poniedziałek, 9 stycznia 2012

Myszka Precelka szuka przyjaciela Agata Widzowska – Pasiak

„W pewnej bibliotece w Orzeszkowie mieszkają myszka Precelka i cała jej mysia rodzina. To także dom bibliotekarki pani Dody i kota Animrumru. Wśród książek i przykurzonych regałów rozgrywają się różne przygody. Czy Precelka znajdzie prawdziwych przyjaciół? Jakie złote myśli wpadną jej do głowy na zakończenie tej historii?”



Kto może wiedzieć więcej o tym, co dzieje się w bibliotece jak nie bibliotekarka? Chyba nikt. Dlatego za eksperta uznaję autorkę książki, Agatę Widzowską – Pasiak i wierzę jej na słowo.
W starej bibliotece w Orzeszkowie, miasteczku położonym między lasem a Rzeką Pełną Mleka zgodnie od lat mieszkają bibliotekarka, mole książkowe, pająk, kot i wielka rodzina tytułowej Precelki: jej rodzice, siostra, siedmiu braci, dziadek i ciocia.

Dziś przyszła pora na recenzję książki Myszka Precelka szuka przyjaciela. Muszę się przyznać, że od razu polubiłam Precelkę. Tak jak ja, była książkoholiczką, tyle, że w przeciwieństwie do mnie, myszka chrupała wszystkie książki- „bez względu na treść, autora czy kolor okładki”. Pewnego dnia Precelka odnajduje elementarz do pierwszej klasy i zaczyna naukę czytania. Szczęśliwa z powodu nabycia nowych umiejętności myszka marzy o tym, aby swoją radością móc się z kimś podzielić. Tylko z kim? Żadna inna mysz w jej rodzinie nie potrafi czytać, więc główna bohaterka nie ma z kim porozmawiać o literaturze. Precelka postanawia więc zaprzyjaźnić się z jedyną znaną jej czytającą istotą- bibliotekarką.
Okazuje się jednak, że bibliotekarka nie pała miłością do gryzoni i tylko dzięki pomocy anioła Mysiowi Precelce udaje się przeżyć spotkanie z człowiekiem. Spragniona przyjaźni myszka nie podaje się jednak i wyrusza na poszukiwanie przyjaciół, którzy nie będą piszczeć na jej widok. Co z tego wyniknie? Kogo spotka na swojej drodze myszka i czy uda się jej znaleźć przyjaciela?

Powiem szczerze, nie mogę się doczekać dnia, gdy będę mogła przeczytać tę bajkę swojemu dziecku. Naprawdę. Ciepła opowieść, która nie jest przekoloryzowana i naiwna to co, co na 100% spodoba się dziecku. W dodatku pięknie wydana w twardej (lecz miękko wypełnionej) okładce, ze słodkimi obrazkami powinna przeżyć spotkanie z dzieckiem bez większego uszczerbku. Dzięki dużym literkom kilkulatki będą mogły same spróbować swoich sił w czytaniu niczym główna bohaterka.

Jak dla mnie, książka dla dziecka idealna.

10/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu



Myszka Precelka szuka przyjaciela, Agata Widzowska - Pasiak, wydawnictwo Wilga, 2010

czwartek, 5 stycznia 2012

Uniwersum Metro 2033: Piter - Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky

Świat już nigdy nie będzie taki sam. Coś się skończyło, coś się zaczęło. Dajcie się wziąć za rękę i zaprowadzić w niebezpieczne korytarze petersburskiego metra.

„Piter” Szymuna Wroczka to pierwsza z części projektu Dmitrija Glukhovskiego „Uniwersum metro”. Początkowo nie skojarzyłam, że z tą książką ma coś wspólnego autor książki „Czas zmierzchu”, która do mnie nie przemówiła. Skupiłam się na nazwisku Wroczek. Czytając „Czas zmierzchu”, miałam przeczucie, że Metro 2033 Glukhovskiego bardziej mi się spodoba i nie myliłam się, chociaż tym razem akcja nie dzieje się w Moskwie, a w Petersburgu.

