sobota, 13 sierpnia 2011

500 Days of Summer - 500 dni bezsensu


Komedie i romanse, a do nich zalicza się 500 days of Summer lub jak kto woli 500 dni miłości, powinny być śmieszne i o miłości. Czy ten film spełnia wymagania gatunkowe?
 
Typowy nieudacznik- Tom Hansen w czasie pracy, która nie daje i nigdy nie dawała mu satysfakcji, poznaje przeciętną i niemodnie ubraną Summer Finn i z miejsca się w niej zakochuje. Dni mijają im raz lepiej, raz gorzej, ale są ze sobą. A potem nie są. A potem są, a potem znów nie. Nie, nie nałykałam się tabletek. Twórcy filmu, chcąc osiągnąć coś fajnego, zaczęli skakać po linii czasowej historii. Raz oglądaliśmy 456 dzień związku, a zaraz potem 4. i tak w kółko. Niby fajnie, ale coś mi nie grało. Jakoś w ogóle coś mi w tym filmie nie gra. Może to przez Josepha Levitta, który grał jakby miał zatwardzenie? Nie wiem. Film oglądałam dwa razy w dużych odstępach czasu, bo myślałam, że miałam zwyczajnie gorszy dzień. Ale, niestety, nie. W filmie coś nie gra.




Faktem jest to, co na początku mówi lektor: to nie jest film o miłości. Więc o czym? hmmm. O nieudaczniku, który siedzi w pracy której nienawidzi, o facecie, który powinien się iść leczyć, bo chorą miłość się leczy, o gościu, który zaczął się bawić w dom w Ikei i myślał, że naprawdę tak będzie. O trochę zakręconej dziewczynie,  która lubi się bawić, ma swoje humory i zapowiedziała nieudacznikowi, że nie szuka związku na stałe. Jak można przez 500 dni przeżywać jak mrówka okres? Wiem, że miłość nie wybiera itd,  ale...  No albo najpierw przez rok przeżywa jak mrówka okres swój piękny związek, a później przez kolejne ok 100 dni rozpamiętuje wszystko i zastanawia się (z pomocą 12 latki(?) i dwóch facetów, których nawet kijem bym nie tknęła) dlaczego jego związek się rozpadł.




Żeby nie tylko jeździć po filmie, ale znaleźć również jego plusy: Jest to idealna pozycja dla ludzi w dobrym humorze (tym z depresją nie polecam). Na uwagę zasługuje też fajna muzyka. Ścieżka dźwiękowa naprawdę im się udała. Jeśli ktoś lubi kino niezależne, to też powinien na ten film zwrócić uwagę, bo on jest chyba na pograniczu niezależności i komercji. Myślę, że gdyby nie główny bohater, to 500 dni miłości byłby godny polecenia (swoją drogą, jak można tak głupio przetłumaczyć film?!?), to skakanie czasowe jest fajnym pomysłem, ale niestety nie w tym wykonaniu






Tytuł polski: 500 dni miłości
Tytuł oryginalny: (500) Days of Summer
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Rok: 2009
W rolach głównych:  Zooey Deschanel, Joseph Gordon-Levitt, Geoffrey Arend
produkcja:USA
gatunek:Dramat, Komedia, Romans

czwartek, 11 sierpnia 2011

Heather Graham, Noc morze i gwiazdy - Raj tropików

Romansidła idealnie nadają się na lekturę w pochmurne dni. Tak więc otulcie się w ciepły kocyk, zaparzcie ulubioną herbatę i zanurzcie się w historii, która mogłaby się wydarzyć naprawdę.

Czy można wyobrazić sobie coś bardziej romantycznego, niż piękną kobietę i przystojnego mężczyznę, którzy wyszli cało z katastrofy lotniczej i zostali uwięzieni na malowniczej wysepce pośrodku oceanu? Bohaterowie książki Heather Graham „Noc, morze i gwiazdy” bez problemu mogliby wymyślić dla siebie coś bardziej ekscytującego.

Sky Delaney, młodej projektantce wracającej właśnie z podróży służbowej, nie mogło zdarzyć się nic gorszego. Utknęła na kompletnym tzw. zadupiu (bez ubrań na zmianę, szczotki do włosów, czy szczoteczki do zębów) z chamem i gburem w jednym. Jakby tego było mało, podczas ucieczki z samolotu skręciła kostkę. Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak. Kyle Jagger, jej jedyny towarzysz na pustkowiu, nie dość, że jest impertynentem i chamem, to na dodatek jest niesamowicie przystojny…

Jak można się domyślić, między bohaterami zaczyna iskrzyć. Niestety, jest to bardziej zwierzęcy instynkt, niż głębokie uczucie. Kyle zostawił na lądzie (prawie) byłą żonę i syna, Sky- narzeczonego. Pomimo wyrzutów sumienia, nieokrzesany Kyle coraz bardziej rozpala umysł i ciało Sky.

Zawsze mi się wydawało, że jeśli romans, to musi być płytki. Okazuje się, że nie zawsze. Heather Graham potrafi pisać tak fajnie, że nawet historia, którą można znaleźć w co trzecim romansidle, może wydać się ciekawa. Być może to dlatego, że autorka potrafi dobrze scharakteryzować bohaterów. Zarówno Kyle, jak i Sky mają swoją przeszłość, uczucia, troski, przemyślenia. Nie są to bezmyślne postaci, które mają za zadanie spotkać się, pokochać i spłodzić dziecko na końcu książki. Graham musiała się trochę nad nimi pogłowić. Na uwagę zasługują również wątki poboczne, głównie rodzinne tajemnice obojga bohaterów. Każde z nich przeżyło już trochę i te przeżycia odcisnęły na nich swoje piętno.

Książkę Heather Graham czyta się bardzo szybko. Autorka nie zanudza nas bezsensownymi opisami, które nic nie wnoszą do lektury, ma bardzo przyjemny styl, a akcja toczy się na tyle szybko, że książka mogłaby posłużyć za scenariusz amerykańskiego filmu o rozbitkach.

07/10

Heather Graham, Noc, morze i gwiazdy, G+J,  2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

niedziela, 7 sierpnia 2011

Wyznania zakupoholiczki - Dziewczyna w zielonym szaliku

Becky Bloomwood, amerykańska dziewczyna jakich wiele. W dzieciństwie wyśmiewana przez rówieśników z powodu brzydkich ubrań z przeceny. Od 14 roku życia marząca o pracy w prestiżowym magazynie o modzie.
 
W wyniku swojej głupoty i ignorancji dostaje jednak pracę w Successful Savings magazynie o tematyce finansów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Rebecca Bloomwood to zakupohiliczka, której karty kredytowe błagają o litość, od roku ściga ją komornik, a szafy wprost uginają się od ubrań, których nigdy bohaterka nawet nie przymierzyła. O dziwo, dziewczę odnosi sukcesy. Widocznie aby dotrzeć do osób, które potrzebują numeru telefonu typu 0700sukieka, potrzebna jest równie pusta i głupia osoba. Jak można pisać o finansach biorąc za przykład zakłamany skład ciuchów? Oj można, można… Gdy poznacie Becky zaczniecie się zastanawiać jakim cudem ona żyje. Naprawdę dziewczyna jest przeciwieństwem wszystkiego co normalne. Jest w tym duży plus. Każda z nas może sobie powiedzieć: „ to co, że jest całkiem ładna i ma fajne ubrania skoro nie potrafi przejść obok sklepu nie kupując czegoś, jest samotna, głupiutka, mówiłam już głupia?”. Pomimo to jest w niej coś… może dlatego, że oglądając ją wiemy, że jesteśmy mądrzejsze?  Główną bohaterką idealne charakteryzuje coś, co powiedziała na spotkaniu anonimowych zakupoholików: „Cześć wszystkim nazywam się Rebecca Bloomwood. Przyszłam tu właściwie aby wyświadczyć mojej przyjaciółce przysługę… Mam na myśli, że lubię zakupy czy coś w tym złego? Znaczy w historii jest dużo zabawy… Doświadczenia są zabawne bla bla.. To piękne.. Te lśniące siatki, nowe kosmetyki, ten zapach kolejnych włoskich butów. To uczucie gdy łapiesz swoją VISĘ aby udowodnić, że to wszystko zależy do Ciebie!...”

Ponieważ to komedia romantyczna, musi pojawić się wątek miłości. A jakże. Jest. Z tym, że oparty całkowicie na kłamstwach Becky.



Dla kogo? Dla dziewczyn oczywiście. Zarówno tych w dobrych nastrojach, jak i tych w depresji. Patrzenie na życiowych nieudaczników i idiotów jest dobre na każdy humor.

Kiedy? O każdej porze dnia i nocy. Na takie filmy nie ma odpowiedniej pory dnia. Głupota innych jest idealna zawsze i wszędzie.



Podsumowując film w jednym zdaniu: komedia romantyczna o głupiej dziewczynie, która pod wpływem miłości, przyjaźni i wyrzutów sumienia postanawia się zmienić i jej się to udaje.



Taki głupiutki i trochę idealistyczny film, ale wart obejrzenia :)

P.S. Nie oglądajcie tego z facetami. I tak nie zrozumieją ;)





Tytuł polski: Wyznania zakupoholiczki
Tytuł oryginalny: Confessions of a Shopaholic
Scenariusz: P.J. Hogan
Rok: 2009
W rolach głównych:  Isla Fisher, Krysten Ritter, Hugh Dancy
Na podstawie powieści Sophie Kinsella
produkcja:USA
gatunek:Komedia romantyczna


piątek, 5 sierpnia 2011

Rafał Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna zapis choroby - Michnik- historia prawdziwa?

Czasami warto odejść na chwilę od lektur lekkich i przyjemnych i poświęcić trochę czasu lekturom trudnym. Nawet takim, po których możemy dostać migreny lub kaca moralnego

Rafał Ziemkiewicz. Człowiek znany, inteligentny, nagradzany (laureat nagrody Kisiela). Czy taki człowiek mógłby pojechać na swojej opinii i napisać książkę, w której roiłoby się od kłamstw? Czy byłby w stanie narażać się na ciąganie po salach sądowych z powodu oszczerstw?

Po „Michnikowszczyznę zapis choroby” sięgnęłam chętnie, choć z obawami. Wszak to nie to samo, co romansidło, czy obyczajówka. To książka dość trudna, szczególnie dla osób, które z wydarzeń końcówki lat 80tych, początku 90tych pamiętają głównie gumy do żucia i zabawki. Nie należę do patriotów: nie śledzę z zaangażowaniem losów naszego kraju, nie zaczytuję się w historii Polski. Nie można mnie jednak nazwać ignorantką. Wiem, ogólnie, co się dzieje i znam (lepiej lub gorzej) najnowszą historię kraju.

Michnik zawsze kojarzył mi się z wolnomyślicielem, człowiekiem, który zaprowadził najważniejsze zmiany w naszym, moim kraju. Wiem, że każdy ma coś za uszami i nikt święty się nie rodzi, ale akurat do Adama Michnika nigdy nic nie miałam.

Rafał Ziemkiewicz pokazuje Michnika z całkowicie innej strony. Nie bałabym się nawet nazwać jego idei obrazoburczymi (i myślę, że autor chyba by się za to określenie nie obraził). W końcu miał czelność wystąpić przeciwko osobie, która cieszy się powszechnym szacunkiem, a michnikowszczyna stała się cytując bohatera „Misia” Barei  „nową świecką tradycją”.

Gdy babcie będące wyznawczyniami pewnego ojca Tadeusza mówiły o Michniku jak najgorsze rzeczy, zawsze stawałam w jego obronie. Widocznie nie tylko ja: „pokolenie moich rodziców: u progu III RP zachłysnęli się dyskursem o wolności i demokracji narzuconym przez „Gazetę Wyborczą”. Do nich już nic nie dotrze. Oni kochają Michnika”. Cóż. Ja wprawdzie go nie kocham, ale do tej pory uważałam, że facet dobrze mówi.

Czy jednak? Jeśli wczytamy się dobrze w tekst Rafała Ziemkiewicza zauważymy, a autor nam to jeszcze ładnie palcem pokaże, że Adam Michnik plątał się przez wiele lat w zeznaniach. Zarówno jako autor tekstów jak i jako poseł… więc jak jest  naprawdę? Działacz polityczny, obrońca Solidarności, historyk, organizator antykomunistycznej opozycji, czy też zręczny i w miarę inteligentny gracz, który zaplątał się w tym wszystkim?

Z książką mam dwa zasadnicze problemy: po pierwsze papier zniesie wszystko, a nie od dziś wiadomo, że odpowiednio ułożone zdania pokażą dokładnie to, o co autorowi chodzi. Nie wierzę też, że ktoś po przeczytaniu lektury poleci do biblioteki miejskiej i prześledzi całe archiwum „Wyborczej” w celu porównania słów i dat.
Sprawa druga: patronaty: „Gazeta Polska” i „Rzeczpospolita”. Jakby nie patrzeć przeciwnicy „Wyborczej”

Po przeczytaniu książki nie zmądrzałam, co najwyżej nabawiłam się długotrwałej migreny. Nie mówię, tekst autora zrobił na mnie wrażenie, ale… No właśnie. Ale nie wiem czy zmienię nastawienie.

Oceny pozycji nie będzie. Nie mogę z czystym sumieniem polecić albo odradzić lekturę „Michnikowszczyzny”, nie mogę też powiedzieć, czy pozycja ta to arcydzieło czy chłam.

Książkę pozostawiam bez wyraźnych wskazań na to, czy warto po nią sięgnąć czy też nie. Decyzja należy całkowicie do Was, ponieważ ja mam za duży chaos w głowie.

5/10

Rafał Ziemkiewicz, Michnikowszczyzna zapis choroby, Fabryka Słów, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

wtorek, 2 sierpnia 2011

Woda dla słoni, Sara Gruen - Życie to najbardziej spektakularne widowisko na Ziemi

Często czytając prawdziwe historie nie możemy uwierzyć w ich prawdziwość i wydaje się nam, że to fikcja. Rzadziej, że czytając zmyśloną historię mamy wrażenie, że to mogło wydarzyć się naprawdę.
Tytuł recenzji, to tak naprawdę podtytuł książki. Oddaje on jednak idealnie to, co można by w jednym zdaniu napisać o powieści Sary Gruen. „Woda dla słoni” pokazuje, że na świecie nie ma nic bardziej zaskakującego i spektakularnego niż ludzkie życie.

Głównym bohaterem jest Jakob Jankowski, student weterynarii polskiego pochodzenia mieszkający w USA. Po tragicznej śmierci rodziców dowiaduje się, że jego ojciec, również weterynarz od dawna przyjmował zapłatę za leczenie w naturze, a dodatkowo rodzice Jakoba, aby opłacić jego studia wzięli kredyt pod hipotekę ich domu i nie spłacali go. Chłopakowi nie pozostaje nic innego jak tylko zabrać kilka swoich rzeczy i się wyprowadzić. Z radosnego i myślącego o seksie chłopaka z dnia na dzień Jakob musi stać się odpowiedzialny. Chociaż od ukończenia studiów i uzyskania dyplomu dzieli go tylko egzamin, bohater wychodzi z niego i wyrusza w świat.

Tutaj właśnie zaczyna się niesamowita historia. Jakob przypadkiem wskakuje do pociągu którym jedzie trupa cyrkowa. Dzięki swojej wiedzy o zwierzętach, właściciel chylącego się ku bankructwu przybytku zatrudnia chłopaka… Co dalej? Przeczytajcie, a na pewno nie pożałujecie. Mogę tylko dodać, że w życiu Jakoba pojawi się piękna Marlena, a całą historię opowiada stary Jakob żyjący w domu starców.

Dla kogo książka? Dla wszystkich bez wyjątku: dużych i małych, mężczyzn i kobiet. Nie jest to romansidło. To raczej połączenie powieści obyczajowej z przygodową, więc panowie również powinny się dobrze bawić przy lekturze. Ze względu na brak niechlujstwa jest idealna do czytania zarówno po kilka minut w autobusach (nie zapomnimy o czym czytaliśmy i nie będziemy mieć problemów z powrotem do wątku), jak i kilkugodzinnych podróży, ponieważ akcja wciąga jak rwący potok, więc się nie znudzimy opowieścią.

„Woda dla słoni” ma dla mnie jeden minus. Zanim przeczytałam książkę widziałam film. Przez to nie mogę się opędzić od echa koszmarnego polskiego w ustach aktorów i Jakoba z gębą Pattisona. A tak miałam ochotę wyobrazić sobie przystojnego Jakoba… I  nic. Siła filmu zwyciężyła. Poza tymi drobnymi mankamentami, które nie leżą po stronie książki byłam wniebowzięta, więc ze spokojnym sumieniem mogę dodać Wodę dla słoni do swojej biblioteczki

09/10

Woda dla słoni, Sara Gruen, Rebis, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl

sobota, 23 lipca 2011

Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander - (nie)Zwykłe życie …

Czyli o tym, czy Szkoci to ciekawy i interesujący naród, czy też taki, jaki znamy z kawałów o Szkotach.
Według The Times’a „książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę”. Czy faktycznie?

Wierni czytelnicy książek Smitha doczekali się trzeciego tomu serii „44 Scotland Street”. Życie bohaterów z którymi bardzo łatwo się zżyć zmieniło się ostatnimi czasy. Domenica wyjechała prowadzić badania na drugim końcu świata, Bruce postanowił przeprowadzić się do Londynu, Pat rozpoczęła studia, Matthew usiłuje sobie poradzić z dużą sumą pieniędzy. 

Brzmi trochę jak telenowela, prawda? Gdy przeczytałam pierwszy „rozdział” pod tytułem „Co zdarzyło się do tej pory” miałam mieszane uczucia. Po pierwsze nie byłam pewna, czy uda mi się zaprzyjaźnić z bohaterami książki skoro poznałam ich dopiero teraz, po drugie czułam się trochę jak nowa sąsiadka na przyjęciu starych przyjaciół. Czułam się sztucznie i obco, nie wiedziałam jak ustosunkować się do nowinek, które zaczęły mnie dosłownie torpedować z każdej strony.

Potem było o wiele lepiej. Szybko przyzwyczaiłam się do mieszkańców Scotland Street i choć nadal czułam, że jestem nowa, zaaklimatyzowałam się. Nie wiem dlaczego, ale ze wszystkich bohaterów najbardziej polubiłam Irene- kobietę, którą w rzeczywistości chyba bym zagryzła. Autor tak wspaniale stworzył Irene, że nie mogłam się oprzeć jej „urokowi”. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia dlaczego.

Tego, co zdążyło się w książce opowiadać nie będę. Po pierwsze zapewne pominęłabym najważniejsze, bo nadal od mnogości wątków i kolorytu postaci czuję się trochę zakręcona, po drugie wiem, że gdybym była wierną czytelniczką to za spoilery bym pogryzła, a gdybym zaczynała dopiero przygodę ze Smithem to niewiele by mi to dało.

Niemniej jednak książka wydaje się bardzo fajna. To takie połączenie sielanki z fraszką i odrobiną autoironii. Gdy czytałam o dylematach Matthew w sklepach z ubraniami miałam przed oczyma Szkota z kawału który przestał się jąkać gdy dowiedział się o cenach rozmów z Londynem. A Matthew? Nie wiedząc co zrobić z pieniędzmi kupował w sklepie wszystko, co wpadło mu w oko. Jak dla mnie, całkowicie zakręcone.

The Times miał rację, choć często tak dobre recenzje są mocno przesadzone. Książka idealnie nadaje się jako lekarstwo na chandrę. Radzę tylko nie popełniać mojego błędu i zaprzyjaźnić się z mieszkańcami Scotland Street zaczynając lekturę od tomu pierwszego.

07/10

Miłość buja nad Szkocją, Mccall Smith Alexander, Wydawnictwo MUZA, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 18 lipca 2011

Nora Roberts, Wzburzone fale - Miłość ponad wszystko


Jeśli nie macie ochoty na optymistyczną wakacyjną lekturę, z której dowiecie się, jak piękne może być bezinteresowne postępowanie, nie sięgajcie po tę książkę.
Nie wiem dlaczego, ale wszystkie książki Nory Roberts są ciekawe. Zarówno łzawe romansidła jak i kryminały. „Wzburzone fale” to kolejna udana książka tej autorki. Nora Roberts powieści ma na swoim koncie ponad 200. A każda, którą czytałam zwyczajnie, choć bez fajerwerków, mi się spodobała. Książki Nory Roberts należą do tych, które mają być lekkie i przyjemne. Taka są właśnie „Wzburzone fale.”

Dawno temu do jednego z wielu małych amerykańskich miasteczek przyjeżdża Cameron - młody, doświadczony przez życie chłopak. W czasie próby kradzieży samochodu, zostaje przyłapany przez Raymonda Quinna, który zamiast zadzwonić na policję, postanawia, wraz z żoną Stellą, zaopiekować się krnąbrnym nastolatkiem. W podobnych okolicznościach do domu Quinnów trafiają Etan i Philips.

Właściwa akcja książki toczy się po kilkunastu latach od przygarnięcia trudnych chłopców. Każdy z „braci” dorósł, wyprowadził się z domu i prowadzi swoje życie. Cameron, główny bohater, jeździ beztrosko po całym świecie, wygrywając wyścigi i sypiając z każdą piękną kobietą, jaka mu się nawinie. Jego beztroskie życie przerywa telegram z wiadomością, że Raymond Quinn umiera. Po przyjeździe do domu Cam i jego bracia dostają od ojca zadanie. Po jego śmierci mają się zaopiekować najnowszym „przybłędą”, Sethem.

Chociaż każdy z braci prowadzi zupełnie inny tryb życia, ze względu na obietnicę złożoną ojcu, postanawiają zaopiekować się nowym chłopakiem. Najbardziej rozumie go Cam, który w młodym chłopaku widzi siebie. Rozpoczyna się walka o możliwość opieki nad Sethem oraz wojna o dobre imię Ray’a.

„Wzburzone fale” to świetny wakacyjny kompan. Idealna zarówno na krótki wypad nad wodę, jak i na długą podróż. Autorka, dzięki znanym tylko sobie sposobom, bardzo wciąga czytelnika. I chociaż końcówki można się domyślić po dwóch rozdziałach, ogólna akcja powieści nie jest oklepana. Pod przykrywką płytkiego romansidła skrywają się poważniejsze tematy tj. siła plotki, braterska miłość, problemy z adopcją. Dzięki swojemu optymizmowi i wartkiej akcji nie znudzicie się, a poważne sprawy są przemycone tak zręcznie, że nie zauważycie, iż ta książka traktuje o czymś całkiem poważnym.

07/10

Nora Roberts, Wzburzone fale, Książnica, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

sobota, 16 lipca 2011

Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda - Wspomnień czar

Któż nie pamięta rudowłosej piegowatej dziewczynki zwanej Anią z Zielonego Wzgórza? Nie ma chyba na świecie osoby, która nie polubiłaby sieroty z bujną wyobraźnią.
Dziś, dzięki życzeniu autorki, Lucy Maud Montgomery, możemy znów na chwilę przenieść się do czasów dzieciństwa i zanurzyć się we wspomnieniach.

Przed przeczytaniem książki, nigdy nie czytam jej opisu, nie sprawdzam opinii. Nie chcę niepotrzebnie wyrabiać sobie zdania o danej pozycji. Z ostatnim tomem Ani było podobnie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Ania z wyspy Księcia Edwarda” to zbiór piętnastu opowiadań, dość luźno związanych z główną bohaterką. Ania, powszechnie nazywana doktorową i jej mąż Gilbert wprawdzie pojawiają się w każdej z krótkich opowieści, lecz ich obecność ogranicza się do kilku zdań, które zamieniają między sobą na temat głównych bohaterów poszczególnych opowiadań.

Jednak to, że Ania nie jest już na pierwszym planie, nie oznacza, że w książce nie znalazło się należne jej miejsce. Ta dzika i nieprzewidywalna kiedyś dziewczynka jest dziś niekwestionowanym autorytetem dla mieszkańców wyspy. Pani Blythe to, doktorowa tamto. Nie ma na wyspie osoby, która przynajmniej kilkanaście razy nie przywołałaby Ani dokonując mniejszych lub większych wyborów.

Nie wiadomo, ile lat ma Ania. Po strzępkach informacji można się domyślić, że ponad 52. Chociaż życie ją doświadczyło, z jej ust nie znika uśmiech, a z oczu iskierki. Wciąż jest w niej coś z dawnej jedenastoletniej dziewczynki.

Co znajdziemy w poszczególnych opowiadaniach? Tak naprawdę wszystko. Książka ta, w sposób bardzo ciekawy, opowiada o życiu. Ślubach, śmierci, dzieciach, małych i dużych skandalach. Bohaterami poszczególnych historii są sąsiedzi i przyjaciele Ani, często ich dzieci- wszak wszyscy się starzeją.

„Ania z wyspy Księcia Edwarda” to książka dla całych pokoleń. Będzie idealna dla nastolatków, młodych dorosłych i tych, którzy przeżywają jesień życia. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Choćbym nie wiem, jak się starała znaleźć minusy tej pozycji, nie jestem w stanie. Książka jest idealna w każdym calu. Smuci, rozwesela, daje powód do zadumy, zmusza nasz mózg do rozwiązywania zagadek. Lepszego pożegnania z autorką i jej bohaterką nie mogę sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedyś w mojej biblioteczce zagoszczą wszystkie części przygód Ani. Są to jedne z niewielu książek, na które warto wydać każde pieniądze.

10/10

Lucy Maud Montgomery, Ania z wyspy Księcia Edwarda, Wydawnictwo Literackie, 2011

recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

środa, 13 lipca 2011

Żmijojad, Wiktor Suworow - Dobre, bo rosyjskie


Książka mrożąca krew w żyłach, wciągająca akcja, bezwzględna walka o władzę… Czy aby na pewno?



Papier zniesie wszystko. Według tego, co mamy okazję przeczytać na okładkach przeróżnych książek, każda z nich powinna zgarniać po kilka nagród na przeróżnych konkursach. Często jest tak, że jedyna akcja, strach i ciekawi bohaterowie istnieją tylko i wyłącznie w opisie pozycji. Szczęśliwie dla mnie „Żmijojad” Wiktora Suworowa spełnia swoje obietnice.

Akcja książki toczy się w Rosji w czasie sprawowania władzy przez Stalina. Kto zna choć trochę historię tego kraju wie, że władzy nigdy nie przejmowano po dobroci i po koleżeńsku. Tytułowego Żmijojada poznajemy podczas jednej z wielu prób „przyjacielskich” zmian na stanowiskach.

Główny bohater, szary, „zwykły” obserwator na dworcu kolejowym, nieoczekiwanie dostaje awans i przeniesienie na stanowisko pomocnika wykonawcy. Nikt, nawet sam zainteresowany,  nie wie, dlaczego. Wkrótce okazuje się, że Żmijojad posiada umiejętności, które komuś są niezbędnie potrzebne. Główny bohater ma fotograficzną pamięć. Wie, kto, kiedy i jakim pociągiem przyjechał, jak był ubrany, co miał na sobie i jak się zachowywał. Dzięki swoim zdolnościom zostaje wciągnięty w grę, na którą niekoniecznie ma ochotę.

W tle przemyka czytelnikowi Luśka- Jolanta, dzielnicowa naganiaczka grupy zajmującej się okradaniem przyjezdnych. W tym samym czasie poznajemy głupie dziewczę, które ryzykując swoją cnotę i życie chadza codziennie na potańcówki do parku. Co łączy ze sobą te trzy, na pierwszy rzut oka zupełnie niezwiązane ze sobą, osoby? Przekonajcie się sami.

„Żmijojad” Wiktora Suworowa to faktycznie książka, w której krew się leje. Autor nie bawi się w poetyckie opisy miasta, nie marnuje cennych kartek na bezsensowne i nic nie wnoszące dialogi. Każda rzecz, każdy ruch i słowo które znalazły się na kartach powieści mają jakieś znaczenie. Przez karty książki przewijają się „zwykli” urzędnicy, pracownicy wyższego szczebla rosyjskich instytucji z którymi nie chcielibyśmy mieć do czynienia, a nawet sam wódz Stalin. Dzięki autorowi poznajemy od kuchni to, czego wiedzieć większość by nie chciała.  Wiktor Suworow to pisarz ukształtowany, który wie czego chce i nie uczy się kosztem czytelników.  

Kimże jest człowiek, który jest w stanie napisać tak prawdziwą książkę jak "Żmijojad" ? To były oficer armii sowieckiej i wywiadu wojskowego GRU. Autor był agentem z krwi i kości. Uciekł do Wielkiej Brytanii, za co zaocznie skazano go na karę śmierci. Pomimo rozpadu ZSRR, decyzji nie zmieniono. Być może dlatego jego książka jest taka, jaka jest. Może opowiada nam znaną sobie historię?

Jeśli interesuje Was historia Rosji, macie ochotę dowiedzieć się, jak wyglądał świat, którego nie pokazują w telewizji lub zwyczajnie lubicie książki które wciągają i są naszpikowane dobrą akcją, zaopatrzcie się w „Żmijojada” i bawcie się dobrze.

9/10


 Żmijojad, Wiktor Suworow, Rebis, 2011

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II - Ludzie kontra elfy

Minęło 20 lat odkąd Enrissa, Namiestniczka z prawdziwego zdarzenia, rządziła Imperium Anryjskim. Teraz jej miejsce zajęła krucha i niepewna siebie Salome Jasna zupełnie niepodobna do swojej poprzedniczki.
Nowa Namiestniczka z utęsknieniem oczekuje powrotu króla nie przejmuje się losem swojego państwa. Nie interesuje jej sprawowanie władzy, męczy ją nauka nowych rzeczy. Ponieważ Salome nie posiada cech, którymi powinna mieć Namiestniczka, władzę sprawuje de facto Wielka Rada. Namiestniczce odpowiada to… do pewnego momentu.

Salome, jak na kiepską władczynię przystało jest łatwowierna, nie lubi się kłócić, woli ustąpić niż stawić czoła przeciwnościom. Jak łatwo można się domyślić, jest idealnym sprzymierzeńcem wrogów Imperium. Przez swoje uwielbienie dla elfów Salome oddaje nieświadomie w ich ręce część władzy. Ubóstwiane przez nią łagodne i boskie stworzenia są tak naprawdę rządne krwi i pełne nienawiści. W Imperium nagle zaczynają wybuchać bunty. Ludzie mordują elfy, a elfy ludzi. Czy Namiestniczka zmądrzeje i weźmie sprawy w swoje ręce, czy też Imperium pogrąży się w całkowitym chaosie?

Wiera Szkolnikowa w księdze II Namiestniczki nie kontynuuje wątku z księgi pierwszej. Większość bohaterów, których poznaliśmy czytając pierwszą część nie żyje lub jest u kresu swych sił. Witają nas nowi bohaterowie, równie barwni, co poprzednio.

Czy od pierwszego tomu coś się zmieniło? Szkolnikowa dopracowała swoją opowieść. Cały świat przedstawiony w książce jest stworzony bardzo zgrabnie. Myślę, że ktoś mógłby się pokusić o spisanie księgi Imperium, od historii poprzez geografię kończąc na stronie obyczajowej krainy.
Tak jak w pierwszej księdze mamy do czynienia z bardzo wieloma bohaterami. Osoby, które nie potrafią kojarzyć faktów mogą mieć chwilami duże problemy ze skojarzeniem, co w danej chwili się dzieje. Choć na pierwszy rzut oka ta mnogość bohaterów może się wydawać zbędna, każdy ich ruch na prowincjach Imperium ma wpływ na to, co dzieje się w stolicy.

Mam wrażenie, że z książką Szkolnikowej sprawa jest prosta. Albo komuś podoba się świat, do którego zaprasza nas autorka, albo nie. Koło książki nie da się przejść obojętnie, dzięki temu autorka nie wydaje się miałka. W jej sprawie trzeba podjąć szybką decyzję: czytam jej opasłe tomiszcza i jestem zauroczona bohaterami albo ciskam książką w kąt i skazuję Szkolnikową na potępienie.

Streszczanie książki w żadnym wypadku nie ma sensu. Samo opowiedzenie treści książki nic w sobie nie ma i nic potencjalnemu czytelnikowi nie da. Tam się kochają, tam mordują, gdzie indziej swatają na siłę, w jeszcze innym miejscu tną zakazane drzewa ściągając na siebie gniew nieśmiertelnych. A wszystko to ma jakiś głębszy sens. czemuś służy. Mały kamyk zrzucony nieuważnie ze wzgórza w rozdziale pierwszym wywoła wielką lawinę w ostatnim. Aby zrozumieć, trzeba niestety książkę przeczytać.

Mi osobiście w części pierwszej wiele rzeczy przeszkadzało dopóki nie odkryłam, że tak naprawdę Namiestniczka przywiązuje do siebie czytelnika. Wprawdzie książka nie wciąga jak rzeka, ale jest w niej coś takiego, że złego słowa na książkę i autorkę nie dam powiedzieć. 



8/10




Wiera Szkolnikowa, Namiestniczka księga II, Prószyński, 2011

recenzja opublikowana na kobieta20.pl