podzielony jest na kilka rozdziałów: canapes, tapas, fondue i sushi. W każdym w rozdziałów dowiemy się czym są dane potrawy, czym się charakteryzują, jak je podawać, no i oczywiście jak je przygotować. Mamy tam dokładne instrukcje obsługi krok po kroku. Niezwykle rzadko pojawiają się książki kucharskie, dzięki którym nawet najbardziej oporny użytkownik kuchni jest w stanie przygotować prawdziwą ucztę.
Nadchodzi czas w życiu młodej kobiety, gdy zaczyna nam zależeć na oprawie spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Dorastamy, chcemy się wykazać, zaczyna nam zależeć na jakości tego, co jemy. Wtedy z pomocą może nam przyjść właśnie ta książka.
Poradnik ma jeden minus. Część składników z których przyrządzamy dania opisane w książce nie należy do produktów tanich. Po zastanowieniu i podliczeniu dochodzę jednak do wniosku, że kupno chipsów i dużej ilości niezdrowych przekąsek wyjdzie tak samo drogo jak kupno kawałka dobrej ryby. Od niedawna wychodzę z założenia, że lepiej mniej, a lepszej jakości jedzenia, niż więcej śmieciowego.
Smacznego i udanej imprezy
Abigail Brown, Tomás García, Michele Gomes, Przekąski na imprezę. Łatwiejsze niż myślisz. Canapés, tapas, fondue, sushi, G+J, 2011
Wielka księga kucharska. Gotujemy w domu - Chuck Williams Kristine Kidd
Najlepszy przewodnik dla gotujących w domu?
Tak a nie inaczej Chuck Williams reklamuje swoją „Wielką księgę kucharską” na okładce. Czy faktycznie jest to najlepszy przewodnik dla gotujących w domu?
Jeśli nie najlepszy, to przynajmniej najobszerniejszy. Od dawna nie widziałam bowiem książki kucharskiej zapełnionej przepisami na 619 stronach. Bez zdjęć. Ostatni raz takie księgi, bo faktycznie można nazwać tę książkę księgą, widziałam u rodziców. Była to bardzo stara, i dobra, książka kucharska, z której gotowała moja babcia, potem mama, a później ja stawiałam z nią moje pierwsze kroki w kuchni. Takie też miałam odczucia otwierając naprawdę imponującą pracę Chucka Williamsa i Kristine Kidd.
Czego możemy się spodziewać sięgając po tę książkę? Na 100%, jeśli nie jesteśmy w posiadaniu magicznych książek kucharskich przekazywanych z pokolenia na pokolenie, będziemy mieć coś wartościowego, co spokojnie będzie nam służyć wiele lat.
Jak pisałam, książka ma ponad 620 stron. Już spis treści mówi nam, że możemy spędzić w kuchni wiele miesięcy i gotować codziennie coś nowego. Autorzy przygotowali da czytelników prawdziwe vademecum gotowania. W książce znalazło się miejsce na: podstawy gotowania, śniadanie i brunch, przystawki i pierwsze dania, sałatki, zupy i gulasze, dania z makaronu, pizze i kanapki, ryby i owoce morza, potrawy z drobiu, potrawy z mięs, ryż kasza i rośliny strączkowe, potrawy z warzyw, sosy salsy i dodatki, pieczywo drożdżowe, muffiny i spulchnione pieczywo, desery, ciasta i ciasteczka, tarty i placki, desery owocowe, cukierni i czekoladki, budynie musy i kremy oraz mrożone desery. Imponujące, prawda? Mnie, prawdę mówiąc, w pierwszej chwili zatkało. Przez kilka dobrych godzin przekopywałam się przez 1000 (słownie tysiąc) przepisów, aby porównać, choć częściowo, to co znalazłam tutaj z tymi przepisami, które pamiętam z książki w rodzinnym domu. Jestem wniebowzięta i nawet nie wiem, od czego zacząć.
Nieważne, czy macie ochotę na buraka ćwikłowego z cebulą i śmietaną, czy też na małże gotowane w oparach białego wina i czosnku. Może przyjść Wam ochota na placek czekoladowo- serowy albo wołowinę po burgundzku. Sorbet z zielonych jabłek? A może irlandzki gulasz jagnięcy? Bliny z kawiorek i pilaw miętowy również nie stanowią już wyzwania. To wszystko naprawdę tu jest. Przeglądając indeks potraw można dostać oczopląsu.
Przez chwilę wydawało mi się, że trzeba być przynajmniej w połowie tak dobrym w kuchni jak Julia Child aby brać się w praktyce za te przepisy. Na szczęście nie. Autorzy chętnie nauczą nas nawet jak się robi dipy albo chłodnik. Ponadto po lekturze „podstawy gotowania” każdy czytelnik będzie miał już całkiem niezłe pojęcie, teoretyczne, o gotowaniu. Chuck Williams i Kristine Kidd zadbali o to, abyśmy wiedzieli co powinno znaleźć się na naszym polu bitwy, jak posługiwać się nożem, jakie są podstawowe składniki, których nie powinno zabraknąć w naszej kuchni, jakie są podstawowe techniki gotowania. Dzięki nim dowiemy się też podstaw dotyczących gotowania różnych wywarów. Na bokach książki znajdziemy podpowiedzi dotyczące danych potraw, specyfiki ziół najczęściej goszczących w naszych kuchniach, niezbędnych przypraw, tego, w jakiej temperaturze piec dane mięso, a nawet podział mięs za pomocą obrazków (dokładnie jak w mojej rodzinnej księdze).
Ekspertem od gotowania nigdy nie byłam i nigdy zapewne nie będę. Wiem, że sama nie mam wielkiej wiedzy o gotowaniu, więc nie będę mędrkować o tym, czego w książce mogło zabraknąć. Jestem jednak pewna jednego. Znalazłam idealny prezent dla każdej dziewczyny rozpoczynającej nową drogę życia. Zamiast kompletu ręczników albo żelazka proponuję dawać takie jak ta książki kucharskie. Będą one pomocą (i być może przyjacielem) zarówno dla początkujących jak i średnio zaawansowanych w gotowaniu. 60 złotych, przy cenach cieniutkich książek kucharskich, to naprawę niewiele za kompendium wiedzy o gotowaniu.
Chuck Williams Kristine Kidd, Wielka księga kucharska. Gotujemy w domu , Publicat, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
sobota, 12 listopada 2011
To tylko seks
Albo aż seks. Dodatkowo fajna muzyka, dobra obsada i... instrukcja obsługi partnerów ;)
Historia zaczyna się ciekawie. Dylan (Justin Timberlake) mieszka w Los Angeles, Jamie (Mila Kunis) w Nowym Jorku. On ma swoją stronę internetową, ona jest łowczynią głów. Łączy ich jedno. Oboje mają przekichane związki, które właśnie się rozpadają. Cóż zrobić? Trzeba przekonać samego siebie, że miłość jest nam potrzebna jak piaskownica na pustyni.
Jamie, ma za zadanie upolować Dylana dla jeden z firm. Udaje się jej to bez większych problemów. Bohaterzy, jak to w filmach bywa, dość szybko zaczynają się dogadywać, coraz częściej spędzają ze sobą czas itd. W końcu wpadają na stary jak świat pomysł seksu bez zobowiązań. Na początku jest świetnie. Seks, praca, zabawa, gdy, sex, praca, wspólne jedzenie, seks... mówiłam już sex?
Na końcu musi pojawić się magiczny pocałunek pełen miłości. To pewne. Ale jak do tego dojdzie i w jaki sposób Dylan i Jamie odkryją, że łączy ich nie tylko stosunek płciowy? Sprawdźcie :)
Hmmm... Film, choć nie należy do zabójczych, bardzo mi się spodobał. Jak zaznaczyłam na początku jest fajna muzyka, dobrze dobrami aktorzy: Justina nikomu nie trzeba przedstawiać [myślę, że dobrze sobie radzi w filmach patrząc na innych "aktorów" (choćby w The Social Network albo Zła kobieta)] , Milę mogliście zobaczyć w takich filmach jak Księga ocalenia czy Czarny łabędź. Wracając do tematu: stworzyli naprawdę niezłą parę na ekranie. Myślę też, że uznanie należy się scenarzyście i reżyserowi. Sceny, które bardzo często są spaprane w tego typu filmach (te z seksem na 100 sposobów) były zwyczajnie zabawne. Spodobały mi się też dialogi. Nie były śmieszne na siłę, co coraz częściej się zdarza. Co jeszcze? dobra atmosfera w filmie. Ogląda się go bez znudzenia i na luzie, choć jest w nim poruszonych kilka głębszych spraw.
Ogólnie film, w skali komedii romantycznych, na duży plus
Tytuł polski: To tylko seks
tytuł oryginalny: Friends with Benefits
gatunek: Komedia rom.
premiera: 23 września 2011 (Polska) 22 lipca 2011 (Świat)
reżyseria: Will Gluck
scenariusz: Will Gluck, Keith Merryman
obsada: Justin Timberlake, Mila Kunis, Patricia Clarkson, Jenna Elfman, Bryan Greenberg, Richard Jenkins, Woody Harrelson
Historia zaczyna się ciekawie. Dylan (Justin Timberlake) mieszka w Los Angeles, Jamie (Mila Kunis) w Nowym Jorku. On ma swoją stronę internetową, ona jest łowczynią głów. Łączy ich jedno. Oboje mają przekichane związki, które właśnie się rozpadają. Cóż zrobić? Trzeba przekonać samego siebie, że miłość jest nam potrzebna jak piaskownica na pustyni.
Jamie, ma za zadanie upolować Dylana dla jeden z firm. Udaje się jej to bez większych problemów. Bohaterzy, jak to w filmach bywa, dość szybko zaczynają się dogadywać, coraz częściej spędzają ze sobą czas itd. W końcu wpadają na stary jak świat pomysł seksu bez zobowiązań. Na początku jest świetnie. Seks, praca, zabawa, gdy, sex, praca, wspólne jedzenie, seks... mówiłam już sex?
Na końcu musi pojawić się magiczny pocałunek pełen miłości. To pewne. Ale jak do tego dojdzie i w jaki sposób Dylan i Jamie odkryją, że łączy ich nie tylko stosunek płciowy? Sprawdźcie :)
Hmmm... Film, choć nie należy do zabójczych, bardzo mi się spodobał. Jak zaznaczyłam na początku jest fajna muzyka, dobrze dobrami aktorzy: Justina nikomu nie trzeba przedstawiać [myślę, że dobrze sobie radzi w filmach patrząc na innych "aktorów" (choćby w The Social Network albo Zła kobieta)] , Milę mogliście zobaczyć w takich filmach jak Księga ocalenia czy Czarny łabędź. Wracając do tematu: stworzyli naprawdę niezłą parę na ekranie. Myślę też, że uznanie należy się scenarzyście i reżyserowi. Sceny, które bardzo często są spaprane w tego typu filmach (te z seksem na 100 sposobów) były zwyczajnie zabawne. Spodobały mi się też dialogi. Nie były śmieszne na siłę, co coraz częściej się zdarza. Co jeszcze? dobra atmosfera w filmie. Ogląda się go bez znudzenia i na luzie, choć jest w nim poruszonych kilka głębszych spraw.
Ogólnie film, w skali komedii romantycznych, na duży plus
Tytuł polski: To tylko seks
tytuł oryginalny: Friends with Benefits
gatunek: Komedia rom.
premiera: 23 września 2011 (Polska) 22 lipca 2011 (Świat)
reżyseria: Will Gluck
scenariusz: Will Gluck, Keith Merryman
obsada: Justin Timberlake, Mila Kunis, Patricia Clarkson, Jenna Elfman, Bryan Greenberg, Richard Jenkins, Woody Harrelson
poniedziałek, 7 listopada 2011
Candace Camp, Panna z dobrego domu - W świecie pozorów
Po „Mistyfikacji” i „Tajemnicy panny Hamilton” Candace Camp uraczyła wierne czytelniczki kolejną historią miłosną przeniesioną w czasie.
Główną bohaterką powieści „Panna z dobrego domu” jest rezolutny podlotek Charity Emmerson, panna pochodząca z niezamożnego, lecz dobrego domu. Życie rodziny Emmersonów przepełnione jest utrzymywaniem pozorów. Głowa rodziny, w tym przypadku matka Charity, zrobi wszystko, aby wydać córki dobrze za mąż. W związku z planami rodziców, siostra Charity, choć kocha ubogiego pastora z rodzinnego miasta, nie może wyjść za niego za mąż. Główną przeszkodą są pieniądze, lub raczej ich brak. Rodzice dziewczyny upierają się przy tym, aby ta wyszła bogato za mąż w celu utrzymania całej rodziny i wprowadzenia reszty sióstr w świat. Gdy Charity dowiaduje się, że Hrabia Simon Westport zamierza poprosić o rękę jej siostry, postanawia pomóc i oferuje hrabiemu swoją kandydaturę.
Szybko okazuje się, że Charity nie jest tak dobrze wychowaną panną, za jaką uchodzi. To osóbka żywa, nie lubiąca sprzeciwu, mająca w nosie konwenanse i pozory. Dzięki swojej osobowości i urodzie szybko zdobywa przyjaźń hrabiego. Może małżeństwo z nim nie będzie takie złe... Jednak wszystko co dobre, musi się skończyć. Hrabia zostaje oskarżony o morderstwo swojego wroga. Czy to on zabił? Czy małżeństwo Simona i Charity dojdzie do skutku?
Książka ta idealnie nadaje się na chłodny wieczór lub długą podróż pociągiem. Candace Camp stworzyła ciekawych bohaterów, ich dialogi nie są sztuczne i patetyczne. Bardzo spodobało mi się tło powieści. Autorka bardzo trafnie opisała życie wyższych sfer, ich przyzwyczajenia, pozory, które rządziły ich życiem, sztuczność. Świat stworzony przez autorkę jest idealny dla panien, które przez całe życie są zdolne kłamać i udawać. Szczera i naturalna Charity w ogóle tam nie pasuje. Być może właśnie dlatego zdobyła moje serce.
06/10
Candace Camp, Panna z dobrego domu, Mira, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Główną bohaterką powieści „Panna z dobrego domu” jest rezolutny podlotek Charity Emmerson, panna pochodząca z niezamożnego, lecz dobrego domu. Życie rodziny Emmersonów przepełnione jest utrzymywaniem pozorów. Głowa rodziny, w tym przypadku matka Charity, zrobi wszystko, aby wydać córki dobrze za mąż. W związku z planami rodziców, siostra Charity, choć kocha ubogiego pastora z rodzinnego miasta, nie może wyjść za niego za mąż. Główną przeszkodą są pieniądze, lub raczej ich brak. Rodzice dziewczyny upierają się przy tym, aby ta wyszła bogato za mąż w celu utrzymania całej rodziny i wprowadzenia reszty sióstr w świat. Gdy Charity dowiaduje się, że Hrabia Simon Westport zamierza poprosić o rękę jej siostry, postanawia pomóc i oferuje hrabiemu swoją kandydaturę.
Szybko okazuje się, że Charity nie jest tak dobrze wychowaną panną, za jaką uchodzi. To osóbka żywa, nie lubiąca sprzeciwu, mająca w nosie konwenanse i pozory. Dzięki swojej osobowości i urodzie szybko zdobywa przyjaźń hrabiego. Może małżeństwo z nim nie będzie takie złe... Jednak wszystko co dobre, musi się skończyć. Hrabia zostaje oskarżony o morderstwo swojego wroga. Czy to on zabił? Czy małżeństwo Simona i Charity dojdzie do skutku?
Książka ta idealnie nadaje się na chłodny wieczór lub długą podróż pociągiem. Candace Camp stworzyła ciekawych bohaterów, ich dialogi nie są sztuczne i patetyczne. Bardzo spodobało mi się tło powieści. Autorka bardzo trafnie opisała życie wyższych sfer, ich przyzwyczajenia, pozory, które rządziły ich życiem, sztuczność. Świat stworzony przez autorkę jest idealny dla panien, które przez całe życie są zdolne kłamać i udawać. Szczera i naturalna Charity w ogóle tam nie pasuje. Być może właśnie dlatego zdobyła moje serce.
06/10
Candace Camp, Panna z dobrego domu, Mira, 2011
recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Etykiety:
06/10,
2011,
Candace Camp,
historia miłosna,
książka,
literatura,
Mira,
mistyfikacja,
Panna z dobrego domu,
recenzja,
romans,
tajemnica panny hamilton
czwartek, 27 października 2011
KONKURS wydawnictwa Znak- WYRAŹ SWÓJ NASTRÓJ KOLOREM
Zachęceni bardzo pozytywnym odzewem ze strony młodzieży i szkół po akcji czytelniczej opartej na serii Jutro postanowiliśmy przygotować kolejny projekt w oparciu o książkę, która w ciągu roku zrobiła furorę we Włoszech i 10 innych krajach - Biała jak mleko czerwona jak krew.
KONKURS - WYRAŹ SWÓJ NASTRÓJ KOLOREM
Przygotowaliśmy dla młodych konkurs w oparciu o ciekawy motyw pojawiający się w książce - patrzenia na świat przez kolory. Szczegóły konkursowe można obejrzeć tu:
KONKURS - WYRAŹ SWÓJ NASTRÓJ KOLOREM
Sam konkurs ruszy razem ze startem strony www.bialajakmleko.pl - 28 października 2011. Dodatkowo na stronie www.bialajakmleko.pl będzie można dowiedzieć się w jakim kolorze jest nasz nastrój, a także poznać autora książki - Allesandro D'Avenię.
www.bialajakmleko.pl
piątek, 21 października 2011
Richard Evans, Stokrotki w śniegu - Opowieść wigilijna na miarę XXI wieku
Każdy z nas kojarzy zapewne „Opowieść wigilijną”. Dickens pokazał w niej przemianę skąpca i egoisty Ebenezera Scrooge'a pod wpływem duch Jakuba Marleya.
Richard Evans w książce „Stokrotki w śniegu” pokazał czytelnikom bardzo podobną historię.
Nic tak nie działa na człowieka, jak myśl o tym, że „to” może się NAM przytrafić.
Głównym bohaterem książki jest James Kier, bogaty, egoistyczny i okrutny przedsiębiorca. Nie zależy mu na niczym innym niż pieniądze. Dla pieniędzy jest gotów sprzedać najlepszego przyjaciela, wyrzucić uczciwego człowieka na bruk. Pewnie byłby potworem do śmierci, gdyby nie błąd w druku w pewnej gazecie. Umiera James Kier, kierowca autobusu. Dziennikarz przez niedopatrzenie pisze artykuł o śmierci znanego potentata nieruchomości uśmiercając tym samym głównego bohatera. W normalnych warunkach dziennikarzyna skończyłby na bruku, a gazeta byłaby pozwana do sądu. Zdarza się jednak coś, co sprawia, że myśl o słodkiej zemście na dziennikarzu schodzi na dalszy plan.
Internet ma to do siebie, że pozostając anonimowym można napisać wszystko i na każdy temat. Po otworzeniu artykułu o swojej śmierci James spogląda na komentarze i zamiera. Wszyscy go nienawidzą i cieszą się z jego śmierci. Byli współpracownicy, bliscy znajomi, płotki, którym w przyszłości przedsiębiorca rzucał kłody pod nogi. Wszyscy, oprócz jednej osoby: prawie byłej żony. To, co zobaczył bohater tak nim wstrząsa, że zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem dochodząc do jednego wniosku: cały świat go nienawidzi. Czy jest szansa, że James odkupi swoje winy? Oczywiście, że tak. W końcu na tym polega magia przemiany. Pytanie tylko: ile to będzie kosztować.
Stokrotki w śniegu to naprawdę bardzo dobra książka. Nie ma sensu owijać w bawełnę, aby wyznać to na końcu. Evans ma talent, nie tylko pisarski. Jego dar polega na tym, że potrafi poruszyć w człowieku te struny, które, jak sądzimy, nigdy nie drgną. Autor nie sili się na słodkie hollywoodzkie sceny żalu i miłości. Przedstawia świat i życie takimi, jakimi są. Złymi, brutalnymi. Pokazuje też jednak, jak wiele zależy od nas samych. Jeśli spotka nas coś, co poruszy właściwą struną, możemy się zmienić. Może zabrzmi to trochę ckliwie, ale Evans pokazuje, że każdy człowiek, niezależnie od tego co zrobił, zasługuje na drugą szansę, a także to, że każda Bestia ma swoją Piękną i różę, która odmierza czas, który nam pozostał.
Jeśli uważacie, że nie macie sobie nic do zarzucenia, zastanówcie się, co Wy na miejscu Jamesa przeczytalibyście w komentarzach pod artykułem o Waszej śmierci. Może warto od czasu do czasu zrobić coś dobrego aby nie żałować, jak bohater „Opowieści wigilijnej”?
10/10
Richard Evans, Stokrotki w śniegu, Znak, 2011
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
piątek, 14 października 2011
Kreatywny Klub Dyskusyjny #8: My i czytanie
Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy aby zajrzeć na KKD. Zajrzałam i zobaczyłam świetną ankietkę, więc postanowiłam wypełnić :)
1) Gdzie najchętniej czytacie - czy macie swoje ulubione miejsca, w których czytanie smakuje najlepiej?
Najlepiej czyta mi się... w wannie. Nie ma to jak godzina odprężenia w ciepłej wodzie z kolejną książką. Wiem, że komuś może to wydać się dziwne, ale właśnie w wodzie czyta mi się najlepiej. W wodzie albo w łóżku. Inaczej nie potrafię. Czytanie na siedząco jest ponad moje siły :)
2) Jak wiele czasu poświęcacie książkom? Czy czytacie tylko do poduszki, tylko do kawy czy może zawsze i wszędzie, kiedy tylko się da?
Czytam zawsze wieczorami oraz... że tak to nazwę... na tronie. Zawsze mam w łazience minimum jedną książkę. Żałuję bardzo, ale czytanie w autobusie nie jest wskazane dla mojego żołądka ;( Kiedyś czytałam też w ciągu dnia, ale odkąd pracuję, odpadły mi dodatkowe godziny choćby między zajęciami na uniwerku.
3) Czy macie jakieś książkowe nawyki? Odprawiacie szczególne rytuały przed przystąpieniem do lektury?
Skojarzyło mi się to z Dniem Świra. Chyba nic takiego nie mam. Chociaż... w domu rodziców ZAWSZE robię sobie herbatkę do łóżka. W swoim mieszkaniu raczej nic takiego nie zauważyłam (może przez to łazienkowe czytanie)
4) Jak oznaczacie stronę, na której skończyliście lekturę? Zaginacie rogi? A może odkładacie książkę grzbietem do góry? Używacie zakładek, papierków, długopisów i wszystkiego, co wpadnie w ręce?
Jeśli książka należy do mnie, wrednie zaginam rogi. Mi to nie przeszkadza, więc dlaczego nie? Jeśli książka jest pożyczona często wkładam kawałek czegoś co mi się nawinie. Zakładkę, kawałek gazety... cokolwiek.
5) Czy zdarza Wam się czytać kilka książek jednocześnie? Z jakiego powodu
Kiedyś tak. Jako przyszła pani rusycystka miałam w cholerę lektur do przeczytania, a ponieważ nie samymi obowiązkowymi książkami człowiek żyje to czytałam dwie jednocześnie: obowiązek i przyjemność.
6) Najczęściej kupujecie książki na własność czy wypożyczacie? Należycie do grona gromadzących zbiory czy nie zależy Wam na wypychaniu półek książkami?
To zależy. Kiedyś większość miałam z biblioteki. Teraz, recenzując, mam książki na zawsze. Jeśli coś mi się bardzo podobało to staram się zakupić książkę na allegro albo w tanich księgarniach. Należę do osób, które gromadzą.
I dodatkowo, bo sprawa bardzo ciekawa:
7) Czy chcielibyście, aby w autobusach pojawiały się specjalne oznaczenia Ustąp miejsca czytającemu?
Jest mi to bez różnicy, bo, jak pisałam wcześniej, nie potrafię czytać w autobusie.
1) Gdzie najchętniej czytacie - czy macie swoje ulubione miejsca, w których czytanie smakuje najlepiej?
Najlepiej czyta mi się... w wannie. Nie ma to jak godzina odprężenia w ciepłej wodzie z kolejną książką. Wiem, że komuś może to wydać się dziwne, ale właśnie w wodzie czyta mi się najlepiej. W wodzie albo w łóżku. Inaczej nie potrafię. Czytanie na siedząco jest ponad moje siły :)
2) Jak wiele czasu poświęcacie książkom? Czy czytacie tylko do poduszki, tylko do kawy czy może zawsze i wszędzie, kiedy tylko się da?
Czytam zawsze wieczorami oraz... że tak to nazwę... na tronie. Zawsze mam w łazience minimum jedną książkę. Żałuję bardzo, ale czytanie w autobusie nie jest wskazane dla mojego żołądka ;( Kiedyś czytałam też w ciągu dnia, ale odkąd pracuję, odpadły mi dodatkowe godziny choćby między zajęciami na uniwerku.
3) Czy macie jakieś książkowe nawyki? Odprawiacie szczególne rytuały przed przystąpieniem do lektury?
Skojarzyło mi się to z Dniem Świra. Chyba nic takiego nie mam. Chociaż... w domu rodziców ZAWSZE robię sobie herbatkę do łóżka. W swoim mieszkaniu raczej nic takiego nie zauważyłam (może przez to łazienkowe czytanie)
4) Jak oznaczacie stronę, na której skończyliście lekturę? Zaginacie rogi? A może odkładacie książkę grzbietem do góry? Używacie zakładek, papierków, długopisów i wszystkiego, co wpadnie w ręce?
Jeśli książka należy do mnie, wrednie zaginam rogi. Mi to nie przeszkadza, więc dlaczego nie? Jeśli książka jest pożyczona często wkładam kawałek czegoś co mi się nawinie. Zakładkę, kawałek gazety... cokolwiek.
5) Czy zdarza Wam się czytać kilka książek jednocześnie? Z jakiego powodu
Kiedyś tak. Jako przyszła pani rusycystka miałam w cholerę lektur do przeczytania, a ponieważ nie samymi obowiązkowymi książkami człowiek żyje to czytałam dwie jednocześnie: obowiązek i przyjemność.
6) Najczęściej kupujecie książki na własność czy wypożyczacie? Należycie do grona gromadzących zbiory czy nie zależy Wam na wypychaniu półek książkami?
To zależy. Kiedyś większość miałam z biblioteki. Teraz, recenzując, mam książki na zawsze. Jeśli coś mi się bardzo podobało to staram się zakupić książkę na allegro albo w tanich księgarniach. Należę do osób, które gromadzą.
I dodatkowo, bo sprawa bardzo ciekawa:
7) Czy chcielibyście, aby w autobusach pojawiały się specjalne oznaczenia Ustąp miejsca czytającemu?
Jest mi to bez różnicy, bo, jak pisałam wcześniej, nie potrafię czytać w autobusie.
środa, 5 października 2011
Ja anielica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Diabelska śmiertelniczka w świecie aniołów
„Ja, Wiktoria Biankowska, obiecuję wieść przykładne życie na Ziemi i już nigdy nie pomagać diabłom w ich niecnych sprawkach
To zobowiązanie Wiki jest prawie tak samo realne jak słowa Beletha: „Ja, diabeł Beleth, obiecuję nigdy więcej nie zawracać słowy śmiertelnikom i nie nastawać na życie ich chłopaków. Szybciej Kleopatra przestanie kupować buty, a Azazel śnić o podbiciu Piekła.
Witamy ponownie. Po szczęśliwym zakończeniu „Ja, diablica” Wiktoria wiedzie spokojny żywot z Piotrkiem. Jest im ze sobą jak w niebie, (nie)stety nie na długo. Beleth nie może żyć bez swojej ukochanej. Wcale się mu nie dziwię. Wiktoria jest jedyna i wyjątkowa. Nie tylko dzięki swojej Iskrze ale również dzięki swojemu podejściu do świata i życia. Beleth jednak nie może opuścić Wiktorii nie tylko z powodu uczucia które ich łączy.
Dzięki na pozór niewinnemu podstępowi Wiktoria przypomina sobie wszystkie dobre i złe chwile. Niedługo potem spotyka się z Belethem i dowiaduje się, dlaczego dążył do spotkania z nią. Beleth marzy o skrzydłach które utracił. Tylko dzięki nim będzie mógł wrócić do Nieba. Diabeł w Niebie? Po cóż mu to? Nie będę Wam psuła lektury.
W książce spotkamy wszystkich bohaterów poprzedniej części: Wiki, Azazela, Beletha, Kleopatrę i Piotra, a także kilku nowych, wśród których na chwilę uwagi zasługuje Gabriel, który, pomimo, że żyje w świecie bardzo odległym od Piekła, na wiele wspólnego z Luckiem. Myślę, że mogli by się nawet zaprzyjaźnić.
Kto myśli, że kłopoty Wiktorii są związane tylko z ponownym pojawieniem się diabełków jest w błędzie. W tej części duży wpływ na akcję książki będzie mieć pewien anioł… Moroni. Co zaserwują nam tym razem bohaterowie? Przekonajcie się sami. Warto.
Nie rozumiem wprawdzie pewnych decyzji głównej bohaterki, no ale cóż… to jej życie. Ja w kilku momentach wybrałabym inaczej.
„Ja, anielica” nie jest strzałem w dziesiątkę, ale na dziewiątkę z plusem zasługuje na pewno. Wiadomo, pierwsza część serii w większości przypadków jest najlepsza. Autorka po raz kolejny udowodniła jednak, że pisać potrafi i ma pomysł na książkę. Nie jest to może dzieło na miarę Mickiewicza, ale kto powiedział, że tylko wielka literatura musi być fajna? Katarzyna Berenika Miszczuk oficjalnie trafia na listę moich ulubionych autorów.
09/10
Ja anielica, Katarzyna Berenika Miszczuk, WAB, 2011
Etykiety:
09/10,
2011,
Azazel,
Beleth,
blog,
horror,
Ja anielica,
Katarzyna Berenika Miszczuk,
książka,
literatura,
literatura polska,
powieść,
przygodowa,
recenzja,
romans,
WAB
wtorek, 4 października 2011
Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk - Witamy w Los Diablos
Dwa światy jedna miłość. Czy to możliwe? A i owszem. Jeśli posiadasz iskrę bożą wszystko jest w zasięgu Twoich rąk.
„Ja, Wiktoria Biankowska ( zwana dalej Potępioną ),
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy.”
zgadzam się przez kolejne 66 lat służyć Lucyferowi
i całej Niższej Arkadii na stanowisku Diablicy.”
Nie będę owijać w bawełnę. „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk to chyba jedna z najfajniejszych polskich współczesnych powieści jaką do tej pory czytałam.
Bohaterowie? W rolach głównych: Piękna Wiktoria, ciapowaty, ale podobno przystojny, śmiertelnik Piotr i bosko (wróć, diabelnie) seksowny Beleth, Lucyfer, bezpłciowa (dosłownie) Śmierć, egoistyczna Kleopatra i Azazel z przerośniętym ego bez którego połowa rzeczy w Piekle by się nie wydarzyła. W pozostałych rolach, czyli kto zamieszkuje piekiełko: Napoleon, Marylin Monroe, Elvis Presley, caryca Katarzyna II, król Artur, Jim Morrison, Kurt Cobain i inni.
Miejsce akcji: dość ponure miasto Warszawa oraz piękna i malownicza Niższa Arkadia zwana potocznie Piekłem.
Ciekawie, prawda? Mi też się spodobało. Od pierwszej strony co zdarza się niezwykle rzadko. Książka „Ja, diablica” opowiada o losach Wiki, która zginęła w dziwnych okolicznościach i trafiła do piekła zostając etatową Diablicą. Teoretycznie do jej zadań ma należeć rekrutowanie dusz, w praktyce Wiktoria dużo się nie napracuje. O wiele więcej czasu zajmie jej zgłębianie tajemnicy swojej śmierci, usiłowanie zdobycia miłości swojego życia Piotra i wpadanie w tarapaty z Belethem i Azazelem. Sam proces zostania Diablicą też jest trochę tajemniczy, bowiem okazuje się, że Wiktoria zginąć nie miała, a ponieważ posiada tak zwaną iskrę bożą, nie powinna, dla bezpieczeństwa własnego i innych, dostać również mocy Diablicy. Co się stało? Nie zdradzę już ani jednej informacji. Ta książka jest zbyt fajna, aby robić spoilery, a każde kolejne zdanie potraktowałabym osobiście jako psucie naprawę dobrej zabawy.
Katarzynę Berenikę Miszczuk od większości polskich współczesnych pisarzy odróżnia jedno. Dziewczyna naprawdę potrafi pisać i ma pomysły. Nie dopisuje kolejnych zdań na siłę starając się wyrobić określoną objętość, nie wciska czytelnikowi ckliwych historii rodem z romansideł. Jej styl jest świeży i wciągający. Bohaterowie nie są jedynie kalkami z innych książek lub seriali. Ona wymyśliła wszystko naprawdę. Od bohaterów, których wielu pisarzy może jej zazdrościć, aż po mechanizmy rządzące w Niższej Arkadii. Brakowało mi tylko jednego. Dodatkowych 252 stron, co dałoby 666 diabelsko interesujących stronic.
Dla mnie „Ja, diablica” to strzał w dziesiątkę. Gdyby tylko było więcej takich książek…
10/10
Ja diablica, Katarzyna Berenika Miszczuk, Wab, 2010
recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Etykiety:
10/10,
2010,
Azazel,
Beleth,
blog,
horror,
Ja diablica,
Katarzyna Berenika Miszczuk,
książka,
literatura,
Los Diablos,
obyczajowa,
przygodowa,
recenzja,
romans,
WAB
Subskrybuj:
Posty (Atom)