Świat się zmienił. Nie jest już taki, jakim my go znamy. Po wybuchu bomby atomowej życie przenosi się do korytarzy metra. Nowy świat Petersburga składa się z wielu stacji metra. Każda stacja to jakby osobne państwo. Mieszkańcy danej stacji podróżują do sąsiadów, jednych lubią, z innymi się nienawidzą- coś na kształt osiedlowych „gangów” z naszego dzieciństwa. Przy życiu mieszkańców metra utrzymuje hodowla zwierząt i roślin, na powierzchnię nie za bardzo mogą wychodzić z różnych powodów. W takim świecie żyje główny bohater książki Iwan- digger z Wasilieostrowskiej. Właśnie szykuje się do ślubu ze swoją ukochaną Tanią. Przygotowania do wielkiego wydarzenia przerywa zła wiadomość: ktoś ukradł agregat prądotwórczy, bez którego mieszkańcy stacji długo nie przetrwają. Dzięki niemu mieli prąd, powietrze, światło potrzebne do utrzymania hodowli. Po krótkim śledztwie okazuje się, że cenny agregat ukradli mieszkańcy innej stacji zwani Chodniakami. Mieszkańcy Waśki łączą swoje siły z mieszkańcami kilku innych stacji i ruszają na wojnę.

Książka „Piter” jest naprawdę świetna. Autor bardzo szybko wciąga czytelnika w swój świat- czujemy się jak u siebie i chcemy przeżywać kolejne przygody z mieszkańcami metra. „Piter” jest pełen niespodzianek. Przedzierając się mrocznymi tunelami razem z głównym bohaterem, dowiadujemy się rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy wiedzieć.

Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości co do Dmitrija Glukhovskiego, już minęły. On naprawdę potrafi pisać. Gdybym spotkanie z nim zaczęła od tej książki, zostawiając „Czas zmierzchu” na inną okazję, od razu trafiłby na listę polecanych przeze mnie pisarzy. Zarówno Glukhovskiego jak i Wroczka warto spróbować, zatopić się w światy przez nich stworzone. Do tej pory nie wiem, kto miał większy wpływ na to, jak książka „Piter” wygląda: Glukhovski czy Wroczek. I tak naprawdę chyba nie będę dociekać, choć przyznam, że mnie to intryguje. Najważniejsze, że książka jest na tyle fajna, że ze spokojnym sumieniem mogę ją polecić.

Wracając do samej książki, „Piter” nie zawiedzie was. To połączenie historii, fantastyki, przygody. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Fabuła sama w sobie nie jest skomplikowana, ale historia… wciągnie was w kanały całkowicie.

09/10

Szymun Wroczek, Dmitry Glukhovsky, Uniwersum Metro 2033, Piter, Insignis, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl


p.s. dla tych, którym podoba się taka tematyka przedstawiam zwiastun gry Metro 2033 [gra z 2010 ale nie mogłam się powstrzymać :) ]

wtorek, 3 stycznia 2012

Czas zmierzchu Dmitry Glukhovsky

Zachłysnęłam się moim szczęściem, zanim na dobre otworzyłam książkę, że będę miała okazję przeczytać książkę rosyjskiego Dana Browna. O jego poprzedniej książce Metro 2033 tyle dobrego czytałam.

Mam nauczkę raz na zawsze. Nie oceniać książki po okładce, a autora po jego poprzednim sukcesie.

Współczesna Moskwa. Tłumaczowi średniego kalibru udaje się przeżyć od pierwszego do pierwszego dzięki tłumaczeniom instrukcji obsługi i temu podobnych tekstów. Gdy dostaje propozycję przetłumaczenia dziwnego starego dokumentu za potrójną stawkę, bierze zlecenie, chociaż nie za bardzo zna język, w którym napisany jest dokument. Początkowo idzie mu bardzo opornie. Powoli przebija się przez zagmatwane linijki ze słownikiem w ręku, a czytelnik mozolnie czyta powstający tekst razem z nim. Okazuje się, że jest to dziennik z wyprawy konkwistadorów na Jukatan w poszukiwaniu nieokreślonych świętych tekstów Majów. Główny bohater zaczyna żyć drugim życiem. Nie może się doczekać kolejnych części zlecenia, aby znów zagłębić się w fascynujący świat. Z tajemniczym tłumaczeniem wiążą się jednak pewne… tajemnice i kłopoty. Osoby, które miały z nim do czynienia znikają w tajemniczych okolicznościach. Czy tłumaczowi grozi niebezpieczeństwo? Na pewno grozi mu choroba psychiczna. Życie bohaterów dziennika zaczyna mieszać mu się z jego życiem. Jeden świat przenika drugi…

Coś, co miało sprawić mi wielką przyjemność, sprawiło mi wielki problem. Chyba pierwszy raz w życiu modliłam się, aby książka się skończyła. Akcja, która miała być ciekawa i wartka była nudna i płytka. Nie działo się nic. Na domiar złego XVI dziennik przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Każdy akapit dziennika zaczynał się od „iż” co sprawiało, że czyta się to koszmarnie. Sam bohater to zauważył. Bohater nieciekawy, fabuła rodem z „Mody na sukces”, strony, które ciągną się w nieskończoność. Po raz pierwszy miałam ochotę utopić książkę, wykląć autora i popełnić rytualne samobójstwo. A stron do przeczytania nie ubywało.

W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać, ale to, co wycierpiałam na początku sprawiło, że przestało mnie to obchodzić. Dobrnąć do końca. Tylko tyle. Co z tego, że autor faktycznie ma talent, skoro szansa na przejście przed pierwszą, koszmarnie nudną, część książki, jest jak szansa na trafienie czwórki w totka?

Nie przeczę, Dmirty Glukhovsky jest autorem ciekawym. Jestem pewna, że gdy wrócę do jego poprzedniej książki, „Metro” będę zachwycona. Co nie zmienia faktu, że za bardzo mnie zmęczył, abym mogła pozytywnie ocenić „Czas zmierzchu”. To książka dla wytrawnych czytelników, takich, którzy docenią zabiegi autora. Boję się jednak, że Dmirty Glukhovsky przecenił przeciętnego czytelnika, który nie chce być zanudzany na śmierć w oczekiwaniu na zwrot akcji. Albo przecenił czytelników, albo za bardzo przesadził i się nie zorientował.

05/10

Czas zmierzchu, Dmitry Glukhovsky, Insignis, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

niedziela, 1 stycznia 2012

Zapraszam do stołu Kuchnia Jerzego Knappe

Któż z nas oglądając „Przepis na życie” nie zakochał się w kochających kuchnię i gotowanie bohaterach? Teraz jeden z bohaterów- Jerzy Knappe- zaprasza nas do stołu.

Można dziwić się różnym rzeczom, Temu, że bezrobotna bohaterka robi zakupy w drogim supermarkecie, że „z ulicy” trafia do załogi restauracji, a potem do jej kuchni. Jednak to, w jaki sposób bohaterowie odnoszą się do tego, co robią na co dzień, sprawia, że zakochujemy się zarówno w nich, jak i w daniach, które tworzą.

Stacje telewizyjne odcinają, jak tylko się da, kupony od seriali, które stały się hitami. Dlaczego by więc po wydanych pamiętnikach i książkach bohaterów, nie spróbować wydać książki kucharskiej, którą napisał główny bohater?

O dziwo, tym razem, udało się. Myślę, że nie miało prawa się nie udać. W końcu to książka kucharska, a przepisy, które wykorzystywali bohaterowie, ktoś musiał stworzyć.

Książka „Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe” to zbiór przepisów, którymi delektowali się bohaterowie serialu. Znajdziemy tu przepisy na: miskę glazurowanych warzyw, krewetki w białym winie z chilli, mus z grejpfruta, kruche ciasto z kremem cytrynowym, zupę z cukinii, spaghetti z salami i suszonymi pomidorami i wiele innych. W teorii przepisy wydają się spójne, więc myślę, że śmiało można kilka z nich wypróbować (ja jeszcze okazji nie miałam). Oprócz przepisów w książce znajdziemy wiele zdjęć (które na pewno ucieszą fanów serialu) oraz trochę opowieści z serialem związanych.

Za to, jak książka wygląda odpowiadają tak naprawdę nie bohaterowie serialu, lecz Agnieszka Pilaszewska, która zajęła się tekstami i przepisami w książce (na co dzień jest ona scenarzystką serialu) oraz Dorota Kwiecińska i Anna Chwilczyńska (przygotowują wszystkie potrawy, które możemy oglądać w kolejnych odcinkach „Przepisu na życie”)- autorki przepisów kulinarnych.

Do tej, w przeciwieństwie do innych serialowych, książki zabrano się profesjonalnie i wyszło z tego naprawdę coś całkiem fajnego. Chociaż autorki przepisów nie są zawodowymi kucharzami, każdy z przepisów wygląda smakowicie. A ponieważ w gotowaniu nie chodzi o tytuły, lecz o smaki oraz przyjemność z gotowania i jedzenia, śmiało mogę powiedzieć, że na tę książkę można wydać pieniądze.

08/10

Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe, Wydawnictwo Literackie, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

czwartek, 29 grudnia 2011

Nie do wykrycia Laura Griffin

Romans, tajemnica, zbrodnia. Tak, pokrótce, można streścić najnowszą książkę Laury Griffin. Podtytuł idealnie oddaje to, co znajdziemy w książce „Nie do wykrycia”.

Główną bohaterką książki jest Alex Lovell, prywatna detektyw. Poznajemy ją w momencie, gdy szuka swojej byłej klientki, Melanie, której jakiś czas temu pomogła się ukryć przed mężem policjantem. Alexandra ma bardzo złe przeczucia. Melanie, nie wiadomo dlaczego wróciła do miejsca, z którego uciekła i zniknęła. Alex podejrzewa jej męża o morderstwo. Nie ma jednak żadnych dowodów. Dom, który mógłby coś „powiedzieć” o byłej właścicielce spłonął w dziwnych okolicznościach, a mąż policjant na 100% będzie miał alibi. Jest też ważniejszy problem. Nie ma ciała- nie ma morderstwa. Jak więc przekonać kogokolwiek  o zbrodni?

Seksowna pani detektyw postanawia zwrócić się o pomoc do przystojnego stróża prawa- Nathana Devereauxa. Początkowo Nathan uważa, że „dopóki nie ma ciała, nie ma też śledztwa”, ale później jego nastawienie się zmienia. Nie do końca wiadomo, czy to z powodu przeczucia, czy też uczucia do głównej bohaterki.

Jak zawsze w takich książkach, nic nie może być tak łatwe, na jakie wygląda. Alex zaczynają odwiedzać nieznani jej ludzie, którzy również chcieliby odnaleźć Melanie. Czy są w zmowie z jej mężem, czy też Melanie w coś się wplątała? Jej mąż, policjant z dobrą reputacją, okazuje się nie być taki kryształowy, za jakiego mieli go współpracownicy. Sytuacja zaczyna robić się coraz bardziej niebezpieczna, a Alex grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Czy Laurę Griffin- autorkę książki „Nie do wykrycia” można nazwać bestsellerową autorką? Chyba nie, ale już przyzwyczaiłam się do tego, że jeśli na okładce znajdzie się słowo „bestseller”, książka lepiej się sprzeda.  Dla mnie „Nie do wykrycia” nie zalicza się do super dzieł, ale nie jest to też kiepskie czytadło. Książkę czyta się szybko. Język jest prosty, akcja wartka. Autorka nie rozpisuje się nad rzeczami, nad którymi nie musi, pisze zwięźle i na temat. W pewnych momentach byłam zaskoczona, co nie zdarza się często w tego typu książkach, trochę romansidłach, trochę kryminałach.  Po skończeniu lektury czułam się jednak trochę zawiedziona. Następnego dnia, gdyby ktoś zapytał się mnie o głównych bohaterów, nie potrafiłabym nic sensownego powiedzieć. Laura Griffin nie postarała się tworząc Alex i Nathana- ich postacie są jakieś takie bezbarwne i bez polotu. Alex jest seksowna, Nathan ma ładnie zbudowane ciało. Pani detektyw kocha komputery, Nathan ma byłą żonę i tyle. Nic więcej, a szkoda. Jak w każdej książce tego typu bohaterowie muszą czuć coś do siebie, raz na jakiś czas niezbędny jest seks albo głębszy pocałunek. Tylko po co? Czy książka nie może być dobra bez migdalenia się głównych bohaterów?

Nie licząc jednak romansu, który nic nie wnosi do fabuły i można by go bez problemu, wyciąć, książka mogłaby być całkiem niezła, gdyby autorka popracowała nad stworzeniem głównych bohaterów tak, aby czytelnik mógł ich jakoś zapamiętać, zżyć się z nimi, bo sama intryga w „Nie do wykrycia” jest ciekawa.

Powieść na pewno spodoba się fankom romansów połączonych z kryminałem, jest dobra na długi zimowy wieczór spędzony w łóżku albo w wygodnym fotelu. Laura Griffin nie wejdzie raczej do grona moich ulubionych autorów, ale też nie znajdzie się na czarnej liście. Do przeczytania sobie „ot tak” jej książki będą jak znalazł

06/10

Nie do wykrycia, Laura Griffin, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Prosto i presto. Włoska kuchnia dla żyjących w biegu Anna Lucci

Prosto i pysznie. Dlatego kocham kuchnię włoską. Przychodzę do domu i w 30 minut mam na stole kulinarne skarby1.
Dorota Wellman ma całkowitą rację. Kuchnia włoska to kuchnia smaczna i nieskomplikowana. Taka też jest książka Pani Anny Lucci. Piękna, kolorowa z łatwymi przepisami dla wszystkich, którzy kochają dobrze jeść, a nie chcą lub nie mogą spędzić w kuchni kilku godzin.

"Prosto i presto. Włoska kuchnia dla żyjących w biegu" to 230 stron przepisów, przy czytaniu których ślinka cieknie. Znajdziemy w niej przepisy na przekąski (antipasti), zupy (minestre), makarony (pasta), ryż (riso), mięso (carne), ryby (pesci), jajka (uova), warzywa (verdure), sałatki (insalate), pizzę, sosny (salse) i desery (dessert).

Przykładowe dania? Pyszna przystawka śródziemnomorska, piękne krewetki w avocado, znane wszystkim spaghetti carbonara, zdrowy ryż z groszkiem, tucząca pizza cztery sery, kolorowa wielka sałatka. W książce czeka na Was o wiele więcej takich prostych i smacznych przepisów.





Spaghetti z owocami morza
  • 200g spaghetti
  • opakowanie mrożonych owoców morza
  • dwa ząbki czosnku, papryczka
  • natka pietruszki
  • oliwa extra vergine
  • sól
Przesmażyć na oleju czosnek i papryczkę
Dodać rozmrożone owoce morza, lekko przesmażyć. Ugotować spaghetti, odcedzić. Na patelni wymieszać z sosem, posolić. Posypać posiekaną natką. 

Czyż nie brzmi smacznie?
W książce "Prosto i presto" najfajniejsze jest to, że autorka nie udaje kogoś kim nie jest. Nie bawi się w wielką znawczynię. Przekazuje nam przepisy, które zna, potrawy, które sama robi. "Prosto i presto" to zbiór wspaniałych przepisów i jeszcze ciekawsze kolorowe zdjęcia.

Czyż nie chce się jeść od samego patrzenia na te zdjęcia?

Oprócz wspaniałych przepisów, Anna Lucci serwuje nam też garść wiedzy, która może się przydać podczas przyrządzania włoskich posiłków. Przed rozpoczęciem każdego rozdziału możemy dowiedzieć się również kilku interesujących rzeczy o tym, co na nas czeka. Czy wiedzieliście, że najsłynniejszą włoską zupą jest minestrone, gęsta zupa z warzyw z dodatkiem ryżu lub makaronu, a wybór sosu do makaronu nie jest sprawą przypadkową?

Książka ma jeden minus. O wiele bardziej wolę ugotować sobie któryś ze znalezionych tu przepisów, niż się o nim rozpisywać. Ot tak po prostu. Prosto i presto. Bo o gotowaniu czasami lepiej nie mówić, tylko to robić. I ta książka jest świetnym tego przykładem. Nie pozostaje mi nic innego, jak zapewnić Was, że "Prosto i presto" powinno się znaleźć w Waszych biblioteczkach i kuchniach.

10/10
 Prosto i presto, Włoska kuchnia dla żyjących w biegu,  Anna Lucci, Lucci Editore, 2011

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorce, Pani Annie Lucci
Dla ciekawych strona książki na FB

czwartek, 15 grudnia 2011

Zimowe candy u książkoholiczki - LOSOWANIE

Kochani, dziś 15 dzień niezimowego grudnia. Nadszedł czas na losowanie candy.
W zabawie udział wzięły 92 osoby. Po odrzuceniu komentarzy, które nie spełniały zasad jeszcze trochę pozostało.

"Marzenie celta" przeczyta już niedługo.....  


Dziękuję wszystkim za udział, bardzo się cieszę, że tyle osób zainteresowała moja zabawa. Jest mi naprawdę bardzo miło. Myślę, że po nowym roku znów zorganizuję jakąś zabawę.
Carysia, podaj mi proszę adres pod który mam wysłać książkę :)
ksiazkoholiczha@gmail.com

Najlepsze książki 2011 - za co kocham wydawnictwa

zdjęcie pochodzi z http://dborck.wordpress.com/wjms-book-club/


Rok powoli zbliża się ku końcowi, więc postanowiłam zastanowić się, jakie wydawnictwa kocham za jakie książki. Nie wiem, co mnie naszło, no ale naszło, więc do dzieła.


















czwartek, 8 grudnia 2011

Wampirek świętuje Boże Narodzenie, Angela Sommer Bodenburg

Kopciuszek, Jaś i Małgosia, Królewna Śnieżka, Król lew… to bajki z naszego dzieciństwa. Świat się jednak zmienia, a wraz z nim i bajki, które kołyszą dzieci do snu.


Wyobrażacie sobie, że czytacie dziecku do snu: „Antoś nie poznał osobiście innych krewnych wampirka, ale widział trumny w których śpią w grobowcu Trzęsikamieniów”. Do niedawna ja też sobie tego nie wyobrażałam. Ale tak jak mówiłam, czasy się zmieniają.

Angela Sommer Bodenburg w swojej najnowszej książce „Wampirek świętuje Boże Narodzenie” przedstawia nam historię w klimacie zbliżających się świąt. Głównymi bohaterami książki dla dzieci są: Antek, dziewięcioletni przeciętny chłopiec, „Wampirek Rydygier, najlepszy przyjaciel Antosia, [który] ma dopiero sto czterdzieści sześć lat i z racji młodego wieku nie odczuwa jeszcze pragnienia krwi”, jego siostra Ania i starszy brat Lumpi. Na dalszym planie przewijają się: ciotka Rydygiera, Dorotka oraz stróż cmentarny Sęp-Kowalski i ogrodnik Węszynos których życiowym powołaniem są polowania na wampiry.

Zbliża się Wigilia Bożego Narodzenia, lecz Antoś niespecjalnie cieszy się z powodu nadchodzących świąt. Od dłuższego czasu nie ma bowiem kontaktu ze swoimi przyjaciółmi. Rodzice Antka, aby poprawić mu humor proponują synowi możliwość zaproszenia przyjaciół na kolację wigilijną. Na szczęście nie wiedzą, co ich czeka, bo nie mają pojęcia o pochodzeniu przyjaciół Antosia.

Wampirki na wieść o zaproszeniu są bardzo szczęśliwi- to będą ich pierwsze święta. Zanim jednak dojdzie do kolacji wigilijnej na bohaterów książki czeka wiele przygód. Jakich?

Po przeczytaniu książki byłam na początku przerażona. Bajka dla dzieci z wampirami, trumnami i kradzieżami w roli głównej? Co to, to nie! Później jednak zaczęłam sobie przypominać, że te bajki, które my znamy z dzieciństwa też nie były takie niewinne. Kopciuszek mieszkała z patologiczną rodziną, Jaś i Małgosia cudem uniknęli okrutnej śmierci, Simba musiał zmierzyć się z okrutnym wujem w walce o tron. Dlaczego więc nie przeczytać dzieciom bajki o wampirach, które wcale nie są takie straszne jak się nam wydaje.

Bajka jest zabawna i wciągająca, interesująca i pouczająca. Może nie nadaje się dla malucha, ale myślę, że pierwszoklasista posiadający inteligentnych rodziców, którzy wytłumaczą mu wszystko co trzeba, będzie zadowolony z lektury.

Tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o cyklu książek Angeli Sommer Bodenburg zapraszam tutaj


Wampirek świętuje Boże Narodzenie, Angela Sommer Bodenburg, WAB, 2011

10/10

środa, 7 grudnia 2011

Dallas '63 Stephen King

Stephen King jest pisarzem specyficznym. Jego książki nie są dla wszystkich, przez co jeszcze bardziej go lubię. Nie każdy czuje się dobrze w wykreowanym przez niego świecie.



Jedni Kinga kochają, inni go nie trawią. Ja go zawsze bardzo lubiłam, a moje uczucie umocniło się po przeczytaniu jego najnowszej książki Dallas’63.

Kto oczekuje po książkach happy endów, przewidywalności i uśmiechów niech nie zaczyna ze Stephenem Kingiem. W jego książkach nie ma miejsca na bajki. Jego książki są jak życie, „brutal, full od zasadzkas i czasami kopas w dupas” jak to się kiedyś mówiło. Jego książki nie należą również do najłatwiejszych. Najlepiej czytać je z małymi przerwami, aby wszystko, o czym King pisze zdążyło się nam przyswoić.

W swojej najnowszej książce, Dallas ’63, King porusza temat podróży w czasie i zmian wydarzeń. Głównym bohaterem powieści jest Jake Epping, nauczyciel w jednej ze szkół średnich. Epping jest człowiekiem zmęczonym życiem, zmęczonym nauczaniem, mającym żal do swojej byłej żony alkoholiczki. Ostatnio jedynym światełkiem w tunelu jest wzruszająca praca napisana przez jednego z uczniów z kursu dla dorosłych, Harrego Dunninga- kuśtykającego sprzątacza pracującego w szkole, w której Jake uczy.

Najzwyklejszy w świecie nauczyciel zna (nie)zwykłego właściciela baru, niejakiego Ala Templetona. Pewnego dnia dostaje dziwny telefon z zaproszeniem do baru Ala na ważną rozmowę. Niespodziewający się niczego Jake przychodzi i tak zaczyna się bardzo ciekawa historia.

Okazuje się, że Al odkrył bardzo dawno temu przejście w czasie. Dzięki króliczej norze może cofać się do roku 1958. Problem w tym, że jest stary i umierający, a każda podróż w czasie do postarza. Przed śmiercią wyznaje to wszystko skołowanemu nauczycielowi i zapoznaje go ze swoim tajemniczym planem. Al dobrą i światłą przyszłość Ameryki widzi w prezydencie Kennedym. Nie można dopuścić do zamachu. Po próbach mających na celu uratowanie między innymi Harrego, Jake na własne oczy widzi, że przyszłość, z trudem bo z trudem, można zmienić. Nie jest jednak pewny, czy jest na to gotowy. Do szybkiego podjęcia decyzji przekonuje go samobójstwo Ala.

Przenosimy się w przeszłość. Tam wszystko wydaje się lepsze. Życie jest tanie,  jedzenie dobre i niezdrowe, nikt nie przejmuje się prawami czarnoskórych. Jake, jako George Amberson, radzi sobie w przeszłości nadzwyczajnie dobrze. Dzięki dokumentom, które dostał przed podróżą i podrobionym dyplomom dostaje pracę w małej miejscowości. Tam poznaje miłość swojego życia Sadie. Pragnie związać się z piękną kobietą. Tylko czy taka interwencja w przeszłości nie zmieni za bardzo przyszłości? I co z planem uratowania USA przed przyszłością? Czy da się to pogodzić? A może Jake (George) wybierze spokojne życie nauczyciela i nie będzie próbował zrobić tego, po co tam przybył? Przekonajcie się sami.

Książkę byłam zmuszona czytać z przerwami, choć miałam ochotę ją pochłonąć w całości. Gdy odrywałam się od niej nie mogłam się doczekać powrotu do świata przedstawionego przez Kinga. Czułam się tak, jakbym czekała na następny odcinek ukochanego serialu. Dallas ’63 wciąga niesamowicie, choć pewnie nie wszystkim będzie się podobać. Trzeba się przyzwyczaić do wielu postaci, bardzo rozbudowanej fabuły i ponad 850 stron przez które trzeba przebrnąć. Opłaca się jednak, jak przy każdej książce Mistrza. King, jak zawsze, spełnił moje oczekiwania w 100%.

Pod koniec książki czułam się jak bohaterka "Misery". Miałam ochotę zmusić ukochanego pisarza do zmiany zakończenia. Czułam się jak bohater „Cmętarza zwieżąt”, który zrobi wszystko, aby przywrócić do życia ukochaną osobę. Czy Was końcówka książki zaskoczyła tak samo jak i mnie?

Dallas ’63, Stephen King,  Prószyński i S-ka, 2011

10/10 


recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl