wtorek, 3 grudnia 2013

Doktor Sen Stephen King



Mówi wam coś "Danny Torrance"? A pamiętacie książkę albo film Lśnienie? Danny Torrance to ten słodki malec, który posiadał umiejętność jasnowidzenia, czyli lśnienia. To także tytułowy bohater nowej książki Stephena Kinga "Doktor Sen". 
Chociaż Dannemu udało się uciec z hotelu Overlook i przeżyć jego życie nie potoczyło się tak, jakby czytelnicy który polubili małego Dana sobie tego życzyli. Alkoholizm, który był towarzyszem jego ojca dopadł także Dana. Jednak w przeciwieństwie do ojca chłopak, a właściwie mężczyzna walczy ze swoimi demonami i towarzyszami upiornego roku z dzieciństwa. Nie zawsze jednak wygrywa. Gdy upija się, jego koszmary powracają ze zdwojoną siłą. Aby pomóc sobie bohater zamieszkuje  w jednym z miasteczek New Hampshire, chodzi na spotkania AA, a także stara się przynieść ulgę umierającym w domu opieki. 
W innej części USA "Prawdziwy Węzeł", grupa staruszków, jeździ sobie samochodami po autostradach w poszukiwaniu jedzenia. Na pierwszy rzut oka to tylko nieszkodliwi starsi ludzie. Gdyby jednak tacy byli, czy King umieściłby ich w swojej książce? I co ma z nimi wspólnego Dan? Prawdziwy Węzeł to grupa praktycznie nieśmiertelnych istot, które poprzez torturowanie dzieci z podobnym do Dana darem zdobywają substancję która potrzebna jest im do przetrwania. W jaki sposób  Dan zetknie się z niebezpiecznymi istotami? Dzięki niejakiej Abrze. Kim jest tajemnicza dziewczynka i jaki będzie miała wpływ na przyszłość Dannego?
Mam pewne wątpliwości. Nie mam nic przeciwko kontynuacjom dzieł, chociaż rzadko dorównują one swoim poprzednikom. Nigdy też King nie opisywał losów swoich poprzednich książek w następnych powieściach. U Kinga jedynym łącznikiem pewnych książek było miasteczko Castle Rock. (nie mam oczywiście na myśli serii, bo to zupełnie inna bajka) A tutaj nagle jeden z głównych bohaterów dostaje swoją drugą szansę... Czegoś takiego się nie spodziewałam.  Dobrze to Kingowi wyszło. Bardzo trudno moim zdaniem stworzyć bohatera, który ma już jakąś przeszłość, charakter i wiadomo, że nie można w trakcie pisania stwierdzić "nie, jednak Dana nie będą męczyć takie głupoty z dzieciństwa". Trudno wpasować nowego bohatera w starego, którego czytelnicy znają, pamiętają i darzą jakimiś uczuciami. Udało się jednak. Dorosły Dan to dobrze wykreowana postać. Zdecydowanie.

Trudno jest mi oceniać książkę Kinga. No bo ja tu Kinga oceniać? Mojego Boga pisarstwa? Pierwszego autora, którego pokochałam? Książka nie jest  tak dobra jak stare Lśnienie. Nie jest ona nawet tak dobra jak  Dallas, jakoś to wciągnęło mnie bardzej. Jest na podobnym poziomie co Joyland. Chociaż nie.Jest lepsza niż Joyland. Na 100%. Musiałam na głowę upaść. Jednak nie jest na poziomie Lśnienia. Może to dlatego, że Lśnienie odbierałam inaczej? Byłam młodsza, mniej doświadczona, a Lśnienie było dla mnie porażająco przerażające. Trudno konkurować z czymś, co czytelnicy pokochali dawno temu. Doktor Sen w każdym razie obyczajówką nie jest w przeciwieństwie do poprzedniej książki (Joyland). King odszedł od tego, co spotykałam w jego ostatnich powieściach. Przestał pisać książki o zabarwieniu obyczajowym. Powrócił do tego, za co go pokochałam. Do straszenia za pomocą działania na psychikę. To o wiele lepsze od facetów biegających z piłami po lasach. Chociaż z drugiej strony dla Kinga we wszystkich książkach które czytałam ważna jest psychika ludzi, ich otoczenie. Są jednak książki bardziej i mniej obyczajowe. A teraz do rzeczy.

Kocham akcję w książkach Kinga. Tę niepewność, co mnie czeka na następnej stronie? Czy bohater przeżyje? Czy ciemna strona mocy nie pokona go? Uwielbiam grozę. Ważne jednak, aby była ona dawkowana w inteligentny sposób i nie chodzi mi o grozę taką rodem z horroru. Wyświechtane będzie hasło "książka mnie wciągnęła". Ale naprawdę tak było! King chyba nigdy mnie nie znudzi. Nie musi się bać, że książka zawiedzie czytelników. Wprawdzie zawsze będę na nią patrzeć przez pryzmat mojej pierwszej miłości do Lśnienia, ale Doktor Sen trzyma poziom. Bardzo wysoki poziom. 

Jeszcze jedno, bardzo ważne. Nie czytajcie książki "Doktor Sen" zanim nie przeczytacie Lśnienia. A najlepiej by było przeczytać Lśnienie jeszcze raz, a dopiero potem rozpocząć nową lekturę. Ja tak zrobiłam i nie żałuję. Wrażenia jeszcze lepsze.



Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu

Doktor Sen, Stephen King, Prószyński i S-ka, 2013

poniedziałek, 11 listopada 2013

Złap mnie jeśli potrafisz Frank WilliamAbagnale, Stan Redding



„Zanim skończyłem dwadzieścia jeden lat, już dwa razy zostałem milionerem. Ukradłem każdego centa i przepuściłem wszystko na eleganckie ciuchy, wykwintne żarcie, komfortowe chaty, superpanienki, luksusowe wózki. Imprezowałem we wszystkich europejskich stolicach, opalałem się na wszystkich najsłynniejszych plażach świata, bawiłem się w kurortach Ameryki Południowej, poznałem morza południowe, Orient i najfajniejsze miejsca Afryki…..” (Frank W. Abagnale)

 Któż nie zna świetnego filmu z Leonardo DiCaprio i Tomem Hanksem w rolach głównych? Chyba nikogo takiego nie znajdę. Film był naprawdę dobry. Jeszcze lepsza jest jednak książka, której miałam niedawno okazję posłuchać.

Samą historię mniej więcej każdy zna. Frank Abagnale, rozpuszczony jak dziadowski bicz nastolatek, zamiast pasa na tyłek otrzymuje od ojca coś w stylu dzisiejszej karty kredytowej. W niecny sposób wykorzystuje ją do zdobywania kasy na swoje potrzeby. Gdy okazuje się, że wszystko uchodzi mu na sucho, postanawia uciec z domu i spróbować szczęścia w wielkim świecie. W ciągu kilku lat staje się jednym z najbardziej poszukiwanych oszustów nie tylko w USA ale i w innych krajach.

Na potrzeby swoich machlojek Frank może być pilotem, lekarzem, wykładowcą lub prawnikiem. Wszystko według potrzeb. Samo jednak udawanie kogoś kim się nie jest nie sprawia, że ściga nas policja w całych Stanach. Frank jednak posunął się o wiele dalej. Postanowił zostać fałszerzem. Nie jednorazowo. To był plan długofalowy. Na jego korzyść w moich oczach przemawia to, że bardzo się do swojego fachu przyłożyć. Nie jest sztuką oszukiwać człowieka. Nie jest też sztuką liczyć, że i tym razem się uda. Sztuką jest oszukiwanie instytucji które powinny znać swoje produkty wykorzystując fakt, że pracownicy tych instytucji są naiwni jak małe dzieci. Frank czeki znał od podszewki. Wiedział dokładnie co oznacza każda z cyferek znajdujących się na świstku papieru, który mógł przynieść mu kolejne pieniądze albo długie lata w więzieniu.We Franku podobało mi się również to, że nigdy nie działał na szkodę osób prywatnych. Miał swój kodeks. Starał się też nie krzywdzić osób z którymi miał styczność. I to chyba tyle dobrych cech Franka. No może jeszcze nienaganny wygląd, fajny charakter i duża wiedza :)

Samej treści opowiadać nie będę, bo jeśli czyta to ktoś, kto albo nie oglądał/nie czytał lub też zrobił to na tyle dawno, że już nie pamięta, to nie będę psuła zabawy.  Powiem tylko, że to pozycja bardzo ciekawa. Świetna pod względem psychologicznym, super jako książka przygodowa. Jak więc skończy się psychologiczna przygoda Franka? Przekonajcie się...

Co do samego audiobooka to jestem bardzo zadowolona. Dobrze się go słucha, jest z ciekawy sposób podzielony na rozdziały, dzięki czemu łatwiej nam kontrolować poszczególne części. Adrian Perdjon ma przyjemny, nienarzucający się głos, więc podczas słuchania to skupiamy się na treści, a nie na osobie lektora. Mam nadzieję, że pan Adrian dostanie więcej ciekawych propozycji, ponieważ jest lektorem idealnym.

Złap mnie jeśli potrafisz, Frank William Abagnale, Stan Redding, Qes Agency, 2007

Za możliwość miłego spędzenia czasu dziękuję



wtorek, 8 października 2013

Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny Maria Anna Goławska, Grzegorz Lindenberg

Kto raz odwiedzi Toskanię czy Umbrię, nigdy nie zapomni urody tych miejsc. Zachwycony obezwładniającym wręcz pięknem już zawsze będzie za nimi tęsknił, bo dzięki nim odkryje nowy sposób patrzenia na świat.

Uwielbiam podróże, nawet jeśli przebiegają one tylko palcem po mapie. Zabrzmi to dziecinnie i infantylnie, ale od zawsze kocham Włochy. Kocham na odległość, ponieważ nigdy tam nie byłam. Od dziecka jednak kochałam włoską muzykę, włoskie jedzenie, ich pełen życia język. Zawsze chciałam tam też zamieszkać, choć to marzenie wydaje mi się poza moim zasięgiem.
Zawsze i wszędzie chętnie czytam przewodniki o tym państwie. Dlatego też z przyjemnością zabrałam się za lekturę subiektywnego przewodnika po Toskanii i Umbrii. Nie jest to jednak przewodnik taki, jakie znamy. Nie ma z nim podziału na hotele dla turystów, sklepy, knajpy, najważniejsze zabytki, kantory, ambasady itd. To bardziej opowieść. Opowieść przyjaciela, który właśnie wrócił z Włoch i daje wskazówki, gdzie warto być. Znajdziemy tam oczywiście podstawowe informacje o tym, gdzie się można zatrzymać, w które miejsca warto zajrzeć, ale nie jest to namawianie. Raczej sugestia, którą daje nam przyjaciel znający dobrze miejsce, w które chcemy się wybrać.

Dzięki przyjacielskim opowieściom autorów zwiedzimy Lunigianę, Lukkę, Floencję, Prato, Umbrię, Lazio, Siennę, Pizę i wiele innych urokliwych miast. Każde z nich ma coś ciekawego do zaoferowania wędrowcom. Wolę słowo wędrowiec. Turysta kojarzy mi się z plecakiem załadowanym kanapkami i zupkami w proszku ubranego w przepoconą koszulkę, w oskarpetkowanych stopach wciśniętych w gumowe japonki z komórką w rączce. Dlatego wolę wędrowca. I takimi wędrowniczkami są dla mnie Maria i Grzegorz. Oni nie zwiedzają. Oni wędrują po pięknej krainie wyłapując ciekawe i warte powrotu miejsca.  

Książka jest bardzo osobista. Znajdziemy w niej wskazówki, dzięki którym nasza podróż do Włoch może się okazać ciekawsza i milsza duszy. Gdy chcemy poznać ciekawe miejsca w danym regionie pytamy o nie mieszkańca danego miejsca czy speca od marketingu i promocji? Ta książka jest właśnie takim mieszkańcem.  Słuchajmy takich ludzi, słuchajmy wędrowców. Dzięki nim nasze wyjazdy będą lepsze, pełniejsze. Warto sięgnąć po tę książkę. Polecam.

Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny Maria Anna Goławska, Grzegorz Lindenberg, Zysk i S-ka, 2013

Za książkę dziękuję portalowi
i wydawnictwu Zysk i S-ka

poniedziałek, 2 września 2013

Joyland Stephen King


 
Stephen King kojarzy mi się z jednym z jego bohaterów  Paulem Sheldonem. Jest w jego książkach jakiś urok, coś co sprawia, że czytelnik czuje się jak Misery. Uzależnia się. Jedne książki ma gorsze, drugie lepsze, zawsze jednak sięgam po nie z przyjemnością i z przyjemnością do nich wracam.


Lubicie lunaparki, wesołe miasteczka czy jak je tam zwał? Nawet jeśli nie pałacie do nich miłością, to z pewnością wakacyjna praca w takim miejscu byłaby dla Was czymś ciekawym. Lepsze to w końcu niż sprzedawanie ciuchów albo sprzedawanie biletów, prawda? Devin Jones, bohater książki Joyland Stephena Kinga chyba był podobnego zdania bo bez większego wahania przyjął pracę na południu USA. Gdyby oprócz zarobienia paru groszy udałoby mu się jeszcze zapomnieć o pannie, która złamała mu serce- byłoby super. Jego nowa praca nie ma być czymś nadzwyczajnym. Będzie sobie chodzić w kostiumie zwierzaka i zabawiać dzieci. Zawsze może być gorzej. Można nie mieć pracy, pracodawca może być gburem, a współpracownicy bucami. W Joyland przynajmniej wydaje się być normalnie. W miarę normalnie, bo niektórych pracowników osobiście wysłałabym jednak na rozmowę w gabinecie z wygodnymi fotelami.

Wracając jednak do książki. Gdyby jednak życie bohatera było takie proste, nie powstałaby dobra książka trzymająca nawet w napięciu. Czasami, ponieważ nie jest to jednak kryminał. To dobra powieść obyczajowa z odpowiednimi wątkami które sprawiają, że książki tej nie przeczytamy naszemu dziecku do poduszki.  To dobre połączenie obyczajówki z odrobiną psychologii, zagadek i grozy. Mam wrażenie, że Stephen King wkracza na nowe tory. Najpierw Dallas' 63, a teraz lato 1973. Być może Mistrz zauważył, że czytelnicy lubią być przez niego zabierani w podróż w czasie?

A sama akcja? Podobno w Joyland nie zawsze było wesoło. Kiedyś Dom strachu stał się prawdziwym domem strachu. Popełniono tam morderstwo. Podobno można spotkać tam ducha. Skoro w gronie bohaterów jest wróżbitka/jasnowidz to może warto się temu przyjrzeć? Devina wciąga to do tego stopnia, że postanawia popracować w lunaparku trochę dłużej niż planował. Zostaje tam na okres jesienny. A gdyby dodać do tego tajemnicze dziecko i mordercę który nigdy nie został złapany? Czy wyjdzie z tego coś fajnego? Pamiętajcie jednak, że nie tylko morderstwami i trupami człowiek żyje. Devina będą czekać sprawdziany nie tylko z wiedzy o duchach i odwagi.

Nie najważniejsze w książce są jednak morderstwa. Najważniejsze jest samo życie i bohaterowie. To na nich skupia się King. Ważny jest przede wszystkim główny bohater który przekracza kolejną granicę życia. Z dziecka staje się mężczyzną. Będzie musiał nauczyć się żyć jak mężczyzna i zachowywać jak mężczyzna. A wszystko to z dala od domu i bliskich, z nowo poznanymi ludźmi, którzy na kilka chwil stali się jego nową rodziną. 


Joyland, Stephen King, Prószyński i S-ka, 2013


Za przygodę ze Stephenem Kingiem dziękuję wydawnictwu











P.S. Zwiastun poniżej poziomu niestety.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Riko i my. O kotach, ludziach, przyjaźni i zaufaniu Joanna Chełstowska, Ludwik Kozłowski


Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią koty, i na tych, którzy jeszcze o tym nie wiedzą.

Gdzieś na warszawskiej Białołęce żył sobie  niejaki Riko. Jego życie nie zawsze było cudowne, a ludzie z którymi się zetknął nie zawsze byli przyjaźnie nastawieni. Gdyby Riko żył sam, życie nie byłoby skomplikowane. Na jego głowie są jednak wybranka serca Szarosrebrna oraz kocięta.  Podczas wędrówek po jedzenie Riko zauważa, że jego rewir zaczyna się zmieniać. Jeździ tam coraz więcej samochodów, snuje się coraz więcej ludzi. Pewnego dnia podczas zwiedzania Riko znajduje pewne podwórko. Okazuje się, że zarówno sam teren jak i jego mieszkańcy są przyjaźni kotom. Przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Gdy kocur jest pewny dobrych zamiarów nowych ludzi postanawia sprowadzić w nowe miejsce całą swoją rodzinę...


A później dowiadujemy się co było dalej, ale tego nie zdradzę. Czytając książkę zwróciłam uwagę na jej styl. Jest napisana tak, jakby kot siedział przy autorach i mówił im, co mają przelać na papier. To bardzo ciekawe doświadczenie. Chociaż zawsze uważałam się za kociarę, to nigdy nie czułam aż takiej więzi z kotem aby wiedzieć co czuje. Autorzy książki ten dar posiadają i chwała im za to. Spisali się naprawdę cudownie.

Dzięki nim możemy przeczytać o prawdziwym życiu kota. O jego humorach,  hobby, obawach. O jego uczuciach. Wątpię, by autorzy siedzieli przy kawie i wymyślali duperele. Myślę, że oni naprawdę "czują" koty, mają umiejętność odczytywania ich aury.

Ciekawym bohaterem jest sam Riko. Podobno koty chodzą własnymi ścieżkami, nie wiążą się z nikim. Riko jest inny. Ma stałą partnerkę, dzieci o które się troszczy. Ma też nieskończone pokłady miłości, opiekuńczości oraz troski o innych. Cudownie czytało się o kocie, który troszczy się o innych. Dzięki autorom książki także wiele nauczyłam się o kotach, chociaż myślałam, że wiem już o nich dużo. Okazało się, że to nieprawda. 

Każdemu, kto uważa, że koty są istotami wartymi zainteresowania polecam tę książkę. Po raz kolejny również stwierdzam, że tę książkę powinno się włączyć w kanon lektur szkolnych. Może zamiast Janka Muzykanta?

Riko i my. O kotach, ludziach, przyjaźni i zaufaniu Chełstowska Joanna, Kozłowski Ludwik, wydawnictwo Pierwsze, 2013

Za możliwość poznania ciekawego świata dziękuję portalowi

oraz wydawnictwu Pierwsze

niedziela, 28 lipca 2013

Stewia Barbara Simonsohn

NIEBIAŃSKO SŁODKA I ZDROWA ALTERNATYWA DLA CUKRU. 

Podobno. Próbując zrezygnować z cukru próbowałam wielu słodzików. Tych na aspartamie i tych na sacharynie. Żaden nie smakował tak jak cukier. Stewią nigdy się nie interesowałam. To znaczy kiedyś kupiłam nasionka i chciałam uprawiać stewię, ale zakiełkowało tylko jedno i i tak nic z niego nie wyrosło. 


Stewia (Stevia rebaudiana) to roślina o wyjątkowo słodkich liściach. Od wielu lat używana przez miliony ludzi jako naturalny słodzik. Badania pokazują korzystne działanie stewii przy nadciśnieniu i cukrzycy. Dbasz o zdrowie, szczupłą sylwetkę, nie chcesz lub nie możesz jeść cukru? Stewia może być dla Ciebie idealną alternatywą.1

 Stewia, skupnia (Stevia) – rodzaj z rodziny astrowatych obejmujący ok. 240 gatunków. Rośliny te występują w Ameryce Południowej i Ameryce Środkowej sięgając na północy po Meksyk i Stany Zjednoczone. Naukowa nazwa rodzaju upamiętnia Pedro Jaime Esteve (zwanego Steviusem) – botanika i medyka z Walencji, zm. 1556.2
 O stewii swego czasu słyszałam wiele. Niektórzy twierdzili, że to bardzo zdrowy słodzik, nie ma kalorii i jest idealny do codziennego słodzenia oraz do wypieków. Inni mówili, że to takie samo świństwo jak inne słodziki, może powodować raka i jest niesmaczne. Zanim postanowiłam kupić ten zdrowy słodzik postanowiłam trochę o nim poczytać. A jest to możliwe dzięki Barbarze Simonsohn, autorce książki Stewia. Niebiańsko słodka i zdrowa alternatywa dla cukru i słodzików.

Jej książka dzieli się na 6 interesujących mnie rozdziałów.  Z rozdziału pierwszego Dowiemy się z nich o pochodzeniu tej ciekawej rodziny, jej zaletach (także dla diabetyków), uprawie tej rośliny (podobno jest niewymagająca- nieprawda. Mi udało się ją zabić zanim się urodziła). Autorka podpowie także jak uprawiać stewię we własnym domu.
Drugi rozdział został poświęcony informacjom o tym, dlaczego stewia jest lepsza od cukru i innych słodzików (także miodu). Ja akurat w przewagę stewii nad miodem raczej nie uwierzę, ale z tym, że lepiej herbatę posłodzić liściem niż gramem czystej chemii zgadzam się w stu procentach. Z tego rozdziału dowiemy się także o tym, jak działa na nasz organizm cukier (zarówno biały jak i brązowy).
Trzeci rozdział to mnóstwo informacji o działaniu stewii jako takiej. Jej plusy i minusy, mity o tej cudownej roślinie, (nie)bezpieczeństwo stosowania naturalnego słodzika. Znajdziemy tu również informacje badaniach nad stewią oraz o istnieniu tego słodzika w Japonii oraz w USA.
Czwarty rozdział autorka poświęciła zaletom stewii. To informacje o jej wpływie na cukrzyków, ludzi będących na diecie, o hipoglikemii, wpływie rośliny na grzyby oraz Candidę, przy problemach z zębami w tym z próchnicą, o chorobach skóry oraz ogólnej jej kondycji.
Rozdział piąty to przepisy, a szósty to tak zwana "stewia od a do z".

Jeśli wszystko to, co w książce napisano jest prawdą, powinniśmy porzucić cukier na rzecz tego naturalnego słodzika. Nie wiem czemu, ale ja wierzę, że rośliny zawsze były i zawsze będą czymś ważnym w życiu ludzi. Tyle w naszym życiu jest różnego rodzaju chemii  na każdym kroku, że gdy tylko możemy, powinniśmy polegać na naturze. Nasi przodkowie tak żyli, więc i  my możemy. Jedynym minusem jest to, że kawa nie smakuje jak kawa po dodaniu tego słodzika. A może zwyczajnie kupiłam jakiś podrobiony? Sprawdzę kiedyś na innym.

Stewia, Barbara Simonsohn, Studio Astropsychologii, 2013


Za książkę dziękuję



1. http://stewia.info.pl/
2.http://pl.wikipedia.org/wiki/Stewia

środa, 24 lipca 2013

Z innej bajki Jodi Picoult, Samantha Van Leer

Wiele dobrego słyszałam o książkach Jodi Picoult. Podobno dobrze się je czyta i są ciekawe. Postanowiłam to sprawdzić. Sprawdzałam wersję nietypową, ponieważ Z innej bajki nie jest powieścią obyczajową lecz bajką dla nastolatek/dorosłych.

Bohaterką książki jest Delilah McPhee, piętnastoletnia pannica niezbyt lubiana przez rówieśników. Na szczęście Delilah to nie przeszkadza. Ma  przyjaciółkę i ukochane książki. To w ich towarzystwie dziewczyna spędza czas najprzyjemniej, to książki są jej najlepszymi przyjaciółmi.
Pewnego dnia Delilah znajduje w bibliotece bajkę o księciu Oliwierze ratującym z opresji księżniczkę. Chociaż takich historii są setki to właśnie ta książka urzeka naszą bohaterkę. Delilah czyta ją namiętnie tak długo, że praktycznie pamięta ją na pamięć. Nie tylko książka bardzo kogoś oczarowała. Chociaż bardzo trudno w to uwierzyć, bohatera książki, Oliwiera, oczarowała dziewczyna czytająca historię jego życia...

 Kimże jest szanowny książę Oliwier? To główna postać książki. Książki nie(zwykłej), z wieloma przygodami, kilkoma niebezpieczeństwami i dobrym zakończeniem. Nie(stety) Oliwier nie jest zwykłym księciem z bajki. Nie rajcują go niebezpieczne przygody i ciągłe ratowanie [strasznie drętwej] księżniczki.  On chciałby od życia czegoś więcej, chciałby wyrwać się z tej cholernej książki i sprawdzić co jest po drugiej stronie. Sprawdzić jak wygląda ta inna bajka.

Nie będę Wam zdradzać fabuły książki. Jak można się domyślić Oliwier i Delilah zaczynają się ze sobą porozumiewać. W jaki sposób to zrobią i jak potoczy się życie bohaterów z innych bajek musicie przekonać się sami.

Już dawno podczas czytania książki nie miałam tak dobrego humoru. Czasami zapominam, że rzeczy najprostsze mogą być najfajniejszymi. Autorki Z innej bajki przypomniały mi o tym. Bajki są bardzo interesujące i pożyteczne.

Historia jak historia. Trochę banalna, wiadomo. Trochę dziecinna, też logiczne. Jednak jest w tej książce coś, co sprawia, że czytelnik przenosi się do Innej bajki i żyje życiem bohaterów. Są książki, które oczarowują od pierwszej strony. I ta książka właśnie taka jest. Nie wiem, czy to zasługa Jodi Picoult czy tego, że tworzyła tę historię ze swoją córką, ale czytając o przygodach Oliwiera i Delilah czułam się jak nastolatka czytająca w tajemnicy przed rodzicami książki dla dorosłych. Z innej bajki trochę przypomina mi stare dobre czasy mojego dzieciństwa i film Never ending story. Oglądając go też przenosiłam się do świata bohaterów w ciągu kilku pierwszych minut. Bo są bajki i BAJKI. Z innej bajki jest BAJKĄ przez bardzo duże "B".

Z innej bajki, Jodi Picoult, Samantha Van Leer, Prószyński i S-ka, 2013

Za książkę dziękuję

środa, 10 lipca 2013

A jeśli ciernie Virginia C. Andrews

Pamiętacie jeszcze rodzinę Dollangangerów? Ja w natłoku spraw prawie o nich zapomniałam.  Poznaliśmy ich w książce Kwiaty na poddaszu w której poznaliśmy młodych Cathy i Chris wychowujących się w ukrytym pokoju na poddaszu. W Płatkach na wietrze rodzeństwo, już wolne, próbowało sobie ułożyć życie w domu doktora Paula. Co się z nimi dzieje teraz?

Trzecia książka to opowieść Jory'ego i Barta. I chociaż Jory i Bart to dzieci, powieść nie jest napisane dziecinnym językiem. Być może chłopcy są nad wiek dojrzali.

Cathy i Chris mieszkają w małym domku i żyją jak małżeństwo. Paul nie żyje. Chłopcy rosną nieświadomi historii rodziny. Jory jest chłopcem cichym i grzecznym, Bart to diabeł wcielony. Jory jest utalentowany (po ojcu i matce), Bart to mała pokraka. Gdzie nie pójdzie to coś sobie zrobi. Dni płyną w miarę spokojnie do momentu, gdy przyjaciółka Cathy osieroca śliczną dziewczynkę. Bohaterka z sobie tylko znanych przyczyn zgadza się zająć wychowaniem małej, pięknej niczym aniołek,Cindy. Nie wszyscy są zadowoleni z obecności dziecka, ale nikt nie podejrzewa, że dziewczynka może być w wielkim niebezpieczeństwie. Bart nie akceptuje bowiem obecności małej z zazdrości o matkę i jej uczucia wobec reszty domowników.

Jakby kłopotów było mało, do domu sąsiadującego z domem bohaterów wprowadza się tajemnicza kobieta w towarzystwie starszego mężczyzny Johna Amosa. Ponieważ najlepiej smakują rzeczy zakazane, Bart rozpoczyna wycieczki do sąsiedniego domu. Poznaje starszą panią, która od pierwszego spotkania zdaje się darzyć go uczuciem. Chłopiec czując się opuszczony i niekochany w domu, szybko zaczyna się czuć dobrze w domu kobiety która go ubóstwia. Któregoś dnia Bart dostaje od Johna Amosa, lokaja kobiety, pamiętnik. Ma go czytać w tajemnicy i nikomu nic o nim nie mówić. Jest to pamiętnik niejakiego Malcolma. Zarówno zapiski Malcolma jak i opowieści i kazania Amosa mają na Barta bardzo zły wpływ. Dowiaduje się on o prawdziwym życiu Cathy i Chrisa, zaczyna uważać matkę za dziwkę i jeszcze bardziej nienawidzi małej Cindy. Czy przypominacie sobie z poprzednich części książki, kim był Malcolm?



Tak, to dziadek Cathy. A tajemnicza kobieta w sąsiednim domu to jej matka. Jak się zakończy ten tom? Jakie zamiary mają sąsiedzi wobec rodziny Dollangangerów?

Kolejna książka trzyma poziom. Często tak jest, że w którymś momencie autor zaczyna odcinać kupony od sukcesu, bohaterowie żyją dla samego istnienia i kolejnych dolarów na koncie twórcy.  Andrews na szczęście trzyma poziom. Akcja jest ciekawa, bohaterowie się rozwijają, nie wieje nudą. Ciekawe jest również to, że w każdym z tomów to inny bohater opowiada historię. Taki zabieg bardzo mi się podoba. Co tu dużo mówić. Pierwszy tom sprawił, że zakochałam się w tej rodzinie i jej historii. Drugi utwierdził mnie w tym. Przy trzecim moje uczucia nie zmieniają się. Warto przeczytać wszystkie książki z tej serii.

A jeśli ciernie, Virginia C. Andrews, Świat książki, 2012


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat książki

wtorek, 2 lipca 2013

Przygody Sherlocka Holmesa Arthur Conan Doyle

Co jest potrzebne do szybkiego przeprowadzenia śledztwa? Przede wszystkim wiedza i inteligencja. Ważne jest także dobre oko.

To dzięki umiejętności patrzenia połączonej z wiedzą można rozwiązać każdą zagadkę.

“Przygody Sherlocka Holmesa” to zbiór opowiadań Arthura Doyle'a wydany w 1892 roku. Chociaż książka ta ma już 121 lat wciąż potrafi zaskoczyć czytelnika. “Przygody Sherlocka Holmesa” to zapiski najlepszego przyjaciela tytułowego bohatera, doktor Johna  Watsona.

W książce znajduje się 12 opowiadań, a każde z nich jest jedyne w swoim rodzaju. Znajdziemy tu historie smutne, przerażające jak i śmieszne. Tematem śledztw przyjaciół są morderstwa, kradzieże, tajemnicze zniknięcia. Osobiście najbardziej przypadły mi do gustu trzy opowiadania. “Niezwykła kobieta”, “Dwór Miedziane Buki” oraz “Nakrapiana opaska”. “Niezwykła kobieta” jest intrygująca, ponieważ bohaterka opowiadania jest jedynym “przestępcą”, który zdołał się wymknąć Sherlockowi. Irene Adler to naprawdę niezwykła kobieta...

Aż trudno uwierzyć w to, co można osiągnąć, mając możliwość patrzenia. Wprawdzie wszyscy obserwujemy świat, w którym żyjemy, ale nie wszyscy naprawdę widzimy. Czy zauważyliście, jaki kolor bluzki miała ekspedientka w spożywczym? Czy zwróciliście uwagę na buty listonosza który przyniósł ostatnio list? Raczej nie. A dzięki właśnie takim na pozór nic nie znaczącym, szczegółom możecie dowiedzieć się wielu rzeczy o osobach, z którymi się spotykacie. Tak właśnie działa Sherlock Holmes. Gdy przychodzi do niego klient, Sherlock zwraca uwagę na buty, ręce, mankiety, ubranie. Mała plama na rękawie albo urwany guzik mogą mu wiele powiedzieć o danej osobie. Jeśli dodamy do tego dużą wiedzę ogólną i umiejętność szybkiego łączenia ze sobą faktów to poznamy sposób pracy detektywa wszech czasów.

