niedziela, 8 lipca 2012

Za wszystko trzeba płacić Aleksandra Marinina


Wszystko co dobre kiedyś się kończy, a za swoje długi kiedyś trzeba zapłacić.
Po raz kolejny miałam przyjemność przeczytać świetny kryminał. Po raz kolejny dzięki Aleksandrze Marininej. Z jednej strony cieszę się, że kolejne książki tej autorki są tłumaczone na polski, z drugiej żałuję, że z takim opóźnieniem.  „Za wszystko trzeba płacić” to 11 książka Marininy, a pisarka napisała ich już 35. Mamy więc trochę do nadrobienia, ale na dobrą literaturę warto czekać…
Tym razem wszystko idzie nie tak. Anastazję nawiedza przeszłość w postaci Denisowa, mafioza, z którym policjantka współpracowała w jednej z wcześniejszych książek (a właściwie w dwóch).  Jakiś czas wcześniej poprosiła ona Denisowa o pomoc w rozwiązaniu jednego ze swoich śledztw- zginął wtedy jego pasierb i Nastia miała świadomość, że ma wielki dług u Denisowa. Nadeszła pora by go spłacić. Teraz to on potrzebuje jej pomocy w odnalezieniu zabójcy jego eks-kochanki…. ale od początku…

Pewien człowiek, Lebiedew, wynalazł preparat poprawiający w znacznym stopniu aktywność intelektualną. Po jego śmierci wszystkie papiery otrzymała jego żona, która postanowiła ułożyć sobie życie od nowa i wyjechać do Austrii. O tajnych notatkach marzy jednak para lekarzy- Aleksander Borodankow i jego żona Olga, którzy w swoim tajnym labolatorum prowadzą bezskuteczne próby odtworzenia preparatu wartego miliony. Ponieważ im się to nie udaje, Olga postanawia z pomocą swojego przyjaciela odzyskać papiery. Podczas próby ich przejęcia ginie nie tylko wdowa po Lebiediewie lecz również przypadkowa kobieta. To właśnie ona jest „główną postacią” książki. To ona jest punktem zapalnym całej historii. Okazuje się bowiem, że była to żona przyjaciela Denisowa, a jednocześnie jego była kochanka. Mafiozo obiecuje swojemu przyjacielowi pomoc w znalezieniu mordercy i postanawia zwrócić się w ten sprawie do Kamieńskiej.

Gdyby tylko pomoc Denisowowi była jedynym problemem pani major. Niestety. Jakby mało jej było kłopotów, zostaje oskarżona o granie na dwie strony, sama zaś podejrzewa o to Denisowa. Jak to rozegrać? Jak sprawić by wilk był syty, a owca cała?

Zakręcone? Będzie jeszcze bardziej, ale naprawdę warto przeczytać.  Za wszystko trzeba płacić to chyba najbardziej skomplikowana książka rosyjskiej autorki. Pełno w niej splotów przypadków oraz wypływających spraw z przeszłości. W książce występuje tylu bohaterów, że bardzo trudno się pogubić. Najciekawsze jest jednak to, że bohaterowie, którzy teoretycznie nie mają żadnego wpływu na głównych bohaterów jednym swoim słowem lub czynem potrafią zmienić całą fabułę.

W książce nie podobało mi się jedynie zakończenie. Po tak wspaniałej lekturze pełnej zwrotów akcji, wciągającej historii rozwiązanie wszystkich łamigłówek następuje pod sam koniec książki. Prawie wszytkich łamigłównek na raz. Jakby autorkę ktoś popędzał. Oprócz tej małej rysy, książka jest genialna.
Osobom, które nigdy nie czytały książek Aleksandry Marininej radzę zacząć od początku serii ponieważ, z racji tego, że to już 11 książka autorki dostępna w Polsce, czytelnik rozpoczynający przygodę z Kamieńską od tej pozycji może mieć problemy ze zrozumieniem różnych spraw. Autorka bowiem ciągnie niektóre wątki przez wiele tomów. I chwała jej za to, bo przynajmniej wiem, że Nastia jest postacią posiadającą historię.

Jednym słowem: polecam

 10/10
Aleksandra Marinina, Za wszystko trzeba płacić, WAB, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 5 lipca 2012

T Wiktor Pielewin

Podobno Wiktor Pielewin to Ktoś. Przez duże K. Podobno pisarz bardzo dobry, poczytny i doceniany. Podobno, bo chociaż wiele książek z literatury rosyjskiej przeczytałam, to na Pielewina nigdy wcześniej się nie natknęłam


Przenieście się na chwilę do początku XX wieku i poznajcie hrabiego T. Chyba XX, bo tak naprawdę hrabia mógłby żyć w dowolnie wybranym okresie.
T wyrusza na poszukiwania Pustelni Optyńskiej. Ma jedna duże problemy z dotarciem do niej. Może gdyby wiedział czym ona jest i gdzie się znajduje, byłoby mu łatwiej?

Tylko takie opowiedzenie książki ma dla mnie sens (może tłumacząc jeszcze, że Pustelnia Optyńska pochodzi z książki Bracia Karamazow Dostojewskiego). Każda następna strona książki sprawia, że czujemy się jak Alicja w Krainie czarów, Thomas Anderson w Matrixie albo Jake Epping po przeniesieniu się do ’63 roku.

Nikt tak naprawdę nie wie, kim jest hrabia T. Nawet sam T. Coś mu podpowiada, że powinien wyruszyć do Pustelni, więc wyrusza. Jednak komuś kompletnie to nie odpowiada, więc pod różnymi postaciami postanawia go zabić. Co jakiś czas T spotyka „Boga”, który opowiada mu o sobie, o nim, o świecie- opowiada jednak tak, że zarówno główny bohater jak i czytelnik mają coraz większy mętlik w głowie. T niczym V może być każdym. Szlachetnym hrabią broniącym ludu, szarlatanem wyklętym przez cerkiew, mistrzem tajemniczej walki zwanej NZP, co oznacza niesprzeciwianie się złu przemocą. Może być bohaterem książki, gry… może być tym, kim chcecie, albo kim chce tajemniczy autor, a raczej autorzy. Bo okazuje się, że „Bóg” jest jednym z autorów, którzy na gorąco wymyślają kolejne stronnice historii T. Jeden odpowiada za erotyzm, inny za przygody, jeszcze inny za coś tam jeszcze. Ogólnie rzecz biorąc T jest zbiorem pomysłów grupy ludzi która nawet za sobą nie przepada.
[…]
Czy hrabia dowie się kim jest i dotrze do upragnionego miejsca? Sprawdźcie. Może nie zgubicie się w książce i nadążycie za bohaterem?

Ja chyba nie nadążyłam. Z Dostojewskim miałam do czynienia, z Tołstojem również, a miałam duży problem z połączeniem fantastyki z mistycyzmem, kultury popularnej ze stylizacją na stare dobre czasy. Zabierałam się do niej dwa razy, udało mi się przeczytać, ale z dużymi przerwami. Książka jest bardzo ciekawa, ale trzeba na nią poświęcić trochę czasu. Nie dlatego, że 400 stron, ale dlatego, że jest wymagająca.

Nie powiem, coś w Pielewinie jest. Autor ma bardzo interesujący styl, potrafi łączyć różne epoki nie nudząc przy tym czytelnika. Jest jednak pewien problem- trzeba wiedzieć, z czym to się je. Bez znajomości, choćby pobieżnej, literatury i kultury rosyjskiej można mieć problem.

Polecam wszystkim kochającym wyzwania.
 pozostawiam bez oceny

Wiktor Pielewin, T, WAB, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

niedziela, 1 lipca 2012

Myszy i ludzie John Steinbeck


Jak mamę kocham, bardzo rzadko płaczę podczas czytania książek. Czasem zdarza mi się płakać ze śmiechu. Tym razem płakałam ze współczucia i poczucia bezsilności.

Kto zmusił mnie do płaczu? John Steinbeck, a dokładniej jego książka „Myszy i ludzie”. Tytuł bardzo znany. Znałam go i ja. Gdy czytałam Dallas ’63 po raz kolejny zetknęłam się z tym tajemniczym tytułem. Główny bohater książki- Jake Epping AKA George Amberson postanowił wystawić w szkole w której uczył sztukę na podstawie tej książki. A ja wtedy postanowiłam, że ją przeczytam. Przeczytałam i płakałam.
Książka „Myszy i ludzie” nie poraża objętością. To tylko 120 stron, ale śmiało mogę powiedzieć, że to jedne z najważniejszych stron mojego życia literackiego. Myszy i ludzie to opowieść o dwóch facetach, George’u Miltonie i Lennim Smallu wędrujących po świecie w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Lennie i George  to bardzo specyficzna para- pierwszy wielki, silny, a przy tym głupi jak kilkulatek, drugi niski ale łepski. Z powodu choroby Lenniego przyjaciele co ruch muszą się przeprowadzać, ponieważ niedostosowany do życia mężczyzna często sprowadza na nich kłopoty. Gdy docierają do kolejnej przystani po drodze do swojego wymarzonego miejsca, mają nadzieję, że to właśnie tam uda im się uciułać pieniądze i kupić małą farmę. Lennie marzył bowiem o małym domku, w którym mieszkałby z Georgem, miałby króliki, którymi mógłby się opiekować. Piękne marzenie, prawda? Niestety tym razem nie będzie szczęśliwego zakończenia. Lennie i George nie będą mieli małej farmy z puchatymi króliczkami. Dlaczego?

Tego pisać już nie będę. Jak wspomniałam książka jest na tyle krótka, że każde napisane zdanie może stać się spoilerem i zepsuć komuś przyjemność czytania. A czyta się ją bardzo szybko. W książce jest mało słów, a wiele emocji. Historia jest dość prosta i nieskomplikowana. Ot, opowieść o dwójce przyjaciół. Zwykła, niezwykła opowieść…

10/10

Myszy i ludzie, John Steinbeck, Prószyński, 2012

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

czwartek, 28 czerwca 2012

Putin człowiek bez twarzy Masha Gessen

Władimir Putin- któż go nie zna. Prawnik,polityk, były funkcjonariusz KGB, szef FSB. Działacz polityczny, pracownik administracji itd. Prezydent od 12 lat... a ilu ludzi tyle o nim opinii- jedni go kochają, drudzy nienawidzą.

A co na jego temat sądzi autorka książki "Putin. Człowiek bez twarzy" Masha Gessen? Nie lubi go. Chociaż nie lubi, to mało powiedziane. Autorka go nienawidzi -można to wyczytać już na pierwszych stronach książki. "Biografia" prezydenta mogłaby według mnie spokojnie służyć za akt oskarżenia. Masha Gessen opisuje wszystkie niedobre działania Putina (albo i nie jego). Jedno jest pewne. Papier wszystko zniesie. Putin manipuluje- a pokaże mi ktoś polityka, który nie manipuluje ludźmi? Wiem, że Władimir Putin święty nie jest, nawet się na takiego nie kreuje. Nie jest też zbyt towarzyski, a ja jego temat wiadomo niewiele- tylko tyle na ile on sam pozwoli. Putin okrutny niczym Iwan Groźny- przecież każdy wie, że był on funkcjonariuszem KGB. Każdy, kto ma choć blade pojęcie o służbach specjalnych wie i nie trzeba mu tego mówić, że tacy ludzie nie chodzą po ulicy i nie rozdają cukierków. Putin idzie po trupach do celu- zapewne tak. Ale przecież on i tak nie kreuje się na kryształowego człowieka, zresztą w czasach, gdy to robił istniała zasada Ty albo Ciebie. Nie bądźmy naiwni- jaki koń jest każdy widzi. Niczym niewyróżniający się polityk dzięki znajomościom i "temu czemuś" pnie się po szczeblach władzy. Nie wychyla się, nie prosi- wykonuje swoją robotę i jest pod ręką. Doszedł na szczyt i tego szczytu się trzyma. Całkiem nieźle mu to wychodzi biorąc pod uwagę, że ostatnie wybory również wygrał (uczciwie czy nie to już inna opowieść). Że jest szarą eminencją i nawet gdy nie rządzi to rządzi też każdy wie. Moim zdaniem rządzi całkiem nieźle, bo myśląc o tym, jak Rosja wygląda, sądzę, że nie wygląda najgorzej. Spotkałam się z opiniami o tym, jaki to Putin be, bo Rosja wygląda tak, jak wygląda. Bezrobocie? Kiepska opieka medyczna? A u nas to co? Kraj mlekiem i miodem płynący? Byłam tam, na własne oczy widziałam- według mnie źle nie jest, a na 100% mogłoby być gorzej. Autorka, niestety, nie odkryła przede mną niczego, czego bym nie wiedziała. Nie podoba mi się natomiast ton, w którym książka jest utrzymana, a oskarżanie Putina o terroryzm... (nie powiem, też o tym kiedyś pomyślałam) bez dowodów nic nie da- pogadać może każdy. Być może ktoś mnie posądzi o bycie nieobiektywną- być może, nie mówię, że nie. W końcu kto może być obiektywny mając wyrobione już zdanie? Ci, którzy byli nastawieni negatywnie do człowieka tylko się w swoich przekonaniach utwierdzili. A inni? Gdyby książka miała sprawić, że na Kremlu zatrzęsą się mury, to myślę, że by się nie ukazała. Kto wie, może to książka napisana za pozwoleniem współczesnego cara? W końcu jeśli jest taki zły i niedobry, wie o wszystkim i wszystkimi rządzi to mógł zakończyć tworzenie książki zanim się ono na dobre zaczęło i rozprawić się ze złą dziennikarką? Może to taka "opozycja"? W końcu żeby ktoś był "za", ktoś musi być "przeciw".

Z racji tego, że książka sama w sobie jest ciekawa, ale nie podoba mi się podejście do tematu autorki- pozostawiam ją bez oceny.

Putin człowiek bez twarzy, Masha Gessen, Prószyński, 2012

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Blog osławiony między niewiastami Artur Andrus


Uśmiechnij się! To dzieje się naprawdę!

Artur Andrus. Mężczyzna, który robi wszystko, aby móc przeżyć. Jest dziennikarzem, poetą, autorem tekstów piosenek, piosenkarzem, artystą kabaretowym, konferansjerem- czego potrzebujesz to dostaniesz. Na wyraźne życzenie może zostać nawet Piotrem Bałtroczykiem (którego lubię, więc pozdrawiam).

Do rzeczy jednak. Miałam niedawno dużą przyjemność przeczytać książkę pana Artura Blog osławiony między niewiastami. Po książkę sięgnęłam trochę z przekory ponieważ czytając ją męczyłam moją pracę licencjacką dotyczącą blogów (firmowych). Skoro więc siedziałam po uczy w blogowej tematyce, postanowiłam sprawdzić z czym je się teksty Andrusa, jako, że nigdy nie przeczytałam nic, co by wyszło spod pióra tego pana. Nie zawiodłam się. Blog osławiony między niewiastami to książka ciekawa, odmóżdżająca i pouczająca przede wszystkim. Tak naprawdę to nawet nie książka, ale zbiór luźnych tekstów o otaczającej nas rzeczywistości. Niby Artur Andrus porusza tematy, które nie są niczym szczególnym: nazwy ulic, zwyczaj wywieszania w restauracjach zdjęć znanych gości, słów które zagościły w naszym języku, gwiazdach podejmujących się każdego wyzwania- od prognozy pogody, przez prowadzenie pokazów na komentowaniu sportu włącznie. Czym te teksty mogą nas zauroczyć? Wszystkim, albo niczym. W moim przypadku jest to polot autora, lekkość z jaką potrafi opisać otaczający nas świat (czuję się jak w alternatywnej rzeczywistości), trafność przemyśleń.

Czytając kolejne teksty z Bloga… marzyłam, aby umieć ubrać w słowa myśli w taki sam sposób. Każde z nas obserwuje codziennie kuriozalne sytuacje, absurdy rodem z filmów Barei. Jednak niewiele osób potrafi opisać wszystko tak, jak Andrus.

Jeśli dobrze obliczyłam, to przy dobrej organizacji możemy czytać książkę prawie przez rok. Średnio jeden tekst na dwa dni. Tak niewiele, a ile radości. Chcesz się odmóżdżyć przed/po ważnym egzaminie? Masz dość swojej pracy, sąsiadów, klientów? Masz wrażenie, że są dni, gdy żyje się jak w Misiu? Jeśli na chociaż jedno pytanie odpowiedziałeś/aś „tak”- sięgnij po tę książkę. Nie będziesz żałować. Obiecuję.

Artur Andrus, Blog osławiony między niewiastami, Prószyński, 2012

10/10. Zdecydowanie

Za możliwość odstresowania się dziękuję wydawnictwu 



czwartek, 7 czerwca 2012

Oczarowana Jill Shalvis

Dobre czytadło nie jest złe.

Naprawdę. Mówię to bardzo serio, chociaż na ogół trzymam się z dala od wszelkich romansideł, przy których wiadomo, że bohaterowie będą żyć długo i szczęśliwie. Nastaje jednak taki czas, gdy człowiek musi się odstresować, ogłupić, poczytać coś, co dobrze się skończy. Jedną z takich książek, które mogę polecić ze spokojnym sumieniem, jest, wydana przez wyd. Prószyński "Oczarowana" Jill Shalvis.
Maddie, główna bohaterka książki, jest szarą myszką (tak zresztą mówiła o niej jej mama). Niedawno porzuciła swojego chłopaka (damskiego boksera), a ją rzuciła praca (nudna, w której była wykorzystywana i niedoceniana). Taka karma, niektórzy mają pod górkę na całej linii. Może jednak dobrze się składa, ponieważ okazuje się, że jej niedawno zmarła mama zostawiła Maddie i jej dwóm siostrom (Stalowej Magnolii i Dzikiemu Dziecku) hotelik w urokliwym Lucky Harbor. Piękna nazwa miasteczka kryje w sobie aż 2100 mieszkańców(niedługo 21003) i tylko 10100 małży.

Po przybyciu na miejsce okazuje się, że hotelik to ruina wymagająca ogromnej pracy i mnóstwa pieniędzy. Maddie nawet się to podoba, bo po pierwsze i tak nie ma gdzie mieszkać, a poza tym czuje, że to miejsce może stać się jej domem. Inne podejście do problemu mają jej przyrodnie siostry Tara (Stalowa Magnolia) i Chloe (Dzikie Dziecko). Chcą szybko pozbyć się balastu i wynieść się z tej dziury. Jak gdyby Maddie mała mało problemów na horyzoncie pojawia się przystojny ex-prawnik, szeryf, stolarz i złota rączka w jednym Jax. Nie muszę mówić, że facet jest cholernie przystojny....

Na Maddie czeka wiele walk do stoczenia, z siostrami- aby walczyły o hoteli i o siebie, z samą sobą oraz z rosnącym uczuciem do Jaxa- chociaż Maddie obiecała sobie, że z facetami koniec. Czy na wszystkich frontach bohaterce uda się wygrać?

Oczarowana Jill Shalvis to naprawdę fajna książka. Nie mówię, jest to czytadło jakich wiele na rynku. Nie jest to książka na miarę Wichrowych wzgórz czy Przeminęło z wiatrem. Niemniej jednak książkę czyta się bardzo przyjemnie. Autorka wysiliła się i każdemu bohaterowi poświęciła tyle czasu, aby były to postacie z krwi i kości. Każdy z nich ma charakter, swoją historię, dzięki czemu nie czujemy, że bohaterowie są tylko tłem dla głównych bohaterów. Język jest nieskomplikowany, książkę czyta się szybko, nie musimy męczyć się z niepotrzebnymi opisami i wiecznym przeciąganiem akcji.

Dla kogo? Dla zmęczonych życiem, dla tych, którzy potrzebują chwili spokoju i nieskomplikowanej przyjemności. Dla tych, którzy chcą przeczytać coś miłego, idealnego na czerwcowy wieczór przy herbacie. Jeśli lubicie przyjemne historie, to Oczarowana może Was oczarować. Przynajmniej na czas czytania.


8/10
Oczarowana, Jill Shalvis, Prószyński i S-ka, 2012

Recenzja powstała dzięki uprzejmości wydawnictwa


sobota, 26 maja 2012

Prosto i presto przyjmujemy gości, Anna Lucci


Co przychodzi Ci na myśl, gdy myślisz o łatwym i szybkim przyjęciu znajomych? Pewnie o paluszkach, chipsach albo kanapkach. A można to zrobić o wiele smaczniej i tak samo łatwo i szybko. Jak?


O tym traktuje książka „Prosto i presto. Przyjmujemy gości” Anny Lucci. Muszę to podkreślić na samym początku- po przejrzeniu książki zaczęłam czuć charakterystyczne burczenie w brzuchu. Gdy ogląda się zdjęcia potraw aż ślinka cieknie. Gdyby na moje przyjście ktoś przygotował takie potrawy…

Przepisy w książce znajdziemy różne: zarówno dla tych, którzy mogą wydać trochę więcej, jak i tych, którym zostało kilkanaście złotych w portfelu.

Jakie przepisy znajdziemy w środku?
Zacznijmy od przełamywania lodów, czyli aperitifów. Do wyboru na przykład: cocktail Roma, spritz, czekoladowy fizz, czy wegański sprint. Później pora na przystawki: może rurki łososiowe, groszki i róże, bruschetta z grzybami albo krokieciki z ziemniaków? Na każdym przyjęciu mile widziane są salse, czyli sosy, które pasują praktycznie do wszystkiego oraz sałatki. Ja proponuję krewetki w ananasie, farfalle po sycylijsku albo insalatonę łososiową. Jeśli goście mają ochotę na makaron to dobrym wyborem będą muszelki z bakłażanami, tagliatelle z boczkiem albo fettuccine z kremem krewetkowym. Na drugie danie idealne będą: wołowina z curry, tort z brokułami albo sola z białym winie. Na wyjątkowe okazje Anna Luci poleca rybę pieczoną na szampanie, risotto z płatkami róż lub mus czekoladowy. Przydałby się także deser. Teraz nastała idealna pora na truskawki z bitą śmietaną. Jeśli nie lubicie truskawek, to może melon owocowo-lodowy albo panna cotta?

Dania które wymieniłam, to tylko kropla w morzu tego, co w Prosto i presto- przyjmujemy gości zaproponowała czytelnikom Anna Lucci. Chociaż niektóre nazwy potraw brzmią skomplikowane, ich przygotowanie nie powinno sprawić Wam problemów. Przy każdym przepisie znajdziemy dodatkowe cenne informacje, które mogą się przydać w czasie przygotowywania potraw. Na początku książki znajdują się interesujące działy, które powinien przeczytać każdy, kto ma zamiast zrobić domowe przyjęcie. Pierwszy rozdział to „Przyjęcie z dwie godziny?” z którego dowiemy się jak robić zakupy, co warto zawsze mieć w domu, jak wybrać menu oraz jak i kiedy zaprosić gości. Z rozdziału drugiego pod tytułem „Przyjęcie krok po kroku” dowiemy się jak przygotować stół, jak podawać dania, jak się zachowywać i o czym (nie)rozmawiać. Ponadto autorka przygotowała dla czytelników kilka informacji o winach: w jakich kieliszkach je podawać, na co zwracać uwagę podczas zakupu.

Chociaż w dzisiejszych czasach na ogół zamiast zapraszać gości do domu idzie się do restauracji, a przyjęcia zastąpiły domowe luźne imprezy, nie znamy dnia ani godziny, gdy będziemy musieli przygotować coś bardziej wystawnego niż sałatka jarzynowa i  kanapki. Poza tym kto powiedział, że potrawy przedstawione w książce można wykorzystywać tylko na wielkie okazje? Kolacja z ukochanym czy przyjaciółmi też jest dobrym pretekstem do spróbowania nowych i smacznych dań.

Z opisywaniem książek kucharskich zawsze mam pewien problem. Nie potrafię wyrazić tego zachwytu, który czuję tak, jak książka na to zasługuje. A ta książka zasługuje na przeczytani i pochwałę. Chociaż niektóre potrawy wymagają wydania trochę większej kwoty, wiele jest takich, których przygotowanie nie nadwyręży naszego portfela.
Na uwagę zasługują także piękne zdjęcia, ale o tym musicie przekonać się sami.

10/10
 
Prosto i presto przyjmujemy gości, Anna Lucci, Lucci Editore, 2011

recenzja opublikowana na stronie kobieta20.pl

poniedziałek, 14 maja 2012

Czarna kobieta biały kraj Waris Dirie

"Żółw powiada:
praca, którą zaczęto wykonywać,
jest już właściwie skończona."
przysłowie nigeryjskie

 Z historią Waris Dirie pierwszy raz zetknęłam się przy okazji lektury książki "Kwiat pustyni". Książka zainteresowała mnie, a jednocześnie przeraziła. Ci, którzy ją czytali wiedzą, co mam na myśli.
Niedawno miałam możliwość przeczytania najnowszej książki Waris "Czarna kobieta biały kraj". Jest to "historia najnowsza". O życiu na zachodzie (między innymi w naszym pięknym kraju) jak i tęsknocie za rodziną oraz chęci odwiedzenia ojczyzny.
Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Waris jest teraz usłane różami. Też tak myślałam. Znana pisarka, znana modelka, wojowniczka o prawa kobiet. Świat musi ją kochać! Nic bardziej mylnego. Autorka prawie każdego dnia musi walczyć ze swoją prywatną pustynią.
"Czarna kobieta biały kraj" to nie tylko przenośnia, efektowny sposób na pokazanie inności. To, moim zdaniem, wołanie o pomoc. To, że mamy XXI wiek nie oznacza, że jesteśmy postępowi. Waris nie raz i nie dwa zetknęła się z rasizmem, niezrozumieniem. Czy człowiek światowy mógłby uwierzyć w to, że w Brukseli- mieście kojarzonym z Unią Europejską, miejscem, gdzie wszyscy są równie, czarna kobieta może zostać potraktowana jak bezdomna nielegalna imigrantka? Przerażające, prawda? Właśnie o takich przypadkach możemy przeczytać. Czy ktoś inteligentny mógłby uwierzyć w to, że w wielu europejskich krajach dziewczynki dalej są obrzezane? Tak, w europejskich, nie przejęzyczyłam się. Ludzie emigrują i zabierają ze sobą swoje zwyczaje. Dalej wierzą, choć w Koranie nie ma o tym nawet słowa, że tylko obrzezana kobieta to czysta kobieta. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ludzie sprawujący władzę mają to wszystko, dosadnie mówiąc, głęboko w dupie. Nie interesują się tym, mówią, że nie mogą się wtrącać w sprawy innych ludzi. Najłatwiej udawać, że nic się nie dzieje...
Książka nie jest jednak pełna smutku, niezrozumienia i nienawiści. Znajdziemy w niej wiele radości, nadziei, miłości. Taki obraz znajdziemy w części opowiadającej o realizacji filmu Kwiat pustyni. Waris Dirie udało się powrócić prawie w rodzinne strony. Zaczęła zastanawiać się nad powrotem na ojczystą ziemię. Czytając tę część miałam wrażenie spokoju, błogości. Widać, że myśląc o Afryce Waris się wycisza, jest w pełni spełniona. No może nie całkiem w pełni. Musi pomóc kobietom żyjącym na czarnym lądzie. To jest jej priorytetem. Nie wybiegi, zdjęcia, autografy. Pomoc.

10/10 zdecydowanie

Czarna kobieta biały kraj, Waris Dirie, Świat książki, 2012

za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie wydawnictwu

Czytając książkę Czarna kobieta biały kraj słuchałam jednocześnie audiobooka "Córka nomadów". Muszę przyznać, że było to ciekawe uczucie- przemieszczać się w czasie. Recenzja już niedługo

piątek, 27 kwietnia 2012

Jeden dzień David Nicholls

Tak się przyjęło, że historie miłosne mają być słodkie, wręcz cukierkowe, miłe dla oka i zawsze kończące się "happyendem". Tylko, czy miłość zawsze jest słodka, łatwa i usłana różami? Niestety nie.
Jeden dzień Davida Nichollsa jest, moim zdaniem, prawdziwą historią miłosną. Trudną, dziwną i niełatwą. Prawdziwą, taką, która każdemu może się przytrafić.

Głównych bohaterów, Emmę i Dextera poznajemy w dzień ukończenia szkoły - 15 lipca 1988 r. Bardzo przypominają bohaterów Love story. Dzieli ich wszystko: podejście do życia, pochodzenie. Emma pochodzi z robotniczej rodziny, jest zakompleksioną dziewczyną, które ma wielkie ambicje i pragnie zmienić świat. Dexter to playboy. Pochodzi z dobrej i bogatej rodziny, jego jedynym zmartwieniem jest to, w czyim łóżku obudzi się następnego dnia. Nie ma planów na przyszłość, chce się bawić. Chociaż tych dwoje dzieli praktycznie wszystko, coś zaczyna iskrzyć. Być może dlatego, że przeciwieństwa się przyciągają. Po spędzone razem nocy każde z nich idzie w swoją stronę, lecz pamiętny 15 lipca będzie dla nich zawsze dniem magicznym. 

Czy 15go lipca narodziła się między nimi miłość czy przyjaźń, tego nie jestem w stanie pojąć. Coś się jednak narodziło. Coś, co sprawiło, że zawsze o sobie myśleli niezależnie od tego co robili i z kim byli. Emma, jako romantyczka przeżywała to uczucie głęboko. Myślała, pisała, może nawet marzyła. Dexter, jako prawdziwy mężczyzna, wychodził chyba z założenia, że ona zawsze będzie. I o dziwo zawsze była- jeśli nie w sensie dosłownym, to myślami. 


Jak to w miłosnych historiach bywa, ten "jeden dzień" sprawił, że w końcu spotkali się na zawsze. Jak do tego doszło i jak skończyła się historia miłosna na miarę Love story? 


Książka Davida Nichollsa jest ciepła i zapada w pamięć, chociaż muszę się przyznać, że początkowo miałam z nią problemy. Nie potrafiłam się w nią wgryźć, złapać kontaktu z bohaterami. Nie rozumiałam ich zachowania. Ok, pójść z kimś do łóżka po kilku chwilach znajomości- niech będzie, mogę zrozumieć. Ale cały ciąg dalszy? Czy naprawdę po jednej nocy można naprawdę pokochać? I kochać pomimo tego, że ktoś, na pierwszy rzut oka, ma w głębokim poważaniu nasze uczucia? Z drugiej strony jest zachowanie Dextera. Jak można być takim egoistą i bucem? Jezuśku! Czy on potrafił spojrzeć na siebie w lustrze? Będąc jednak na 50tej, 100, 200 stronie powoli zaczynałam rozumieć. To jest właśnie trudna miłość. O ile zachowanie Dextera dalej mnie wkurzało, to potrafiłam już zrozumieć Emmę. W końcu miłość nie wybiera, nie oszukujmy się. 

Ale 20 lat? No cóż. To właśnie miłość, to właśnie życie. 


Gorąco polecam, szczególnie tym, którzy uważają, że miłości nie ma, tym, którzy myślą, że to ich związek jest skomplikowany- aby podnieść ich na duchu. Tym, którzy są w szczęśliwym związku, aby docenili to, co mają. 


08/10

 Jeden dzień, David Nicholls, Świat książki, 2011
 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

wtorek, 24 kwietnia 2012

Elizabeth Taylor. Dama, kochanka, legenda Bret David

Czy sensacyjna nowa biografia Bavida Breta naprawdę jest tak sensacyjna jak zapowiada wydawnictwo?


Każdy, kto lubuje się w sensacjach rodem z portalu z psiakiem w nazwie będzie zachwycony. Ci, który oczekiwali biografii gwiazdy, dzięki której poznają lepiej aktorkę mogą być trochę zawiedzeni.

Nie jestem fanką Elizabeth Taylor. Widziałam ze dwa, trzy filmy z jej udziałem, podobały mi się, a ją samą zawsze uważałam za jedną z najseksowniejszych aktorek. Sięgając po książkę myślałam, że dowiem się czegoś o jej życiu i pracy, o tym, czym się w życiu kierowała, jak żyła.

Co znajdziemy w książce? Każdy, kto zdecyduje się ją przeczytać, będzie na 100% zaskoczony, bowiem autor przedstawia nam historię pełną pikanterii i skandali, których nie powstydziłyby się najgorętsze współczesne aktorki.

Życie Elizabeth nie było łatwe. Jej matką była niespełnioną aktorką, a ojcem zagorzały homoseksualista. Jakimś cudem z ich związku zrodziła się sławna Elizabeth. Od dzieciństwa była „skazana” na sukces. Skazana, ponieważ jej matką ją na niego skazała. Była w stanie zrobić wszystko, aby jej córka została zauważona.

Autor książki podąża śladami Elizabeth od samego początku jej kariery, aż do samego końca. Według jego relacji role, która dostawała aktorka były dawane za coś lub z litości zamiast z powodu talentu czy charyzmy. Część z nich załatwiła jej matka, później jakoś już poszło. Życie prywatne aktorki nie było lepsze. Jeśli dobrze policzyłam i nie pogubiłam się w książce, to aktorka wychodziła za mąż osiem razy, z czego dwa razy za tego samego faceta. Aktorka była w kółku lesbijek, a w nocy ogrzewali ją przyjaciele – homoseksualiści. Nie wiem, dlaczego, ale miałam wrażenie, że orientacja seksualna osób, z którymi znała się Elizabeth miała dla biografa duże znaczenie, ponieważ bardzo często o tym wspomina. Po co? Pojęcia nie mam, bo skoro wtedy ludzie nie ukrywali się ze swoją seksualnością i mieli gdzieś to, co ludzie powiedzą, to jakie znaczenie ma to w dzisiejszych czasach? Czytając książkę miałam wrażenie, że przez całe życie aktorki prześlizgiwali się sami homoseksualiści i mężczyźni z dużymi problemami. Każdy jej film był połączony z jakimś skandalem, a żaden związek nie był szczęśliwy.

No cóż. Trochę dziwnie się czułam czytając „Damę, kochankę, legendę”. Spodziewałam się czegoś innego. Informacje tego typu nadają się bardziej na serwisy plotkarskie niż na książkę o jednej ze sławniejszych aktorek naszej ery. Bo chociaż ja wielu filmów z Elizabeth nie znam, to doskonale zdaję sobie sprawę, że była ona uwielbiane przez wielu ludzi, miała rzesze fanów. A to, czy jej przyjacielem był hetero czy homoseksualista nie ma znaczenia.

Jest to chyba pierwsza książka, której nie potrafię postawić oceny x/10 bo z jednej strony autor napracował się nad zdobyciem tych wszystkich informacji, książka nie jest napisana źle i wciąga, a z drugiej strony, jak napisałam wcześniej, spodziewałam się czegoś innego. Innego spojrzenia, innych refleksji. Co innego, gdyby tytuł książki brzmiał „Elizabeth Taylor i jej sypialnia”. Książka jest ciekawa jako książka, natomiast fani aktorki mogą czuć się zawiedzeni i zniesmaczeni. Stąd moje wątpliwości, a więc i brak oceny, nie chcę bowiem skrzywdzić publikacji nie wiedząc do końca, co o niej sądzę.

 Elizabeth Taylor. Dama kochanka legenda, Bret David, Prószyński, 2012

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa