sobota, 23 lipca 2011

Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander - (nie)Zwykłe życie …

Czyli o tym, czy Szkoci to ciekawy i interesujący naród, czy też taki, jaki znamy z kawałów o Szkotach.
Według The Times’a „książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę”. Czy faktycznie?

Wierni czytelnicy książek Smitha doczekali się trzeciego tomu serii „44 Scotland Street”. Życie bohaterów z którymi bardzo łatwo się zżyć zmieniło się ostatnimi czasy. Domenica wyjechała prowadzić badania na drugim końcu świata, Bruce postanowił przeprowadzić się do Londynu, Pat rozpoczęła studia, Matthew usiłuje sobie poradzić z dużą sumą pieniędzy. 

Brzmi trochę jak telenowela, prawda? Gdy przeczytałam pierwszy „rozdział” pod tytułem „Co zdarzyło się do tej pory” miałam mieszane uczucia. Po pierwsze nie byłam pewna, czy uda mi się zaprzyjaźnić z bohaterami książki skoro poznałam ich dopiero teraz, po drugie czułam się trochę jak nowa sąsiadka na przyjęciu starych przyjaciół. Czułam się sztucznie i obco, nie wiedziałam jak ustosunkować się do nowinek, które zaczęły mnie dosłownie torpedować z każdej strony.

Potem było o wiele lepiej. Szybko przyzwyczaiłam się do mieszkańców Scotland Street i choć nadal czułam, że jestem nowa, zaaklimatyzowałam się. Nie wiem dlaczego, ale ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Irene- kobietę, którą w rzeczywistości chyba bym zagryzła. Autor tak wspaniale stworzył Irene, że nie mogłam się oprzeć jej „urokowi”. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego.

Tego, co zdążyło się w książce opowiadać nie będę. Po pierwsze zapewne pominęłabym najważniejsze, bo nadal od mnogości wątków i kolorytu postaci czuję się trochę zakręcona, po drugie wiem, że gdybym była wierną czytelniczką to za spoilery bym pogryzła, a gdybym zaczynała dopiero przygodę ze Smithem to niewiele by mi to dało.

Niemniej jednak książka wydaje się bardzo fajna. To takie połączenie sielanki z fraszką i odrobiną autoironii. Gdy czytałam o dylematach Matthew w sklepach z ubraniami miałam przed oczyma Szkota z kawału który przestał się jąkać gdy dowiedział się o cenach rozmów z Londynem. A Matthew? Nie wiedząc co zrobić z pieniędzmi kupował w sklepie wszystko, co wpadło mu w oko. Jak dla mnie, całkowicie zakręcone.

The Times miał rację, choć często tak dobre recenzje są mocno przesadzone. Książka idealnie nadaje się jako lekarstwo na chandrę. Radzę tylko nie popełniać mojego błędu i zaprzyjaźnić się z mieszkańcami Scotland Street zaczynając lekturę od tomu pierwszego.

07/10

Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander, Wydawnictwo MUZA, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 18 lipca 2011

Nora Roberts, Wzburzone fale - Miłość ponad wszystko


Jeśli nie macie ochoty na optymistyczną wakacyjną lekturę, z której dowiecie się, jak piękne może być bezinteresowne postępowanie, nie sięgajcie po tę książkę.
Nie wiem dlaczego, ale wszystkie książki Nory Roberts są ciekawe. Zarówno łzawe romansidła jak i kryminały. „Wzburzone fale” to kolejna udana książka tej autorki. Nora Roberts powieści ma na swoim koncie ponad 200. A każda, którą czytałam zwyczajnie, choć bez fajerwerków, mi się spodobała. Książki Nory Roberts należą do tych, które mają być lekkie i przyjemne. Taka są właśnie „Wzburzone fale.”

Dawno temu do jednego z wielu małych amerykańskich miasteczek przyjeżdża Cameron - młody, doświadczony przez życie chłopak. W czasie próby kradzieży samochodu, zostaje przyłapany przez Raymonda Quinna, który zamiast zadzwonić na policję, postanawia, wraz z żoną Stellą, zaopiekować się krnąbrnym nastolatkiem. W podobnych okolicznościach do domu Quinnów trafiają Etan i Philips.

Właściwa akcja książki toczy się po kilkunastu latach od przygarnięcia trudnych chłopców. Każdy z „braci” dorósł, wyprowadził się z domu i prowadzi swoje życie. Cameron, główny bohater, jeździ beztrosko po całym świecie, wygrywając wyścigi i sypiając z każdą piękną kobietą, jaka mu się nawinie. Jego beztroskie życie przerywa telegram z wiadomością, że Raymond Quinn umiera. Po przyjeździe do domu Cam i jego bracia dostają od ojca zadanie. Po jego śmierci mają się zaopiekować najnowszym „przybłędą”, Sethem.

Chociaż każdy z braci prowadzi zupełnie inny tryb życia, ze względu na obietnicę złożoną ojcu, postanawiają zaopiekować się nowym chłopakiem. Najbardziej rozumie go Cam, który w młodym chłopaku widzi siebie. Rozpoczyna się walka o możliwość opieki nad Sethem oraz wojna o dobre imię Ray’a.

„Wzburzone fale” to świetny wakacyjny kompan. Idealna zarówno na krótki wypad nad wodę, jak i na długą podróż. Autorka, dzięki znanym tylko sobie sposobom, bardzo wciąga czytelnika. I chociaż końcówki można się domyślić po dwóch rozdziałach, ogólna akcja powieści nie jest oklepana. Pod przykrywką płytkiego romansidła skrywają się poważniejsze tematy tj. siła plotki, braterska miłość, problemy z adopcją. Dzięki swojemu optymizmowi i wartkiej akcji nie znudzicie się, a poważne sprawy są przemycone tak zręcznie, że nie zauważycie, iż ta książka traktuje o czymś całkiem poważnym.

07/10

Nora Roberts, Wzburzone fale, Książnica, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

sobota, 16 lipca 2011

Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda - Wspomnień czar

Któż nie pamięta rudowłosej piegowatej dziewczynki zwanej Anią z Zielonego Wzgórza? Nie ma chyba na świecie osoby, która nie polubiłaby sieroty z bujną wyobraźnią.
Dziś, dzięki życzeniu autorki, Lucy Maud Montgomery, możemy znów na chwilę przenieść się do czasów dzieciństwa i zanurzyć się we wspomnieniach.

Przed przeczytaniem książki, nigdy nie czytam jej opisu, nie sprawdzam opinii. Nie chcę niepotrzebnie wyrabiać sobie zdania o danej pozycji. Z ostatnim tomem Ani było podobnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Ania z wyspy Księcia Edwarda” to zbiór piętnastu opowiadań, dość luźno związanych z główną bohaterką. Ania, powszechnie nazywana doktorową i jej mąż Gilbert wprawdzie pojawiają się w każdej z krótkich opowieści, lecz ich obecność ogranicza się do kilku zdań, które zamieniają między sobą na temat głównych bohaterów poszczególnych opowiadań.

Jednak to, że Ania nie jest już na pierwszym planie, nie oznacza, że w książce nie znalazło się należne jej miejsce. Ta dzika i nieprzewidywalna kiedyś dziewczynka jest dziś niekwestionowanym autorytetem dla mieszkańców wyspy. Pani Blythe to, doktorowa tamto. Nie ma na wyspie osoby, która przynajmniej kilkanaście razy nie przywołałaby Ani dokonując mniejszych lub większych wyborów.

Nie wiadomo, ile lat ma Ania. Po strzępkach informacji można się domyślić, że ponad 52. Chociaż życie ją doświadczyło, z jej ust nie znika uśmiech, a z oczu iskierki. Wciąż jest w niej coś z dawnej jedenastoletniej dziewczynki.

Co znajdziemy w poszczególnych opowiadaniach? Tak naprawdę wszystko. Książka ta, w sposób bardzo ciekawy, opowiada o życiu. Ślubach, śmierci, dzieciach, małych i dużych skandalach. Bohaterami poszczególnych historii są sąsiedzi i przyjaciele Ani, często ich dzieci- wszak wszyscy się starzeją.

„Ania z wyspy Księcia Edwarda” to książka dla całych pokoleń. Będzie idealna dla nastolatków, młodych dorosłych i tych, którzy przeżywają jesień życia. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Choćbym nie wiem, jak się starała znaleźć minusy tej pozycji, nie jestem w stanie. Książka jest idealna w każdym calu. Smuci, rozwesela, daje powód do zadumy, zmusza nasz mózg do rozwiązywania zagadek. Lepszego pożegnania z autorką i jej bohaterką nie mogę sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedyś w mojej biblioteczce zagoszczą wszystkie części przygód Ani. Są to jedne z niewielu książek, na które warto wydać każde pieniądze.

10/10

Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

środa, 13 lipca 2011

Żmijojad, Wiktor Suworow - Dobre, bo rosyjskie


Książka mrożąca krew w żyłach, wciągająca akcja, bezwzględna walka o władzę… Czy aby na pewno?



Papier zniesie wszystko. Według tego, co mamy okazję przeczytać na okładkach przeróżnych książek, każda z nich powinna zgarniać po kilka nagród na przeróżnych konkursach. Często jest tak, że jedyna akcja, strach i ciekawi bohaterowie istnieją tylko i wyłącznie w opisie pozycji. Szczęśliwie dla mnie „Żmijojad” Wiktora Suworowa spełnia swoje obietnice.

Akcja książki toczy się w Rosji w czasie sprawowania władzy przez Stalina. Kto zna choć trochę historię tego kraju wie, że władzy nigdy nie przejmowano po dobroci i po koleżeńsku. Tytułowego Żmijojada poznajemy podczas jednej z wielu prób „przyjacielskich” zmian na stanowiskach.

Główny bohater, szary, „zwykły” obserwator na dworcu kolejowym, nieoczekiwanie dostaje awans i przeniesienie na stanowisko pomocnika wykonawcy. Nikt, nawet sam zainteresowany,  nie wie, dlaczego. Wkrótce okazuje się, że Żmijojad posiada umiejętności, które komuś są niezbędnie potrzebne. Główny bohater ma fotograficzną pamięć. Wie, kto, kiedy i jakim pociągiem przyjechał, jak był ubrany, co miał na sobie i jak się zachowywał. Dzięki swoim zdolnościom zostaje wciągnięty w grę, na którą niekoniecznie ma ochotę.

W tle przemyka czytelnikowi Luśka- Jolanta, dzielnicowa naganiaczka grupy zajmującej się okradaniem przyjezdnych. W tym samym czasie poznajemy głupie dziewczę, które ryzykując swoją cnotę i życie chadza codziennie na potańcówki do parku. Co łączy ze sobą te trzy, na pierwszy rzut oka zupełnie niezwiązane ze sobą, osoby? Przekonajcie się sami.

„Żmijojad” Wiktora Suworowa to faktycznie książka, w której krew się leje. Autor nie bawi się w poetyckie opisy miasta, nie marnuje cennych kartek na bezsensowne i nic nie wnoszące dialogi. Każda rzecz, każdy ruch i słowo które znalazły się na kartach powieści mają jakieś znaczenie. Przez karty książki przewijają się „zwykli” urzędnicy, pracownicy wyższego szczebla rosyjskich instytucji z którymi nie chcielibyśmy mieć do czynienia, a nawet sam wódz Stalin. Dzięki autorowi poznajemy od kuchni to, czego wiedzieć większość by nie chciała.  Wiktor Suworow to pisarz ukształtowany, który wie czego chce i nie uczy się kosztem czytelników.  

Kimże jest człowiek, który jest w stanie napisać tak prawdziwą książkę jak "Żmijojad" ? To były oficer armii sowieckiej i wywiadu wojskowego GRU. Autor był agentem z krwi i kości. Uciekł do Wielkiej Brytanii, za co zaocznie skazano go na karę śmierci. Pomimo rozpadu ZSRR, decyzji nie zmieniono. Być może dlatego jego książka jest taka, jaka jest. Może opowiada nam znaną sobie historię?

Jeśli interesuje Was historia Rosji, macie ochotę dowiedzieć się, jak wyglądał świat, którego nie pokazują w telewizji lub zwyczajnie lubicie książki które wciągają i są naszpikowane dobrą akcją, zaopatrzcie się w „Żmijojada” i bawcie się dobrze.

9/10


 Żmijojad, Wiktor Suworow, Rebis, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II - Ludzie kontra elfy

Minęło 20 lat odkąd Enrissa, Namiestniczka z prawdziwego zdarzenia, rządziła Imperium Anryjskim. Teraz jej miejsce zajęła krucha i niepewna siebie Salome Jasna zupełnie niepodobna do swojej poprzedniczki.
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.

Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?

Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.

Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.

Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.

Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.

Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć. 



8/10




Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 16 czerwca 2011

Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami - Życie idioty to nie bułka z masłem*

W swoim życiu przeczytałam wiele książek, dobre, złe, wciągające jak rwąca rzeka i nudne jak flaki z olejem. Do tej pory nie czytałam jednak książki takiej, jak ta.



 
Opowieść, która miała być „ma miarę bestsellerowego Forresta Gumpa” jest tak samo dobra jak przygody Forresta, a może nawet lepsza.
„Dziewczyna, która pływała z delfinami” to debiut Sabiny Berman, meksykańskiej autorki scenariuszy.  Po przeczytaniu jej książki dochodzę do wniosku, że autorka wybrała zły zawód. Powinna zacząć pisać szybciej. O wiele szybciej.

Rzadko czytuję książki o osobach upośledzonych. Nigdy natomiast nie czytałam książki, której narratorem jest osoba z autyzmem. Podobno życie jest jak pudełko czekoladek. W przypadku Karen, głównej bohaterki książki, absolutnie się z tym zgadzam, z tym, że każdy dzień jest jak pudełko czekoladek.

Główna bohaterka, to zamknięta w sobie, zaniedbana autystyczna dziewczynka. Mieszka w piwnicy zamknięta przez swoją matkę. Dziecko „wychodzi na światło dzienne” dzięki ciotce Izabelle, która przyjeżdża do Mazatlan  aby przejąć swój spadek- fabrykę tuńczyków. Po przyjeździe oprócz interesu, o którym nie ma pojęcia, zastaje swoją siostrzenicę skrzętnie ukrywaną przed światem przez swoja zmarłą siostrę.

Życie z Karen nie należy do łatwych. Dziewczyna jest na poziomie przestraszonej małpki. Nie potrafi mówić, zachowuje się jak dzikus, śpi w piwnicy. Dzięki cierpliwości i determinacji ciotki dowiaduje się czym jest woda i mydło, a przede wszystkim, że dzięki słowom można się porozumiewać ze światem. Powoli poznaje poszczególne wyrazy, uczy się jeść, kąpać, korzystać z toalety. Chociaż autystyczna dziewczynka teoretycznie wie, jak przetrwać żyjąc w społeczeństwie, często zamyka się w sobie. Jej ulubionym towarzystwem są ryby. To wśród ryb, głęboko pod wodą Karen czuje się naprawdę wolna i szczęśliwa. Z biegiem czasu zaczyna chodzić do szkoły i, o dziwo, dostaje się na studia. Chociaż życie Karen jest nieskomplikowane, dosięgają ją kłopoty. Rodzinny interes zaczyna plajtować, a od decyzji Karen i Izabelle zależą losy wielu rodzin.

Dzięki dziwnym zbiegom okoliczności fascynacja Karen może stać się odpowiedzią na kłopoty rodzinne. Czy młoda kobieta, której choroba nie pozwala na swobodne życie wśród ludzi będzie potrafiła współpracować z obcym tajemniczym mężczyzną? Czy osoba upośledzona potrafi otworzyć intratny interes? Dlaczego życie wielu rodzin zależy od "głupka"? Tego wszystkiego dowiecie się czytając książkę „Dziewczyna, która pływała z delfinami”.

Książka Sabiny Berman jest jedyna w swoim rodzaju. Niewiele jest książek, o których nie potrafię za bardzo opowiedzieć. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy dana pozycja zrobi na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Mogłabym oczywiście streścić powieść, tylko po co?

Karen, chociaż jest upośledzona posiada kilka zalet: jest uczciwa, ma doskonałą pamięć, zmysł organizacji przestrzeni, w dziwnie prosty sposób pojmuje otaczający ją świat. Nie ma w niej pychy, zakłamania, obca jest jej zazdrość. Te wszystkie cechy sprawiają, że zaczynamy kochać Karen jak własną córkę.

Jeżeli na bezludną wyspę mogłabym zabrać określoną liczbę książek, ta na 100% znalazłaby się na liście.

Sabina Berman, Dziewczyna która pływała z delfinami, Znak, 2011

10/10

*Forrest Gump

Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata - Amerykanie też potrafią kochać po włosku


Podobno miłość nie zna granic. Nie ważne, gdzie mieszkamy. Miłość może nas dopaść nawet na końcu świata. Czasem jednak trzeba zamieszkać na końcu świata, by spotkać osobę, która przeniosła się na koniec świata z tego samego miejsca co my.

„Przyjaciele Eliany mówili, że jej życie to bajka. […]Niestety, wymarzony dom okazał się jedynie piękną klatką, z której nie można uciec. Kiedy Eliana traci już nadzieję i wiarę w przyszłość, wtedy los stawia na jej drodze nieznajomego.” Po takim opisie książki byłam pewna, że trafiłam na lekkie romansidło. Na szczęście już podczas czytania pierwszych stron książki przekonałam się, że trafiłam na piękną historię, która z typowym wakacyjnym romansidłem ma mało wspólnego.

Głównymi bohaterami książki Richarda Paula Evansa pod tytułem „Kolory tamtego lata” są zmęczona życiem Eliana, wiecznie pracujący Maurizio i tajemniczy Ross Story.
Eliana, młoda Amerykanka zakochuje się we Włochu Maurizio i przeprowadza się do kraju, „którego język brzmi jak poezja, a jedzenie smakuje niczym dar niebios”. Życie wydaje jej się piękne tylko przez chwilę. Po krótkiej sielance okazuje się, że Bóg obdarzył ich chorowitym, wymagającym opieki dzieckiem, mężczyzna, który w Ameryce był 100% dżentelmenem nagle zaczyna traktować Elianę jak pomoc domową. Teściowa jej nie akceptuje, mąż ciągle zdradza. Świat, młodej jeszcze, kobiety z dnia na dzień staje się coraz bardziej bezbarwny. Jedyną jej radością jest malowanie obrazów i rozmowy z Anną, siostrą męża. Odcięta od świata i przyjaciół Eliana nie wierzy już w miłość. Do czasu.
Któregoś dnia do Włoch przeprowadza się tajemniczy mężczyzna, Ross Story. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wynajmuje mieszkanie w domu, w którym mieszkają samotne kobiety i chore dziecko. Z dnia na dzień Eliana i Ross stają się sobie bliscy…

Teoretycznie szybko powinni się w sobie zakochać, skonsumować nowy związek i żyć długo i szczęśliwie. Jednak, jak pisałam na początku, „Kolory tamtego lata” to nie płytkie romansidło. Nie jestem pewna, czy ta historia, tak, jak obiecuje autor, wydarzyła się naprawdę, ale mogę ręczyć własną ręką, że jest bardzo realistyczna.

Autor uwiódł mnie swoim stylem. Jest lekki i miły. Evans nie zanudza czytelnika długimi opisami, nie wymyśla historyjek rodem z Mody na sukces. Jego bohaterowie są realistyczni, posiadają głębię.

Książka, ogólnie rzecz biorąc, mnie zachwyciła. Dodatkowym jej plusem jest to, że akcja toczy się we Włoszech.  „Kolory tamtego lata” polecam nie tylko na wakacyjny wypad. Każdy, kto czasami kupuje książki, powinien dołożyć tę pozycję do swojej domowej biblioteczki

9/10

Richard Paul Evans, Kolory tamtego lata, Znak, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl


sobota, 28 maja 2011

Martyna Wojciechowska, Kobieta na krańcu świata 2 - Niezapomniana podróż przez Azję i Afrykę


Czy marzyłaś kiedyś o dalekich podróżach? Czy marzył Ci się koniec świata? Czasami marzenia się spełniają. Idealnym przykładem kobiety, która nie boi się zawędrować na kraniec świata Jest Martyna Wojciechowska.




W swojej najnowszej książce „Kobieta na krańcu świata 2” autorka zabiera czytelników w cudowną i fascynującą podróż do Azji i Afryki. Nie jest to jednak podróż dla samej podróży. Martyna Wojciechowska ma cel. Pokazać czytelnikom świat, jakiego nie znamy. Świat, gdzie rzeczy, na które nie zwracamy uwagi, tam są czymś nie do przejścia. Świat, w którym coś, co jest naturalne, dla nas jest dziwaczne i niezrozumiałe.

W Tajlandii Martyna spotyka Macieng, lokalną atrakcję turystyczną, choć dla bohaterki to, czym tak by się wyróżniała będąc na zachodzie, jest całkowicie naturalne. Macieng nosi 30 cm obrożę na bardzo długiej szyi. Dzięki temu czuje się wyjątkowa. Według tajlandzkich kanonów mody Macieng jest piękna.

W Etiopii poznajemy historię niewidomej czterdziestoletniej Mury Adaut, która dzięki dobremu sercu lekarzy ze szpitala Quiha w Mekele dostała szansę na przywrócenie dawno utraconego wzroku. Mura, tak jak półtora miliona mieszkańców Etiopii straciła wzrok z powodu katarakty, zaćmy, jaskry lub bielma. Jako jedna z niewielu, biorąc pod uwagę ilość niewidomych osób, otrzymała szansę na wyzdrowienie. Pacjenci czekający w okolicach szpitala na swoją kolej mają powypisywane numery flamastrami na czole. Nikt nie marudzi na kolejki, na brak miejsc, na odległość od szpitala. Ludzie są wdzięczni za otrzymaną szansę, bowiem w wielu przypadkach jest to ich jedyna szansa na utrzymanie się, a więc przeżycie.

„Kobieta na krańcu świata 2” to jednak nie zbiór smutnych opowieści. W książce przeczytamy historię Shirley Joubert, która została matką chrzestną hipopotama, będziemy mogli dowiedzieć się, jak wygląda życie najprawdziwszej gejszy, odwiedzimy Japonię, aby spotkać się z Watanabe Kanae- modelkę i kierowcę ciężarówki (tak, jednocześnie), która uważa należy do subkultury gyaru (subkultura, w której dziewczyny tapirują włosy, ubierają się jak lolitki, noszą korony i diademy- uważają się za księżniczki). W Indonezji spotkamy się z opiekunkami orangutanów, a w Tanzanii poznamy kapitan samolotu.

Oprócz naprawdę ciekawych historii w książce czekają na nas przepiękne fotografie. Martyna Wojciechowska stworzyła coś wspaniałego. Interesujący i wciągający dziennik podróży.
„ Druga seria Kobiety na krańcu świata była realizowana w Afryce i Azji. Etiopia wprowadziła autorkę w melancholijny nastrój i skłoniła do przemyśleń na temat braku sprawiedliwości na świecie, Borneo natomiast natychmiast przywróciło uśmiech za sprawą gromadki wesołych orangutanów, które- nie tylko w przenośni- weszły jej na głowę!”
Ten tekst to nie pusty chwyt marketingowy. Zresztą przekonajcie się o tym same.

8/10

Martyna Wojciechowska, Kobieta na krańcu świata 2, wydawnictwo G+J RBA, National Geographic, 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Być jak Grace Kelly

Skromność, talent, elegancja. Te trzy słowa mogą idealnie określić Grace Kelly, aktorkę i księżną Monako.
„Grace Kelly – niekwestionowany ideał piękna, gwiazda filmowa, księżna Monako. W ciągu zaledwie siedmiu lat zagrała w jedenastu filmach, robiąc zawrotną karierę i zachwycając świat talentem oraz urodą.”

Znajomość księżnej z biografem gwiazd, Donaldem Spoto, rozpoczęła się w 1975 roku. Spoto chciał przeprowadzić wywiad z Grace Kelly o jej rolach. Dzięki jakiejś niewyjaśnionej chemii krótki wywiad zamienił się w wieloletnią dozgonną przyjaźń. Gdy biograf chciał rozpocząć książkę za czasów przyjaźni z księżną, ta poprosiła go, aby zrobił to dopiero 25 lat po jej śmierci. Spoto swojej obietnicy dotrzymał.

W książce „Wyższe sfery. Życie Grace Kelly”,  autor opisuje życie młodej Grace, jej sukcesy i porażki, drogę na szczyt, miłość i śmierć. Komu wydaje się, że życie tej pięknej dziewczyny było pasmem sukcesów, jest w błędzie. Urodzona w bogatej rodzinie Grace, wcale nie miała „z górki”. Bogactwo jej ojca nie było wynikiem pochodzenia, lecz żyłki do interesów, przez co rodzina Kelly nie należała do śmietanki towarzyskiej Filadelfii. Grace nigdy nie była rozpieszczonym bachorem. W ich domu zawsze panował rygor, dziewczynka była ignorowana przez ojca. O wszystko, w tym o siebie,  musiała walczyć jak lwica.  Tylko dzięki swojemu uporowi, udało się jej wyrwać z domu, co nie oznacza, że rodzina przestała mieć na nią wpływ. O możliwość samodzielnego podejmowania decyzji księżna musiała walczyć bardzo długo. Miłości i akceptacji ze strony ojca nie udało się jej wywalczyć.

Dzięki swojej przyjaźni z księżną, Doland Spoto dotarł do informacji, o których marzyło zapewne wielu autorów książek. Grace Kelly nie miała przed nim tajemnic. Wiele lat znajomości zaowocowało naprawdę ciekawą biografią. Takich informacji, jak w książce „Wyższe sfery życia Grace Kelly”, nie znajdziemy w żadnej innej pozycji.

Książkę polecam zarówno miłośnikom biografii sław, jak i wszystkim, którzy interesują się filmem, bowiem w tej publikacji wątek Grace Kelly jako aktorki jest bardzo rozbudowany, a „partneruje” jej tam między innymi mistrz Alfred Hitchcock.

8/10

Donald Spoto, Wyższe sfery. Życie Grace Kelly, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

środa, 11 maja 2011

Beata Pawlikowska, Blondynka jaguar i tajemnica Majów - Z Blondynką w świecie Majów

Chyba każdy w Polsce kojarzy Beatę Pawlikowską. Jedni z telewizji, inni z radia, jeszcze inni w połączeniu z pewnym panem. Piękna, uśmiechnięta Blondynka, która zaprzecza całej teorii o kobietach z włosami blond. Piękna, mądra, nie bojąca się wyzwań. Kobieta, z którą można przemierzyć cały świat.


W swojej najnowszej książce „Blondynka, jaguar i tajemnica Majów” Beata Pawlikowska zabiera czytelników w fascynującą podróż po pięknej i niebezpiecznej Gwatemali. Razem z autorką będziemy mogli rozwikłać tajemnice świata Majów, dowiedzieć się, jak ciekawie może wyglądać podróż po tym odległym kraju, co niezwykłego możemy tam zobaczyć i jakie niebezpieczeństwa będą na nas czyhać.

„Blondynka, jaguar i tajemnica Majów” to swego rodzaju pamiętnik podzielony na rozdziały, przyozdobiony przepięknymi fotografiami. W każdym z rozdziałów czeka nas fascynująca opowieść. A to o kierowcach autobusów, którzy jeżdżą jak szaleni, a to o tajemniczym kogucie, który towarzyszy Pani Beacie przez praktycznie całą drogę. Dowiemy się mnóstwa rzeczy o tym, co łączy i dzieli nasze narody. Okazuje się, że mamy naprawdę bardzo wiele wspólnego. Osobom  poszukującym wielkich tajemnic polecam rozdział o Biblii Majów- jest o wiele ciekawsza od naszej i chyba lepiej oddaje ludzką i boską naturę.

Oprócz opowieści o niebezpiecznych, a zarazem fascynujących podróżach po kraju, kulturze, obrzędach, czeka nas po prostu bardzo przyjemna podróż palcem po mapie. Trudno opisać książkę podróżniczą, taką, jaką jest „Blondynka, jaguar i tajemnica Majów”. Autorka pisze trochę o tym, trochę o owym. Czułam się, jakbym czytała maile z podróży przyjaciółki. Nie jestem w stanie, w jednym zdaniu, napisać o czym jest książka Pani Beaty. Wiem natomiast jaka jest. To interesująca, wciągająca i przede wszystkim bardzo optymistyczna opowieść mądrej i wrażliwej kobiety nie tyle o podróży, co o życiu.

Książka ta, choć dla mnie to bardziej pamiętnik, to pomysł na wspaniały prezent. Nie tylko dla osób, które interesują się podróżami. Również dla pasjonatów fotografii, tych, którzy uwielbiają przygody, ludzi pogodnych i szczęśliwych.

7/10

Beata Pawlikowska, Blondynka, jaguar i tajemnica Majów, wydawnictwo G J RBA, National Geographic Warszawa 2010

recenzja opublikowana na kobieta20.pl