Ja przygód Sherlocka wysłuchałam. Czytał mi Janusz Zadura, polski aktor dubbingowy. Jego głos możesz znać z serii  Madagaskar, w której wcielał się w Rico. Na początku miałam problem z lektorem. Nie mogłam wychwycić, który głos należy do Holmesa, a który do Watsona. Głosy “klientów” detektywa nie sprawiały mi problemów, ale John i Sherlock mówili praktycznie tak samo.

Jeśli chcecie posłuchać czegoś ciekawego i poćwiczyć przy tym umysł, to serdecznie polecam „Przygody Sherlocka Holmesa”


Arthur Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa, Biblioteka Akustyczna, 2013

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

środa, 26 czerwca 2013

Cud oleju kokosowego Bruce Fife

Od tysięcy lat miliony ludzi na terenie Azji, Oceanii, Afryki i Ameryki Środkowej wykorzystują kokosy jako główne źródło pożywienia. Cieszą się oni znacznie lepszym zdrowiem niż ci z Ameryki Północnej czy Europy, którzy go nie jedzą. Nie chorują na serce, raka, zapalenie stawów, cukrzycę i inne współczesne zwyrodnieniowe choroby. Ich tajemnicą jest właśnie olej kokosowy, który przed nimi chroni.









 Lubię czytać o zdrowym trybie życia. Czasami nawet uda mi się coś z tych mądrości wprowadzać  w życie. Tym razem się udało, zakupiłam magiczny olej i zastanawiam się jak to możliwe, że taka mała rzecz, a daje tyle dobrego.

Olej powiecie? Przecież to tłuste, kaloryczne. Może i tak, ale akurat ten olej (jak i kilka innych) zaliczamy do tych zdrowych. Być może kiedyś słyszeliście o tym, że olej kokosowy jest niezdrowy. Nic bardziej mylnego. Nie wiadomo o co chodzi? O pieniądze. Okazuje się bowiem, że takie "mądrości" propaguje i propagowało Amerykańskie Stowarzyszenie Producentów Soi. Gdzie soję możemy znaleźć nie muszę mówić. Jak wpływa na nasze zdrowie możecie się przekonać oglądając kilka filmów (choćby "Food Inc.") Dzięki ich działaniom rozpowszechniła się opinia o tym, że tłuszcze nasycone są niezdrowe, a to nieprawda. Nie zawsze. Na szczęście. Zależy to od ich budowy. Olej kokosowy jest średniołańcuchowy, a oleje niezdrowe są długołańcuchowe.

Autor książki "Cud oleju kokosowego" zaczął badania nad nim od siebie i swoich pacjentów. Okazało się, że likwiduje on problemy między innymi z łupieżem, łuszczycą, zmianami skórnymi, grypą, wrzodami, próchnicą itd. Aby na własne oczy szybko zobaczyć jak dobroczynny wpływ na zdrowie na olej kokosowy można zwiedzić jedną z wysp południowego Pacyfiku. Ludzie tam żyjący, jedzący na co dzień kokosy, są najzwyczajniej w świecie zdrowi. Podobno badania pokazują, że jeśli "ludzie Pacyfiku" przerzucą się na "dietę zachodu" stan ich zdrowia ulega pogorszeniu.

Z książki dowiemy się wiele o walce amerykańskich firm z olejami tropikalnymi. Władza, pieniądze, korupcja. To podobno ma duży wpływ na mylne postrzeganie kokosów jako niezdrowych (a przynajmniej oleju). Pozycja ta zawiera dużo ciekawych informacji. Cześć jest bardziej przystępna, część mniej, ale każdy kto książkę przeczyta zorientuje się, że kokos daje nam zdrowy olej, a łańcuchy z których olej ten jest "zbudowany" pomagają na takie bakterie jak: paciorkowiec, gronkowiec, dwoinka, chlamydia.

Może gdybyśmy jedli zdrowiej, to, co daje nam natura, nie pryskali wszystkiego środkami ochrony i żyli w zgodzie z naturą bylibyśmy zdrowsi. Do tego się chyba to wszystko sprowadza. Tak mi się przynajmniej wydaje.

 Cud oleju kokosowego, Bruce Fife, Studio Astropsychologii, 2013

Za książkę dziękuję

sobota, 22 czerwca 2013

P.Rosiak i czadowe majtki Barbara Catchpole

Prosiak – jak co rano – wybiera się do szkoły. Kiedy nie może znaleźć swoich majtek, wkłada jaskraworóżowe majtki swojej siostry z napisem Daję czadu. Sprawy się komplikują, kiedy okazuje się, że w tym dniu ma wuef. Czy Prosiak będzie musiał pokazać całej klasie swoje piękne majteczki?

I to tak naprawdę cała treść książki. Niby nic, ale książeczka napisana jest w tak fajny sposób(i ozdobiona tak świetnymi rysunkami), że rechoczecie się przez 50 stron przygód  P.Rosiaka. Non stop. Od pierwszej do ostatniej strony.

Co może być śmiesznego w książce o gościu, który musi zwędzić majtki starszej siostrze? Jeśli ktoś ma talent pani Catchpole, to wszystko.

Nie wiem dlaczego, ale książki nie da się zrecenzować bo jest tak śmiesznie życiowa, pełna ironii i fajnego postrzegania świata (może dlatego o niej całkowicie zapomniałam i znalazłam podczas porządków), że jej czytanie wydaje się naturalne. Całkowicie. Fakt, że książka jest skierowana bardziej do dzieci niż dorosłych w niczym mi nie przeszkadzał. Czyta się ją w ciągu kilku chwil. I umiera się ze śmiechu. A ponieważ śmiech to zdrowie, to czytanie przygód P.Rosiaka można zaliczyć do zdrowego trybu życia. Tak więc pamiętajcie drodzy rodzice,siostry i bracia: czytajcie maluchom przygody P.Rosiaka. Dzięki temu młodzi będą rośli zdrowsi niż po danonkach :D



Fragment książki możecie musicie przeczytać TUTAJ

P.Rosiak i czadowe majtki, Barbara Catchpole, Zielona Sowa, 2013

Za możliwość poprawy humoru dziękuję serdecznie

piątek, 21 czerwca 2013

Kompot truskawkowy


Kocham truskawki prawie w każdej formie. Ponieważ pogoda dopisuje i można je kupić nawet poniżej 4 złotych, zamiast kupować colę albo inne niezdrowe napoje, codziennie robię sobie domowy kompot. Nic trudnego, a ile radości...

 Odkąd truskawki potaniały ciągle coś robię z truskawek. Czuję się trochę jak robaczek z wierszyka Brzechwy.

Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,
A na tym stoliczku pleciony koszyczek,

W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.

Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,
I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,

A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!
Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.

Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,
Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.

Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:
Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,

A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:
Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,

Duszone są jabłka, pieczone są jabłka
I z jabłek szarlotka, i komput [placek], i babka!

No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.

 

 Robię z truskawek kompoty, dżemy, a nawet ciasto już z truskawkami upiekłam. Jest super. Kocham czerwiec. Kocham truskawki. Chcę żyć na wsi! :)))A teraz do rzeczy:

 

Składniki na litr kompotu


  • 1 litr wody
  • 1/2 kg truskawek
  • 2 łyżki cukru

Przygotowanie:

 Truskawki myjemy i pozbywamy się szypułek. Do garnka wlewamy około 1 litra wody, wrzucamy truskawki i gotujemy około 15 minut. Pod koniec gotowania dodajemy cukier.
Jeśli chcemy 2 litrów kompotu to proponuję zwiększyć ilość truskawek, aby napój nie był wodnisty. Zresztą jak kto woli :)

 

wtorek, 18 czerwca 2013

Dżem truskawkowo rabarbarowy

Zakochuję się powoli w domowych wyrobach. Po co mam kupować w sklepach coś, co mogę zrobić sobie sama taniej? Do tego jest zdrowiej, bo prawie każdy składnik jest mi całkowicie znany.
Dziś przepis na dżem rabarbarowo truskawkowy/ truskawkowo rabarbarowy.



Składniki:

 

  • 1 kg truskawek
  • 1 kg rabarbaru
  • 400 g cukru
  • 2x magiczny  Konfitur-Fix (ja używam tych firmy Diamant)

Przygotowanie:


Owoce myjemy. Rabarbar obieramy ze skórki i kroimy. Truskawki dzielimy na 3 części, 1/3 rozgniatamy i wrzucamy do garnka na mały ogień. Gdy truskawki puszczą sok, dodajemy naprzemiennie rabarbar i truskawki. Gotujemy na małym ogniu. Gdy rabarbar zmięknie zwiększamy ogień i przykrywamy przykrywką. Co jakiś czas mieszamy i pilnujemy, aby
owoce nie wykipiały.   Po kilkunastu minutach dosypujemy do garnka fix i dosypujemy stopniowo cukru cały czas mieszając. Gotujemy około 3 minut na dość dużym ogniu cały czas mieszając. Następnie najprzyjemniejsze. Gorący dżem przekładamy do wyparzonych wcześniej słoików, zamykamy o odwracamy dnem do góry w celu zawekowania. Pozostawiamy do całkowitego wystygnięcia.

Później pozostaje pałaszować dżem, a w moim przypadku jeszcze modlitwa o to, że słoiki dobrze trzymają i nic się nie popsuje.




czwartek, 6 czerwca 2013

The Walking Dead Żywe trupy tom 1 i 2

I see dead people... Czyli "The Walking Dead" w audiobookowym wydaniu. Oszalałam. Napaliłam się jak szczerbaty na sucharka po wysłuchaniu pierwszego rozdziału/ pierwszej części (zwał jak zwał). To jest REWELACYJNE!!! 

Chyba jeszcze nigdy nie wypowiadałam się tak o audiobookach. Zawsze były one dla mnie odskocznią od otaczającej mnie codzienności w drodze do pracy. Miły głos lektora, ciekawa historia... miło się w czymś zatopić męcząc się w komunikacji miejskiej. Nie tym razem.

Mam taki nałóg/taką tradycję. Gdy wychodzę z domu zakładam słuchawki na uszy. Ot tak. Muszę wyjść to słucham czegoś przyjemnego. Tym razem było odwrotnie. Aż chciało mi się wyjść z domu bo wiedziałam, że będę mogła powrócić do moich nowych przyjaciół. A teraz do rzeczy.


Słuchowisko "Żywe Trupy" pierwsza na świecie adaptacja dźwiękowa kultowego komiksu.

To trzymająca w napięciu historia Ricka, wzorowego policjanta z małego miasteczka, który postrzelony  podczas pościgu za zbiegami budzi się ze śpiączki w opustoszałym szpitalu. Staje przed niezwykle trudnym zadaniem - w świecie opanowanym przez krwiożercze zombie musi odnaleźć żonę i syna. Ale najpierw - musi przeżyć.  Na podstawie komiksu powstał bijący rekordy popularności serial telewizyjny pod tym samym tytułem.

Adaptacja audio komiksu, to niezwykle trudne zadanie, którego podjęli się twórcy superprodukcji Gra o  Tron - studio Sound Tropez. W przedsięwzięciu udział wzięli m.in. Anna Dereszowska, Maria Seweryn, Jacek Rozenek i Szymon Bobrowski. Znakomita obsada, wciągająca fabuła, świetna muzyka i  spektakularne efekty specjalne to gwarancja doskonałej rozrywki.

Prawda, prawda, prawda. Autor tej notki nie minął się z prawdą nawet o centymetr. Świetne słuchowisko zrealizowane na podstawie podobno dobrego komiksu. Świetne to mało powiedziane. Mistrzowskie.
Macie czasem tak, że wieczorem kładziecie się, uruchamiacie TV i oglądacie film od "tyłka strony". Ja czasem tak mam i nawet lubię ten stan. Niby nic nie widzicie, ale dzięki odpowiedniej muzyce, efektom specjalnym, odgłosom i wreszcie głosom autorów czujecie, że oglądacie film chociaż tylko słuchaliście. Tak było przy okazji  The Walking Dead. Nie musiałam widzieć co się dzieje. Słyszałam to i wiedziałam co dokładnie robią bohaterowie, jak się czują, w jakim są nastroju. Boskie.

A treść? Mniej ważna, chociaż fajna. Z jakiegoś powodu świat opanowują zombie. Zastępca szeryfa Rick, główny bohater, budzi się pewnego dnia w szpitalu i dowiaduje się (naocznie), że świat jaki znał przestał istnieć. Postanawia odnaleźć żonę i dziecko bo coś mu mówi, że oni żyją. Zanim to jednak nastąpi musi walczyć o przetrwanie każdej minuty, przejście każdego metra świata, w którym już od dłuższego czasu rządzą żywe trupy. Po drodze spotyka Glena, który ratuje mu tyłek i zabiera ze sobą do grupy ocalałych. Na miejscu okazuje się, że w grupie tej są nie tylko żona i syn Ricka ale także jego najlepszy przyjaciel i kilka innych osób. A co osoba, to osobna historia. Od tej pory celem grupy ocalałych jest odnalezienie bezpiecznego miejsca i codzienna walka z zombiakami. Niby banalne, ale...
Coś w tym ale jest. O zombie i podobnych stworach słyszymy nie po raz pierwszy. Są filmy, są gry, są książki. Temat wydaje się więc wyczerpany, wyświechtany i nudny. Tylko że nie jest nudny. W tej historii nie tyle ważne są chodzące trupy i akcja, co relacje między ludźmi, ich rozterki, marzenia, obawy. Ponieważ aktorzy nagrywający audiobooka spisali się na medal, czujemy prawdziwe emocje, a nie obojętny głos odczytujący znajdujący się przed nim tekst.

Nie mogę się doczekać kolejnych części. Chcę jeszcze, jeszcze, jeszcze...

Żywe trupy tom 1 i 2, Sound Tropez Sp. z o.o.

Za super zabawę dziękuję

Jeśli macie ochotę, to posłuchajcie kawałka, może się skusicie. Posłuchać można tutaj

czwartek, 30 maja 2013

Demony Da Vinci 2013

Demony Da Vinci (Da Vinci Demons) to amerykański serial stworzony przez Davida Samuela Goyer'a. Jak sam tytuł wskazuje, serial opowiada nieznaną nam historię wielkiego Leonarda w czasach renesansu. Florencja, jego dom, w przeciwieństwie do Rzymu, jest miejscem, gdzie ceni się kulturę, sztukę i naukę. Według Papieża Florencja to miejsce moralnej zgnilizny, Sodomii i Gomorii. Coś w tym jest. Szkoda tylko, że to nie Leonardo i jemu podobni sypiają z nieletnimi chłopcami, zarzynając je jak barany...

Leonardo Da Vinci(Tom Riley), "Artysta" jak mówią o nim z pogardą jego wrogowie, to 25 letni wynalazca, malarz. W głowie ma wiele marzeń, które pragnie spełnić. Część z nich udaje mu się urzeczywistnić już w pierwszych odcinkach serialu. 

Przypadkiem lub nie Leonardo ładuje się ze swoimi pomysłami w sam środek rozpoczynającej się wojny między Wawrzyńcem Medyceuszem(Lorenzo Medici) władcą Florencji w tej roli Elliot Cowan, a hrabią Girolamo Riario (Blake Ritson) wysłannikiem Papieża Sykstusa IV. 

Gdyby Demony Da Vinci opowiadały tylko o tym, chyba bym tego serialu nie oglądała. To, co mnie zaciekawiło i wciągnęło to magia. Najprawdziwsza magia wiedzą zwana. Pewnego dnia Leonardo spotyka Turka Al-Rahima i dowiaduje się, że
“I am the Son of Earth and Starry Heaven. I am thirsty, please give me something to drink from the fountain of memory

 Okazuje się, że Leonardo może odnaleźć tajemniczą Księgi Liści. Nie będzie to proste samo w sobie, a po dodaniu, że na księgę wiedzy poluje również Rzym... no cóż. Da Vinci czekają nie lada wyzwania.

Plusem serialu jest to, że twórca David S Goyer postarał się i poszperał trochę w historii. Tutaj coś o Wawrzyńcu, a tu o Leo (bardziej wiarygodnych źródeł szukać mi się niestety nie chciało). Dużo rzeczy pokazanych w serialu się zgadza. Na korzyść Goyera przemawia również to, że brał udział w tworzeniu takich filmów jak Ghost Rider, Jumper, Batman, Blade.

Jeśli kogoś interesuje historia pomieszana z fantastyką i lubi seriale to zachęcam do obejrzenia.








niedziela, 19 maja 2013

Ocalały Sam Pivnik

Będzin, 1 września 1939 roku. Szmuel Piwnik. Tego dnia żydowski chłopiec powinien świętować swoje trzynaste urodziny.  Jednak nie jego urodziny były najważniejsze. Ważniejsze było to, że Niemcy weszli do Polski. Przez jakiś czas rodzina Piwników żyła w miarę normalnie. Jednak z dnia na dzień wojska niemieckie posuwały się coraz dalej, a spokój codziennego życia ustępował coraz większemu niepokojowi. W 1943 stało się. Niemcy weszli do miasta. Tak skończył się świat Szmuela. W tym dniu zaczęło się jego nowe życie. Przez prawie rok rodzinie Piwników udawało się jakimś cudem uniknąć przeprowadzki do getta. W końcu jednak nie mieli już siły. Z własnej woli poszli do getta Kamionka 6. Musiał patrzeć jak rozpada się jego świat, jak giną jego sąsiedzi i znajomi.






Autor przeżył kilka selekcji. W ich trakcie mniej szczęścia miała reszta jego rodziny: matka i ojciec, młodsza siostra Chana i młodsi bracia Meir, Wolf oraz Józef. Starsza siostra została zamordowana kilka dni później. Tylko Sam Pivnik miał "szczęście". Ocalał. Kilka, kilkanaście, kilkaset razy. Przeżył selekcje, przeżył tyfus, przeżył, przeżył, przeżył. Ciągle i ciągle, każdy kolejny dzień. Miał "szczęście" dostać "dobrą" posadę,  dzięki której miał dostęp do żywności i majątków kolejnych więźniów przywożonych do obozu. Szczęście w nieszczęściu sprzyjało mu aż do maja 1945 roku, gdy został wyzwolony przez Armię Brytyjską.

Ocalały to przejmująca historia życia Sama Pivnika. Historia autobiograficzna. Wstrząsająca. Prawdziwa. To naprawdę miało miejsce. Nie ma tu fikcji, koloryzowania. Tak było zaledwie 70 lat temu. Przerażające. Trudno recenzuje się takie książki. Bo czy taka książka może być wciągająca, interesująca? Czy bohater może być ciekawy? Czy autor dobrze dobrał miejsce akcji? Czy tego typu książki można oceniać? Moim zdaniem nie. Takie książki się czyta, myśli się o nich, analizuje, płacze się nad losem bohaterów, ale tego typu książek jako takich nie jestem w stanie ocenić.

Po przeczytaniu Ocalałego szybko doszłam do wniosku, że bardzo mało wiemy o Ocalałych. Ogólnie bardzo mało wiemy o naszej historii najnowszej. A powinniśmy wiedzieć więcej. O wiele więcej. Życzę więc sobie i Wam abyśmy zgłębiali takie tematy. Życzę sobie, aby moje dzieci uczyły się kiedyś o tych wydarzeniach, czytały takie jak ta książki.

Ocalały Sam Pivnik, Prószyński i S-ka, 2013

Za lekcję historii dziękuję wydawnictwu





środa, 8 maja 2013

Moje syberyjskie podróże Kazimierz Sowa

A gdyby tak... Wyobraź sobie, że jesteś księdzem. Mądrym i przy tym wyluzowanym księdzem. Za dużo? No to może tak. Wyobraź sobie, że znasz mądrego i przy tym wyluzowanego księdza, z którym przysłowiowe konie można kraść. Taki jest właśnie autor książki "Moje syberyjskie podróże" Kazimierz Sowa.

O czym traktuje ta książka? Nie będzie to nic odkrywczego. O podróżach po Syberii. To swego rodzaju pamiętnik, chociaż bez dat. Gdyby ksiądz Kazimierz prowadził blog podróżniczy, miałby tysiące czytelników, a pod każdym wpisem byłoby mnóstwo pozytywnych komentarzy. Skąd to wiem? Inaczej się nie da. Książka jest tak fajnie napisana, że jestem tego pewna.






"Syberię pokochałem za jej bezkres, niepowtarzalny urok krajobrazów i
gościnę, której doświadczy każdy, kto lubi ludzi.
Ta kraina przez Polaków bywa często nazywana "nieludzką ziemią". Tam, na
każdym niemal kroku widać ślady, jakie zostawiły po sobie lata carskich
zsyłek i okres komunistycznego terroru. Ale dla dzisiejszych mieszkańców
tej największej geograficznie i najbogatszej części Rosji Syberia jest
domem i miejscem normalnego życia. Żeby to zrozumieć, trzeba tam
pojechać i trochę pobyć z rdzennymi czy "przyszywanymi" współczesnymi
Sybirakami. Pójść z nimi do bani, pojechać na rybałkę, przypomnieć sobie
język (którego tak niechętnie uczyliśmy się w szkole), pośpiewać
rosyjskie pieśni, a czasem napić się wódki.
Kiedy niedawno znajomy zapytał mnie: "Co cię na tę Syberię tak ciągnie",
nie umiałem szybko i jednoznacznie odpowiedzieć. W ciągu ostatnich kilku
lat bywam tam co najmniej dwa razy w roku i wciąż odnajduję nowe
miejsca, które "jeszcze muszę zobaczyć", a swoista surowość i czasem
jakieś prozaiczne utrudnienia wcale mnie do tych podróży nie
zniechęcają. Przeciwnie, nadal mam ochotę kolejny raz tam pojechać."

Moje syberyjskie podróże" podzielone są na 14 rozdziałów po około 20 stron. Każdy z nich ciekawy, wciągający i dający nadzieję na ciekawy ciąg dalszy. Kto po księdzu spodziewałby się luzu? Ja poznałam tylko jednego swobodnego księdza. Reszta była jakaś taka niedostępna, patetyczna. Ksiądz nie kojarzy mi się w wyluzowanym facetem, z którym można zwiedzać świat. Jak widać tacy się jednak zdarzają. Ile ja bym dała za znajomość w takim.

W swoich notatkach ksiądz Kazimierz opisuje prostą i piękną Syberię. Opowiada o tym jak zaczęła się jego miłość do tej części świata. A zaczęła się dość zwyczajnie. Jak każdy chcący napisać pracę magisterską trzeba sobie wybrać temat. Kazimierz Sowa wybrał taki o najnowszych dziełach Kościoła. Dzięki przypadkowy zaczął czytać o kościele na Uralem. Zaczął podróżować po Syberii nie ruszając się na krok. Dopiero kilka lat później udało mu się na własne oczy zobaczyć to, o czym czytał. Ksiądz Kazimierz pisze o tym, co widzi. Kościoły, muzea, ludzie, kultura, historia wyryta na cmentarzach, rozmowy z rodzinami polskich zesłańców. A wszystko to czyta się tak, jakby przyjaciel wysyłał nam listy z podróży. I pod koniec każdego z nich dochodzimy do wniosku, że nie możemy doczekać się następnego.

Moje syberyjskie podróże, Kazimierz Sowa, Świat Książki, 2013

Za książkę dziękuję wydawnictwu


piątek, 26 kwietnia 2013

Zielony eliksir życia Victoria Boutenko

Zima minęła, wiosna się zaczyna. Jeśli do tej pory o siebie nie dbaliście, to może pora najwyższa zacząć? A jak najlepiej o siebie dbać? Najlepiej zacząć od środka. A ponieważ jest wiosna, to i wszelka zielenina tanieje. Możemy więc poeksperymentować.

Victoria Boutenko jest podobno specjalistą od kuchni witariańskiej.
"Witarianizm - dieta wykluczająca spożywanie pokarmów poddanych obróbce termicznej. Witarianie dopuszczają podgrzewanie jedzenia do 41 °C. Najczęściej, choć nie zawsze jest łączony z wegetarianizmem lub weganizmem. Istnieje coraz więcej dowodów (również tych praktycznych w postaci samych witarian), że surowe roślinne pożywienie jest najzdrowsze dla człowieka, utrzymujące go w witalności, zdrowiu i dobrej kondycji fizycznej. Pokarmy poddane obróbce termicznej nie zachowują pełnej wartości odżywczej, są martwe. Dostarczając organizmowi martwe produkty nie przekazujemy mu życia, zatem jak nasz organizm ma żyć w pełni?1"
 Książka składa się z 17 rozdziałów, które są pełne informacji o tym jaka zdrowa jest zielenina.
  1. Ośmiel się obserwować!
  2. Czego brakowało w surowej diecie?
  3. Jak odżywiają się szympansy
  4. Rewolucja zielonych koktajli
  5. Dlaczego tak trudno polubić zieleninę?
  6. Zielenina – nowa grupa pokarmowa
  7. Bogactwo białka w zieleninie
  8. Błonnik – magiczna gąbka
  9. Zielenina w służbie homeostazy
  10. Znaczenie kwasu żołądkowego
  11. Badanie roseburskie
  12. Zielenina czyni organizm bardziej zasadowym
  13. Zdrowa gleba jest więcej warta niż złoto
  14. Zdrowotne właściwości chlorofilu
  15. Mądrość roślin
  16. Zielenina – podstawowe źródło kwasów omega-3
  17. W hołdzie dr Ann

Victoria Boutenko zaczęła stosować dietę witariańską z powodów zdrowotnych. Jej rodzina (ona, mąż i dzieci) ciężko chorowali. Każde na inne schorzenie. Nie mógł pomóc im żaden lekarz. Aby coś zmienić w swoim życiu państwo Boutenko postanowili zacząć stosować jakąś dietę. Zdecydowali się na surowe warzywa. Po zmianie diety ich stan zdrowia uległ zmianie na lepsze. Autorka nie była jednak pewna, czy w ich diecie czegoś nie brakuje. Okazało się, że zawiera ona wszystko co potrzebne. W końcu małpy- nasi przodkowie nie gotowały sobie mięsnych posiłków.

Skąd pomysł na zielone koktajle? Nasze szczęki są coraz słabsze, nie jesteśmy już przystosowani do przeżuwania twardych rzeczy. Mamy coraz słabsze zarówno zęby jak i dziąsła. Stomatolog autorki radził jej, aby zwracała większą uwagę na swoje uzębienie i bardziej je szanowała, zaczęła na przykład trzeć twardsze warzywa na tarce. Victoria Boutenko postanowiła je miksować. Tak właśnie powstał pomysł zielonych bomb witaminowych w formie koktajli.  Zielenina to nie tylko sałata albo kapusta ale również nać marchewki.

Zielone koktajle nie muszą być trudne do zrobienia ani nudne. Oto przykłady:

Bananowy mniszek
3 szklanki listków mniszka lekarskiego
4 banany
1 limonka ze skórką
3 szklanki wody
Orzeźwienie
6-8 liści sałaty rzymskiej
1/2 średniej wielkości melona
2 szklanki wody

 Letnia rozkosz
6 brzoskwiń
2 garście szpinaku
2 szklanki wody

 Ja chyba niedługo spróbuję. Nie zostanę zapewne fanką surowej zieleniny na co dzień, ale taki koktajl raz na kilka dni na 100% mnie nie zabije :)


Zielony eliksir życia, Victoria Boutenko, Studio Astropsychologii, 2013



Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu  

1.http://www.era-zdrowia.pl/zdrowa-kuchnia/surowa-dieta.html

niedziela, 21 kwietnia 2013

Brzoskwinie dla księdza proboszcza Joanne Harris

Kto kojarzy książkę lub film Czekolada? Kojarzycie? To super. Jeśli polubiliście bohaterów Joanne Harris to teraz możecie spotkać ich ponownie.

Brzoskwinie dla księdza proboszcza to trzecia książka Joanne Harris, której bohaterką jest Vianne Rocher. Główna bohaterka mieszka z córkami Anouk (którą poznaliśmy już czytając Czekoladę) i Rosette oraz Roux w Paryżu. Wydaje się, że wszyscy są szczęśliwi, chociaż czasami, gdy zawieje wiatr, Vianne coś czuje...

Pewnego dnia Vianne dostaje list od nieżyjącej już Armande Voizin. Armande prosi w nim, aby Vianne udała się do miasteczka Lansquenet z którym łączy ją wiele wspomnień- dobrych i złych. Kobieta postanawia spełnić nietypową prośbę swojej przyjaciółki i wybiera się w podróż, która po raz kolejny zmieni jej życie.

Odkąd Vianne wyjechała z  Lansquenet wiele się zmieniło. Chociaż nie ma tam już konfliktów z cyganami, to pojawili się nowi "obcy"- muzułmanie. I tym razem to nie ksiądz Reynaud z nimi walczy i to właśnie on będzie jej głównym sojusznikiem. Wszystko byłoby w miarę w porządku, gdyby nie tajemnicza kobieta, która burzy pokój osiągnięty między starymi i nowymi mieszkańcami. Czy Vianne uda się zażegnać rodzącą się wojnę?

Jestem pod wrażeniem najnowszej książki Joanne Harris. Gdy po nią sięgałam bałam się, że będą to popłuczyny po dobrej pierwszej części. Pomyliłam się i bardzo się z tego cieszę. Czują tą samą magię co kiedyś. Poza tym bardzo stęskniłam się za bohaterami Czekolady i miło było ich ponownie powitać. Vianne tak jak kiedyś urzekła mnie swoim wewnętrznym spokojem, bystrym spojrzeniem oraz magią, którą potrafi wykrzesać nawet z brzoskwiń.

Jeśli ktoś nie czytał Czekolady, niech przygodę z Vianne zacznie od niej. Jeśli jesteście już po lekturze Czekolady to zachęcam do przeczytania Brzoskwiń.


Brzoskwinie dla księdza proboszcza, Joanne Harris,  Prószyński i S-ka, 2013

Za możliwość powrotu do przyjaciół dziękuję wydawnictwu

niedziela, 14 kwietnia 2013

Cud mąki kokosowej Bruce Fife

Do niedawna nie miałam nawet pojęcia, że istnieje coś takiego, jak mąka kokosowa. Mleczko kokosowe- ok. Wiórki też znam. Ale mąka? Okazuje się, że jest. A oprócz tego że sobie istnieje, to jest w dodatku zdrowa. Czy smaczna? Nie wiem, bo jeszcze nie spróbowałam. Na pewno jednak kiedyś to zrobię, bo eksperymenty w kuchni lubię. Szczególnie, gdy mogę dodatkowo coś na tym zyskać (w tym przypadku szczyptę zdrowia).

Nie wiem dlaczego, ale nie mogę żyć bez mąki. Ciasta, kluski, makarony, chleb... gdybym nie mogła jej jeść, coś by mnie trafiło. Od dawna jednak wiadomo, że mąka pszenna ma swoje minusy. Nie działa najlepiej na naszą linię. Gdy tylko mogę staram się ją jakoś zastąpić. Zwykle jest to mąka kukurydziana albo razowa. Teraz dojdzie mi mąka kokosowa, bo z tego, co zdążyłam przeczytać, to powinna zagościć w mojej kuchni. Mąka kokosowa to dar niebios dla osób na diecie bezglutenowej. Chcesz się odchudzać albo zachować smukłą sylwetkę, a lubisz jadać produkty mączne? Trafiłeś na dobry produkt. Mąka kokosowa ma dużo błonnika, a bardzo mało węglowodanów. Pod tym względem kokosowa jest zdrowsza od rzeczy, brokułu, czy szpinaku.

"Doskonałym źródłem wspomagającego zdrowie dietetycznego błonnika jest kokos. Badania sugerują, że orzech ten, a w szczególności zawarty w nim błonnik dietetyczny, może pomóc w zapobieganiu i leczeniu
  • zaparć i biegunek
  • hemoroidów
  • zapalenia wyrostka robaczkowego
  • chorowy uchyłkowej jelit
  • żylaków kończyn dolnych
  • przepukliny rozworu przełykowego
  • kamieni żółciowych
  • zespołu jelita drażliwego
  • zgagi
  • nadwagi
  • chorób serca i zawałów
  • wysokiego poziomu cholesterolu
  • wysokiego ciśnienia krwi
  • cukrzycy"
itd. itd. Samo zdrowie.

Oprócz czystko teoretycznej wiedzy w książce znajdziemy także informacje o tym, jak używać mąki kokosowej, a także dużo przepisów na ciasta, muffinki, ciasteczka i krakersy, placki i szarlotki oraz dania pikantne.

Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię książki o odżywianiu. Chociaż nie zawsze wykorzystuję całą zdobytą wiedzę, to gdzieś w podświadomości pewne informacje mi zostają. Tak będzie i tym razem. Nie stanę się od razu fanką tego rodzaju mąki, nie zacznę zamęczać znajomych informacją o niej, nie polecę do sklepu w celu wykupienia całego jej nakładu. Jednak gdy będę miała okazję, to na 100% coś z niej przyrządzę. Po pierwsze dlatego, żeby sprawdzić, czy jest smacznie, po drugie dlatego, że tak jest zdrowiej. A w dzisiejszych czasach jadamy tyle świństw, że odrobina zdrowia każdemu się przyda.

Cud mąki kokosowej, Bruce Fife, Studio Astropsychologii, 2013

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Studio Astropsychologii

piątek, 12 kwietnia 2013

Płatki na wietrze Virginia C Andrews

Rodzinę Dollangangerów poznaliście już tutaj. Kwiaty na poddaszu zakończyły się na ucieczce rodzeństwa z więzienia jakie zgotowała im własna matka. Uciekają już jednak nie we czwórkę, a we trójkę. Cory umarł. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie przeczytaliście poprzedniej części, to nie będę Wam psuć "niespodzianki". 


Cathy, Chris i Carrie uciekają autobusem. Gdy opuszczają stan w którym mieszkali czują ulgę, lecz coraz bardziej zaczynają się bać. Carrie źle się czuje, jest słaba, wymiotuje. Cathy i Chris podejrzewają co jest przyczyną, lecz nie mogą nic zrobić. Z pomocą przychodzi im niespodziewanie jadąca z nimi niema Murzynka, Henrietta. Wymusza na kierowcy zmianę trasy i "zawozi" ich do swojego pracodawcy, doktora Paula. Chociaż Cathy i Chris śmiertelnie boją się o swoje bezpieczeństwo stopniowo zaczynają ufać lekarzowi- dzięki temu Carrie przeżywa. Jest jednak bardzo słaba, a życie na poddaszu i podawanie trucizny poczyniło nieodwracalne zmiany w jej organizmie.

Dzięki jakimś siłom wyższym Paul proponuje dzieciom gościnę, a one się zgadzają. Zdaje się, że teraz może być już tylko lepiej. Rodzeństwo ma bezpieczny dom, opiekę lekarską. Cathy może zacząć chodzić na lekcje baletu, a Chris uczyć się. Wszystko, aby spełnić swoje marzenia. Tylko Carrie ciągle jest nieszczęśliwa. Nie ma przyjaciół, przez swój wygląd jest odpychana. Cathy przeżywa nawet swoją pierwszą (?) miłość, a później drugą. I nie jest w stanie zdecydować na kim zależy jej bardziej. Obok ciągle znajduje się Chris, który chyba tylko Cathy jest w stanie kochać. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów?

Trudno jest opisywać książkę nie ujawniając jej treści, nie psując innym przyjemności odkrywania losów bohaterów. A jest co odkrywać. Naprawdę..

Już Kwiaty na poddaszu mnie zafascynowały i naprawdę wciągnęły. Płatki na wietrze trzymają poziom poprzedniej części.  Książka ma akcję, jest dopracowany pomysł, są wyraziści bohaterowie. Wreszcie są tajemnice, mroczna przeszłość, następne problemy. Virginia C Andrews trzyma poziom. Nie zniechęciła się, nie starała się odcinać kuponów od poprzedniej części. Miała nowe pomysły, nie zapomniała jednak o tym, co napisała wcześniej. Naprawdę cudo.

Mimo tego, że tematyka nadal należy do trudnych, książka jest cudowna i świetnie się ją czyta. To takie książki powinny być lekturami. Jest w niej wszystko, z czym człowiek może się zetknąć. Nie ma za to patosu, zdrowasiek, mesjanizmu.


p.s. Obejrzałam film Kwiaty na poddaszu. Był tak słaby, że chyba nawet nie napiszę recenzji.



Płatki na wietrze, Virginia C Andrews, Świat Książki, 2012


Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki

sobota, 6 kwietnia 2013

Poradnik pozytywnego myślenia Matthew Quick

Są takie chwile, gdy każdemu przydałby się taki poradnik pozytywnego myślenia, który poradnikiem nie jest. Jest jednak książką w gruncie rzeczy pozytywną, chociaż zdałam sobie z tego sprawę dopiero po skończonej lekturze. Czytając książkę Matthew Quick miałam swoje wzloty i upadki. Były chwile, gdy myślałam, że nie dam rady. Jednak dałam. I nie żałuję. A dlaczego?

Podobno życie to nie film. Nie wszyscy są jednak tego zdania. Jednym z nich jest Pat, facet, który właśnie wychodzi ze "złego miejsca", czyli z czubków, domu wariatów lub psychiatryka- jak kto woli. Główny bohater ma przed sobą kilka zadań.
1. Odzyskać Nikki, swoją ukochaną żonę
2. Odzyskać formę
3. Być miłym
4. Czytać książki




Pat, dzięki pomocy matki wychodzi z psychiatryka (j.w.) i wraca do rodzinnego domu. Musi się teraz bardzo pilnować, aby znów nie trafić do złego miejsca. Musi też pracować nad sobą (ciało i umysł). Wszystko po co, aby skończyć rozłąkę z Nikki. W końcu wszystko musi się kończyć happy endem, prawda?

Nie wiadomo dlaczego, ale nikt nie chce rozmawiać z Patem o przeszłości. O tym, ile lat spędził w wariatkowie dowiaduje się przypadkiem, brat ukrywa przez nim szczegóły ze swojego życia, ojciec z nim nie rozmawia. Tylko dr Cliff potrafi z nim normalnie rozmawiać. Jakby tego było mało, w jego życiu pojawia się dziwna i natrętna Tiffany, która psuje harmonię codzienności. Czy Pat odzyska dawne życie?

Na początku książka wydawała mi się dziwna i zastanawiałam się, czym ci wszyscy ludzie się podniecają. Hit kinowy? Ciekawe dlaczego. W końcu to jakaś nudna historia! Jednak w czasie czytania kolejnych kartek uświadamiałam coś sobie. To jest naprawdę książka o życiu. O tym, że nie zawsze jest kolorowo (czasami może coś nas trafić), o tym, że rodzice i znajomi nie zawsze nas rozumieją i nie zawsze wiedzą co jest dla nas najlepsze, o tym, że czasami to zupełnie obcy ludzie są w stanie nas rozszyfrować i nam pomóc.

Walka Pata z samym sobą, jego wielogodzinne treningi mające na celu zaimponowanie Nikki, to, że zaczął czytać książki (Nikki byłaby dumna), aby już nikt nie mógł się z niego śmiać, to, że starał się być miłym dla innych (Nikki by to pochwaliła) sprawiło, że nabrałam do niego szacunku. Szacunku za to, że się stara, chce wyjść na prostą, choć tak naprawdę nie wie gdzie jest ta prosta, na jakim zakręcie się znajduje, ani w jaki sposób na zakręcie się znalazł. Bo problemem Pata jest również to, że nie pamięta dlaczego znalazł się w złym miejscu.

Matthew Quick zrobił coś bardzo fajnego. Opowiedział w ciekawy i lekki sposób o poważnej chorobie, która jest bardziej tabu niż upośledzenie umysłowe, gwałt czy śmierć. Nikt nie lubi rozmawiać o wariatach i/lub z wariatami. Niby są, ale tak jakby ich nie było. Depresja? Manie? Problemy ze sobą? Wymyślasz sobie, przesadzasz. Masz zły okres to wszystko. Bagatelizujemy problem, ponieważ nie jest widoczny, nie wybija się, a wariatami nazywamy babkę spod 3 która rozmawia z kotami. A choroba psychiczna to nie marginalny problem szczególnie w naszych czasach. Matthew Quick pokazał jak wygląda choroba z punktu widzenia zarówno chorego jak i jego otoczenia. Dlatego też Poradnik pozytywnego myślenia naprawdę jest poradnikiem pozytywnego myślenia. Myślmy pozytywnie. Może i na nas czeka happy end (często nie taki jakiego oczekujemy)?

Poradnik pozytywnego myślenia,  Matthew Quick, wydawnictwo Otwarte, 2013


Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Życie na później Marta Rivera De La Cruz




Victoria Solano przyjeżdża z Nowego Jorku do Madrytu na pogrzeb swojego przyjaciela ze studiów-  Jana. Bohaterka nie może w to uwierzyć. Kiedyś, przed laty byli oni nierozłączni. Wszyscy myśleli, że są parą, ukrywają swoje łóżkowe spotkania pod maską przyjaźni. Oni jednak przyjaźnili się naprawdę. Byli sobie bliscy, wiedzieli o sobie wszystko, zachowywali się jak małżeństwo. Chociaż z biegiem czasu trochę się od siebie oddalili, Jan spotkał "kobietę swojego życia", urodziła mu się córka, później poznał drugą "kobietę swojego życia". Victoria natomiast została żoną przystojnego i majętnego człowieka, żyła w Nowym Jorku jak pączek w maśle. Mimo wszystko tylko z Janem łączyło ją coś wyjątkowego. A Jana z nią.







Po przyjeździe do Madrytu Victoria nie może się pozbierać. Nie potrafi uwierzyć, że to wszystko się skończyło. Nieskora do okazywania uczuć i pchania się w czyjeś życie z butami zamierza zaraz po pogrzebie wyjechać z mężem do Ameryki. Wszystko się zmienia, gdy dostaje list, który Jan napisał kilka miesięcy przed śmiercią. Prosi ją w nim, aby Victoria zaopiekowała się jego rodziną. Aby pogodziła córkę z macochą i obdarzyła je miłością i zrozumieniem. Jak to tak?! Nie dość, że Jan nic jej nie powiedział o swojej chorobie, to jeszcze ma czelność prosić ją o pozostanie w Madrycie? Przecież ona ma już swoje życie i swój dom. Przyjaźń jest jednak ważniejsza i Victoria postanawia spróbować spełnić jego życzenie. W jaki sposób jej się to uda? Swój mały udział będzie miała w tym Greta Garbo...


Jak dla mnie, Życie na później to historia taka sobie. Ani dobra, ani zła. Niczym mnie nie zaskoczyła, a wątek z wielką Gretą jest dla mnie trochę naciągany. Jedyną nitką, która trzymała mnie przy książce był wątek przyjaźni Victorii i Jana, chociaż przeczuwałam, że będzie taki jakim był.
Samą książkę czyta się dość dobrze, narracja nie powala, ale też nie dobija. Myślę, że głównym problemem była ciągnąca się jak muchy w smole akcja. Gdyby była bardziej dynamiczna, to miałabym więcej radości z czytania książki. A tak... jakoś mi się to wszystko dłużyło, jak na nudnawym filmie w telewizji. Do książki raczej nie wrócę, wątpię też, że sięgnę po następne książki tej autorki.


Życie na później, Marta Rivera De La Cruz, Prószyński i S-ka, 2013



niedziela, 31 marca 2013

Apteka dobrego samopoczucia Ziołolecznictwo dla kobiet Sassa Marosi

„Apteka dobrego samopoczucia uczy praktycznego stosowania ziół przy bólach menstruacyjnych, w okresie ciąży, karmienia piersią czy osłabienia organizmu. W książce znajdują się również wskazówki, jakie zioła stosować na kaszel i przeziębienie oraz w co powinna być wyposażona domowa apteczka”

I faktycznie tak jest. W książce znajdziemy dużo ciekawych informacji o których szczególnie kobiety powinny wiedzieć, a w niewielu miejscach można znaleźć takie informacje.

Książka Apteka dobrego samopoczucia składa się z czterech rozdziałów.
I. Uzdrowicielki/znachorki 
 W tym rozdziale znajdziemy informacje na temat ziół, które poprawią nasze samopoczucie, oczyszczą nasz organizm, odtrują do, zapewnią nam spokojny sen i nocny wypoczynek. Jeśli mamy problemy z odpornością, często łapie nas przeziębienie, kaszel, mamy problemy z żołądkiem- w tym rozdziale znajdziemy informacje o ziołach, które sprawią, że łatwiej będzie się nam wyleczyć lub zapobiec niepożądanym efektom.

 II Akuszerki/położne 
Ten rozdział poświęcony jest ziołom tylko lub głównie dla kobiet. Szczególnie dla tych, które karmią piersią, są w ciąży lub mają trudne i bolesne miesiączki.

III Zielarki
To taki mały kurs magii. W rozdziale o zielarkach znajdziemy informacje o legendarnych ziołach czarodziejskich (skąd, po co i jak), magicznych maściach z ziół oraz o ziołach psiankowatych
"Niektóre gatunki są uprawiane jako warzywa, np. ziemniak, pomidor. Wiele gatunków jest silnie trujących, a jednocześnie cenionych w lecznictwie. Niektóre gatunki są uprawiane jako używki, np. tytoń szlachetny"1

Tyle o teorii. A jak jest w praktyce?

Książka Apteka dobrego samopoczucia bazuje na farmakognozji. 
"Farmakognozja jest dziedziną wiedzy przyrodniczej, wchodzącej w zakres nauk farmaceutycznych, zajmującą się surowcami naturalnymi i ich składnikami chemicznymi, które wykazują właściwości biologiczne mające zastosowanie w lecznictwie."2

Ziołolecznictwo dla kobiet to książka o roślinach, które szczególnie oddziałują na żeński organizm.

„Mitologia germańska podaje, że bóg Odyn, wyruszając na poszukiwanie ziół leczniczych, przebrał się za kobietę, gdyż wkraczał na teren tajemnej kobiecej wiedzy”.
W książce znajdziemy przepisy na herbatki, kąpiele, olejki,  wytłumaczenie jakie zioło w jaki sposób działa na organizm. Co ważne, w książce znajdziemy wyraźnie zaznaczone informacje, które zioła mogą nam zaszkodzić w szczególnych okresach jak ciąża czy karmienie piersią. Niewiele osób wie, że niektóre rośliny mają działanie poronne. Warto to wiedzieć gdy jesteśmy w ciąży, a przeziębienie chcemy leczyć herbatkami zamiast antybiotykiem.

Jakie zioła na nas działają? Czujesz, że potrzebujesz oczyszczenia i odtrucia organizmu? Specjalnie dla Ciebie, pod Twoim oknem może rosnąć:  wilżyna, jałowiec, nagietek, perz, brusznica, mniszek, pietruszka, mącznica, brzoza, ostropest, pokrzywa. Czy znałaś je wszystkie?
Potrzebujesz snu i wypoczynku? Zaufaj takim ziołom jak lawenda, chmiel, kozłek, dziurawiec, melisa
Chcesz wzmocnić swój organizm? Pomoże Ci w tym: dziewanna, prawoślaz, imbir, kwiat lipy, szałwia, głóg, rozmaryn, tymianek, dzika róża
Jesteś ciekawa, za posiadanie jakich ziół nazywano kogoś czarownicą? Były to między innymi: szałwia, mandragora, jemioła, pokrzyk wilcza jagoda, lulek czarny, buławinka czerwona.

Przykładowe opis ziela:
Korzeń pochrzyny
Stosuje się: korzeń
występujeL ameryka północna
czas zbioru: jesienią
główne związki: sapominy, steroidalne, fitosterole, alkaloidy, garbniki, skrobia
działanie: spazmolityczne, przeciwzapalne, przeciwbólowe, antyreumatyczne, napotne, moczopędne jako progesteron, przy stanach zapalnych jajników i macicy, dolegliwościach związanych z klimakterium, bólach menstruacyjnych i porodowych
Uwaga: przeciwwskazany w czasie ciąży
Apteka dobrego samopoczucia Ziołolecznictwo dla kobiet, Sassa Marosi, wydawnictwo M

Za książkę dziękuję



 
1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Psiankowate

2. http://www.farmakognozja.farmacja.pl/far_gnoz.html

piątek, 22 marca 2013

Królowa Śniegu Hans Christian Andersen

"Pośród wielkiego miasta, gdzie jest tyle domów i tyle ludzi, że nie ma dość miejsca, aby każdy miał swój mały ogródek, i dlatego większości ludzi musi wystarczyć doniczka z kwiatami, mieszkało dwoje biednych dzieci, które miały jednak ogród trochę większy niż doniczka. Nie byli bratem i siostrą, ale kochali się jak rodzeństwo. Ich rodzice mieszkali w dwóch domach, przedzielonych wąską uliczką, w dwóch izdebkach na poddaszu; dachy domów stykały się prawie ze sobą; tuż obok rynny w każdym domu widniało małe okienko, wystarczyło tylko przeskoczyć przez rynnę i już można było przejść z jednego okna do drugiego.
[...]



W zimie kończyła się ta przyjemność, okna były często zupełnie zamarznięte; ale wtedy dzieci ogrzewały przy piecu miedziaki i przykładały je do zamarzniętych szyb, tak że robiła się świetna dziurka do patrzenia, taka okrągła, okrągła; przez tę dziurkę patrzało kochane, miłe oko, przy każdym oknie jedno; byli to chłopczyk i dziewczynka. Chłopczyk nazywał się Kay, a dziewczynka Gerda. W lecie wystarczył jeden krok, i już byli razem, ale w zimie musieli wchodzić na tyle schodów i schodzić z tylu schodów, a na dworze padał śnieg."

Pamiętacie bajkę "Królowa śniegu"? Ja szczerze mówiąc już zapomniałam jej treść. Pamiętałam, że był Kay i była Gerda i oczywiście zła Królowa, ale poza tym nie pamiętałam niczego. Czasami miło jest wrócić do starych pięknych czasów dzieciństwa, gdy głównym problemem był wybór bajki na dobranoc. Podobno cała Polska czyta dzieciom. Czytam i ja. Chwilowo sobie, ale jak każdy jestem czasem dzieckiem, więc czytając sobie od czasu do czasu bajki czuję się usprawiedliwiona. Tym razem do czasów dzieciństwa wróciłam dzięki wydawnictwu M. I bardzo się z tego cieszę. Nie tylko z tego, że mogłam sobie przeczytać tę bajkę (bo można ją znaleźć w kilku wersjach na różnych stronach) ale dlatego, że moja biblioteczka wzbogaciła się w przepiękne wydanie bajki, które kiedyś z radością będzie czytać moje dziecko. Takich wydań bajek już nie tworzą. Albo są tworzone bardzo rzadko, bo kto by się w książeczce dla dzieci przejmował twardą okładką, grubym śliskim papierem i przepięknymi ilustracjami. Przecież dziecko w kilka minut książkę upaćka czekoladą, zostawi ślady swojego uzębienia i obślini. A jednak gdybym miała do wyboru kilka wydań książki, to w miarę możliwości wybrałabym to ładne i trwałe. Taka właśnie jest ta książka. W twardej oprawie, z pięknymi ilustracjami Vladyslava Yerko (tu można obejrzeć próbkę jest twórczości), wydrukowanej na porządnej jakości papierze. Aż miło się ją czyta.

Całej treści bajki opowiadać nie będę, bo ogólny zarys zna każdy, a kto, tak jak ja, nie pamięta szczegółów powinien wrócić na chwilę do lat młodości i odświeżyć nieco swoją znajomości literatury dla najmłodszych.

W książkach dla najmłodszych uwielbiam prostotę przekazu. Przyjaciele Kay i Gerda żyli sobie szczęśliwi do dla, w którym do oka Kaya nie wpadł odłamek zwierciadła, który zmienił jego sposób patrzenia na świat. Z grzecznego i miłego chłopca Kay zmienił się okrutnego bachora. Jakby tego było mało zaufał pięknej, acz obcej kobiecie i odjechał z nią. Gerda, jako wierna przyjaciółka, nie bacząc na czyhające na nią niebezpieczeństwa wyrusza na poszukiwania przyjaciela...

W takich bajkach zawarte jest wszystko co najważniejsze dla dzieci i tak naprawdę i dla dorosłych, choć w zupełnie innym świecie, oddartym z niewinności, często o tym zapominamy.



Królowa Śniegu, Hans Christian Andersen, wydawnictwo M, 2012

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu